Tam gdzie nie dotarł jeszcze żaden serial komediowy czyli zwierz o The Orville

09/10/2017

Trzydzieści lat szeptów czyli upadek Harveya Weinsteina

09/10/2017

Czy androidy śnią o drewnianych koniach ? czyli Blade Runner 2049

09/10/2017

Blade Runner 2049 to przykład na to jak szybko może się zmienić opinia o filmie. Od produkcji do której podchodzono z rezerwą, przez ostrożny optymizm bo ogłoszone przez krytyków arcydzieło. Oto bowiem udało się coś co zdarza się rzadko. Udany powrót do świata kultowej produkcji. Pozostaje pytanie, czy to wystarczy by film wzniósł się ponad poziomy. Recenzja zawiera sugestie dotyczące kluczowych elementów fabuły, które nie są jednoznacznym spoilerami ale jak nie chcecie nic wiedzieć to spoilerami są. Ale wie się to głównie po obejrzeniu filmu.

Wśród wielu osób istnieje przekonanie, że o wybitnej stronie wizualnej filmu pisze się dopiero wtedy kiedy nie ma się nic dobrego o powiedzenia o fabule. Wtedy można powiedzieć, że istotnie film był ładny. Trochę jak nagroda pocieszenia. Jest to dość paradoksalny sposób myślenia, być może najlepiej pokazujący jak rzadko traktujemy film jako medium prawdziwie wizualne. Ten krótki wstęp jest potrzebny bo nie ulega wątpliwości, że nowy Blade Runner to jeden z najpiękniejszych filmów jaki można zobaczyć obecnie w kinie. Więcej, jaki pojawił się w kinie w ostatnich dekadach.

 

Obrazy kreowane przez Villeneuve w nowym Blade Runnerze to małe dzieła sztuki. Z jednej strony nawiązujące estetyką do pierwowzoru z drugiej przenoszące nas do świata nieco innego. Świata pełnego pustki, wyjałowionego, o nieludzkiej skali. Miasto w nowym Blade Runnerze jest równie ciemne co w oryginale, ale choć nie jesteśmy w stanie dostrzec jego krańców to wydaje się puste. To miasto olbrzymich tętniących kolorami arterii, barwnych żył przecinających twardą tkankę budynków. Ale nie ma w nich ludzi. Bo i sam film nie jest o społeczeństwa, to przy całej skali produkcja aktorsko minimalistyczna, wręcz kameralna. Przyjmująca samotność i wyobcowanie jako punkt wyjścia. I to rozumiane właściwie dosłownie – bo twórcy jakoś nie przyjmują samotności w tłumie. Zresztą film wydaje się w pewien sposób wyczyszczony. Niander Wallace prezes filmy produkującej replikantów przyjmuje w niemal pustym, surowym pomieszczeniu – gdzie  nie ma nawet cienia przepychu jego poprzednika. Pierwsze spotkanie K (naszego bohatera) i Decarta rozgrywa się w opuszczonym mieście gdzie jedynym śladem po ludziach są miliony butelek niewypitego alkoholu. Samotni ludzie w pustych pięknych (nawet jeśli pozornie brzydkich) miejscach, rozłożonych na kolorystycznej palecie. Od białej szarości pierwszych scen, przez pomarańczową pustkę porzuconego miasta, drżącą od wodnych cieni żółć siedziby najpotężniejszego z ludzi, przez szarości i niebieskości.

 

W tych kolejnych obrazach Villeneuve osiąga to co śni się wielu twórcom. Jego bohaterowie niewiele muszą mówić, nie zawsze coś muszą robić, by utrzymać zainteresowanie widza. Samo bowiem patrzenie na ten film jest satysfakcjonujące, kolejne przestrzenie intrygują, niosą za sobą jakąś tajemnicę, tworzą atmosferę. Doskonale widać to w przypadku scen z Nianderem Wallacem. To bohater napisany w sposób bardzo pretensjonalny (gra go Jared Leto, więc nie ma się co dziwić). Elegancki, mistyczny, ślepy ( o ile da się być ślepym w świecie gdzie wszystko jest do kupienia, nawet oczy) przyjmujący swoich petentów w żółtym półmroku. Spotkania z nim choć kluczowe dla fabuły, nie są najlepszymi scenami w historii kinematografii. Ale ta surowa przestrzeń w której przyjmuje kolejnych bohaterów, to zestawienie ascetycznej, ponadczasowej architektury z nowoczesnością. Fakt, że siedziba jego firmy nie lśni światłami i przypomina bardziej grobowiec niż nowoczesne przedsiębiorstwo. To wszystko sprawia, że gdy oglądamy te sceny oczekujemy czego mistycznego, głębokiego. Pozostajemy pod trudnym do opanowania wrażeniem, że zaraz powinno się tu stać coś co przekracza granice naszego pojęcia. I nawet jeśli nie dzieje się nic poza zdaniami wypowiadanymi z zaskakująco dużą ilością pauz to wciąż to wrażenie pozostaje z widzem.

