O czym mówimy kiedy mówimy o klęsce czyli Instagram, Millenialsi i Fyre Festiwal

31/01/2019

Gwiazdy w Kosmosie czyli cykl „W blasku Oscarów”

31/01/2019

Jeśli jest scena to musi być dramat czyli „Adriana Lecouvreur” (transmisja Met Live)

31/01/2019

Wyobraźcie sobie sceny jak z Dynastii, kobiety kłócące się o mężczyznę który miał to nieszczęście umówić się z nimi obiema w  tym samym miejscu, mniej więcej w tym samym czasie. Wyobraźcie sobie wzajemne publiczne upokorzenia, szantaże i ostatecznie – mordercze kwiaty, przesyłane w pudełku po biżuterii. Brzmi jak idealna rozrywka? No jasne, w końcu to wszystko znajdziecie w cudownej operze Francesco Celiea „Adriana Lecouvreur”, którą nie dawno można było zobaczyć w ramach transmisji Metropolitan Opera w polskich kinach.

 

Fot:Ken Howard/Met Opera

Jakoś tak się złożyło, że jak rzadko – nie wiedziałam o operze właściwie nic. To znaczy, niekoniecznie – wiedziałam, że cała historia jest oparta (dość luźno) na faktach i że główna bohaterka pod koniec ginie otruta bukietem kwiatów. Sami przyznajcie że brzmi to intrygująco.  Zresztą to właśnie nieznajomość opery – połączona z doskonałą obsadą – w roli głównej śpiewała Anna Netrebko a w roli jej ukochanego Maurizio (zresztą bohater jest synem naszego Augusta Mocnego) śpiewał  Piotr Beczała. Strasznie mnie bawi i jednocześnie smuci że jak chce się posłuchać jednego z najlepszych polskich śpiewaków, to nie ma rady, trzeba patrzeć jak śpiewa w Nowym Jorku. Cieszę się jego sukcesem ale wolałam jak  wystarczyło kupić bilet na grane w Warszawie Rigoletto. W każdym razie nie wiedziałam co mnie czeka fabularnie, inscenizatorsko i muzycznie. I wyszłam, zaskoczona i zachwycona.

Fot: Ken Howard/Met opera

Z jednej strony cała historia jest taką dość klasyczną fabułą operową. Jest w niej oczywiście nieszczęśliwy romans, jest zazdrość, jest tragiczna śmierć – napisana tak by bohaterka nawet tracąc przytomność nie traciła dobrze napisanej arii. Jest wątek miłosny – który dla wygody zaczyna się gdzieś w środku, więc bohaterowie nie muszą się przez dwa akty poznawać zanim nieszczęście sprawi, że nie będą mogli zostać razem. Jest też – często spotykany antagonizm pomiędzy dwiema kobietami – tu piękna aktorka i zamężna księżna de Boullion ostrzą sobie zęby na tego samego  dzielnego saskiego marszałka. Księżnej fakt, że ma męża zupełnie nie przeszkadza być święcie oburzoną, że aktorka romansuje z jej potencjalnym kochankiem. Sama aktorka zaś nie zawaha się publicznie skompromitować księżnej. W tym wszystkim trochę ginie Maurizio który naprawdę powinien się nauczyć że nie umawia się dwóch sekretnych schadzek w jednym miejscu o jednym czasie, a jeśli już ma się dwie kobiety pod jednym dachem, to pod żadnym pozorem nie można powierzać jednej opieki nad drugą. Naprawdę aż trudno się dziwić że z tego wyszła taka tragedia. Szkoda tylko, że jak zwykle życiem zapłaci kobieta a nie nieszczęsny bohater, który nawet rozkładu swoich sekretnych schadzek nie umie dobrze ułożyć.

 

Fot: Ken Howard/Met opera

Ale jest też druga strona. I to było dla mnie zaskoczenie. Pomiędzy wszystkimi typowo operowymi elementami znalazło się też trochę treści, które wymykają się najprostszym schematom. Doskonale pokazuje to postać Inspicjenta Michonneta (śpiewał go i fenomenalnie grał Ambrogio Maestri) – zakochanego w pięknej Adriannie starszego mężczyzny który boi się jej wyznać miłość. To postać na drugim planie a jednak nie jednowymiarowa. Zakochany, ale nie zazdrosny Maestri, jest gotowy ustąpić kiedy pojawia się młody kochanek, a potem pozbierać serce Adianny gdy to zostaje złamane. Wycofany, pogodzony z losem, staje się przypadkiem dość jednym ze świadków ostatnich chwil bohaterki. Podczas kiedy Maurizio dostaje wszystkie słowa  i gesty typowego operowego kochanka (Beczała wykonuje to wszystko doskonale – ale po tylu rolach to już niemalże autopilot – wszak operowym bohaterom co chwilę ktoś umiera), tak inspicjent przeżywa to jakoś tak z boku, nie mniej dogłębnie, ale w takiej ramie dużo prawdziwszych uczuć. To jedna z tych scen i tych ról gdzie można w pełni docenić jak wiele dla samej opery robi doskonały aktor, który może nie dostaje tyle do śpiewania co inni, ale za to jak zagra i zapłacze, to cała ta operowa rama przestaje być tak wyraźna i nam też niesamowicie żal życia, talentu i szczęścia umierającej właśnie bohaterki.

