Ja tylko żartowałem! czyli Zombie vs Zwierz vs Pranki

06/05/2017

Fajny film nakręciliśmy czyli o tym co zwierza boli w Strażnikach Galaktyki 2

06/05/2017

43 miliardy złych filmów czyli zwierz o Szatan Kazał Tańczyć

06/05/2017

Kiedy zapowiedziano, że Katarzyna Rosłaniec autorka Baby Blues i Galerianek postanowiła zrealizować kolejny film zwierz wiedział, że na pewno stawi się na nim w kinie. Twórczość reżyserki stanowi chorobliwy przedmiot zainteresowania zwierza. Głównie dlatego, że pozwala sobie zadawać pytania o granice reżyserskiego samozadowolenia. Po Szatan Kazał Tańczyć pytania ożywają z podwójną mocą.

Materiały promocyjne do filmu zapowiadały, że będziemy mieli do czynienia z produkcją opowiadającą o młodej autorce, której pierwsza powieść odniosła międzynarodowy sukces. Sukces tak wielki że bohaterka rzuca się w odmęty nihilizmu. Alkohol, seks i dragi. Jak typowa 20 czy 30 latka próbująca zapełnić pustkę. Jako że zwierz napisał książkę to postanowił pójść i zobaczyć co go ominęło, bo książka zwierza nie okazała się światowym bestsellerem. Wiecie – Karolina, bohaterka filmu ma dzikie seksy i kokainę a zwierz siedzi w dresie i pije herbatę. Sami rozumiecie, że zwierz podszedł do sprawy osobiście. Zwłaszcza, że zwierz był zaintrygowany jak właściwie wydaje się w Polsce tą współczesną Lolitę, która w szybkim czasie zostaje przetłumaczona na wszystkie języki świata i gwarantuje natychmiastową międzynarodową sławę. Zwierz zna umowy jakie się wręcza debiutantom i w sumie w Polsce to ostatnią osobą, która za kasę z pierwszej książki mogłaby pić i szaleć jest pewnie Michał Szafrański, który napisał i wydał sam „Finansowego Ninja” ale to chyba byłoby na tyle ludzi mogących się pławić w książkowych zyskach. Zwłaszcza z debiutanckiej powieści.

Pani tańczy. To długa scena w której pani tańczy. Szatan nie tańczy. Szatan się śmieje ze zwierza który ogląda film.

Już na początku reżyserka zapowiada nam eksperyment wysokiej klasy. Świadczą o tym trzy rzeczy. Pierwsza to napisy początkowe – tak brzydkie i bolące w oczy (inne określenie tego nie odda), że wiadomo, że jest artystycznie. Co prawda nie są comic sansem ale ogólnie to ten poziom hipsterskiego artyzmu. To znaczy w nazwisko pani Rosłaniec nie mieści się w jednej linijce więc jest podzielone – nawet nie zgodnie z zasadami edycji- na dwie linijki. Nawet jeśli szatan nie kazał tańczyć to na pewno sam robił napisy. Druga podpowiedź artystycznej wypowiedzi pada bezpośrednio z ekranu kiedy dowiadujemy się, że oto obejrzymy 54 sceny z życia bohaterki które możemy sobie potem już sami ułożyć na 43 miliardów sposobów uzyskując za każdym razem trochę inną historię. Ale – jak podkreśla karta tytułowa, wszystkie będą takim samym portretem tej dziewczyny.  Ojej. No i w końcu trzecia podpowiedź czyli sam format filmu, który w nie bardzo subtelny sposób nawiązuje do filmików kręconych telefonem znaczy na cały wielki ekran dostajemy maleńki kadr w którym nie zawsze mieści się na raz dwójka bohaterów. Jest wiec artystycznie. Bardzo artystycznie.  Albo koszmarnie egzaltowanie. Zwierz wybiera bramkę numer dwa.

Zwierz był bardzo zainteresowany bohaterką filmu. Przed seansem. Po seansie nadal żyje nadzieją że kiedyś ją pozna. Bo z filmu to w sumie się nic nie dowiedział.

Zwierz zacznie od uwagi pozytywnej żeby nie było, że tylko hejtuje i w ogóle nie można się po nim niczego dobrego spodziewać. Otóż sam pomysł zrobienia filmu na zasadzie „złóż to sam” nie jest ani zły (ani też super oryginalny) ani źle wykonany. To znaczy rzeczywiście patrząc na te sceny można je sobie wyobrazić w dowolnym momencie narracji i rzadko się zdarza, żeby nie można było jakiejś przesunąć. To nie jest aż tak łatwe jak się może wydawać, więc można pogratulować autorce że ten zamysł udało się zrealizować. Problem  w tym, że nawet jeśli przestawimy te sceny wiele razy to nadal film nie będzie dobry. Jeśli nie chce się wam czytać dalej to w sumie tu macie puentę.

Bohaterka filmu wydała książkę i ma na dragi, kluby i dzikie seksy. Zwierz wydał książkę i starcza mu na kawę, czekoladę i bilety do kina na złe filmy.

