Nie ma się z czego śmiać czyli o Dear White People

15/05/2017

Gaiman tu, Gaiman tam czyli Amerykańscy Bogowie i Mitologia Nordycka

15/05/2017

Gdzie jest Ania czyli o nowej Ani z Zielonego Wzgórza od Netflixa

15/05/2017

Chyba nie było bardziej wyczekiwanej przez Zwierza premiery na Netflix (warto zaznaczyć, że wcześniej serial pokazywała kanadyjska stacja, która wyprodukowała serial) niż nowa ekranizacja Ani z Zielonego Wzgórza. Dlatego też zwierz ma z nią tyle problemów. Niestety by je w pełni pokazać potrzebne są pewne spoilery. I tu trzeba zaznaczyć, że ponieważ serial miejscami drastycznie różni się od książki to znajomość książki nie chroni przed spoilerami w serialu.

Na początek zwierz musi zaznaczyć, że nie ma problemu z odejściem do treści powieści, czy dopisywaniem nowych wątków. To jest serial który od razu zaznacza że jest bardzo luźno oparty na powieści. Zwierz uważa, że zmiany względem powieści nie są z założenia złe. Wszystko zależy od tego jak podchodzimy do zmian – zwierz uważa że są uzasadnione bo nikt nie rusza powieści (tzn. fizycznie jej nie zmienia, więc zawsze możemy sięgnąć do źródła) , zaś każda ekranizacja jest w pewnym stopniu interpretacją. Nie oznacza to jednak, że wszystkie zmiany zwierz uważa za dobre i słuszne. Tylko jakby sama koncepcja przesuwania akcentów nie jest z założenia zła. To w ogóle temat na inny wpis, ale chyba trzeba to od razu powiedzieć. Jeśli uważacie że nikt nie powinien nic zmieniać w tekście który adaptuje to zwierz to rozumie, ale ma inne podejście.

Zwierzowi nie przeszkadza że ktoś zmienia fabułę książki na potrzeby filmu. Ale czasem przeszkadza mu jak to robi.

Dobrze skoro to ustaliśmy to czas przejść do samego serialu. Twórcy zdecydowali, że opowiedzą historię w sposób bardziej współczesny i naturalistyczny. Dość cukierkowa, nieco bajkowa historia o biednej sierotce przyjętej na wychowanie przez starsze rodzeństwo, zmienia się w historię mroczniejszą, gdzie traumatyczne przeżycia bohaterki i poczucie odrzucenia przez lokalną społeczność wystawia ją na kolejne próby. Do tego, nie tyle zostaje przyjęta na wychowanie ale adoptowana, zmieniając przy tym nazwisko. Do serialu dodano wątki w książce zupełnie nieobecne, Ania ma problemy z traumą wyniesioną z sierocińca, problemem jest dorastanie, niechęć dzieci z klasy, no i ograniczenia związane z jej płcią. Ania jest też starsza niż w powieści bo ma już lat trzynaście więc jest raczej młodą panną a nie dzieckiem. Co w nieco innym świetle stawia jej egzaltowane przemowy. Zwierz jakoś nie miał problemów z egzaltowaną wygłaszającą długie przemowy jedenastolatką, ale w przypadku trzynastolatki brzmią one nieco mniej uroczo. Zwłaszcza że wtedy trzynaście lat to było zdecydowanie więcej niż teraz. Zwierz nie będzie ukrywał – czasem zdarzało mu się przyśpieszać część przemów Ani bo był nimi zmęczony i zażenowany. Co ciekawe – w powieści nigdy nie miał tego problemu (tu należy wyznać, że zwierz swego czasu czytał powieści o Ani i je uwielbiał, ale nie jest jednym z wyznawców serii).

Serial zachowuje się tak jakby twórcy wierzyli, że współczesny widz może być zainteresowany tylko postaciami współczesnymi (nawet jeśli przedstawionymi w historycznym kostiumie)

Zwierz ma bardzo różne podejście do tych zmian. Przede wszystkim problemem jest uwspółcześnienie bohaterów. Widzicie, zwierz nie ma problemu z tym jak się dodaje elementy naturalistyczne ale ma problemy kiedy przepisujemy przeszłość tak by bohaterowie zachowywali się współcześnie. I tak np. wszystkie szkolne przygody Ani to przygody współczesnej dziewczyny we współczesnej szkole. Tak została napisana Ania i jej przyjaciółki. Jednocześnie np. o ile pokazanie traumatycznych wspomnień od poprzednich opiekunów ma sens, to demonizowanie sierocińca jest już bardzo współczesne. Bo takiej sierocie jak Ania mogło być wówczas lepiej w sierocińcu niż u rodziny do której została odesłana. Podobnie jak np. rozmowa Ani z koleżankami o seksie. To jest tak, że przekładamy nasze współczesne wyobrażenia o tym jak to powinno wyglądać na przeszłość. Zwierz przyzna że to nie jest takie proste, bo np. wiejskie dziewczynki (przecież to wszystko rozgrywa się na wsi) były bardziej uświadomione niż się może wydawać nam współczesnym. Takich elementów jest w serialu sporo i zwierz ma z nimi problem. Największym jest zaś w ogóle sama koncepcja adoptowania Ani. Otóż takie myślenie o adopcji jest bardzo współczesne. Przyjęcie na wychowanie było wówczas dużo bardziej naturalne i w ogóle taka współczesna koncepcja adopcji  na wiejskich terytoriach kanadyjskiej wyspy raczej by nikomu nie przyszła do głowy. Tymczasem serial bardzo kładzie nacisk na tą adopcję Ani, co zdaniem zwierza jest nadużyciem. Zwłaszcza że książka akurat ten motyw przyjęcia na wychowanie ładnie rozgrywała więc niema tu naprawdę potrzeby zmian. Zwierz bardzo nie lubi trendu do zasiedlania historii ludźmi współczesnymi. Jednocześnie twórcy jakby nie dowierzali autorce książki. W powieści – napisanej na początku XX wieku edukacja Ani – choć przebiegająca nie bez początkowych problemów – była raczej oczywista. Można wręcz powiedzieć że autorka stworzyła świat w którym dziewczyna nie tylko mogła spokojnie mieć ambicje ale jeszcze była w tym wspierania przez inne podążające drogą nauki kobiety. W serialu musi walczyć o edukację, zwłaszcza po wielu uwagach – wygłoszonych przez mężczyzn – że dziewczynka nie powinna się kształcić (mało subtelnie zdanie to wygłasza w serialu duchowny). Ponownie – to takie przekonanie, że wiemy lepiej jak było skłania zwierza do refleksji – czy nie można celebrować ambicji bohaterki bez konieczności dodawania takiego wątku. Czy Ania nie może być ambitna sama z siebie a nie dlatego, że chce pokonać uprzedzenia? Tu zmieniając motywacje bohaterki, zmieniamy jej charakter. Przy czym Ania nie była mniej feministyczną postacią. Tylko była feministyczna inaczej. Zdaniem zwierza – wcale nie gorzej.

Pytanie które zadawał sobie zwierz cały czas w trakcie trwania seansu – dlaczego straciliśmy zaufanie do pogodnych opowieści i zachowujemy się tak jakby jedyną drogą była ucieczka w mrok. W pogodnej opowieści wcale nie musi być głupio.

Twórcy Anie zapewniali że w serialu trudno odróżnić gdzie się zaczynają oryginalne przygody a gdzie zaczyna to co dopisali. Ale prawda jest taka, że można doskonale odróżnić jedno od drugiego. Wątki wzięte bezpośrednio z powieści mają w sobie lekkość opowieści o dzieciństwie – jest zgubiona broszka, pierwsza bufiasta sukienka, zdzielenie kolegi tabliczką, czy wypicie przez przypadek wina. Jest w tym coś uroczego, lekkiego a jednocześnie – trochę znajomego. Są tam też dobrze znane wzruszenia – jak wtedy kiedy Ania widzi prezent od Mateusza, czy kiedy dzielna Ania ratuje chorą siostrę przyjaciółki. To co dopisali twórcy ma historię pogłębić więc sukienkę dostaje Ania jako dorastająca dziewczyna po tym jak dostała pierwszy raz okres, zdzielenie tabliczką nie jest emocjonalną odpowiedzią na wyśmiewanie koloru włosów tylko obroną przed ostracyzmem ze strony koleżanek, wypicie wina kończy się sceną na wskroś współczesnego zachowania dziewczynek. Co więcej Ania nie tylko leczy siostrę przyjaciółki ale też właściwie samodzielnie zapobiega wielkiemu pożarowi. I niestety – brakuje temu jakiejś lekkości a czasem dążenie do dramatycznych scen jest przesadzone. Ostatecznie z pogodnej historii wychodzi coś dużo poważniejszego. I zwierz też by to wybaczył – choć naprawdę zastanawia się czy takiej Ani naprawdę potrzebujemy (albo inaczej czy nie byłoby lepiej gdyby scenarzyści zostawili Anię i napisali własny serial opowiadający o bohaterce całkowicie wymyślonej tylko przez nich) ale też czy nie jest to podejście zakładające że spodoba się na tylko to co jest współczesne. Zwierz ma problem z taki traktowaniem widza. Ostatecznie zwierz czytał Anię jako dziecko w XX wieku i nie czuł by ta różnica pomiędzy światem Ani a jego światem była nie do przeskoczenia, więcej – była dużo ciekawsza.

W ostatecznym rozrachunku w serialu najlepiej grają te wątki które są przepisane właściwie jeden do jednego z książki.

Zwierz rozumie intencję twórców by opowiedzieć tą historię inaczej. Doskonale wychodzi im to w warstwie   wizualnej – rzeczywiście po raz pierwszy zwierz miał poczucie, że Ania porusza się po realnym świecie a nie po jakimś pocztówkowym świecie, który trudno byłoby znaleźć na mapie. Pod względem pracy kamery, kolejnych kadrów, ale też wyglądu samej Ani serial jest doskonale pomyślany. Co więcej, zdaniem zwierza ma jeden niesamowity plus. To postać i w ogóle  cała historia Maryli. Zmiana punktu wyjścia – z przyjęcia dziewczyny na wychowanie, na adoptowanie sprawia, że Maryla czuje się – co bardzo wyraźnie widać – matką. I tu serial jest doskonały. Historia Maryli – kobiety która nie miała szans wykorzystać swojej szansy w życiu na założenie rodziny – która staje się matką jest fenomenalna. To jak serial ją pokazuje, jak postać jest zagrana, jakie sceny i emocje jej dopisano – to wszystko gra idealnie. Zwierz złapał się na tym że bez porównania bardziej podobają mu się sceny z Marylą niż z Anią i zasadniczo rzecz biorąc im więcej Maryli a mniej Ani na ekranie tym lepiej się serial ogląda. Co doprowadziło zwierza do refleksji że gdyby tak zdecydować się w ogóle na nakręcenie serialu o Maryli to byłoby to najlepszym wyjściem. Zwłaszcza, że rzeczywiście na postać Maryli scenarzyści mają pomysł.

