Przynajmniej nie pada nam na głowy czyli 25 miłych rzeczy na październik

05/10/2017

Wubba lubba dub dub czyli Zombie vs Zwierz vs Rick and Morty

05/10/2017

50 lat minęło czyli o Our Souls at Night

05/10/2017

Wszyscy wiemy, że kino to najbardziej zbliżony do wehikułu czasu wynalazek jaki posiadamy. Jednego dnia możemy oglądać aktorów młodych jak światło poranka, by następnego obejrzeć film z końca ich kariery. Nie dawno Netflix zafundował zwierzowi taką właśnie przejażdżkę – bo można było na platformie obejrzeć nie tylko Boso po parku ale też Our Souls at Night. Dwa filmy w których występuje Robert Redford i Jane Fonda. A dzieli je dokładnie 50 lat.

Zwierz nie będzie wam dziś recenzował Boso po parku. To film, który powstał w oparciu o sztukę i bardzo to po nim widać. Historia wcale nie jest tak bardzo skomplikowana – mamy młode małżeństwo, które właśnie musi pierwszy raz naprawdę razem zacząć żyć. Ona jest wolna, młoda i ma swój pomysł na związek, on jest nieco zajęty swoją karierą prawnikiem i ma nieco inną wizję małżeństwa. I na tym samym początku swojego związku muszą się dogadać jak ma wyglądać reszta ich życia. Kto będzie musiał dorosnąć, a kto trochę odpuścić. Film pewnie nie byłby dziś dobrze pamiętany gdyby nie fakt, że zarówno Robert Redford jak i Jane Fonda po tym filmie zrobili wielkie – choć dość różne kariery filmowe. Fonda ruszyła do kina by stać się najpierw seksbombą potem postacią zaangażowaną politycznie i prekursorką aerobiku. I choć potem zniknęła to kiedy wróciła do grania przypominała, że zawsze była dobrą aktorką. Nawet jeśli o tym nie pamiętano. Z kolei Robert Redford został tym idealnym aktorem do grania prawdziwych amerykańskich bohaterów. Grał ich tak długo jak długo pozwalały mu warunki a potem szukał i chyba wciąż szuka dla siebie miejsca. Niestety Hollywood nigdy nie wie co zrobić z ludźmi którzy mieli tą czelność zestarzeć się poza granice swojej typowej roli.  Przez te pięćdziesiąt lat od premiery Boso po Parku spotkali się w filmie jeszcze raz w Elektrycznym Jeźdźcu. Trochę potwierdzając, że dobrze jest ich mieć razem na ekranie.

 

Teraz po pół wieku spotkali się znów na planie filmu, który przenosi nas w zupełnie inne rejony. Podczas kiedy opowieść o młodym małżeństwie rozgrywała się w Nowym Jorku, to Our Souls at Night jest historią z małego miasteczka gdzieś na drodze do Denver. W tym niewielkim miasteczku starsi panowie spotykają się na kawę i plotki a starsze kobiety? Trudno orzec, bo film opowiada nam historię z perspektywy Louisa – emerytowanego nauczyciela do którego drzwi pewnego wieczora puka sąsiadka Addie. Zarówno Louis jak i Addie jakiś czas wcześniej owdowieli. Mieszkają samotnie, wiodąc jak można się spodziewać dość nudne życie wypełnione rutynowymi czynnościami. Louis czyta gazetę od deski do deski i słucha kanału na którym cały czas podawana jest prognoza pogody. Nic więc dziwnego, że kiedy Addie pojawia się w jego domu jest trochę zszokowany. Jeszcze bardziej zdziwiony jest je propozycją. Otóż sąsiadka proponuje by Louis przyszedł do niej do domu… spać. Tak moi drodzy to jest punkt wyjścia filmu. Starsza pani która źle się czuje sama w pustym domu i łóżku prosi sąsiada by ten spał u niej – dotrzymując jej towarzystwa. Warto zaznaczyć, że film jest ekranizacją powieści, ale ponieważ zwierz powieści nie czytał to będzie się odnosił do tego co obejrzał (i odnosił do scenarzystów a nie do autora bo kto wie jak bardzo książka i film się od siebie różnią, inna sprawa pomysł na fabułę czasem sprawdza się w książce a niekoniecznie w filmie).