Jest to bowiem opowieść, która koncentrując się na nihilizmie bohaterów nie ma o nim nic do powiedzenia. Więcej – nie ma za bardzo pomysłu na cokolwiek oryginalnego. Seks? Jest go w tym filmie tak dużo, że w pewnym momencie człowiek zastanawia się czy nie przewinąć. Do tego jest to seks nudny jak flaki z olejem. No ładne że panowie aktorzy i pani aktorka nie boją się tarzać nago po łóżku ale w sumie skoro nic z tego nie wynika to dlaczego ja to oglądam. Reżyserka odkryła też że jak seks już widowni nie rusza to może masturbacja, więc bohaterka masturbuje się ochoczo. Problem w tym, że to zawsze jest rozrywka głównie dla osoby wykonującej czynność, więc widz tak siedzi i troszkę nie wie co ze sobą zrobić. No bo fajnie że dziewczynie jest miło, ale w sumie co by mnie to miało obchodzić. Zwłaszcza że klucz interpretacyjny jest właściwie cepem interpretacyjnym i widz wie że seks i masturbacja nic do życia nie wnoszą a nawet wynikająca z nich przyjemność jest w tej konstrukcji świata powierzchowna. A że bohaterów nie znamy a ich emocje jakoś nie ujawniają się w kulawych dialogach to w pewnym momencie zdajemy sobie sprawę, że siedzimy w ciemnym kinie oglądając jak dwie osoby udają że uprawiają seks, co nie ma znaczenia dla fabuły, bo fabuły nie stwierdzono. W tym momencie człowiek odczuwa istotnie pustkę w serduszku.

Zwierz też czasem tak rano wygląda. Ale zwykle bo pisał do trzeciej. Bohaterka nie pisze. Bohaterka oddaje się nihilistycznej przyjemności. Gdzie zwierz popełnił błąd?

Oprócz seksów są dragi. Oczywiście kokaina bo na salonach autorzy ćpają kokainę. Tak przynajmniej wynika bo zwierz jak spotkał jakiś autorów to dostał tylko zimne przekąski i wino ale zwierz nie napisał nowej wersji Lolity więc może dlatego. Ogólnie zwierz jeśli już się spotkał z narkotykami zażywanymi ochoczo przez współczesną młodzież to była to głównie marihuana ale może bohema którą zna zwierz jest za uboga. Albo jednak wciąż nie ma dragów ponad kokainę wciąganą przez stuzłotówkę. Nie dość że artyści to jeszcze burżuje.  W każdym razie ćpanie jest podobnie jak seks przyjemnością głównie dla ćpających. I tu następuje smutna refleksja, że trochę się bohaterom zazdrości bo może na haju ten film miałby sens. A tak trzeba zupełnie trzeźwo znosić scenę w której bohaterowie wciągają kokainę z szybki telefonu gdzie na wyświetlaczu jest zdjęcie dziecka. Subtelne jest to niezwykle. Aż się serce kraje. Choć w sumie może i dobrze że ćpają. Dzięki temu dostajemy scenę seksu w klubowej łazience w czasie której facet cały czas powtarza że dziewczyna jest najlepsza, utalentowana i może wszystko. Nareszcie zwierz wie jak to by było gdyby uprawiało się seks z jakimś kołczem czy mówcą motywacyjnym.

Jak się w Polsce wyda książkę to natychmiast człowiek spotyka fotografa który chce mu robić nagie perwersyjne zdjęcia. Zwierz na swojego jeszcze czeka.

Oprócz seksu i narkotyków jest też alkohol spożywany w nadmiarze, papierosy i nagość. O dziwo niewiele jest samookaleczenia ale kiedy zwierz już miał pogratulować autorce że tego nas pozbawiła pojawia się wątek wywoływanych wymiotów co sugeruje builmię czy anoreksję. Tu zwierz właściwie miał ochotę krzyknąć bingo, bo cóż więcej można dodać do portretu nieszczęśliwej dziewczyny, która bardzo czegoś w życiu szuka ale nie wie czego więc popada w świat prostych podniet. Bo jak wszyscy wiemy – to idzie zawsze w pakiecie i nie znał jeszcze świat nieszczęśliwego dziewczęcia, które by jadło i nie wkładało sobie palca do gardła. Tak już jest i proszę się z tym pogodzić jak z gruźlicą poetów.

Bo to jest tak, że jak się jest kobietą to trzeba łazić pół nago. Albo nago. Taki przymus. Inaczej PISF nie daje dofinansowania

Tu możecie powiedzieć – hola hola zwierzu naprawdę cię to nie rusza? Gdzie twoje serce? Gdzie twoja empatia? Gdzie twoje dragi które dostałaś za wydanie książki? Otóż problem polega na tym, że owe 54 (a może 52?) sceny z życia bohaterki nie zawierają ważnych informacji. Np. tego kim bohaterka tak właściwie jest i jakie tak właściwie są jej problemy. To znaczy wiemy, że ma pretensje do matki (w sumie trudno powiedzieć o co bo na wykreowanie jakiejkolwiek postaci nie ma czasu) i jest zazdrosna o siostrę (w sumie trudno powiedzieć dokładnie dlaczego bo na wykreowanie jakiejkolwiek postaci nie ma czasu) a sama ma chore serce. To chore serce nagle lotem błyskawicy przeniosło zwierza trochę do świata „Weronika postanowiła umrzeć” bo nie masz ci bardziej egzaltowanego zabiegu narracyjnego niż dorzucenie młodej dziewczynie choroby serca. Bo jak wiadomo, wszystkie dziewczyny mają trochę chore serca (poza tym choroby sercowe są takie romantyczne).

