Podanie do administracji jest ciekawsze czyli o Listach do M3

20/11/2017

Nie ma życia poza zemstą czyli o Punisherze (bez większych spoilerów)

20/11/2017

Dziwne przypadki fana dzienną porą czyli Wygraj karnet na Warsaw Comic Con (KONKURS!)

20/11/2017

Zwierz ma dziś dla was konkurs. Konkurs w którym możecie wygrać trzydniowe karnety na Warsaw Comic Con! Zadanie konkursowe nie będzie trudne. Więcej będzie na tyle fajne że Zwierz najpierw sam wam napisze jak sam by odpowiedział na pytanie konkursowe.

Tak moi drodzy, Zwierz wymyślił pytanie i od razu zaczął sam na nie odpowiadać. Można to uznać, za przejaw słabującego umysłu, albo Zwierzowi po prostu tak bardzo podobają się jego własne pomysły. O co chodzi? Otóż Zwierz wymyślił, że zapyta was jakie są wasze najbardziej wzruszające, śmieszne, dziwne, straszne przeżycia związane z byciem fanami (co niekoniecznie oznacza przynależność do fandomu). Co to może być? Niemal wszystko. Zwierz poda wam przykłady ze swojego życia, żeby było wam prościej. Aż się głupio cieszy na ten wpis.

Zacznijmy od historii na lotnisku w Rzymie (jedyne lotnisko na którym można się zgubić) Zwierz przed odlotem kręcił się jeszcze w poszukiwaniu gdzie właściwie ma iść, kiedy z naprzeciwka dostrzegł wielkiego śniadego mężczyznę z długą brodą. Oczy Zwierza i mężczyzny się spotkały – On miał na sobie koszulkę z Batmanem, Zwierz miał na sobie koszulkę z Batmanem, niewiele myśląc, Zwierz wskazał na swą pierś i bezgłośnie powiedział „Batman”. Wtedy ów zupełnie obcy człowiek wskazał na logo na swojej piersi i powtórzył „Batman” skinęliśmy sobie głową i ruszyliśmy w różne strony – Gotham znów było bezpieczne.

Kilka lat wcześniej podczas swojej pierwszej podróży do Londynu (kiedy jeszcze nie było tak wielkiego szału na super bohaterów) zwierzowi udało się zakupić koszulkę z Logo Supermana. Szedł sobie w niej po Oxford Street kiedy nagle jakaś mała dziewczynka (tak na oko miała z sześć lat) wskazała na znak S na piersi Zwierza i krzyknęła do swojego ojca „Superman, Superman”, ojciec zachował się bardzo przytomnie i z cudownym brytyjskim akcentem stwierdził „Nie kochanie, Supergirl”. Wszyscy się uśmiechnęliśmy i rozeszliśmy w swoje strony. Metropolis znów było bezpieczne.

 

Innym razem już pod sam koniec wielkiego kolejkonu na Polocnie w Warszawie, zwierz znalazł się w wąskim  korytarzu oddzielonym od pomieszczenia obok tylko szklanym przepierzeniem. Zwierz był w kolejce – po drugiej stronie był już Polcon. Czy można się więc dziwić że Zwierz zaimprowizował z zupełnie nie znanym sobie człowiekiem scenę ze Star Treka – gdzie Zwierz występował w roli łkającego Kirka a ów szczęśliwy fan który dostał się już na imprezę w roli umierającego Spocka? Nawet nie musieliśmy nic ustawiać – te gesty i chęć improwizacji przyszła do nas zupełnie sama.

A skoro o spotkaniach mowa – kilka lat temu Zwierz był w koszulce z rysunkiem TARDIS w Arkadii. Jechał właśnie schodami ruchomymi w górę, kiedy zdał sobie sprawę, że dziewczyna jadąca w dół ma na sobie koszulkę z Doktorem. Co zrobił Zwierz? Zachował się zupełnie normalnie – czyli wycelował palec w kierunku dziewczyny i krzyknął „Doktor Who” dziewczyna spojrzała na Zwierza i krzyknęła „TARDIS”. To była cała nasza interakcja. Ona pojechała w dół Zwierz pojechał w górę. Ktokolwiek to zobaczył mógł być nieco zdziwiony.