 

Sam ten pomysł jest tak nierealistyczny, że mógłby stać się zaskakująco dobrym punktem wyjścia do ciekawego filmu. Bo Addie i Louis jako ludzie starsi mają problem z szybkim zaśnięciem i te wspólne noce mogliby przeznaczyć na rozmowę. Kiedy film decyduje się iść w tym kierunku – jest zdecydowanie najciekawszy. Wspomnienia romansów sprzed czterdziestu lat – o których można już mówić zupełnie spokojnie bo minęło tyle czasu że naprawdę to jak cudze wspomnienie, czy nawet najboleśniejsze momenty z własnego życia – w takiej ciemności można porozmawiać o wszystkim. Szkoda tylko, że film dość szybko traci zainteresowania tym swoim dziwnym, choć nieco poetyckim punktem wyjścia i wstawia nas w taki dość klasyczny melodramat, a właściwie bardziej kino rodzinne. Nagle okazuje się, że zawsze za wszystko trzeba w życiu zapłacić i nie ma niewinnych romansów sprzed czterdziestu lat czy żałoby do której miałoby się prawo. Film dość jasno podkreśla że zachowanie rodziców tak wpłynęło na ich dzieci (które są zaskakująco młode patrząc na wiek zarówno Fondy jak i Redforda), że nic nie jest dla nich normalne. Zwierz przyzna szczerze – bardzo nie lubi takiego schematu gdzie właściwie całe życie dzieci zależy od zachowania rodziców. Nie jesteśmy tylko dziećmi swoich rodziców.

 

Niestety większość filmu opowiada historię dość banalną. Pojawia się wnuk Addie – zagubiony siedmiolatek przyssany do telefonu, którego starsi państwo z pomocą elektrycznej kolejki i psa wyciągną do świata. Pojawiają się niezadowolone z życia dzieci, znajomi którzy plotkują za plecami i jakieś widmo romansu które nie za bardzo pasuje do całej historii. Ostatecznie z filmu który mógł nas trochę wyjąć z rzeczywistości i przenieść do świata gdzie ludzie może nie mają szans odpokutować za grzechy z przeszłości ale przynajmniej mogą sobie o nich odpowiedzieć, została dość banalna obyczajowa historia. Nawet zakończenie, które miało w sobie pewien dramatyczny potencjał zostało przykryte jakimś nieco niepotrzebnym lukrem. Jakby twórcy wiedzieli, że nie powinno się dobrze skończyć (bo to wszak film melodramatyczny) ale jednocześnie – bali się tematyki którą podjęli. Szkoda bo w sumie tam gdzieś była szansa na dobry film. Tylko niestety zaprzepaszczona.

 

Zwierza zawiódł zwłaszcza wprowadzona do narracji postać syna Addie, granego przez Matthiasa Schoenaertsa (to ulubiony belgijski aktor zwierza, choć nadal zwierz nie ma pojęcia jak się pisze i wymawia jego nazwisko). Syn Addie to postać w sumie dla narracji kluczowa, ale napisana na kolanie. Ma pretensje że jego matka umawia się z Louisem – głównie dlatego, że ten czterdzieści lat wcześniej ma romans. Jednocześnie widzimy, że jest nieudacznikiem ale film nie ma nam do zaproponowania innego wyjaśnienia niż takie, że w dzieciństwie matka poświęciła mu za mało uwagi. I teraz powinna w pewien metafizyczny sposób spłacić swój dług pomagając w opiece nad wnukiem. Przy czym ten pomysł scenariuszowy byłby jeszcze do przejścia gdyby pomiędzy filmową matką a synem istniała jakaś wyczuwalna więź. Ale w tym filmie więzi nie ma i ostatecznie syn Addie zdaje się występować w filmie tylko po to by stanąć na drodze do szczęścia bohaterów. Trochę tak jakby scenarzyści nie mogli sobie wyobrazić, że już sam fakt bycia osobą starą i samotną jest wystarczającą przeszkodą do prostego szczęścia. Z drugiej strony jego postać i tak jest lepiej napisana niż córka Louisa – Holly, która wpada na dosłownie jedną scenę. Trudno powiedzieć po co – chyba po to by uświadomić nam wszystkim, że chodzi na terapię bo czterdzieści lat wcześniej jej ojciec prawie porzucił jej rodzinę.