Dziewczę o słabym serduszku pisze wyzywającą książkę o seksie a potem dużo pije. Znajdź choć jeden oryginalny element scenariusza a dostaniesz piątaka

Główna bohaterka też właściwie za bardzo nie istnieje. Nie ma żadnej historii. Nie ma charakteru. W filmie dowiadujemy się, że jej książka była szokująca i genialna. Kiedy podaje się nam jej fragmenty to jest to koszmarnie egzaltowany bełkot. Co ważniejsze – równie banalny w swoich obserwacjach co sam film i przede wszystkim – potwornie źle napisany. Zwierz słuchał tych egzaltowanych wynurzeń z niekojącym przekonaniem, że ich autorka jest rzeczywiście przekonana że coś przed kimś odkrywa – zrywa jakąś maskę rzeczywistości  i pokazuje jej brzydotę. Problem w tym, że w ogóle umyka jej fakt, że oglądanie coraz to bardziej (w zamierzeniu) szokujących wybryków bohaterki nie jest jakoś szczególnie ciekawe ani poruszające. To co zwykle nas porusza to zestawienie takich zachowań z codziennością. Codzienność zatruwa bal, bal zatruwa codzienność. W nocy pijesz, ćpasz i uprawiasz przygodny seks a następnego dnia jest środa. To jest dramat. Jak wyjmiesz z tej historii środę to zostaje ci oglądanie tego jak ktoś spędza czas na robieniu rzeczy zabawnych tylko dla uczestników zabaw. Inna sprawa – to imprezowe życie bohaterki wydaje się typowym tworem Katarzyny Rosłaniec. Ma ona bowiem wyjątkową zdolność brania elementów rzeczywistości i układania ich w wydumaną egzaltowaną bzdurę. Ponoć Katarzynę Rosłaniec boli że udajemy szczęście i idealne życie a zasłaniamy ból i problemy. Jeśli rzeczywiście autorka chciałaby pokazać życie które nie nadaje się na insta to niech podmieni dragi na kredyt, seksy na celibat a egzaltowaną matkę na chorą babcię i voila – dostanie ładny spis nieszczęść które skrywa się przed światem częściej niż przygodny seks i nadmiar kokainy.

Znaczna część filmu jest po angielsku bo bycie nihilistą po polsku to nie bycie nihilistą tylko pijusem zwykłym.

Tym co od lat nie zmienia się w filmach Rosłaniec to dialogi. A właściwie ich brak. Albo jeszcze gorzej – ich bolesna miałkość. Kolejne kwestie czekają wieki na odpowiedź. Zwykle nie mającą nic wspólnego z pytaniem. Czasem momenty dramatyczne wypadają komicznie. Dziewczyna odmawia seksu z facetem pod prysznicem na co on biedny miś sprawdza temperaturę wody i mówi „Ale jest ciepła” – to jedna z moich ulubionych scen w filmie. Poza tym bohaterowie rzucają pustymi zdaniami. Albo wypowiadają pozornie głębokie kwestie. Wszyscy mówią bohaterce że żyje za szybko i zbyt intensywnie. Jakby widz nie załapał to jeszcze w jednej ze scen bohaterka puszcza takiego metalowego bączka. W cudownej scenie w wydawnictwie (zachodnim!) dostajemy „Jak mała Kasia wyobraża sobie pracę wydawnictwa”. Asystentka redaktora pyta „Może mi pani opowiedzieć o tym co będzie w następnej książce” na co nasza genialna autorka mówi „Nie umiem tego dobrze wyrazić słowami”. Zwierz nie chce się narzucać ale to może być pewien problem dla autorki. Tylko że bohaterka nie jest autorką. Ani pisarką. Ani postacią ze świata literatury. Ogólnie to równie dobrze mogła zdobyć sławę wyplatając koszyki.  Miałoby to nawet więcej sensu bo po osobie wyplatającej pięknie koszyki zwierz nie spodziewa się elokwencji zaś po autorce choć trochę. Jedyna scena pracy, jaką widzimy przedstawia dziewczynę siedząc przed komputerem i wcinającą masło orzechowe. Bo w sumie każda scena sprzedaje się lepiej od autora który siedzi, pisze i skreśla.

Bohaterka robi sobie w filmie selfiaczki z ręki więc wiemy, że jest życiowo zagubiona.

Teoretycznie można się kłócić że film o nihilizmie który jest totalnie pusty może być projektem zamierzonym. Tylko pytanie – jeśli autorka filmu nie ma absolutnie nic nowego do powiedzenia i udowadnia, że jej nieoryginalne refleksje można układać w kolejne dowolne, nieoryginalne filmy, to czy powinniśmy raczyć ją przywilejem pozytywnej interpretacji. Czy to nie jest jeden z tego rodzaju filmów gdzie powołując się na artystyczny zamysł dostajemy absolutną pustotę i obowiązek wykrojenia z tego jakiegokolwiek sensu – wykonując robotę za reżysera czy reżyserkę. Zwierz miał cały czas wrażenie jakby ten bezsensowny nużący film został posklejany na chybił trafił a potem jeszcze zrzucono na mnie obowiązek ułożenia go w sensowną całość. Co jest trudne. Zwłaszcza jak sceny są złe i bez większego sensu. Autorka udowodniła tym tylko i wyłącznie to, że tak bardzo nie ma nic do powiedzenia że właściwie nie ma znaczenia jak sobie tego nie opowiemy.

W pewnym momencie bohaterka jedzie do Berlina. Dlaczego? Bo tylko tam można nakręcić pełną napięcia scenę zakupu kokainy od czarnoskórego handlarza.