Wszystkie zmiany sprawiły, że najlepiej w całym serialu wypada postać Maryli. Może dlatego, że tak naprawdę nowa Ania nie chce opowiadać o świecie dziecka tylko jest skierowana do dorosłych. A przynajmniej na taką się kreuje.

Zwierz czytał w Internecie wiele niezadowolonych i zachwyconych głosów. Sam zwierz jest skonfliktowany. Bo ma wrażenie jakby podsunięto mu produkt który skrojono tak by dostać jak najlepsze oceny. Bo Ania wygłasza feministyczne zdania, bo temat wychowania i edukacji dziewcząt został wypchnięty na pierwszy plan, bo wszyscy kochają jak bierze się coś miłego i słodkiego i czyni się to mrocznym i poważnym. Bo mroczne i poważne jest dobre, słuszne i prawdziwe. To takie trochę recenzenckie bingo. Jednocześnie zwierz ma poczucie, że spokojnie można było dodać do historii Ani tylko jeden element – traumatyczne wspomnienia z przeszłości spędzonej u złej rodziny. I zagrać wszystko tak jak w książkach – byłoby to chyba lepsze niż nagromadzenie dramatycznych momentów. A przynajmniej nie sprawiałoby wrażenia, jakby twórcy nie lubili materiału wyjściowego. Albo inaczej – nie mieli pomysłu jak opowiedzieć historię by zachować jej sympatycznego, lekkiego ducha i jednocześnie ją pogłębić. Zdaniem zwierza to trochę wynika z naszego współczesnego problemu z telewizją – gdzie coraz częściej pogodne opowieści wydają się twórcom płaskie. Tymczasem stworzenie dobrej pogodnej  opowieści to sztuka (np. śmierć Mateusza w powieści to jest wydarzenie niesamowite – bo pokazuje że nawet miły i ciepły świat nie jest wolny od wydarzeń które mogą na zawsze zmienić nasze życie*). Innymi słowy – zwierz chętnie obejrzałby serial który z jednej strony pogłębia postacie a z drugiej nie czuje się w obowiązku zamienić dziecięcego dramatu nie spróbowania lodów na pikniku na poważną groźbę odesłania do przerażającego sierocińca.

Świat Ani – wbrew temu co niektórzy piszą – wcale nie był przesłodzony. Zdarzały się w nim tragedie i sytuacje przykre. Ale nie zdarzały się tak często jak w serialu (przez co miały większą moc)

Zresztą to w ogóle jest pytanie – wykraczające trochę poza samą recenzję – dlaczego jedyny kierunek który wydaje się nam słuszny to uczynić coś bardziej mrocznym i nieprzyjemnym. Zwierz wierzy że można byłoby historię Ani opowiedzieć zupełnie inaczej niż to robiono nie wybierając ścieżki „jedna paskudna i dramatyczna rzecz na odcinek i koniecznie sporo śmierci”.  Bo śmierci w serialu jest zdecydowanie więcej niż w książce. bo sierotą nie jest tylko Ania ale sierotą zostaje też Gilbert. Jednak tym co zwierza najbardziej wytrąciło z równowagi była scena w której Mateusz rozważa samobójstwo (chce by Maryla dostała jego ubezpieczanie na życie). To scena tak bardzo nie pasująca nie tylko do książkowej ale też do serialowej interpretacji Mateusza i w ogóle do tego świata w którym wszystko się dzieje, że zwierz zazgrzytał zębami. Zwłaszcza że nie widzi tu żadnego powodu do dodawania takiej sceny (już pomijając refleksję nad tym czy pobożnemu farmerowi w małej wiejskiej społeczności coś takiego w ogóle przyszłoby do głowy) poza stworzeniem kolejnego dramatycznego momentu. A tych ta historia w nowej odsłonie ma już za dużo (i nawet gdyby zwierz uważał interpretację za trafną miałaby za dużo). Ostatecznie powaga w serialu przypomina to trochę sposób myślenia Ani, która sama pisała opowieści w których wszyscy musieli umrzeć. Tylko Ania była egzaltowaną nastolatką.

Nie wszystkie dopisane wątki są złe, ale niektóre sprawiają wrażenie jakby ktoś nie mógł ścierpieć tego, że materiał wyjściowy jest miłą książką o dzieciństwie. Czasem nakręcanie dramatyzmu w serialu staje się wręcz komiczne.

Jednocześnie to nie jest sam w sobie tak bardzo zły serial. Jak zwierz wspomniał – Maryla jest fenomenalnie napisana, a jej relacje z panią Linde – jej serdeczną przyjaciółką – to jeden z najlepiej poszerzonych wątków w serialu. Bardzo dobrze napisany jest Mateusz (wszyscy tu grają świetnie) – i dobry jest pomysł by pokazać nam wszystkie sceny z ich przeszłości. Gilbert jest uroczym bohaterem, bardzo dobra jest Diana przyjaciółka Ani. Choć Zwierz ma problem z samą Anią to nie ulega wątpliwości że Amybeth McNulty (dziewczyna obsadzona w głównej roli) umie grać i miejmy nadzieję, że mimo specyficznej urody (choć jest b. ładna) nie zniknie z ekranów. Są też w serialu sceny wzruszające jak np. moment kiedy Ania pierwszy raz przytula się do Maryli, albo kiedy dostaje sukienkę z bufiastymi rękawami. Zwierz zachwycał się już sposobem kręcenia – zwłaszcza szerokie krajobrazy przypominają niekiedy obrazy z Poldarka (tam też są klify!). Nawet czołówka jest ładna – na tyle ładna że zwierz nie przyśpieszył jej ani razu mimo, że oglądał serial za jednym zamachem.  Co prawda zdaniem zwierza Ania w serialu trochę za często wybiega z różnych pomieszczeń (niemal w każdym odcinku) ale nie da się ukryć, że serial jest dobrze aktorsko poprowadzony a niektóre dopisane postacie – jak np. francuski chłopiec pracujący o Maryli i Mateusza wychodzą naturalnie i niekiedy lepiej niż nowe interpretacje postaci już znanych.

Dla zwierza ważne jest to, że dziecięce dramaty – choć z punktu widzenia dorosłych błahe, dla samego dziecka są prawdziwe. Szkoda że serial tego w ogóle nie bierze pod uwagę, zastępując drobne nieporozumienia i wpadki sprawami śmiertelnie poważnymi.

 

Jak zwierz pisał – nie ma nic przeciwko zmianom w fabule – są one pewną interpretacją. Nie zmienia to jednak faktu, że interpretacja może być oceniona jako mniej lub bardziej trafna. Zdaniem zwierza próba uczynienia z Ani z Zielonego Wzgórza podszytej tragedią opowieści o dość współczesnych bohaterach to jednak interpretacja trochę nie rozumiejąca ducha książki. Są w serialu dobre pomysły, ale całość wypadłaby bez porównania lepiej gdyby powstała po prostu jako serial niezależny – który widz (wystarczająco inteligentny) mógłby  skonfrontować sam z historią Ani. A tu mamy mieszankę wątków wymyślonych i pozostawionych która ostatecznie jednak nie gra. Przynajmniej zwierzowi.  I to nie znaczy, że zwierz uważa że historię Ani zawsze trzeba kręcić tak samo. Ale nie uważa by każda zmiana była dobra. Gdyby zwierz chciał obejrzeć współczesną Anię, to chętnie obejrzałby tą historię przeniesioną do współczesności. A tak został z serialem, który za wszelką cenę chce być poważny, mroczny i dramatyczny. Tylko zamiast rozsądnie wyciągać więcej z psychiki bohaterów to dodaje kolejne tragiczne wydarzenia. Ostatecznie dostajemy wersję która cały czas przypomina, że jest mroczna i dramatyczna, i poważna ale przede wszystkim prawdziwa. Albo prawdziwsza od wersji powieściowej. Tymczasem jest równie nieprawdziwa co podejście sentymentalne – tylko po prostu wybiera inną drogę. Choć chyba podejście sentymentalne jest uczciwsze. Bo przez sentyment jakoś łatwiej się nam przebić niż przez kolejne dramaty.

Mamy skłonność uważać że wizje sentymentalne są zafałszowane, a te mroczne – prawdziwe. Tymczasem prawda nie jest taka prosta.

Na sam koniec zwierz zastanawia się nad tym do jakiego stopnia nowe podejście rzeczywiście przybliżyło Anię współczesnemu widzowi. Zwierz pamięta że choć Ania różniła się od niego wszystkim, to poziom dramatów jakie przeżywała wydawał mu się w pewien sposób bliski. Brak rodziców nie był czymś zwierzowi znanym, podobnie jak chodzenie do szkoły w której na raz uczą się wszystkie dzieci. Zwierz był chyba też mniej egzaltowany. Ale już te wszystkie głupstwa które robi się zupełnie przypadkiem a które w oczach dziecka mają straszne konsekwencje, miały w sobie coś bardzo znajomego. A już wątek z Anią która nie ukradła tej broszki Maryli – tak jak rozegrano go w książce – trafiał prosto do serca zwierza. Te codzienne problemy były traktowane przez książkę ciepło ale poważnie. Przypominały, że egzystencja dziecka nie potrzebuje tragedii by być wypełniona wielkimi dramatami. To jedna z największych zalet powieść – ten szacunek dla dziecięcego spojrzenia na świat, w którym za równo wszystko jest piękniejsze jak i dziesięć razy bardziej tragiczne niż w świecie dorosłych. I właśnie tego zwierzowi najbardziej zabrakło. Bo właśnie to doskonałe ujęcie dziecięcej psychiki sprawiało, że nawet sentymentalna Ania była prawdziwa i bliska – nawet jeśli zwierz czytał ją na oko 90 lat po pierwszym wydaniu. W tej nowej adaptacji tego brakuje. Być może dlatego, że wszystko musi tu być bardzo dorosłe. I gdzieś zgubiło się dziecko. Urocze roztrzepane egzaltowane dziecko jakim była Ania Shirley.