 

Fot: Ken Howard/Met opera

Zresztą w ogóle sam spektakl bardzo dobrze gra motywem życia na scenie, tej granicy pomiędzy tym co dzieje się w świecie który jest oswojony i przyjazny – świecie teatru, a tym co dalekie, obce i okrutne – życiu z dala od sceny. Na scenie bohaterka triumfuje i zbiera oklaski, z dala od niej jest krucha i narażona na zranienie. Za sceną zaś – w miejscu pośrednim, rozgrywają się największe radości i porażki jej życia. Dworskie towarzystwo nie może się równać z tym teatralnym, a miłość powinna ustąpić przed aktorskimi potrzebami, bo one są najważniejsze i nadają sens całemu istnieniu. Trzeba tu jednak zauważyć, że twórcy spektaklu doskonale bawią się zarówno powagą jak i potencjalnym komizmem tej dychotomii – świat i scena. Jak w dobrej operze przystało mamy tu fragment baletowy i po prostu widać, jak absolutnie fenomenalnie bawili się jego twórcy. Nie dość że jest on doskonale wykonany, to jeszcze pełno w nim nawiązań, zabawy konwencją, historycznych smaczków. Moja znajoma która kocha balet stwierdziła, że przy jego tworzeniu wszyscy musieli się fenomenalnie bawić. Trzeba przyznać, że w zestawieniu z niesłychanie dramatycznymi scenami jakie rozgrywają się na widowni tego teatru w operze robi to jeszcze lepsze wrażenie.

 

Zdjęcie: Ken Howard/Metropolitan Opera

No dobrze zapytacie, wszystko pięknie, fajnie że część scen wygląda jak żywcem wyjętych z Dynastii, ale powiedz nam Zwierzu, jak to było zaśpiewane. Cóż ja wam mogę powiedzieć moi drodzy – zaśpiewane było to doskonale. Co prawda nikogo to nie powinno dziwić – bo w końcu to jest spektakl z Metropolitan Opera a tu śpiewają najlepsi. Jednak prawda jest też taka, że czasem obsadzenie sław nie oznacza, że dobrze pasują do roli. Zdarzają się takie sztuki w których niekoniecznie wszystko gra. Ale to nie tu. Wręcz przeciwnie, dawno nie miałam wrażenia, że oglądam spektakl który jest tak doskonale obsadzony pod względem zgrania głosów, talentów i takiego emploi jakie ma każdy śpiewak i śpiewaczka operowa. Obsadzenie głównej roli ułatwia fakt, że Adriannę powinna grać śpiewaczka która rozumie co to znaczy być prawdziwą divą, a kto jak kto ale Netrebko nie trzeba dwa razy tłumaczyć jak to się gra. Doskonała jest też Anita Rachvelishvili jako księżna de Bouillon bo trzeba wiedzieć jak zagrać swoją złą postać tak by każde jej spotkanie z główną bohaterką sprawiało, że chce się jeszcze więcej. Oczywiście nasz Beczała też się sprawdził, choć jego bohater nie jest szczególnie porywający ale ma jedną naprawdę ładną arię, napisaną chyba głównie po to by śpiewak obsadzony w tej roli nie czuł się zepchnięty na margines. Jednak najbardziej ze wszystkich, co już pisałam, podobał mi się Ambrogio Maestri jako Inspicjent. Dawno nie widziałam tak dobrze aktorsko zagranej roli w operze. No i słuchajcie jak to dobrze pokazuje, że w teatrze operowym nie ma małych ról.

Fot: Ken Howard/Metropolitan Opera

 

Nie zachwycałabym się tak gdyby nie kilka spraw. Jedno – zaraz idę na Carmen w ramach pokazów Met Live w kinach (sprawdźcie na nażywowkinach.pl czy nie ma gdzieś w waszym mieście jeszcze miejsc. W Warszawie się praktycznie wszystko wyprzedało) i nie mogę się doczekać obejrzenia opery którą znam. Ale wiem, że jak zacznę myśleć co by wam powiedzieć o Carmen to oczywiście zapomnę napisać o Adriannie. A druga sprawa – ważniejsza z waszej perspektywy – nie musicie czytać moich zachwytów myśląc o tym, że przegapiliście swoją szansę na obejrzenie transmisji. Otóż ponieważ jedną z głównych ról w spektaklu gra polski śpiewak to Met słusznie uznało, że im więcej pokazów tym lepiej – zwłaszcza, że pokazy w styczniu pięknie się sprzedały. Dlatego kolejne pokazy opery będą w Polskich kinach już w kwietniu i maju. Jeśli chcecie wiedzieć dokładnie gdzie i czy znajdziecie je w swojej okolicy to ponownie odsyłam do Nazywowkinach.pl – gdzie znajdziecie listę kin i miejscowości – w których odbędą się dodatkowe pokazy. Tak więc jeśli nie udało się wam dostać biletów w styczniu to macie jeszcze szanse a co więcej, wiecie z wyprzedzeniem więc możecie zaplanować co będziecie robić w kwietniu. A powinniście wystrzegać się bukietów i uczyć się, że Dynastia naprawdę jest produktem wtórnym.

Ps: W ogóle bardzo polecam wam by zrobić z wyjść na opery jakąś rodzinną tradycję. Na przykład ja zrobiłam z tego tradycję spotkań z tatą. Od czasu kiedy nie mieszkam u rodziców i jestem z Mateuszem (a także jest zima), jestem u rodziców dużo rzadziej, dlatego trudno znaleźć jakiś taki rytm spotkań. Opery doskonale motywują do spotkania, a ponieważ w czasie transmisji są przerwy to zostaje sporo czasu by porozmawiać i po prostu pobyć razem. Mój tata w jednej przerwie do Adrianny opowiedział mi dokładne dzieje rodu de Boullion ale być może wy macie mniej ekscentryczne tematy do rozmów z bliskimi. W każdym razie o to czy idziemy na Carmen nawet nie musiałam go pytać bo już miał dla mnie zarezerwowany wieczór w kalendarzu. I to jest moi drodzy super.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...