 

Blade Runner 2049 jest estetycznie kontynuacją swojego poprzednika choć tworzoną w zupełnie innych warunkach. Nie ma tu już odwołań do estetyki lat 80. Nie ma też – przynajmniej widocznych na pierwszy rzut oka – ograniczeń budżetowych. O ile oglądając dziś film Scotta widać ile doskonałych pomysłów i gry światłem brało się ze stosunkowo niewielkiego budżetu, to nowy film już tego problemu nie ma. Choć nad nowym Los Angeles wciąż pada to w końcu dostajemy sceny o których Scott mógł tylko marzyć. Jakbyśmy lepiej przetarli przednią szybę naszego latającego samolotu i przyjrzeli się dobrze temu co kryło się przed nami za przymglonymi obrazami. Paradoksalnie ta czystość obrazu – choć wizualnie zachwycająca, odbiera nieco nowemu Blade Runnerowi to poczucie niedopowiedzenia, atmosferę noir gdzie więcej kryje się w cieniu niż w blasku. A jednocześnie – pozwala na dużo lepsze pokazanie tej wizji przyszłości, która zachwyca i przeraża. Nie można oderwać od niego oczu, choć nie ma nam w istocie nic naprawdę pięknego do pokazania. Oj dawno nikt tak nie robił w Hollywood kina wysokobudżetowego.

 

Historia opowiedziana w filmie nie jest w kontrze do estetyki. Uzupełnia ją choć nie jest w stanie wznieść się na ten sam poziom. O ile wizualnie film dotyka mistycyzmu, czegoś nieznanego, niepokojącego, czegoś o czym nie chcemy myśleć, o tyle fabuła niebezpiecznie zbliża się do prostych rozwiązań i jednoznacznych odpowiedzi. Bohater – zgodnie z tradycjami kina noir, zaczyna od prostego zadania – wykonanego zgodnie z rutyną. Jednak, jak to zwykle bywa w takich fabułach – nic nie jest proste. Drobna wskazówka otwiera śledztwo, które prowadzi na same szczyty władzy. A tam jak zwykle – nie ma prostych wyborów, trzeba się pożegnać z dawnym życiem i wizją nieugiętej postawy wobec rzeczywistości. Jedyne co zostaje to beznadziejnie i wbrew logice zachować się porządnie. Choć świat i tak tego nie zrozumie, nawet się nie dowie o poświęceniu. Taki schemat kina noir, znany jest doskonale i sprawdza się niemal zawsze. Głównie dlatego, że zabiera nas na śledztwo, wiedzie nas od wskazówki do wskazówki by im bliżej końca tym bardziej ujawniać swoje moralne czy amoralne przesłanie.

 

W przypadku nowego Blade Runnera widzę głównie dwa problemy. Pierwszy to taki, że twórcy zbyt szybko zagrali swoją mistyczną kartą. K – nasz bohater słyszy już od pierwszej napotkanej w filmie osoby, że nigdy nie widział cudu. Gdy mowa o cudach nagle wszystko się zmienia i widz zmuszony jest, bardziej nawet niż sam bohater owych cudów w świecie bez cudów wypatrywać. Za szybko, zbyt niecierpliwie podpowiada się nam że tu musi chodzić o coś więcej. Tak jakbyśmy już idąc na film nie wiedzieli jaka będzie konwencja. Zresztą Blade Runne 2049 średnio sprawdza się jako produkcja detektywistyczna (coś co doskonale rozegrano w pierwszej części). Tak, oczywiście mamy śledztwo ale idzie ono zaskakująco prosto. Bohater raczej chodzi od punktu do punktu – brakuje czegoś takiego jak łuska sztucznego węża. Nieoczywistej poszlaki prowadzącej do najważniejszej odpowiedzi. Tu wszystko się tak pięknie układa że nawet sztuczki scenarzystów mające na celu zaciemnienie (niemal dosłownie!) historii nie sprawdzają się za dobrze. Ostatecznie przyszłość ma takie pięknie zmagazynowane dane że nie trzeba być wybitnym detektywem. Bardziej archiwistą.