Tu muszę wyjść poza sam film i podzielić się z wami pewną refleksją. Jak wiecie zwierz nie jest filmoznawcą, jest widzem zaangażowanym, krytykiem amatorem. Stąd to co teraz napisze jest raczej intuicją niż twardą zasadą. Otóż zdaniem zwierza jedną z głównych cech filmu, która czyni go atrakcyjnym dla widza, jest fakt iż film ma sens. Nie chodzi o to, że sceny układają się zawsze w logiczną historię ale o to, że widząc kolejne kadry mamy przekonanie, że nie są przypadkowe. Że jeśli coś widzimy to reżyser podjął świadomą decyzję że musimy to zobaczyć. Czasem sceny mają większe lub mniejsze znaczenie, czasem można coś wyciąć – ale celowość kolejnych filmowych obrazów czyni je ciekawszymi od życia. W życiu bowiem nie wszystko co widzimy ma cel, nie wszystko na co się napatoczymy – ma znaczenie dla opowieści. W filmie dzięki montażowi i odpowiedniemu kreowania świata tworzymy to – atrakcyjne dla widza poczucie celowości. W filmach Rosłaniec – przynajmniej dwóch ostatnich – tego elementu brakuje. A w Szatan Kazał Tańczyć brakuje go całkowicie, jest to wręcz sprzeczne z pewnym założeniem filmu. Każda scena musi pasować wszędzie więc jest w sumie dość bezcelowa. Nie opowiada żadnej niezależnej historii (są filmy w których sceny można przekładać bo sceny te coś opowiadają) i same w sobie celu nie mają. Więc człowiek patrzy i czuje rosnącą frustrację. Bo jakby nie ma w tym tej kwintesencji kinematografii. Tego filtra który odsiewa od rzeczywistości to co niepotrzebne.

Szatan kazał tańczyć to poruszający zapis tego jak reżyserka wyobraża sobie poruszający zapis czegokolwiek

Co jest w sumie ciekawe bo Rosłaniec stara się niby rzeczywistość destylować. Ale robi to nieudolnie jakby nie umiała powiedzieć co jest ważne a co nie. Albo nie umiała tego przekazać. W sumie to chyba jest dla zwierza bardziej problematyczne niż sama wydumana czy egzaltowana tematyka filmów. Bardziej poruszające niż fakt że w każdej kolejnej gorącej scenie seksu tak bardzo widać, że pan i pani są odrobinkę źle ustawieni by to zadziałało. Bardziej szokujące niż fakt że poszły na to pieniądze Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (może naprawdę ta naga pierś gwarantuje dofinansowanie – bo w Szatanie nagiej piersi tyle że aż strach na własną popatrzeć żeby nie przedawkować). Otóż zwierz ma poważne podejrzenia że Katarzyna Rosłaniec nie umie kręcić filmów. W taki bardzo podstawowy sposób. Albo inaczej – totalnie nie rozumie jak to się robi.

Z Tarota stawianego przez matkę wynika że bohaterka będzie miała dziecko. Czyżby film był prequelem Baby Blues? #spiseg

Zresztą jest to produkcja, która wpisuje się w te wszystkie przekomiczne schematy kina „prawdziwie artystycznego” gdzie nagle pojawiają się wizualizacje, ujęcia w czerni i bieli albo długie sekwencje gdzie światło stroboskopowe. Będą nagie piersi i głośna muzyka. Będą nadzy mężczyźni! (prawdziwy stempel filmu artystycznego). Będą obce języki. Będzie ciemno. W niektórych scenach nie będzie słychać dialogów. Czyli wszystko to co czyni film cudownie artystycznym. Z pominięciem sensownego scenariusza. Ogólnie gdyby zwierz miał wskazać film którym dobrze byłoby straszyć ludzi, że filmy artystyczne są bez sensu to Szatan Kazał Tańczyć bardzo by się nadawał.

Zwie nie wie co myśleć o aktorach poza tym że jest trochę zły, że w polskim filmie dobra bohaterka to naga bohaterka

 

Zwierz słyszał pochwały dotyczące aktorów. Prawdę powiedziawszy zwierz ma z tym problem. Film jest w większości grany po angielsku (wieki świecie sypnij nagrodami). Jest to być może pierwszy film w tzw. bad englisz. Bad englisz to szlachetny język który korzysta z polskich zasad gramatycznych i angielskich słów. Bad englisz to najpiękniejszy język na świecie i doczekał się swojej reprezentacji filmowej. Poza tym jednak zwierz przyzna szczerze, że jakby się aktorzy nie starali to trochę trudno ocenić grę ludzi którzy z głupią miną wygłaszają egzaltowane wyrwane z kontekstu kwestie. Może na planie tworzyli jakieś role ale żeby je w tym filmie odnaleźć to trzeba by chyba dostać wszystko to co do niego nie weszło. Magdalena Berus to aktorka którą Katarzyna Rosłaniec uwielbia rozbierać więc dziewczyna lata nago przez pół filmu. Zwierz przyzna szczerze, obejrzałby sobie nareszcie jakiś film polski w którym dziewczyna nie musiałaby ganiać nago. Serio dlaczego kiedy chce się pokazać stany emocjonalne kobiet to pierwsza rzecz jaką się robi to zdejmuje im ciuchy. Kobiety w spodniach i stanikach też mają depresję i poczucie pustki! (tak przynajmniej zwierz słyszał). Zresztą naprawdę czy ktoś może zwierzowi wyjaśnić dlaczego jest w filmie scena w której dwie nagie kobiety z idealnym makijażem leżą na podłodze łazienki całe w pianie z gaśnicy i rozmawiają o tym że pojadą ćpać do Stanów? To znaczy w jakim uniwersum ta scena ma sens? Zresztą nie da się tu stwierdzić z przekąsem że biorąc pod uwagę ilość nihilistycznej nagości i seksu, są filmy pornograficzne z bardziej spójnym scenariuszem (o ile zakładamy że ten film ma Scenariusz).