Ps: Są seriale przy których zwierz jest gotowy iść na noże broniąc swojej interpretacji. Tym co zwierza dodatkowo smuci, to fakt że w sumie jakby ktoś teraz napisał że to jego ulubiony nowy serial to wzruszyłby ramionami. A jak wiecie nic zwierza bardziej nie boli niż obojętność.

PS2: Patrząc na kilka rozmów o Ani zwierz zauważył coś czego strasznie nie lubi – ludzie zamiast napisać „a mnie się podobało” (pod recenzjami negatywnymi) lub „mnie się nie podobało” (pod recenzjami pozytywnymi) piszą coś w stylu „Chyba coś ze mną musi być nie tak bo mi się podoba/nie podoba”. Zwierz nie cierpi tej konstrukcji bo sugeruje, że jedynym dobrym stanem jest posiadanie przez wszystkich tej samej opinii.  Tymczasem ze wszystkimi wszystko jest w porządku, tylko mamy inne zdania.

* Jako dziecko zwierz słuchał z kaset słuchowiska o Ani gdzie Mateusza grał Franciszek Pieczka. To była fenomenalna rola, tak miła i ciepła że kiedy Mateusz umierał na kasecie to zwierz (słuchający tego w kółko) przewijał fragment bo było mu zbyt przykro. Ale nawet teraz słyszy to wołanie „Mateuszu, Mateuszu” i robi się mu strasznie przykro. Co ciekawe – zwierz jak rzadko w przypadku dzieł kultury pamięta, że ta powieściowa śmierć wbiła mu się w pamięć jako przestroga że nic nie jest pewne. Ale to była siła tego jednego dramatycznego momentu.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Shakuahi

    Ja zawsze jak widzę „ze mną musi być coś nie tak” to czytam „jejku, patrzcie jaka inna, oryginalna jest ze mnie osoba”. ;)

  • Ginny

    Za mną na razie pierwszy odcinek i na razie jestem na tak, ale trochę się boję, co też tam dalej wymyślono.

    • zpopk

      Będzie się dużo działo. Tam w ogóle się dużo dzieje bo w sumie pierwszy sezon obejmuje chyba niecały rok.

  • Ania

    Ja jestem w trakcie ogladania Ani (po 5 odcinkach) i jestem zachwycona. Nie dostrzegam, tego o czym pisze zwierz: dazenia do powagi, mrocznosci i dramatyzmu; uwazam, ze wszystko jest realistyczne – przeciez Ania musiala przezyc wiele bardzo zlych chwil w swoim zyciu, zanim zostala zaakceptowana przez wszystkich. A moze to dlatego, ze ksiazke czytalam wiele, wiele lat temu i nie widze wszystkich watkow dopisanych czy zmienionych. I rzeczywiscie w warstwie aktorskiej czy zdjeciowej film jest przepiekny!

    • zpopk

      Polecam kolejną lekturę książki – bo serial mnóstwo dopisuje, a nawet znanym historiom dopisuje zupełnie inną interpretację. Inna sprawa – Ania z Zielonego Wzgórza nie była o tragicznych wydarzeniach z życia bohaterki tylko o jej zwykłym – przeplatanym bardzo niewielkimi w sumie dramatami życiu. To była ładna książka o codzienności. Z niewielkimi poważnymi dramatami. Serio polecam zajrzeć jeszcze raz do oryginału (To nie jest złośliwe) bo jak nie pamiętasz dobrze to trudno rozmawiać o tym co zmieniono.

      Ps: Smutne nie znaczy od razu realistyczne. Smutne znaczy smutne :)

      • Kayleigh90

        Nie czytałam tej książki, ale czy jest jakaś szansa, że serial brał wątki z prequelu? Czyli „Droga do Zielonego Wzgórza”?

  • rob krol

    Dla mnie kanoniczna jest animacja od NHK z 1978-80r tam zachowano tą pogodną pozytywną atmosfere a także okoliczności przyrody to zresztą problem współczesnej kultury brak wiary źe dobro może być ciekawe źe widz niekoniecznie pragnie wyłącznie mroku i zła

    • Kayleigh90

      O tak, ja też te anime bardzo lubię, wierne książce, a przy tym pięknie pokazuje zmiany bohaterów, zarówno fizyczne, jak i psychiczne :)

      • rob

        :) cała ta seria adaptacji literatury dla dzieci jaką NHK robiło to była solidna robota może nie zawsze w 100% wierna pierwowzorowi (zwłaszcza jak książka była krótka a seria dłuższa ) ale za to dobrze odtworzona atmosfera dzieła myślę że autorzy patrząc z góry z aprobatą kiwali głowami :) nawet dziś te produkcje można polecić zwłaszcza jeśli rodzice chcą dzieci jakimś pozytywną treścią natchnąć :)

        • Kayleigh90

          Starsze anime mają w sobie naprawdę wiele uroku. :)

  • Wracając do pierwszej części po latach od przeczytania, czyli mając już więcej lat niż Ania, chyba koło 13, pomijałam jej przemowy… Nie mogłam ich znieść i bardzo cieszyłam się, że w kolejnych częściach było ich o wiele mniej.
    Szkoda trochę, że w serialu zamiast większej ilości scen z codzienności był ten dramatyczny pościg Mateusza za Anią czy ten wątek z próbą samobójczą. Co za dużo dramatów, to nie zdrowo :)

  • Anna

    Ja przestałam oglądać po 2,5 odcinka. Nie z powodu dramatów i odstępstw, ale z powodu kompletnej ahistoryczności, wtłaczania XXI wiecznego sposobu myślenia – a i to tylko myślenia mieszkańców co większych miast – na kanadyjską wieś XIX wieku. Po co kręcić film kostiumowy, w XIX wiecznych dekoracjach, skoro realizmu w nim za grosz?

  • anna.

    nie oglądałam, ale tak sobie myślę po przeczytaniu tej recenzji… może współcześnie my po prostu mamy problem z „dzieciństwem”? Z taką niewinnością i lekkością?

    • zpopk

      Mam wrażenie że mamy problem z tym by dostrzec dzieciństwo takie jakie jest – tzn. że czasem mrok i smutek dziecka wynika z rzeczy błahych dla dorosłego. Zamiast pochylić się nad tym światem czynimy go mrocznym bo jakbyśmy już zapomnieli jak inny był ten dziecięcy świat.

  • Panna

    Przypomnijcie mi prosze,w ktorej ksiazce umarl Mateusz? Takie rzeczy jak rozwazanie samobojstwa czy rozmowy o dojrzewaniu absolutnie nie pasuja mi do Ani, za to wszystko co zgodne z ksiazka jest naprawde dobrze, momentami wrecz wzruszajaco zekranizowane. Msze pochwalic tez dobor aktorow, wiekszosc mi bardzo pasuje. Ja rowniez zachwycam sie Maryla.

    • scripty

      Mateusz umiera w pierwszej książce, „Ani z Zielonego Wzgórza”.

    • Sunako Nahahara

      Tak, na końcu pierwszego tomu

  • nlmda

    Chyba coś ze mną musi być nie tak, bo ja tam się ze Zwierzem zgadzam ;) A tak serio, to po pierwszym odcinku byłam zachwycona przede wszystkim stroną wizualną. Podobała mi się ta chęć przedstawienia trochę mniej wyidealizowanego obrazu codzienności w tamtych czasach i zrobienie z Avonlea istniejącego miejsca, zamiast tylko uroczej pocztówki.

    Gdybym na tym pierwszym odcinku zakończyła to pewnie zachwyt by pozostał, ale nagromadzenie dramy od drugiego odcinka zdecydowanie mnie odrzuciło. Naprawdę nie trzeba było tam dopisywać dodatkowych dramatów, rozmawiamy przecież o osieroconej dziewczynce, która musiała ciężko pracować przez całe swoje życie i szansę na odrobinę szczęśliwego dzieciństwa dostała dopiero jako jedenastolatka. Książkowe mniejsze i większe tragedie by wystarczyły. Ale wydaje mi się, że ten trend „zróbmy wszystko bardziej mroczne i dramatyczne” chyba ma służyć zburzeniu mitu jak to kiedyś, w dawnych czasach było super – środowisko czystsze, kobiety zachowywały się jak damy, mężczyźni byli rycerscy i wszyscy żyli długo i szczęśliwie ;)

  • Peter Wimsey

    Oooo! No dawno nie zgadzałam się tak praktycznie co do słowa z czymś :) Dzisiaj się trochę produkowałam na temat Ani w internetach, następnym razem po prostu zlinkuję Twoją recenzję. Szczególnie mocno podzielam Twoje refleksje dotyczące tego, co się postrzega jako poważne, tę potrzebę dorosłości we wszystkim, która niekoniecznie musi zawsze pasować i zwłaszcza przynosić rzeczywiście dorosłe artystyczne rezultaty. Dla mnie to jest po prostu taka Ania, w którą usiłowano wsadzić trochę współczesnego serialu o feminizmie, a trochę GOT. Przy czym mnie też kilka rzeczy chwyciło za serce, i też to były częściowo oryginalne wątki, a częściowo fantastyczna Maryla i ogólnie dobre aktorstwo.

    • zpopk

      Też gdzieś mi minęło twoje nawiązanie do GOT. Bardzo mnie rozbawiło ale jest w tym trochę prawdy. Mnie boli że pojawiła się taka konotacja – mroczne znaczy prawdziwe, znaczy ważne. Co jest w sumie sporą pułapką.

    • inv

      Oo, daj linka! Chętnie przeczytam

      • Peter Wimsey

        Tylko tak w dyskusjach pisałam, niestety :)

  • Zosia

    We mnie jest chyba za dużo z tej dziewczynki, która kochała się na zabój w Gilbercie, bo wszystkie sceny z nim były miodem na moje serce. Lucas był cudowny w ten roli. „Any dragons around here need slaying?” ❤

    • Kasia

      Myślałam, że tylko ja tak mam :D

  • Itramtsuj

    Ja w ogóle oglądałam tę historię z nastawieniem, że to będzie wierna adaptacja, więc przeżyłam dość duży szok Ale nie mam nic przeciwko niektórym z dopisanych wątków (tak jak wspomniałaś – Jerry jest świetny), choć też niezwykle przeszkadza mi jak bardzo nowe, dopisane wątki miały być emocjonalne i wywoływać wzruszenie, bo to takie wszystko złe i jak my teraz mamy dobrze, bo jest inaczej – tu przede wszystkim cała historia związana z drugim odcinkiem i chyba najbardziej boli mnie to, że rozwiązali to przypadkowym zbiegiem okoliczności. Właściwie zgadzam się z większością Twoich opinii – może z wyjątkiem tych o historycznej wierności, znam się na tym na zasadzie tego co pokazuje mi popkultura, więc nie raziło mnie to, a raczej dość dobrze wpisywało się w taką obiegową opinię o tym jak to wyglądało w tamtych czasach.
    Z drugiej strony tak bardzo żałuje, że zabijając ojca Gilberta sprawili, że nie będzie cudownej sceny z łódką…

    • zpopk

      Widzisz tylko obiegowa opinia o tym jak było w przeszłości ma to do siebie, że jest obiegowa. Tak naprawdę to jak pokzano przeszłość w tym serialu jest dużo bardziej współczesne niż to jaka ta przeszłość była. Jakby to jest szkodliwe bo narzucamy naszą interpretację historii samej przeszłości. A prawda jest bardziej skomplikowana.