 

 Druga sprawa to główne pytanie filmu. Jedynka pytała – co to znaczy być człowiekiem. Co determinuje nasze człowieczeństwo. To co pamiętamy? To ile żyjemy? To że kochamy? To że zabijamy? To że decydujemy o sobie? To co przeżyliśmy? Do jakiego stopnia przyjmujemy nasze człowieczeństwo za rzecz oczywistą, nie zadając sobie pytania o jego naturę. Czy kiedykolwiek je podważaliśmy? A gdybyśmy nie mogli jednoznacznie określić kto jest człowiekiem a kto nie. Gdyby nikt nam nie powiedział że jesteśmy czującymi androidami – czy udałoby się nam odróżnić jedno od drugiego? Czy sztuczna sowa jest mniej sową? Można mieć do filmu Scotta wiele zarzutów, ale film skutecznie unikał jednoznaczności w odpowiedzi na wszystkie swoje pytania. Bo trudno tu jednoznacznie coś powiedzieć. Można jedynie mieć nadzieję, że wychodząc z filmu widz będzie nad tym intensywnie myślał.

 

W Blade Runnerze 2049 te wszystkie pytania może nie dostają jednoznacznej odpowiedzi ale z pewnością dużo więcej dopowiedzenia. Niekiedy – przynajmniej w mojej opinii – dość naiwnie podchodzącego do problemu oryginału. Kiedy w jednej ze scen bohater sugeruje, że urodzić się znaczy mieć duszę, można nieco jęknąć z zawodu. Czyżby naprawdę ten wielki mistyczny konflikt miał się sprowadzić do prokreacji. Czyżby naprawdę tylko to determinowało człowieczeństwo? Ta odpowiedź wydaje się taka banalna, taka niesatysfakcjonująca, płaska. Film zresztą idzie dalej deklarując w pewnym momencie, że poświęcenie bohatera, poświęcenie beznadziejne czyniłoby to bardziej ludzkim niż ludzie. Ale czy naprawdę? Czy poświęcanie się za sprawy beznadziejne miałoby być kluczem do naszego człowieczeństwa? Czy nie jest to jedna z tych cudownie poetyckich fraz za którą w istocie nie stoi nic więcej poza sprawnym piórem scenarzysty? Ostatecznie wychodzi się z kina bez głowy pełnej pytań. Bez tego nieprzyjemnego uczucia, że są pytania na które nigdy nie będzie dobrej i słusznej odpowiedzi.

 

Blade Runner to film niesłychani sprawny. Tak sprawny, że przykrywa wszelkie możliwe dziury scenariuszowe – które zwłaszcza pod koniec filmu stają się nieco bardziej wyraźne. Zwłaszcza w ostatnich scenach można odnieść wrażenie, że twórcy zabrakło już wyczucia – gdzie w ten pusty film wstawić którą emocję. Jeden z najbardziej kluczowych scen filmu – te w których K musi podjąć decyzję odnośnie swojej przyszłości, potraktowane są po macoszemu – dużo gorzej niż późniejsza, konieczna scena walki – bo jak wiadomo bez sceny walki Blade Runnera nie można nakręcić. Ostatecznie pod koniec nie pada deszcz tylko śnieg, i czuje się że gdzieś tam powinny paść słowa o chwilach które rozpłyną się jak łzy w deszczu. Ale nie ma dialogu, nie ma chwilowego wyrwania nas z historii o detektywie (który przecież nie do końca zrozumiał co się wokół niego dzieje), jest tylko przekonanie, że jeśli nie ma się naprawdę dobrego dialogu to może lepiej milczeć. To jest jakieś wyjście, choć dla zwierza dowodzące że reżyser lepiej czuje się w obrazach niż słowach.

 