W filmach Katarzyny Rosłaniec zawsze musi być scena w toalecie. Jest toaleta jest impreza

Jak już wiecie – filmowe sceny można układać na bardzo wiele sposobów. Tym samym reżyserka równa się niemal z Cortazarem i jego Grą w klasy. Dla zwierza to jednak inne osiągnięcie. Skoro bowiem film można ułożyć na 49 milionów sposobów to zwierz obliczył że reżyserka nakręciła za jednym zamachem 49 milionów bardzo złych filmów. To jest pewne osiągnięcie. Szatan pewnie czuje się osobiście poruszony. On tylko kazał tańczyć.

Ps: Zwierz jest pewny, że ten film dostanie jakąś nagrodę. Widz musi się tak napracować by dopisać do seansu jakikolwiek sens że jak już dopisze do filmu wszystko to czego w tej pustce nie ma to jest z siebie taki dumny że chce dać komuś nagrodę.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Kate D

    „Katarzyna Rosłaniec autorka Baby Boom i Galerianek (…) ”
    Chyba Bejbi Blues…

  • genu

    Raczej nie obejrzę tego filmu, bo po Smoleńsku mam zdecydowanie dosyć Bardzo Złych Filmów. Miało być śmiesznie, było przeraźliwie nudno :< Czy może ktoś podać przykłady dobrych filmów gdzie można tasować sceny?
    PS Zwierzu, nie trzeba się bardzo rozglądać żeby znaleźć młodzież ćpiącą coś innego niż marihuanę, szczególnie w Warszawie. W środowisku literackim podobnie.

    • Kayleigh90

      Filmy Tarantino chociażby?

      • genu

        Hmm, wydaje mi się, że filmy Tarantino są bardziej niechronologiczne. Chyba, że o to właśnie chodzi i źle zrozumiałem :P Ciekawi mnie czy są jakieś filmy o niejasnej chronologii, gdzie można przekładać sceny? I nie chodzi mi o zbiór scen w stylu Coffee and Cigarettes Jarmuscha.

        • Kayleigh90

          No to filmy Tarantino nie mają zachowanej chronologii, ale możesz je ułożyć w kolejności chronologicznej.

    • michax

      Mulholland Drive Lyncha

    • Ada

      21 grams może jeszcze

    • Magdalena

      Może „Wróg” ?

  • Kayleigh90

    Jak to napisał Mietczynski #szatankazalzrobictenfilm (Twoje recenzje kiepskich filmów czytam dla merytorycznych argumentów, a jego oglądam dla śmiechu). Ale no z tego, co już kilka osób mówiło: nic nowego. Nic oryginalnego. Może obejrzę, jak serio będę się nudzić. Ale tak to… Twój pomysł na film byłby o wiele lepszy – rzeczy, które dotyczą wielu, a o tym się nie mówi. Jak pani Roslaniec chce robić filmy o poważnych problemach, to niech tych problemów nie wymyśla, tylko poczyta chociażby jeden artykuł socjologiczny o tym, jak jest serio.

    • W tym przypadku nawet część argumentów Zwierza i Miecia się pokrywa. Co chyba tylko pokazuje, jak wyraźnie zły jest ten film

  • noble

    Ostatnie dwa zdania, doskonała puenta <3

  • Zuzanna Kownacka

    Bo takie filmy powinien tylko Mietczyński oglądać ;)

  • Kama

    Nie widziałam poprzednich – jakoś nawet „Galerianki” mimo rozgłosu mnie ominęły – to i ten sobie daruję. Ale już same zdjęcia do recenzji mnie dobiły. W duchu: „Co tam robi John Por…? A Danuta Stenka?! Co tam robi Stenka?!”. Stenka to dla mnie podium polskich aktorek, a poza teatrem gra ostatnio głównie matki w słabych filmach (widzę, że podobnie w „Bejbi blues”). Serio nie ma żadnych dobrych ról dla kobiet 50+? Lub przynajmniej dla kobiet 50+, które są Danutą Stenką?

    • Kama

      PS. Przypomniało mi się, skąd wzięłam ten koncept :) „Meryl Streep is so brilliant in August: Osage County, proving that
      there are still great parts in Hollywood for Meryl Streeps over 60.”. Uwielbiam Tinę i Amy na galach :)
      Ale powiedzmy sobie szczerze, jeśli ktoś miałby dostawać te polskie dobre role dla kobiet po 50, to przecież Stenka właśnie (skoro wszystkie dobre role dla kobiet po 40 zgarnia teraz – zasłużenie – Kulesza).

  • Ciekawi mnie, jak obliczono te 43 miliardy. 54! to kompletnie inny rząd wielkości. Są jakieś sceny ze stałym miejscem albo takie, które zawsze muszą po sobie następować? Może by z tego stworzyć zadanie maturalne? „Szatan kazał liczyć”?

    • a

      Brzmi jak super zadanie z kombinatoryki

    • Paweł Łukijańczuk

      Myślę, że wyglądało to tak:
      „Dobra, potrzebujemy jakiejś dużej liczby. Ktoś ma pomysły?”
      „Mogą być 43 miliardy?”
      „Mogą.”
      Dla zainteresowanych – jeśli faktycznie film zawiera 54 sceny i wszystkie z nich można by było ułożyć w kolejności losowej, to wyszłoby nam 2.31*10^71 możliwych kombinacji. Z takiej liczby to dopiero Szatan by się cieszył.

      • Odpowiedź jest do wszystkich zainteresowanych, ale się kurde nie da jej tak zaadresować~~

        Patrzcie, co wyczytałam o tu (http://filmoterapia.pl/szukamy-czegos-co-wypelni-pustke/):
        Napis: „Ten film to układanka. 54 dwuminutowe momenty z życia Karoliny. 9 w każdym z 6 kolorów. Można je ułożyć na 43 miliardy sposobów i zawsze będą opowiadały tę samą historię”

        9 w każdym z 6 kolorów! Na podstawie reszty artykułu przetłumaczyłam to jako „bohaterka ma 6 kolorów włosów i zakładamy, że nie farbuje się drugi raz na ten sam kolor” (trzeba zachować realizm), to trochę ogranicza liczbę możliwości. Wciąż nie są to jednak 43 miliardy, tylko, poprawcie mnie, jeśli się mylę, 6!x(9!)^6.