 

Zwierz trochę też boleje nad tym, że film pokazuje nam jakie niespełnione ambicje miał Louis (chciał być malarzem i pojechać do Europy ale ostatecznie został nauczycielem i ojcem rodziny) ale właściwie nic nam nie mówi co takiego w życiu chciała osiągnąć Addie. Jakie są jej pasje, co ją cieszyło, jak wyglądało jej życie. Film, podobnie jak wiele produkcji tego typu (poświęconych starszym ludziom) tworzy obraz takich przezroczystych wdów, które nigdy niczego w życiu za bardzo nie chciały, niczego nie robiły i teraz nie umieją się odnaleźć. I jasne wiele kobiet realizuje się w domu u boku męża ale nie znaczy to, że nie mają osobowości. Addie wydaje się zresztą postacią dużo ciekawszą, odważniejszą od Louisa – a jednak niesamowicie przez scenariusz zaniedbaną. Skoro nie pracowała to jej historia nie jest tak ciekawa – nawet jeśli zgodnie z zasadami sztuki, jest naznaczona tragedią. Zdaniem zwierza film byłby bez porównania ciekawszy gdyby udało się nieco te dwie narracje i spojrzenia na starość wyrównać. Albo przynajmniej pozwolić nam nieco lepiej poznać bohaterów – bez dziecka i psa w tle.

 

Niewątpliwie film przepadłby w pomrokach dziejów gdyby nie spotkanie na planie po latach Jane Fondy i Roberta Redforda. Czas dziwnie się obszedł z naszymi aktorami. Redford którego kiedyś reżyser „Niemoralnej propozycji” nazwał najlepiej chodzącym aktorem na świecie, dziś porusza się już nieco mniej pewnie. Ma taką twarz jaką mają na starość bardzo przystojni mężczyźni których piękne rysy twarzy zgubiły się gdzieś między zmarszczkami. Nie są brzydcy ale spoglądanie na nich to zawsze szukanie tej zaginionej twarzy. Jakby się człowiek nie starał szuka oczyma tego czego już nie ma. Choć Redfordowi z dawnej urody pozostały błękitne oczy i kiedy może nimi spojrzeć i delikatnie się uśmiechnąć to niemal słychać melodię z żądła. Jane Fonda nigdy nie ukrywała, że jej uroda utrzymała się tak długo także dlatego, że pomógł jej chirurg. W przypadku niejednej aktorki to przeszkadza. Ale Fonda wciąż ma w ruchach jakąś młodzieńczą swobodę, w tonie głosu coś co każe wyczekiwać dowcipu. Zwierz woli ją jako aktorkę starszą, mniej polegającą na wyglądzie. Dobrze że wróciła do grania bo jest nareszcie ktoś do zbierania tych wszystkich wspaniałych ról dla kobiet po siedemdziesiątce. Oboje grają bardzo dobrze ale jakby w tym ich spotkaniu po latach brakuje pomysłu.

 

 

Oglądając Our Souls at Night razem z Boso po Parku można dostrzec że oba filmy mają dość podobną scenę. W Boso po parku młoda para melduje się w hotelu. Przy rejestracji nieco strapiony małżonek zapomina, że przecież jego żona ma już tak samo na nazwisko jak on. W Our Souls at Night nasza emerycka para melduje się razem do hotelu podając się za małżeństwo, choć do małżeństwa im daleko. To jedna z tych niewielu uroczych rzeczy, która łączy te filmy. Między innymi dlatego warto je obejrzeć razem. I choć zwierz wzdycha nad tym jak bardzo sztampowy jest film na Netflix to trochę rozumie, że pokusa by powstał była zbyt duża. W końcu jak powiedziała Jane Fonda – nie chce umierać nie wykorzystując jeszcze jednej szansy by pocałować Roberta Redforda.

Ps: Zwierz pragnie z radością wam oświadczyć że nie tylko słyszał o tegorocznym laureacie nagrody Nobla Kazuo Ishiguro ale też czytał jego książki i może wam polecić z czystym sercem ekranizację Okruchów Dnia. Co skłoniło zwierza do refleksji że musi popełnić wpis o ekranizacjach noblistów.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Agata

    Wpis o ekranizacjach noblistów!!!