      • Elka

        Ale rzeczywistość w pierwszej ekranizacji też była wykrzywiona. Ugrzeczniona. Wydaje mi się, że sposób w jaki jest traktowana Ania w nowej ekranizacji jest dużo prawdziwszy…. ale już zachowania Ani typu młodzieńcze jęki istnienia mi zgrzytają. Przy czym jestem w komfortowej sytuacji i nie wiem jaka ta przeszłość była naprawdę :)

  • Hannah

    Dziękuję zwierzowi. Tak bardzo się zgadzam. W ogóle czułam jakby to była adaptacja książki, którą wyszła spod pióra Dickensa. Montgomery w pamiętnikach pisałą, że chce przynosić ludziom słońce i bardzo się cieszyła, kiedy czytelnicy pisali, że wniosła w ich życie trochę radości i optymizmu. Tutaj kompletnie tego nie ma. Trailery mnie bardzo zachęciły, bo stwarzały wrażenie, że Ania, przy całym swoim w pełni uzasadnionym PTSD będzie się stopniowo otwierała na możliwość zaufania komuś, na tę sugestię że być może zasługuje na swoje prawo do szczęścia, że owszem będzie jej trudno uwierzyć w wiele rzeczy ale stopniowo przezwycięży zły czar wspomnień. Uważałam, że to bardzo ciekawa perspektywa i pozwoli lepiej wydobyć kontrast z Zielonym Wzgórzem. I początek to obiecywał. Ania, kiedy mówi że woli wyobraźnię od wspomnień była bardzo realistyczna i w punkt. No ale przecież będzie lepiej. Nic nie wymaże złych wspomnień, ale nowe, dobre się nadbudują i dodadzą sił. Nic z tego. Avonlea jest w zasadzie zaludnione snobami, ludźmi bezmyślnymi i pozbawionymi empatii, szkoła to jeden horror, w zasadzie nic dobrego się nie wydarza, te wszystkie drobne potknięcia, które w książce są generalnie comic relief tutaj urastają do rangi tragedii antycznej. Ania plamiąca reputację Prissy Andrews… Ania szlochająca z tęsknoty za Katie Maurice, bo nie ma nikogo na Zielonym Wzgórzu i jest tak okrutnie samotna. To już jedna recenzentka gdzieś zauważyła, że znajdujemy się w takim gotyckim Avonlea, które mogłoby wyjść z egzaltowanej wyobraźni Ani. A już w ogóle wymiękłam przy odcinku w którym dziewczynki dyskutują o swoich miesiączkach, jakby było wówczas czymś powszechnie akceptowalnym rozmawiać o tym publicznie w szkole. Przecież to świat, w którym Ania, spodziewając się siódmego dziecka mówi do Diany „czy przyjedziesz jeszcze w odwiedziny zanim.. zanim przez jakiś czas nie będę mogła przyjmować gości.” W prywatnej rozmowie ze swoją najlepszą przyjaciółką, która sama jest już matką kilkorga dzieci.

    Czy dalej jest lepiej? Może ktoś mi powie bo naprawdę nie wiem czy dalej oglądać? Czy sfilmowano choć jedno zabawne albo po prostu pogodne wydarzenie z książki tak, aby pozostało zabawne czy pogodne? Nie wiem, krople walerianowe, sukienkę od Mateusza, wizytę Józefiny Barry, szkolny koncert?

    I jestem zła, bo to wygląda tak, jakby Netflix celował żeby Ania była produkcją ambitną, a przecież szczęście, radość, ciepło i życzliwość nie przystoją w ambitnych produkcjach. Dramy musi być więcej.

    • Kayleigh90

      Po części mogę się zgodzić z Twoim komentarzem, a po części jednak nie. Zgadzam się, że Avonlea jest pokazane jako jakieś wyjątkowo snobistyczne miejsce, a tymczasem to była wioska na kanadyjskiej prowincji… No i właśnie. Skoro oni wszyscy żyli na wsi, to byli jakby bliżej pewnych rzeczy, „bliżej natury”. Tak więc nie wiemy, czy dziewczynki rozmawiały dość swobodnie o miesiączce, czy nie. Zwłaszcza, że były tylko w swoim gronie, ale jak już, to ta rozmowa też była mocno uwspółcześniona. Nie znam realiów kanadyjskiej wsi, ale wspomnienia babci nakazują mi myśleć, że okres był traktowany na wsi jako coś normalnego, coś, co jest i trzeba przeżyć. I nikt nie wnikał ani nie przeżywał.

      • Hannah

        Podałam przykład rozmowy o ciąży jaką Ania odbywała z Dianą jako matka kilkorga dzieci. Nadal mi się nie wydaje, żeby był to akceptowalny temat. To już właśnie o ciąży czy porodzie teoretycznie powinny rozmawiać łatwiej, jako wiejskie dziewczyny, wychowane na farmie, jagnięta co roku i w ogóle. Miesiączka to co innego. Dlatego podobała mi się rozmowa z Marylą, ta pragmatyczna, wkładki i pierzesz, najpierw w zimnej wodzie, potem w gorącej*. Ale koleżanki w szkole, ot tak, na przerwie, gdzie każdy może podsłuchać – zwłaszcza w tej szkole, pełnej klasycznych bullies – no jakoś tego nie widzę.

        * To była w ogóle jedna z nielicznych rzeczy, które mi się podobały – oddanie codziennych czynności, pompa w kuchni, tosty na kominku takie właśnie codzienne drobiazgi. I samo Zielone Wzgórze było dokładnie tak spartańskie i wypucowane jak sobie wyobrażałam.

        • Kayleigh90

          A mi też się to bardzo podobało, bo takich scenek ogólnie brakuje w kinematografii.
          Nie to, że jestem na nie, co do Twojego zdania, ale naszła mnie refleksja, na ile sama autorka uprawiała też swoistą autocenzurę, zwłaszcza w tych kwestiach? Skoro w „Ani z Wyspy Księcia Edwarda” mówi jednak o dość kontrowersyjnych sprawach nawet dzisiaj.

    • Magdalaena

      Zastanawiam się, czy ta pruderia nie wynika raczej z tego, co wypadało czytać młodym panienkom 120 lat temu, a nie z tego, jak faktycznie rozmawiały ze sobą dojrzałe kobiety.

      • Hannah

        Nie jestem taka pewna, o tyle, że Montgomery – której na podstawie pamiętników nie sposób odmówić temperamentu i namiętnej natury – przy mężu rozbierała się zawsze za jakimś parawanem (i to samo radziła synowej). Trzeba pamiętać że w społecznościach protestanckich silny mógł być wpływ kalwinizmu i innych tego typu nurtów dość purytańskich.

    • jelly

      „Montgomery w pamiętnikach pisałą, że chce przynosić ludziom
      słońce i bardzo się cieszyła, kiedy czytelnicy pisali, że wniosła w ich
      życie trochę radości i optymizmu”
      Otóż to. LMM przez większość swojej kariery musiała odpierać zarzuty, że para się pisaniem sielankowych powiastek zamiast zająć się prawdziwą literaturą z całym brudem i trudem ludzkiego żywota. I bardzo ją frustrowały zarzuty, jakoby jej książki nie były wystarczająco ‚prawdziwe’, bo za mało w nich smutku i tragedii. Jakoś przykro, że niektórzy wciąż tak to postrzegają, choć podejście LMM sprawiło, że jej książki przetrwały całe stulecie.

  • Kayleigh90

    Jeszcze nie obejrzałam do końca, ale póki co widzę większość zmian na plus. Może faktycznie jest trochę dużo tego dramatu, ale mam wrażenie, że to jest serial dla widza, który czytał książkę o Ani w dzieciństwie. I tamta książka była sentymentem, a serial przedstawia to samo w nieco innym świetle. Również zgodzę się z tym, że postacie poboczne są chyba najlepiej rozwinięte (w tym wątek Gilberta), ale chyba przez ekranizację z Megan Follows ludzie ciągle mają wrażenie, że „Ania z Zielonego Wzgórza” to taka cukierkowa historyjka. Trzymam kciuki za Amybeth, dziewczę gra fenomenalnie, stosownie do swojego wieku – no i miała ona bardzo dużo kwestii, to nic, tylko podziwiać.

    • jelly

      Czytałam Anię jako dziecko, jako nastolatka, jako dorosła. Czytałam biografię, pamiętniki, opracowania. Film z Megan Follows oglądałam mając już za sobą wielokrotną lekturę oryginału.

      I uważam, że Ania w dużej mierze JEST cukierkowa. Znacznie bardziej niż Emilka czy Dzban ciotki Becky, a nawet niektóre późniejsze części z tego samego cyklu (Wymarzony dom Ani czy Dolina Tęczy). To humor LMM sprawia, że słodycz Ani nie jest nieznośna.

      • Kayleigh90

        Trudno się z Tobą nie zgodzić. „Ania z Zielonego Wzgórza” jako książka jest po prostu pozytywną historią o dorastaniu. Mamy tu momenty śmiechu, jak i wzruszeń, przy czym uważam, że od ekranizacji z Megan Follows lepsza jest wersja anime z 1979 roku. Bardzo dobrze oddaje całość książki i pokazuje, jak bohaterowie się zmieniają. Przy czym zawsze miałam wrażenie, że ostatnie odcinki, odpowiadające ostatnim rozdziałom, były trochę poważniejsze i dojrzalsze, opowiadały w końcu o trudnej decyzji Ani.
        Po latach, kiedy patrzę na film z Megan Follows, to trudno oprzeć się wrażeniu, że prawie dorosłych ludzi przebrano w stroje dziecięce. No i sama Megan Follows była ładniejsza od Ani opisanej w książce. Stad moje wrażenie po prostu, ale nie twierdzę, że sama książka nie kipi słodyczą, tylko właśnie jak mówisz – humor autorki sprawia, że jest to znośne.