    • Ania Pylak

      Dokładnie to samo pomyślałam, czytając o tych miliardach :) Aż musiałam sprawdzić – z 54 scen można ułożyć 230843697339241380472092742683027581083278564571807941132288000000000000 filmów. Dowolnej jakości.

      Wikipedia mówi, że to 230 undecyliardów. Też ładnie.

      Dla porównanie 43 miliardy to „tylko” 43000000000. 10 decylionów razy mniej.

      • Gizmo

        To ja się tak matematycznie zainteresuję – z kombinatoryki byłam noga do kwadratu – czy ten wynik zakłada, że w każdym z tych filmów wykorzystujemy każdą z tych 54 scen i żadna z nich się nie powtarza? Bo nie chce mi się wierzyć, żeby przy takim założeniu wyszło aż tyle kombinacji…

        • Ania Pylak

          Jeśli sceny mogłyby się powtarzać, to masz nieskończenie wiele różnych filmów :)
          Tak, założenie jest takie, że każdą ze scen wykorzystujemy dokładnie raz. Gdybyśmy mieli 2 sceny, to moglibyśmy je ułożyć o tak:
          1 2
          2 1
          czyli na dwa sposoby. Ale jak chcemy dołożyć trzecią, to możemy ją do każdego krótszego filmu wstawić na samym początku, po pierwszej scenie, albo po drugiej – czyli na 3 sposoby. Z każdego krótszego filmu, dostajemy 3 dłuższe, mamy więc 3 razy więcej filmów. 3 * 2 filmy.
          Jak chcemy dodać 4 scenę, to, podobnie, na cztery sposoby np. _ 2 _ 3_ 1 _ . Czwarta scena może stać na jednym z tych czterech pustych miejsc. Czyli różnych filmów jest znowu cztery razy więcej, niż tych z 3 scen.
          4 * 3 * 2 filmy.
          I tak dalej, robimy coraz dłuższe filmy – i robi się ich coraz więcej i więcej: 2 * 3 * 3 * 5 * 6 * 7… Sama zobacz, jakie to duże się robi.
          A z 54 scen to będzie 2 * 3 * 4 * 5 *6 *…. 51 * 52 * 53 *54 i to jest strasznie, strasznie dużo.
          A jednocześnie – to jest mniej więcej tyle, na ile sposobów możesz jedną, zwykłą talię kart potasować :)

  • Ela Dune

    Tak mi się podoba Twoje wieszanie wszystkich psów na Rosłaniec (po Galeriankach uważam, że zasłużone), że idę przeszukać zwierzowe archiwum po więcej.

  • Hej wydaje mi się że to 49

    Miliardów… to 49 miliardów złych filmów…

  • maji

    I chociażby po to p. Rosłaniec powinna nadal kręcić filmy – żeby Zwierz mógł pisać takie cudownie sarkastyczne recenzje.

  • „W nocy pijesz, ćpasz i uprawiasz przygodny seks a następnego dnia jest środa.” – To jest absolutnie wspaniałe zdanie. Esencja dramatu i to tak podana, że poruszy praktycznie każdego, bo chyba każdy miał w życiu taki moment, że róznymi sposobami próbował uciec od rzeczywistości, a potem była środa, rosół, praca… To jest chyba najlepsze zdanie, jakie u Zwierza przeczytałam. Aczkolwiek „cep interpretacyjny” to przeurocza konstrukcja również i domagam się oficjalnego wprowadzenia jej do katalogu pojęć filmoznawczych <3

    • Cranberry

      Tak :)

  • A ja tu sobie siedzę i czekam na polskim film, który nie będzie przedstawiał nastolatków tudzież młodych ludzi w ogóle (Sala samobójców, Baby blues, Galerianki etc etc) jako niedorozwiniętych naćpanych podludzi bez empatii, którzy mają problem z instagramem/grami komputerowymi/każdą nową technologią, w której wymagane są podstawy o relacjach społecznych.

  • O, polski Jim Jarmusch się narodził.

  • wazon

    No fajnie, ale dlaczego w ogóle kręci się takie filmy ? Kręcenie filmów bez sensu, chyba też nie ma sensu, a oglądanie takiej chały jest w ogóle bezsensem. Już dawno zauważyłam, że, jeśli twórca ( filmu, książki, obrazu, muzyki) nie ma niczego do powiedzenia, to ucieka w tak zwaną „nowoczesność”( Co nie znaczy, ze niektórzy twórcy nie są naprawdę geniuszami nowoczesności ). Czy autorzy filmu naprawdę mieli nadzieję, że ktoś będzie te sceny tasował 49 razy, czy choćby 9 razy ? Optymiści.

  • Cały czas mam wrażenie, że jej filmy są zbyt oderwane od rzeczywistości.
    Niezależnie od środowiska jakie pokazują – to taka Polska z tabloidów.