  • Kama

    A ja obejrzałam „Our Souls…” z przyjemnością. Chociaż w gruncie rzeczy zgadzam się z zarzutami. Dość to banalne, a syn Addie jednowymiarowy. Za mało głębokich rozmów. Nie jest to „Nad złotym stawem” (wersja z H. Fondą, Hepburn i J. Fondą), czyli moim wzorcem dla filmów o starości i rodzinie. Ale Fonda i Redford robią z papierowymi postaciami coś fajnego, a chemia jak przed laty.

    Właśnie pod wpływem tego filmu zobaczyłam „Boso w parku”. I ubawiłam się. Postać matki jest fantastyczna, a całość taka urocza, że nawet (faktycznie duża) teatralność nie zepsuła mi seansu.
    Za to „Elektrycznego jeźdźca”, też dostępnego na Netfliksie, można sobie darować… Tu nawet chemia Redford-Fonda i muzyka nie wygrają z banalnym scenariuszem, bardzo już retro „widowiskowością” pościgów i brakiem pomysłu, jaki ma być gatunek filmu (wszystkiego po trochu, a nic dobrze).
    Przymierzam się jeszcze do pierwszego wspólnego filmu tych dwojga, „The Chase”, ale tam są chyba równorzędnymi postaciami z całym tłumem :)
    Wcześniej lubiłam Redforda i uwielbiałam Fondę (chociaż raczej tę starszą), ale nie widziałam ich wspólnych filmów. A teraz odkryłam, że to chyba jedna z moich ulubionych ekranowych par (nie jak Bogart-Bacall, Hepburn-C.Grant czy Hepuburn-Tracy, ale w czołówce).

  • Hanako

    Szkoda, że tak rzadko podejmuje się temat podstarzałej miłości. Takiej, gdzie więcej przyjaźni i szacunku do siebie, niż namiętności. Takiej, gdzie trudno już dla kogoś zmienić swoje stare nawyki, gdzie wspólne mieszkanie nie jest koniecznością, a raczej przeszkodą. Gdzie ma się już za sobą poważne związki, śluby, dzieci. To jest zupełnie inny rodzaj miłości, cichszy, złożony, nieoczywisty, często balansujący na granicy niezobowiązującej znajomości.
    Ostatnio taka miłość intryguje mnie szczególnie, bo mój posiwiały już ojciec-wdowiec ma partnerkę. I dla mnie, młodej, zakochanej, chcącej dzielić z partnerem każdy element rzeczywistości, ten skomplikowany układ dwóch bardzo odrębnych osób, które mimo tego coś łączy, jest niezrozumiały i fascynujący.

    Szkoda.

  • kpirozek

    Moja mama mawia, ze Robert Redford na starość trochę wygląda jakby spuszczono z niego powietrze ;) Chętnie obejrzę filmy, o których Zwierz tu napisał, bo ostatnio miałam przyjemność zobaczyć RR w filmie familijnym „Mój przyjaciel smok” (się ma dzieci to potem tylko ten rodzaj filmów się ogląda ;)) i bardzo mi się spodobał nawet naznaczony wiekiem, choć rolę miał niewielką.

    Ekranizacja „Okruchów dnia” to jeden z moich ulubionych filmów, wiec z wielką radością odebrałam wiadomość o Noblu dla Kazuo Ishiguro. Oczywiście poproszę o wpis o ekranizacjach noblistów.

  • Kinoman1

    Belgowie (dumni z międzynarodowej kariery swoich rodaków ) poznani rok temu w związku z moja pracą próbowali nauczyć mnie wymowy nazwisk swoich gwiazd. Po wielu próbach zrezygnowałem z wymawiania nazwiska Poelvoorde , natomiast Schoenaerts wymawia się (chyba) jak Szenarts, przy czym zarówno ” e” jak i „a” powinny nieco mieszać się ze sobą .
    Poza ” Okruchami dnia” zekranizowano tez inna ksiązkę Ishiguro- ” Nie opuszczaj mnie”. Ten film niesłusznie trochę zapomniano,
    a szkoda, bo uważam go za bardzo dobry. Tak jak „Agata” czekam z niecierpliwością na wpis o ekranizacjach noblistów!!!