  • Izabela Pandora Próchniak

    Ja będę trochę bronić tego „coś jest ze mną nie tak” – bo jak wszyscy nasi znajomi jak jeden mąż nienawidzą danej produkcji, a nam się akurat podoba, to ciężko się nie poczuć trochę jak idiota XD. Albo to związane z niską samooceną albo depresją, tu już pewności nie mam. Ciężko rozdzielić.

    Zarzuty mam nadzieję rozumiem, recenzja jak zwykle przednia. Wydaje mi się, że do dzisiejszych dzieci to może trafić, ale to jest totalne gdybanie nie poparte poważnymi badaniami. W sensie, najlepiej byłoby znać dużo dzieci, a już idealnie zostać jednym z nich – ale z własnymi wspomnieniami i osobowością – dziś, ale tak trochę niemożliwe :P. Nie wiem jak potraktuję zmiany w postaci Mateusza, ich się akurat boję, a obaczyłom dopiero pierwszy odcinek. Ale też nie będę obiektywnym, po przeryczałom z połowę rzeczonego odcinka XD. Prosto w moje emocje. No i Maryla zdecydowanie plus. I dobór aktorów jest rewelacyjny. Zmartwił mnie też Zwierz osieroceniem Gilberta. Don’t like that.

    • Izabela Pandora Próchniak

      ….obejrzałom drugi odcinek. Ok, powiedzenie mówi prawdę. Nie chwal dnia przed zachodem, a serialu przed… um, drugim odcinkiem?
      Tu nagromadzenie dram i przeciąganie scen dramatycznych było widoczne i co gorsza nużące nawet dla mnie :/.

      • Peter Wimsey

        W tej Ani jakoś wyraźnie jest tak, że pierwszy odcinek ma trochę pewnego specjalnego podejścia i nowości, a trochę jest konsyliacyjny wobec widza przyzwyczajonego do książki i dawnej ekranizacji ;) W drugim ktoś powiedział sobie „a tu im rąbniemy, niech sobie nie wyobrażają” ;)

  • Beatrice Morgenstern

    Seria książek o Ani była jedną z moich ulubionych w dzieciństwie, jeśli nie ulubioną, przynajmniej dopóki nie odkryłam Harry’ego Pottera i dlatego oczekiwałam tego serialu. Ale po recenzji zwierza mam mieszane uczucia. Książki Montgomery miały swój cudowny urok – Ania i Emilka miały w sobie odpowiednią dawkę marzycielstwa i dziecięcej naiwności, przez którą z przyjemnością wracałam do tych książek. I wcale nie uważam, że historia Ani była nadto cukierkowa – już sama idea rudej sieroty, która przez pomyłkę trafia do domu rodzeństwa oczekującego na chłopca wydawała się mnie, dziesięcioletniej dziewczynce, wystarczająco tragiczna. Osierocenie jest dostatecznie przygnębiające. I mam teraz problem.

    Z jednej strony chciałabym obejrzeć serial i przekonać się, czy jest dobry mimo tych wszystkich zmian i dodatków, a z drugiej boję się, że ta wizja zniszczy utrwalony w mojej głowie obrazek, do którego wracam z sentymentem.

    • zpopk

      Nie wydaje mi się by jakakolwiek produkcja była naprawdę w stanie zepsuć wspomnienie bardzo lubianej książki. Zwłaszcza jeśli pozwala sobie na tyle artystycznej wolności co serial.

      • Beatrice Morgenstern

        Cóż, muszę sie nie zgodzić – HP i Przeklęte Dziecko zniszczyło wszystko. Nie potrafi mi wyjść z głowy.

        • Ginny

          Przęklete dziecko po prostu nigdy nie powstało ;)

          • Lilith

            Jakie przeklęte dziecko? :p

  • Ehh kurczę, martwią mnie te opinie :'( Czekałam na ten serial i dam mu szansę w wolnej chwili, żeby sama się przekonać, jak mi to leży jako ogromnej fance Ani.
    https://www.autostraddle.com/netflixs-anne-of-green-gables-adaptation-cant-even-be-saved-by-canonical-queerness-379584/ A tutaj właściwie zgadzająca się z Tobą recenzja, dodatkowo jednakże z kwestią, do której chyba się nie odnosiłaś – feminizm i orientacja :)

  • amo

    Tak bardzo się zgadzam i dziękuję za tę recenzję – na forum zostałam zaatakowana, że czepiam się, bo chcę ekranizacji książki literka po literce identycznej. Miło przeczytać, że ktoś ma te same odczucia.

  • Elka

    Bardzo lubię tą słodko-pierdząca ekranizację sprzed lat, i to będzie „moja” ekranizacja, nikt mi jej nie zabierze. Nie miałabym nic przeciwko obejrzeniu interpretacji dramatycznej, tyle że ten dramatyzm idzie za daleko. Czasem o krok, czasem trochę więcej, ale ociera się o tanią dramę miejscami. Szkoda.
    Szczerze powiedziawszy miałam nadzieję na spektakularny sukces i na jego fali, przyzwoitą ekranizację „Emilki ze Srebrnego Nowiu” a teraz sama nie wiem. Jedna ekranizacja „Emilki” już była, i o boru…

    • rob

      masz na myśli wersje kanadyjską z 1998r czy animowaną przez NHK z 2007r ta druga po angielsku nazywa się Emily The Wind Girl jap.Kaze no Shojo Emily :)

      • Elka

        Anime chyba obejrzałam do końca, ale nic nie pamiętam. Serial kanadyjski bardzo chciałam polubić, podobała mi się obsada, ale był tak strasznie głupi.

        Po 5 odcinku wcale nie jest tak źle., aczkolwiek wszystko co pisze Zwierz jest prawdą. Podobało mi się, że Ania w sierocińcu czytała przepisy przeciw pożarowe, bo nie było niczego innego :)

  • nonsens

    Też miałam te kasety i do dziś mogę cytować z pamięci całe długie dialogi! Ale do rzeczy. Serial obejrzałam i sama nie wiem, czy mi się podoba, czy nie. Pod wpływem pierwszego odcinka wróciłam też do książkowej Ani i przeczytałam pierwszy tom. Wydaje mi się, że dziś już wierna ekranizacja nie byłaby możliwa. Książka jest koszmarnie przesłodzona, a Ania w niej przedstawiona istny tęczowy diamencik w lukrze. I tutaj – jak uważam – serial robi świetną robotę, bo pokazuje, że z Anią, jej napuszeniem, oderwaniem od rzeczywistości, gadulstwem i histerią czasem trudno wytrzymać. I że dziecko, które wychowało się samo, bez miłości i troski dorosłych, ma problemy z dostosowaniem się do świata. W ogóle wydaje mi się, że to, co rozegrano najlepiej to właśnie relacje między bohaterami. Ania – Maryla, Maryla-Pani Linde, Ania-Diana (Diana jest super, i wreszcie nie jest tu papierową dekoracją dla Ani) i Ania-Gilbert. Osobiście wydaje mi się sto razy bardziej prawdopodobne, że Ania udaje wiecznego focha na Gilberta, bo się nim interesuje i sama nie wie, co z tym uczuciem zrobić, niż to, że obraziła się na niego na lata za głupi kawał. Ania była gwałtowna, ale nie mściwa i zawzięta.
    O wiele gorszy jest pęd do dramatu. W sumie nawet można by oglądać większość tych „strasznych” wydarzeń bez zagryzania zębów, gdyby nie były (te dramy) AŻ TAK BARDZO DRAMATYCZNE. Domy drewniane łatwo się palą, a Ania może pomóc w dramatycznym momencie, ale bez przesady nie musi być zawodowym strażakiem. Straty finansowe mogą być nagłe i dotkliwe, ale nie trzeba od razu grozić widzowi sprzedażą Zielonego Wzgórza i okrutnymi zbójami.
    Reasumując, (przepraszam, jestem arcyfanką, musiałam się wygadać) serial pięknie nakręcony, aktorzy cudowni (Maryla + Pani Linde <3), oglądałam z lekkim niesmakiem, ale oglądać dalej będę.

  • Not_Anne

    Jak byłam mała uwielbiałam książkę i do dzisiaj kocham ekranizację z Megan Follows. Jak usłyszałam o serialu, bałam się, że cały czas będę wszystko porównywać do ekranizacji. Na szczęście, serial polubiłam od samego początku. Dobrze pamiętam książkę, ale nie mam problemów z tym, co zmieniono w serialu. Gdyby to była jedyna adaptacja pewnie byłabym niezadowolona z tych zmian, a tak mam dwie wersje tej samej historii :)

  • Maria DeGustibus

    Zamierzam dopiero ten serial obejrzeć, więc o nim samym się nie wypowiem. Ale chciałabym nieśmiało przypomnieć, że angielski oryginał książki jest mniej jednolity stylowo niż polskie tłumaczenie. Porównałam sobie kiedyś obie wersje i polscy tłumacze (albo redaktorzy) przed laty wycinali sceny nie pasujące stylowo. Współczesne tłumaczenia są inne, wierniejsze (i mniej słodkie). Do tego mam podejrzenia, że autorzy nowej ekranizacji byli po lekturze dzienników L. M. Montgomery, które zdecydowanie nie były wesołe. Czy to wystarczający powód, by unikać tonu „ku pokrzepieniu serc”? Czy autorzy mają coś do zaproponowania zamiast urzekająco pogodnej wizji dzieciństwa? Nie wiem. Tym bardziej chcę zobaczyć ten serial i wyrobić sobie zdanie.

    • Kayleigh90

      Zaciekawiłaś mnie w sumie, w końcu „Ania z Zielonego Wzgórza” to lektura szkolna. Ale jakie sceny przykładowo wyrzucili?

      • Maria DeGustibus

        Zrobiłam sobie takie czytanie porównawcze dobrych parę lat temu, notatek nie robiłam i na szybko pamiętam scenę z „Ani z Szumiących Topoli”, z samego początku, gdy Ania (w towarzystwie pani Linde) jechała do Summerside. W polskiej wersji nie dowiadujemy się, jakim środkiem lokomocji tam pojechała, podczas gdy w oryginale jest anegdota z podróży pociągiem (Ania podczas sięgania po walizkę pani Linde omyłkowo oparła się o głowę łysego, śpiącego mężczyzny, myśląc, że to część oparcia pociągowego siedzenia).