    • Cranberry

      Nie dotarło do mnie na początku, że to pani od Baby Blues – ale z opisu filmu mi wyszło, że NA PEWNO ona. Jak można mieć tak skrzywiony odbiór rzeczywistości?? I na litość – kto za to płaci???? (jak rozumiem ja placę, pan płaci, pani płaci…)

    • Shakuahi

      Ja to mam wrażenie, że pani Rusłanek ma po prostu widza za idiotę, za takiego Janusza kinematografii, który usłyszy w telewizji, że jest film kontrowersyjny, który odkrywa brudną prawdę o współczesnych [kobietach/dzieciach/millenialsach – można mnożyć], pobiegnie do kina, bo przecież chce poznać prawdę i łyknie to wszystko, po czym wróci do domu, opowie bliskim jaki oświecający film widział i tak sobie będą chodzić w szoku, aż dotrze do nich, że w sumie to się kupy nie trzyma. I przyznam szczerze, nie lubię jak ktoś robi ze mnie idiotę, sama sobie doskonale radzę bez wsparcia domorosłych reżyserek.

    • Prawdę powiedziawszy przy większości polskich filmów mam wrażenie, że one są o jakiejś innej Polsce. Bo albo patologia z minimum szóstego kręgu piekła, albo wszyscy mieszkamy w Warszawie, w apartamencie na setnym piętrze i pracujemy w bliżej nieokreślonym marketingu. Plus magiczny zakątek pozwalający na oderwanie się od mieszkania w Warszawie i pracy w bliżej nieokreślonym marketingu – najczęściej w byłym PGR gdzieś w Bieszczadach pośród mazurskich jezior.

      BTW: pomyślałem o Tobie po fragmencie „Jak się w Polsce wyda książkę to natychmiast człowiek spotyka fotografa który chce mu robić nagie perwersyjne zdjęcia. Zwierz na swojego jeszcze czeka.” :)

      • ajs ber

        Obowiązkowym samograjem polskiej tzw. kinematografii jest jest także II Wojna i okolice. Oraz oczywiście sprawy żydowskie we wszelkich możliwych odsłonach.

      • Nagie perwersyjne zdjęcia… kiedy to było 😆

  • Lilith

    Jak byłam bardzo młoda, to mi się Sala Samobójców podobała, bo wydawała mi się NOWOCZESNA (że o grach i homoseksualizmie…) Jak teraz o tym myślę, to był to film, który pokazywał, w jaki sposób nie działa żadna gra i żadni ludzie, coś tam świtało, że jest temat, ale kompletnie bez rozeznania realiów. Widziałam potem też Galerianki i to był ostatni film tej pani, bo jakbym chciała sobie podciąć żyły, to znajdę lepszy powód, dziękuję bardzo (o, na przykład przed chwilą usłyszałam w telewizji, że Polacy masowo wracają do kraju – i widzę, że muszę być straszliwie z czegoś wykluczona, bo oni wracają do Polski, a ja tu zaraz wracam do Anglii, gdzie siedzą też dwie z moich trzech przyjaciółek – trzecia jest w Niemczech).
    A czy Zwierz już widział Strażników Galaktyki?

    • Shakuahi

      No wracają, wracają. Po resztę rzeczy. ;)

  • Shakuahi

    Ja sobie w przerwie czytania tej recenzji obejrzałam tylko trailer tego filmu i… ojejku, jakie to złe. Ja wiem, że nie jestem targetem takiej twórczości, bo wszelkie złe wpływy odbijają się ode mnie jak groch od ściany i na złość światu nie piję, nie wciągam, nie zaciągam, nie tnę, nie wymiotuję i nawet nie przejdę przez ulicę na czerwonym świetle, bo zaraz widzę się za kratkami albo w kostnicy. I tak jakoś od zawsze trochę rzygam tym nihilizmem, wiadomo, człowiek szybko sobie uświadamia, że życie nie będzie już fajniejsze niż wtedy, gdy miał 6 lat i jego największym problemem było to, że łatwiej się ubiera Barbie z wyrwaną głową, ale przez to potem jak się tę głowę nakłada z powrotem to gdzieś szyja znika. Ale się zaciska zęby i ciśnie przez życie, starając się wyciskać tyle dobrego, ile się da. Nie łazi się w różowym futerku i nie truje ludziom dupy jaka to pusta nas otacza bo ludzie mają dosyć własnych problemów, niepotrzebne im cudze, zwłaszcza te wyimaginowane. I tak wiedziałam, że nawet trailer będzie ciężkim przeżyciem, ale nie spodziewałam się, że aż tak. Bo przecież nawet kiepskie filmy mają w trailerach zlepek dobrych scen i człowiek się czasami nabierze i pójdzie do kina, a tu nic, klops. Półtorej minuty i już kilka scen nagiej aktorki, kiepskie dialogi, katastrofalny angielski i w sumie tylko szkoda Stenki i Papierowego Księżyca.

  • Silvia

    Zwierz po wydaniu książki poszedł śladem brytyjskiej komedii romantycznej, a bohaterka filmu Rosłaniec wcieliła się w uczestników programu Jersey Shore…

  • Zwierzu, dziękuję za tę recenzję, bo dzięki Tobie zaoszczędzę dzisiaj na bilecie do kina i pójdę raczej na „Uciekaj”.

  • Koczilla

    Porównywanie sytuacji głównej bohaterki do debiutanckiego doświadczenia Zwierza miało (?) być zabawne (??), ale skojarzenia z Dorotą Masłowską byłyby chyba bardziej zasadne. A wtedy fabuła zaczyna mieć sens.
    No i gdy jesteś atrakcyjną dziewczyną, która osiągnęła sukces, nie musisz mieć pieniędzy na imprezy, bo wszyscy cię zapraszają i stawiają. Uroki życia, w którym walutą jest lans.
    Uwagi o konstrukcji bohaterów może słuszne (nie oglądałam filmu) ale to usilne doszukiwanie się prawdopodobieństwa… Jaki w nim sens? Jak ktoś ma taką usilną potrzebę obcowania z szarą rzeczywistością, to zamiast oglądać fikcję, niech pójdzie do sąsiadki na ploty. A i wtedy może pokręcić głową z niedowierzaniem.