Mówi się, że Blade Runner to film doskonale zagrany. Trzeba przyznać, że Ryan Gosling przechodzi przez większość scen ze swoją kamienną skupioną twarzą. Gdy co pewien czas się uśmiechnie, spojrzy nieco inaczej, zdenerwuje – wtedy każdy jego gest nabiera znaczenia. A jednocześnie – nie ma w Goslingu tego co zawsze decydowało o popularności Harrisona Forda – to wciąż nie jest nasz człowiek. To obca istota której poczynania obserwujemy. Bohaterowie Forda – w jakich dekoracjach by się nie znaleźli byli w jakiś sposób z naszego świata. W Blade Runnerze Deckard był facetem z naszego porządku, w świecie który miał dopiero nadejść. Tego Gosilng nie jest w stanie zrobić, jego relacja z widownią jest zupełnie inna. Nie jest to zła rola, zdaniem zwierza – pasuje do scenariusza. Choć trudno będzie współodczuwać z K tak jak zdarzało się nam czuć z Deckardem. Sam Harrison Ford powraca w mniejszej roli, niż można się spodziewać po zwiastunach. Jest w sumie bohaterem drugoplanowym cudzej opowieści.  Nie jest to rola zła, ma nawet swoje dobre aktorskie momenty. A jednocześnie – to w sumie tylko epizod, napisany zgodnie z tradycją, że kochany bohater musi pojawiać się późno i w dziwnych okolicznościach. Na koniec zwierz powie wam szczerze, że Jared Leto gra tu najbardziej pretensjonalną postać sezonu. Choć może nie należy się dziwić. W każdym razie ślepcy w kimonach cytujący Biblię w ciemnych pomieszczeniach to niemal jak rzucający poezją starcy na szczytach gór.

 

Jest w filmie jeden piękny wątek. Oto nasz bohater ma – wykupioną dla siebie, jako towarzyszkę – sztuczną inteligencję. Specjalnie zaprogramowaną tak by udawała że go kocha. Między K a jego kupioną dziewczyną (nawet bez ciała) rodzi się uczucie. Czy jest prawdziwe? Przecież opiera się na zaprogramowanym ciągu zer i jedynek. A z drugiej strony – czy umielibyśmy rozpoznać to na pierwszy rzut oka? Czy rozstanie, śmierć czy ból drugiej „osoby” w takim związku bolałby mniej? Czy którekolwiek z nich jest mniej prawdziwe? To cudowny wątek – przenoszący nas jakby o krok dalej od tego co proponowała jedynka. Wzbudzający to samo poczucie niedostosowania naszych pytań do potencjalnych odpowiedzi. Niestety to też wątek który twórcy rozgrywają niekonsekwentnie. Bardziej jakby czuli, że bohater musi mieć dziewczynę, niż jakby naprawdę chcieli od początku do końca poprowadzić nas drogą pytań bez odpowiedzi. A szkoda – ponownie – nieco inaczej rozłożyć akcenty a wyszła by nam historia dużo bardziej intrygująca niż kolejne poszukiwania odpowiedzi na pytanie o naturę replikantów. Być może właśnie za brak wyczucia w tym wątku mam do scenarzystów największą pretensję.

 

Nowy Blade Runner to nie jest zły film. To jest film a który chyba wysłałabym wszystkich którzy chcieliby zobaczyć coś czego jeszcze nie widzieli. Ale jednocześnie mam wrażenie że najlepiej moje uczucia oddaje porównanie ścieżki dźwiękowej obu filmów. Otóż Blade Runner 2049 ma doskonałą ścieżkę dźwiękową. Intrygującą, inną, doskonale nawiązującą do muzyki z pierwszej części a jednocześnie – zupełnie własną i indywidualną. Słuchając jej w oderwaniu od filmu, wiem że to bardzo porządny kawałek muzyki filmowej. Wiem, że jest lepszy od powtarzalnej muzyki która rozbrzmiewa w setkach hollywoodzkich produkcji. A jednocześnie, kiedy go słucham nie mam tego poczucia dziwnej pustki, niepokoju, spoglądania gdzieś gdzie nie chcę patrzeć – uczuć które budziła we mnie ścieżka dźwiękowa Vangelisa.  Tamta muzyka dotykała czegoś w mojej duszy, a ta po prostu jest dobra ale nic więcej.

 

 

Przyznam szczerze, wolę filmy które umieją zadawać pytania, niż szukają wybitnie błyskotliwych odpowiedzi. Wolę nieprzetarte szyby, od szerokich panoram. Wolę niedopowiedzenia i niejednoznaczności. Wolę ludzi od pustki. Wolę ludzką twarz Forda od nieludzkiej maski Goslinga. Wolę estetykę lat osiemdziesiątych od wyjętej z czasów pustki. Wolę jednorożca z origami niż drewnianego konika. Wolę Tyrella od Wallace’a. Wolę tamten film od tego. Ot taka prawda.  Ale wy sami musicie zdecydować czy wolicie człowieka czy replikanta. I czy w ogóle można  wybrać.

Ps: Przy okazji – widz za zwierzem w kinie po dwóch godzinach filmu z lekkim zawodem zwrócił się do swoich towarzyszy „Już dwie godziny a jeszcze nic się nie wydarzyło” co prawdę powiedziawszy jest całkiem niezłym streszczeniem struktury filmu.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...