        • Kayleigh90

          No to nieźle. W sumie ciekawe, z czego wynika wycinanie takich scen. Ani to kontrowersyjne, ani drastyczne, ani jakoś za trudne dla młodego czytelnika…

          • Gładka

            W wydaniach z przełomu lat 90. i 2000., które czytałam jako młodsza nastolatka, te sceny już były~

          • Maria DeGustibus

            Podejrzewam, że w czasach dużo dłuższego procesu wydawniczego redaktorzy mieli wiecej czasu na przemyślenie zmian i taką kosmetyką chcieli uzyskać większą spójność stylu (w kierunku uładzającym). Mniej się też przejmowano wprowadzaniem zmian, częściej nadawano bohaterom polskie imiona (także u LMM, a z innych, powszechnie znanych m.in. Kubuś Puchatek, Mary Poppins…). Inne czasy, inne podejście.

  • Klaudia Gorczyca

    Rozumiem Twoją postawę zwierzu – bo mam trochę podobną. W sensie serial mi się podobał w ogólnym rozrachunku, przywołał wiele miłych wspomnień, bardzo dużo aktorów było świetnych, ale… to nie ta sama Ania, którą pamiętam z dzieciństwa. Jasne, pierwsze 3 odcinki totalnie dałam się ponieść i płakałam tam gdzie trzeba, śmiałam się z tego co trzeba, ale im dalej w las tym dziwniej. Nie miałam książki od lat w ręku i w pewnych momentach zaczynałam mieć paranoję, bo wydawało mi się (słusznie zresztą), że takich to a takich wątków nie było i co ja paczę.
    Generalnie to serial oceniam na plus – zaangażowałam się w niego, przywołał mi miłe wspomnienia i generalnie chcę wincyj, a najlepiej to niech już dojdą do tego jak Gilbert wyrywa Anię. Trochę mnie niektóre zmiany rozdrażniły, ale nie aż tak, jak by mogły. Z drugiej strony cały ostatni odcinek tak bardzo mi nie gra, że mam ochotę znaleźć scenarzystę i rzucić w nim książką, o tak: https://media1.giphy.com/media/5gGZNrF4VYz6g/giphy.gif

  • makate

    Nie oglądałam jeszcze serialu, także swojej opinii nie mam. Ale chciałam napisać że tak bardzo się zgadzam ze zwierzem odnośnie tego że mroczne nie jest bardziej prawdziwe niż sentymentalne. I zrobienie dzieła które jest ciepłe ale nie głupie jest wielką sztuką.
    A druga sprawa – ja też poznałam anie słuchając jej na kasetach. I postacie z książki wciąż mają dla mnie tamte głosy. Zachwycam się nadal tym jak cudownie bylo to nagrane :)

  • Nie obejrzałam jeszcze serialu, ale na przeczytanie recenzji Zwierza się skusiłam i po jej przeczytaniu zamarzył mi się serial o Ani opowiadany z perspektywy Maryli :) Genialny pomysł :)

  • Czytka

    Zwierzu, z perspektywy historyka – czy Gilbert nadal ma szanse zostać lekarzem? Co on w ogóle robi w tym mieście, sam mieszkanie wynajmuje? Czemu nie odesłano go do sierocińca? Czy myślisz, że nadal uczęszcza do szkoły?

    • zpopk

      Wydaje mi się, że przede wszystkim – marne są szanse by Gilbert w takiej sytuacji oddał swoją posadę nauczycielską Ani. W książce mógł sobie na to pozwolić – zarówno finansowo jak i społecznie. Tutaj jakoś nie za bardzo. Czy miał szanse na zostanie lekarzem? Jakąś miał choć zdecydowanie mniejszą niż w przypadku książki. Trudno mi w ogóle do końca zrozumieć tą zmianę, bo sieroctwo Gilberta nie jest absolutnie niczym koniecznym a co więcej – osłabia opowieść o Ani jako o sierocie. Ale jest więcej dramy.

      • Czytka

        Dziękuję!

  • Sławek

    Pamiętam, że jako dziecko uwielbiałem oglądać serial o Ani. http://www.filmweb.pl/film/Ania+z+Zielonego+Wzg%C3%B3rza-1985-95415
    Z tego co piszesz nowy nie jest wart uwagi. Szkoda bo miałem nadzieję wrócić trochę do dzieciństwa. A już przekładanie naszych aktualnych problemów młodzieży na tamte czasy to już kompletne przegięcie wg mnie.

  • W sumie to nie wiem co myśleć o reszcie wypowiedzi, ale wierz mi, Zwierzu, że dziewczynki zarówno 11 jak i 13 jak i 15 letnie potrafią być żenująco patetyczne i egzaltowane (jako eksdrużynowa harcerek, miałam do swojego badania całkiem pokaźną próbę). Taki wiek. A u schyłku XIX wieku takie egzaltowane dziecko mogło pewnie zająć się całą rodziną, ugotować obiad dla wszystkich, oporządzić zwierzęta, uszyć sobie ubrania, ale dolary przeciwko orzechom, że nie przekładało się to na dojrzałość emocjonalną.

    • zpopk

      Oj przekładało się bardzo. Po prostu wtedy to był zupełnie inny wiek. Dziś 16 letnia dziewczyna jest nastolatką, wtedy (co wiemy min z Ani) była na tyle dorosła by objąć posadę nauczycielki. Wiemy z dokumentów że bardzo się dorosłość przesunęła. 16 lat dla dziewczyny to była dorosłość. 13 zdecydowanie tej dorosłości bliżej (co zresztą serial przypomina)

      • Pełna zgoda – życiowo mogła być zaradna, ale emocjonalnie była wciąż dzieckiem. Taka szesnastoletnia nauczycielka też mogła ogarnąć klasę, moje szesnastoletnie przyboczne też ogarniały drużynę, świetnie im szło – zabrać 20 młodszych od siebie dziewczynek na samodzielnie zorganizowaną grę. Co nie zmienia faktu, że emocjonalnie były szesnastolatkami i krzywe spojrzenie chłopaka który im się podobał doprowadzało do dramatu. Co do dojrzałości emocjonalnej, to moja osobista babcia jak jej zaproponowano „chodzenie”, to spytała „dokąd”, chociaż tak poza tym, życiowo, była dojrzała i ogarnięta.

        • Karolina Nowosielska

          Moja obecnie 83 letnia babcia w wieku 16 lat jeszcze bawiła się lalkami- i to mimo iż mając lat kilka uciekała przed niemieckim samolotem strzelającym do niej jak do kaczki i jak to w czasie tak długiej wojny- swoje przeżyła.
          W wieku 21 lat wyszła za mąż, zaraz potem pierwsze dziecko. Także to, że wcześniej wchodzono w pewne role, nie oznacza że ta dojrzałość była jakoś mocno rozwinięta.

  • Ja tam zawsze wolałam Emilkę z Księżycowego Nowiu, istnienie tego serialu przypomniało mi, że istnieje anime adaptacja Emilki (zaledwie dziesięcioletnia), więc przy niej zostanę – bardzo nie lubię dokładnie takich rzeczy jak powyżej opisane zmiany.

    • Ay

      A gdzie można obejrzeć Emilkę? Anime albo serial?
      Czytałam obie serie i też nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie wolą Anię.

      • Legalnego źródła niestety nie znam, jeśli jakiekolwiek istnieje, ściągnęłam z torrentów :( To jest ten problem z World Masterpiece Theater, anime adaptacjami zachodniej literatury, że nie da się ich dostać, często jedyny sposób na kontakt to jeśli się widziało we własnej telewizji (jak z anime adaptacją Ani, o której ktoś tu w komciach wspominał już).
        Emilka zawsze wydawała mi się przystępniejsza, tylko trzy książki i bohaterka ciężko pracuje nad przyszłą karierą literata, i jakaś taka mniej egzaltowana i poważniejsza od Ani, ale może to mój sentyment ;)

        • Ay

          Szkoda, teraz już nigdzie nie da się znaleźć, ani legalnie ani nielegalnie : ( Pozostaje liczyć na to, że ktoś kiedyś wpadnie na pomysł, żeby zrobić nową ekranizację.

          Emilka mi się podobała bardziej z różnych względów, zarówno tematyka i fabuła, sposób narracji i fragmenty dziennika, charakter i abmicje głównej bohaterki jak i sama budowa książki (w Ani ewidentnie przeszkadzały mi zbyt krótkie rozdziały i taka epizodyczność, trylogia o Emilce wydawała się bardziej spójna jako jedna całość).

  • Serial jeszcze przede mną, chociaż trochę ostudziłaś mój zapał, bo ja z kolei należę do fanatycznych wielbicieli książki, więc trochę obawiam się tych wszystkich zmian. Ale nie będę się w żaden sposób nastawiać, nawet jeśli dopisano jakieś wątki, to i tak z przyjemnością obejrzę cały serial, bo zasadniczo nie mam nic przeciwko reinterpretowania pewnych elementów fabuły, ważne, żeby nie odejmować zbyt wiele z oryginału, dopisywanie nowych sytuacji akceptuję :)

  • Dołączam do fanów Maryli (w ogóle uważam, że casting jest naprawdę świetny!), natomiast mnie jest szkoda, że tego „mroku” szukano tu na siłę, zamiast powyciągać go z książkowej fabuły tam, gdzie on jest (no bo przecież jest — choćby wątek Jerry’ego, jednego z tych pogardzanych francuskojęzycznych pracowników rolnych, którzy w ogóle nie mają u LMM dobrej prasy, tutaj został rozwinięty raczej w stronę „hej, przygodo i międzyludzka solidarności”). Zastanawia mnie, czemu tak jest: czy dopisane explicite dramaty mają mieć większą siłę oddziaływania?