    • zpopk

      Rozumiem że ironia się słabo przebiła. Inna sprawa Masłowska swoje przeżycia doskonale opisała w Pawiu Królowej i tam to miało sens. Tu sensu nie ma.

      Ogólnie tak porównanie miało być zabawne chociażby dlatego że debiut książkowy to wybitnie mało poruszające zdarzenie w większości przypadków

  • Agnieszka Hałas

    Filmu nie oglądałam i oglądać nie zamierzam, ale czytając recenzję uśmiałam się jak norka :D Zwierzu, dzięki za poprawienie humoru!

  • Karol Skolmowski

    Kino Rosłaniec jest takie powierzchowne, schematyczne i pretensjonalne, czy według niej codziennie się demoralizujemy a do szkoły chodzimy okrakiem ? A robiąc imprezy podbiera pomysły Dolana, obniżając wiarygodność psychologiczną swoich postaci.

  • „Skoro bowiem film można ułożyć na 49 milionów sposobów to zwierz obliczył że reżyserka nakręciła za jednym zamachem 49 milionów bardzo złych filmów.” – mistrzowskie podsumowanie :D

    Teraz nie bardzo wiem czy oglądać ten film. Z jednej strony po przeczytaniu Twojego tekstu już wszystko chyba o nim wiem, a z drugiej piekielnie mnie zaciekawiłaś czy naprawdę jest taki kiepski :D

  • A.

    O tym, że pani Rosłoniec nakręciła kolejne wiekompomne dzieło dowiedziałam się parę tygodni temu za pośrednictwem programu „Onet Rano”, którego była gościem. Uderzyło mnie po pierwsze, w jak egzaltowany i afektowany sposób rozprawiała o „dzisiejszych młodych”, którzy tak „szybko żyją, żeby wrzucać fotki na Instagram, ale tak naprawdę to ich życie jest taaaaaaaakie puuuuusteee”, a po drugie jak na koniec oświadczyła, że jej życie też było puste, dopóki nie znalazła sobie faceta/męża. Co w sumie daje dosyć ciekawą kombinację- pani wierzy w miejskie legendy (gimnazjalistki puszczają się za dżinsy w centrach handlowych, współcześni młodzi są uzależnieni od mediów społecznościowych, co oznacza, że ich życie ich to sex, drugs and rock and roll), robi na ten temat pretensjonalne, wyegzaltowane filmy, które niby są takie artystyczne, wywrotowe i bezkompromisowe, a na koniec w głębi duszy uważa, że życiowego spełnienia nie da się osiągnąć, dopóki nie znajdzie się męża. Generalnie, podzielam zwierzową fascynację tą panią i jej twórczością, bo to zaiste fascynujące zjawisko socjologiczne. Chyba znacznie bardziej, niż tematy, które ona porusza w swych filmach. ;)
    Zwierzowa recenzja jak zwykle wyborna- delektowałam się każdym słowem!

  • Gin

    czerpię masochistyczną przyjemność z czytania o tym, jaki ten film jest zły, ale jest mi też trochę przykro.

  • dywanik

    Zwierz jest „de best”. Lepiej napisanej recenzji w życiu nie widziałem. Trafiłem tu przypadkiem. Wyślę link znajomym. Jak zdążę. A co wy tutaj tak mało zachwycacie się Zwierzem?

  • M M

    Broń boże, nie chcę hejtować, ale chciałabym napisać, że istnieje takie słowo jak „jakichś”.
    „(…)wynika bo zwierz jak spotkał jakiś autorów to dostał tylko zimne przekąski”. Może być „jakiś sok”, „jakiś autor” ale kogo?czego? JAKICHŚ (przy liczbie mnogiej).

    Czułam się w obowiązku to napisać, bo skoro cudowny zwierz robi taki błąd (a nie wiem czy to też podchodzi pod dysortografię) to czytelnicy też będą (niektórzy).

    Uwielbiam,pozdrawiam!

  • Michał Bratos

    Bardzo trafna recenzja.
    Na naszym seansie było 8 osób, do końca zostały 3.
    My wysiedzieliśmy w nadziei że końcowa scena wszystko genialnie wytłumaczy i połączy. (no i dlatego że samochód daleko stał a na dworze zimno)
    Niespójny, nielogicznie wulgarny a do tego zwyczajnie nudny.
    Osobiście byłem po nim mentalnie zmęczony szukaniem sensu.
    Na Filmwebie pojawia się bardzo proste pytanie: „Dlaczego tej kobiecie ktoś daje jeszcze pieniądze?”

  • Dalia

    Najwyraźniej nagość i brak sensu są w cenie, bo Berus wygrała nagrodę dla najlepszej aktorki na OFF Camerze

  • Magda Brzozowska

    Przyznam, że osobiście poszłam na film ze względu na ciekawą formę jaką czytałam, że ma zaprezentować. I właściwie trochę dla Simlata. I jak dla mnie było ok, zwłaszcza ze względu na tą kwestię wizualną, coś nowego

  • Postanowiłam się z Tobą trochę pokłócić: miszong.pl/zardzewiale-nozyce-selfie-feminizmu-albo-szatan-kazal-tanczyc-inaczej/

  • milek

    Zwierzu lubię Twojego bloga i poczucie humoru, ale mam wrażenie że jak wielu uległaś dziwnemu zjawsku, słysze nazwisko Rosłaniec i od razu wiem, ze będzie zły film. Troche szkoda ;(