  • Cieszę się, że Zwierz napisał o tym serialu, czekałam na to odkąd go obejrzałam. Serial podoba mi się od strony wizualnej i doboru aktorów, ale mój żywy opór wzbudzają przede wszystkim dwie sprawy:

    1. Sensacyjny (może źle to nazywam) sposób prowadzenia wątku (podoba mi się nieśpieszne tempo oryginalnej historii i ekranizacji z lat osiemdziesiątych). Moim zdaniem podkręcona dynamika, zmiany akcji, zwiększony dramatyzm obdzierają historię z uroku lekkości i zniekształcają a nie uwspółcześniają opowieść. Tzw. zwykłe życie też ma w sobie wiele bólu i trudności, mnie bardziej przekonałoby pogłębienie towarzyszących temu odczuć (co w serialu też mogliśmy zaobserwować np. w kontekście relacji Ani z Gilbertem) niż dokładanie bohaterom dodatkowych widowiskowych nieszczęść (było im tak źle, tak bardzo bardzo źle, pojawił się cień nadziei, ale ten cień to jednak nie nadzieja rzuca…)

    2. Małe podobieństwo i prawdopodobieństwo psychologiczne zachowań postaci. No przepraszam, ale (SPOJLER!) czy Maryla naprawdę byłaby tak niefrasobliwa, aby przyjąć pod swój dach dwóch obcych ludzi bez polecenia czy jakiegokolwiek sprawdzenia? Przypomnijmy sobie, jak wyglądało poszukiwanie przez Anię pokoju do wynajęcia w czasach pracy nauczycielskiej, nie było tam niczego hop siup, a nawet gdyby Maryla miała chwilowe zamroczenie umysłu, to wybiłaby jej to z głowy Małgorzata.
    Mateusza nie oceniam, bo jestem beznadziejnie urzeczona tym, jak go zagrał Richard Farnsworth więc na choćby ślad obiektywizmu nie ma u mnie miejsca (PLOTKA SMUTNEJ NATURY! No i też przez to czułam niesmak podczas oglądania w serialu sceny próby samobójczej Mateusza, przyszło mi do głowy, że to nawiązanie właśnie do pana Richarda, który w ten sposób pozbawił się życia, jeśli tak było, to nie podoba mi się to). Nowy Gilbert jest ok, chociaż nijak nie widzę w tym dojrzałym nad wiek chłopcu książkowego pierwowzoru, to dla mnie po prostu inna postać. Diana i koleżanki Ani z jakichś powodów kojarzą mi się z produkcjami Hallmarku (gdy próbuję przypomnieć sobie serialowe sceny z ich udziałem towarzyszy im nawet specyficzna linia melodyczna).
    Najbardziej jednak denerwuje mnie Ania przy czym w tle irytacji są uczucia niejednoznaczne. Czuję bowiem jakąś sympatię do tej nowej Ani, ale jest jednak tak, że nijak nie kojarzy mi się ona z pierwowzorem. W „starej” Ani było moim zdaniem sporo subtelności i akceptacji dla panujących norm społecznych, ba – wydaje się, że chciała ona raczej dobrze się do nich wpasować – znaleźć swój romantyczny ideał mężczyzny, zadawać szyku suknią z bufiastymi rękawami, kształcić się i tworzyć (bo czuła się też w jakiś sposób wyjątkowa). Jej niekonwencjonalność połączona była z dużym urokiem osobistym i kompetencjami społecznymi. Postrzegałam ją jako racjonalną, dobrze przystosowaną, a zarazem mocno rozmarzoną (i przez to czasami nieuważną) i żywiołową w reakcjach. Miałam poczucie, że to czego nie nauczyła się o relacjach z życia, uczyła się z książek, dlatego część jej przekonań mogła być mało realistyczna. Wszystko to wydawało mi się jednak spójne, dlatego łatwiej było mi zrozumieć, co się działo z Anią w kolejnych latach, nawet wtedy, gdy to, co robiła mi się nie podobało (może ktoś pamięta, co chciała zrobić podczas studiów z pewnym kotem). Nowa Ania wydaje mi się boleśnie nieprzystosowana społecznie, nawet jej wyobraźnia nie jest już buforem przed złem tego świata, ale czymś, co sprawia tyleż pożytku, co kłopotu. Choć to wszystko możliwe z uwagi na jej życiowe doświadczenia, to jednak zgubiła się tu stara Ania, która miałaby kompetencje, aby swoją niezręczność towarzyską przezwyciężać. Stara Ania była niekonwencjonalna i zabawna (co jest możliwe właśnie dlatego, że była zarazem dosyć dobrze przystosowana społecznie i przez to śmiejąc się z niektórych jej zachowań nie wyszydzamy jej, a w przypadku nowej Ani tak by się raczej stało).

  • Magdalaena

    Serialu nie widziałam, a po tej recenzji nie wiem, czy chcę zobaczyć. Ale zastanawiam się, czy problem nie polega na tym, że cykl o Ani to generalnie są KSIĄŻKI DLA DZIECI – więc pewne sprawy upraszcza, pewne łagodzi, a innym przydaje znaczenia. I przez to może być niezbyt atrakcyjną lekturą dla dorosłego, który wie, że małe tragedie (typu niepójście na piknik) mijają bez śladu, a pewne drobiazgi mają dalekosiężne skutki.
    Jakiś czas temu próbowałam zacząć oglądać serial Supernatural, który wcześniej mnie ominął, a miał traktować o seksownych wilkołakach. Niestety w drugim odcinku bohater okazał się przytłoczony dylematem, czy ma grać w szkolnym meczu czy też nie i niedojrzałość tych emocji przekroczyła moje możliwości.

  • Hania N

    Spędziłam bardzo miły czas z „Anne”. Oglądając każdy odcinek się wzruszałam i śmiałam do rozpuku. Zapragnęłam być nawet projektantką czołówek do seriali tak bardzo podobał mi się początek i piosenka! :)
    Widziałam zmiany i w niczym mi one nie przeszkadzały. Poza jedną sceną: Ania i Gilbert w kawiarni… NO CMON! To były kawiarnie, do których dzieci mogły same chodzić? :P

  • A mnie się podobało. Nawet notkę napisałam o tym u siebie :)

  • 100krotna

    Mnie się bardzo podobała całość, jednak usuwam z pamięci fakt istnienie drugiego odcinka ;)
    Bardzo lubię postać Ani, myślę, że jest dużo lepiej napisana niż w książce, tam jednak było zbyt słodko (co absolutnie nie wyklucza mojej miłości do serii). Mnie się podobał pomysł z pożarem, myślę, że był też konieczny, bo coś musiało stanowić impuls, żeby dziewczynka była zaakceptowana przez resztę uczniów i społeczeństwa. Bo odrzucenie Ani w szkole było kwestią bezdyskusyjną, dziewczynka, która wychowywała się bez rodziców, bez rówieśników, koleżanki stwarzając sobie w wyobraźni, bez żadnych wzorców zachowań musiała być dziwna i niedostosowana, choćby była najinteligentniejsza :-) A to, że wyróżniała się urodą i strojem tylko pogłębia przepaść.

    Nie wiem niestety, dlaczego śmierć Mateusza zamienili na śmierć ojca Gilberta, być może wyjaśni się to w nowym sezonie – ale bardzo podobają mi się relacje dzieciaków, uważam, że wątek jest poprowadzony lepiej i bardziej wiarygodnie niż u Montgomery . Uwielbiam aktorów, których wybrali do serii, Maryla, Mateusz, Diana i Ania są wspanialii, a Pani Lynde wprost genialna (i nie wiem, czy tylko ja to widzę, ale ile w niej seksapilu! kocham!). Wizualnie serial jest piękny, podobnie jak aktorka pierwszoplanowa :-)
    Nie przepadam jednak za wyborem Ruby Gillis.

    Niezgodność z realiami mnie nie „gryzie”, ale to pewnie dlatego, że nie mam pojęcia, jakie były realia ;-) Myślę, że w relacjach dzieciaków i nastolatków pewnie nie aż tak bardzo oddalone od współczesności, niż mogłoby się wydawać. Literacką wersję podejrzewam o (auto)cenzurę, pewnych rzeczy w druku nie wypadałoby puścić, ale już w rozmowach sam na sam, wśród koleżanek…
    Co do ubogiej wsi kanadyjskiej – według książki wiele rodzin było stać na to, żeby wysłać dzieciaki do szkół i nawet na studia do miasta, posiadać zabytkowe elementy porcelany, uczestniczyć z koncertach, czy z chęcią dokładać się do KMA aby upiększać swoje Avonlea. W dalszej części mamy nawet milionera, myślę, że trochę snobizmu też by się tam znalazło ;-)

    Podsumowując, będę bronić, podobało mi się (poza drugim odcinkiem).

    • Karolina Nowosielska

      Co do wyboru aktorów to również chyba był dla mnie jedyny zgrzyt ;) – Ruby.

  • Cieszę się, że mogłam przeczytać Twoją recenzję, bo całkowicie się z Tobą zgadzam i nawet podobnie o tym napisałam na swoim blogu. Wtedy byłam po obejrzeniu trzech odcinków, kolejne mimo wszystko wprowadziły mnie w lepszy nastrój, ale po tym ostatnim to boję się, co scenarzyści wymyślą w kolejnej serii.

  • iva

    napisałam dokładnie to, co ty (tylko w 5 zdaniach) na pewnej grupie i jak zwykle skończyło się na odpowiedziach w stylu ‚ach ci przeciwnicy adaptacji nigdy nie będą zadowoleni’. a mi się bardzo podobały rozbudowane wątki pobocznych bohaterów, chętnie zobaczyłabym np. więcej z przeszłości Cuthbertów, ale wszystkie podopisywane wątki brnęły w taką koszmarną egzaltację, że chwilami nie dało się tego oglądać. cały ten motyw z piętnowaniem Ani na pikniku i końcówka ostatniego odcinka – naprawdę potrzebujemy nolanizacji Avonlea? wiele wątków były jak żywcem zaczerpniętych z „Moich mogił” albo „Pokuty Aweryli” – tragicznych powieści pisanych przez Anię i koleżanki w młodości. tak jak mówiłaś, Zielone Wzgórze było bezpieczną przystanią, ale w całej serii nie brakowało momentów pełnych grozy i smutku – Ania traci swoje pierwsze dziecko, a potem jeszcze kolejne na wojnie; Ruby Gills umiera na suchoty. w serialu przy takim nagromadzeniu tragedii te wydarzenia nie będą już wystarczającym kopniakiem emocjonalnym, bo nie będą z niczym kontrastować.

    • inv

      Też pisałam w podobnym stylu na forum i dowiedziałam się, że „niektórzy to by chcieli, żeby książki ekranizować literka po literce”, w ogóle to homofob ze mnie i tyle. Miło poczytać zwierza, bo nie mam jej daru do wyrażania swoich opinii i teraz mogę tylko palcem pokazywać „patrzcie i czytajcie, ona ma sens”.

  • Zelda

    Wklejam mój komentarz jeszcze raz, ponieważ kilka dni temu uznano go za spam i nadal nie przywrócono.
    To naprawdę nie jest spam ;)

    Cieszę się, że Zwierz napisał o tym serialu, czekałam na to odkąd go obejrzałam. Serial podoba mi się od strony wizualnej i doboru aktorów, ale mój żywy opór wzbudzają przede wszystkim dwie sprawy:

    1. Sensacyjny (może źle to nazywam) sposób prowadzenia wątku (podoba mi się nieśpieszne tempo oryginalnej historii i ekranizacji z lat osiemdziesiątych). Moim zdaniem podkręcona dynamika, zmiany akcji, zwiększony dramatyzm obdzierają historię z uroku lekkości i zniekształcają a nie uwspółcześniają opowieść. Tzw. zwykłe życie też ma w sobie wiele bólu i trudności, mnie bardziej przekonałoby pogłębienie towarzyszących temu odczuć (co w serialu też mogliśmy zaobserwować np. w kontekście relacji Ani z Gilbertem) niż dokładanie bohaterom dodatkowych widowiskowych nieszczęść (było im tak źle, tak bardzo bardzo źle, pojawił się cień nadziei, ale ten cień to jednak nie nadzieja rzuca…)

    2. Małe podobieństwo i prawdopodobieństwo psychologiczne zachowań postaci. No przepraszam, ale (SPOJLER!) czy Maryla naprawdę byłaby tak niefrasobliwa, aby przyjąć pod swój dach dwóch obcych ludzi bez polecenia czy jakiegokolwiek sprawdzenia? Przypomnijmy sobie, jak wyglądało poszukiwanie przez Anię pokoju do wynajęcia w czasach pracy nauczycielskiej, nie było tam niczego hop siup, a nawet gdyby Maryla miała chwilowe zamroczenie umysłu, to wybiłaby jej to z głowy Małgorzata.

    Mateusza nie oceniam, bo jestem beznadziejnie urzeczona tym, jak go zagrał Richard Farnsworth więc na choćby ślad obiektywizmu nie ma u mnie miejsca (PLOTKA SMUTNEJ NATURY! No i też przez to czułam niesmak podczas oglądania w serialu sceny próby samobójczej Mateusza, przyszło mi do głowy, że to nawiązanie właśnie do pana Richarda, który w ten sposób pozbawił się życia, jeśli tak było, to nie podoba mi się to). Nowy Gilbert jest ok, chociaż nijak nie widzę w tym dojrzałym nad wiek chłopcu książkowego pierwowzoru, to dla mnie po prostu inna postać. Diana i koleżanki Ani z jakichś powodów kojarzą mi się z produkcjami Hallmarku (gdy próbuję przypomnieć sobie serialowe sceny z ich udziałem towarzyszy im nawet specyficzna linia melodyczna).

    Najbardziej jednak denerwuje mnie Ania przy czym w tle irytacji są uczucia niejednoznaczne. Czuję bowiem jakąś sympatię do tej nowej Ani, ale jest jednak tak, że nijak nie kojarzy mi się ona z pierwowzorem. W „starej” Ani było moim zdaniem sporo subtelności i akceptacji dla panujących norm społecznych, ba – wydaje się, że chciała ona raczej dobrze się do nich wpasować – znaleźć swój romantyczny ideał mężczyzny, zadawać szyku suknią z bufiastymi rękawami, kształcić się i tworzyć (bo czuła się też w jakiś sposób wyjątkowa). Jej niekonwencjonalność połączona była z dużym urokiem osobistym i kompetencjami społecznymi. Postrzegałam ją jako racjonalną, dobrze przystosowaną, a zarazem mocno rozmarzoną (i przez to czasami nieuważną) i żywiołową w reakcjach. Miałam poczucie, że to czego nie nauczyła się o relacjach z życia, uczyła się z książek, dlatego część jej przekonań mogła być mało realistyczna. Wszystko to wydawało mi się jednak spójne, dlatego łatwiej było mi zrozumieć, co się działo z Anią w kolejnych latach, nawet wtedy, gdy to, co robiła mi się nie podobało (może ktoś pamięta, co chciała zrobić podczas studiów z pewnym kotem). Nowa Ania wydaje mi się boleśnie nieprzystosowana społecznie, nawet jej wyobraźnia nie jest już buforem przed złem tego świata, ale czymś, co sprawia tyleż pożytku, co kłopotu. Choć to wszystko możliwe z uwagi na jej życiowe doświadczenia, to jednak zgubiła się tu stara Ania, która miałaby kompetencje, aby swoją niezręczność towarzyską przezwyciężać. Stara Ania była niekonwencjonalna i zabawna (co jest możliwe właśnie dlatego, że była zarazem dosyć dobrze przystosowana społecznie i przez to śmiejąc się z niektórych jej zachowań nie wyszydzamy jej, a w przypadku nowej Ani tak by się raczej stało).

  • Anna Pytka

    Zwierzu, taka ciekawostka mi przyszła do głowy, odnośnie tego, że serialowy Mateusz rozważał samobójstwo by w ten sposób Maryla dostała odszkodowanie. Skojarzyło mi się to z prawdziwą historią (chociaż wątpię żeby scenarzyści akurat ją znali). Nie wiem czy Zwierz czytał kiedykolwiek wspomnienia Stefanii Grodzieńskiej. Ona jako dziewczynka, w latach 20 poprzedniego wieku, trafiła na wychowanie do babci i jej drugiego męża. Mówiła, że czuła się jak Ania z Zielonego wzgórza, bo babcia była kubek w kubek jak Maryla, a przyszywany dziadek był wykapanym Mateuszem. Ich relacje z małą a później coraz większą Stefanią układały się podobnie jak książkowe relacje Ani z jej opiekunami- natychmiastowe porozumienie dusz z dziadkiem i trochę bardziej skomplikowany rozwój uczucia względem dominującej, surowej, ale w gruncie rzeczy bardzo kochającej babci. Gdy na przełomie lat 20 i 30 wybuchł kryzys i rodzina straciła wszystko, dziadek postanowił popełnić samobójstwo, by babcia i Stefania dostały odszkodowanie. Zażył odpowiednie środki pozorując atak serca. Wtedy Stefania podobnie jak Ania- w wieku 16 lat została nauczycielką (tyle, że tańca). Całe pieniądze z ubezpieczenia przekazywała babci a starała się sama utrzymać własną pracą. Ta historia opisana jest w książce „Nie ma się z czego śmiać”.

  • Karola Pałgan

    Czuję dokładnie jak Zwierz. Zdecydowanie za dużo było tak dla mnie dramatyzmu, który aż krzyczał z ekranu: „Patrzcie! Patrzcie! To wcale nie było tak słodko i wspaniale, oni musieli w tej strasznej przeszłości walczyć o przetrwanie!”.

  • Karolina Nowosielska

    Recenzja- choć niezgodna do końca z moimi odczuciami- cenna i obszerna ( ale pisanie w 3 osobie jest bardzo denerwujące w odbiorze).
    Z wieloma kwestiami się zgodzę- o ile dodanie całego wątku menstruacji, pewne zmiany i poszerzenie wątków- są bardzo naturalne- niektóre pomysły są wręcz kosmiczne.

    Myślę, że twórców trochę tu ogranicza wiek aktorów- tym razem NAPRAWDĘ są to dzieci, którym nie wystarczy zmienić stroju i uczesania- i już mogą „robić” za absolwentów szkoły średniej.
    Zaczęłam oglądać , wstyd przyznać, aby skrytykować- wygląd głównej bohaterki na tyle mnie zaszokował…. zostałam, by wielbić ;) . Może przesadzam, ale naprawdę czekam na drugą serię.

    Na uwagę zasługują momenty „pokazania” wyobraźni Ani. Perspektywa jest niezwykła, magiczna- wręcz niemal jakbyśmy zmieniali na chwilę sposób postrzegania świata, na niemal quasi-autystyczny – coś pięknego.

    Wygląd Ani szybko przestaje przeszkadzać, zaczyna momentami fascynować ( chociaż ciągle zadawałam sobie pytanie, czy nie można by tych uszu troszeczkę przysłonić ;) ) .

  • Kama

    Ogólnie mi się podobało, chociaż im dalej, tym gorzej. Pierwsze odcinki (tak ze 4) bardzo mnie poruszyły i byłam zachwycona taką mroczą interpretacją tego, co znamy z książek. Dopisanie traumy z przeszłości, uprzedzenia mieszkańców Avonlea… Jakoś mnie to kupiło, chociaż nie mogłam oglądać zbyt wielu odcinków z rzędu, bo mnie przygnębiały. Niestety ostatnie odcinki sezonu to już przesada w nawarstwieniu nieszczęść (zwłaszcza w kwestii Gilberta i nowych lokatorów), co trochę obniża moją ocenę całości. Ale mimo wszystko reinterpretacja dla mnie na plus.

  • Gdy zobaczyłam reklamę filmu i postacie, od razu stwierdziłam, że nie będę oglądać. Wybrani aktorzy kompletnie mi nie pasowali do swoich ról. Czego nie miałam w poprzedniej wersji Ani. Po Twojej recenzji, nie sięgnę po ten film, chociaż Anię (i kolejne tomy) czytałam po kilka razy. Ostatnio mój 11 letni syn miał za lekturę właśnie Anię. W duszy czułam, że jako chłopak, który uwielbia czytać fantazy, to nad Anią będzie cierpiał. Okazało się, że książka mu się bardzo podobała – to tyle w temacie dopasowywania dobrej treści do wymogów współczesnej młodzieży.

  • disqus_0Ly2KfoJJY

    Jeszcze nie udało mi się przebrnąć i nie wiem czy mi się uda. Nie podoba mi się, że ten serial jest taki strasznie smutny. Uwielbiam Anię z Zielonego Wzgórza, zarówno książki jak i filmy z lat 80, właśnie za to, że były ciepłe i radosne.

  • Paulina Angelika Kulik

    Nie znałam książki, więc serial odebrałam jak świeżak. I faktycznie, te tragedie są dość ciężkostrawne. Z drugiej strony wydaje mi się, że aktualnie lepiej sprzedają się seriale mroczniejsze niż pogodne.
    Czy na patronite można wnioskować o cel wydatków? Jak na przykład korektor? I wcale nie mówię tu o przecinkach, a o konstrukcji zdań. Bardzo lubię czytać twoje przemyślenia, ale na prawdę warto byłoby zainwestować w jakość formy.

  • Zofia

    Ja wiele razy czytałam Anię i jej akcja jeśli chodzi o pierwszy tom toczy się w drugiej połowie XIX wieku. Co do serialu to obejrzałam tylko 1 odc i jestem niezbyt zadowolona z tego co zrobili, innymi słowy LMM przewraca się w grobie.
    Jedyna i niepowtarzalna adaptacja tej ksiażki jest dla mnie film z 1985 z Megan Follows w roli głównej.