Skoro jesteśmy przy koszulkach. Zwierz nigdy nie zapomni jak wracając z któregoś filmów Marvela – który oglądał w kinie w Olsztynie, zobaczył na chodniku – właśnie wsiadającą do busa dziewczynę w koszulce z Iron Manem i Kapitanem Ameryką. Ponieważ Zwierz zawsze docenia ładne koszulki to stwierdził, że i tym razem doceni. Powiedział więc „Fajna koszulka”, to czego się nie spodziewał to odpowiedź „Fajny blog”. Towarzysze Zwierza śmiali się z niego jeszcze przez dobre dwadzieścia minut.

 

Zwierz wie, że nie ładnie wskazywać palcem ale już odkryliśmy w tym wpisie że sam to robi. Czasem jednak wytykają placami Zwierza. Tak było kilka dni temu kiedy Zwierz szedł sobie po Bielanach. I nie wytykał palcami Zwierza byle kto ale kilkoro dzieciaków. Zwierz poczuł się głęboko nieswojo. Cóż mogło być nie tak, co czyniło z niego to ewidentne pośmiewisko? Nie było czas na zastanowienie – Zwierz obiecał sobie, że kiedy tylko minie młodych ludzi powie im jak nie ładnie się z kogoś śmiać. Jednak kiedy przechodził obok usłyszał „Tak to Pikachu”. Właśnie wtedy przypomniałam sobie, że mam na sobie fanowską bluzę z Pokemonami

Fanowskie spotkania z młodymi ludźmi w ogóle są najfajniejsze. Na przykład jakiś miesiąc temu Zwierz wszedł w posiadanie plecaka który jest w kształcie maski Dartha Vadera. No i ostatnio jedzie sobie schodami ruchomymi w metrze a za plecami słyszy podniecony głos siedmiolatka, który właśnie próbuje korzystając ze wszystkich swoich zasobów językowych wyjaśnić babci dlaczego to jechanie za mną po schodach jest takim niesamowitym przeżyciem. Najlepsza jednak była odpowiedź babci która przekonywała wnuka że taki plecak chyba nie jest dla dzieci. Tymczasem prawda jest taka, że w istocie jest z kolekcji dziecięcej.

 

Trzeba jednak od  razu przyznać, że Zwierzowi nie zawsze się takie fanowskie spotkania udają. Nigdy nie zapomni jak był na imprezie gdzie nie znał połowy gości. Wtem do pokoju wchodzi facet w koszulce z K9. Zwierz, który jest przekonany, że rozpoznał drugiego fana Doktora przypadł doń i zaczyna odpytywać  skąd ma taką fajną koszulkę i jaki Doktor jest jego ulubionym. Szybko okazało się, że tak naprawdę to facet nie ma pojęcia co ma na koszulce i kupił ją za dziesięć złotych w Tłuszczu bo tam ponoć takie sprzedają. Zwierz był co najmniej zawiedziony takim obrotem sprawy.

A co do niezrozumienia to już na koniec Zwierz opowie wam jak jechał tramwajem w koszulce z Willem Grahamem (w wianku!) i jakiś pan – co zaskakujące, trzeźwy – spojrzał na tą podobiznę i zupełnie poważnie zapytał ‘Przepraszam bardzo czy to Pani mąż?”. Zwierz do dziś zastanawia się co współpasażera  skłoniło do takiej konkluzji.

Jak widzicie fanowskie historie kroczą za Zwierzem. Ale jest przekonany, że wy też macie coś śmiesznego, zabawnego, strasznego czy nieco żenującego do opowiedzenia.  Historia nie musi być długa ale powinna być dobrze opowiedziana.  Konkurs zaczyna się  w momencie opublikowania wpisu i trwa do środy do północy. Wyniki zostaną opublikowane w czwartek o godzinie 11:00 na FANPAGE zwierza. Odpowiedzi należy zostawiać WYŁĄCZNIE w komentarzu na blogu. Do wygrania jest 5 trzydniowych karnetów na Warsaw Comic Con który odbędzie się w dniach 24-26.11.2017 w PTAK EXPO. Jeśli wygracie będziecie mogli np. przyjść na prelekcje i panele w których będzie brał udział Zwierz a także ekipa Podsłuchane.

PS: Błagam nie rymujcie w odpowiedziach!

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • JP

    Ja mam powerbank w kształcie Pokeballa. Oczywiście kupiony po to, żeby móc grać w Pokemon Go przez cały dzień :D
    Tak, jest on ciężki i nieco nieporęczny, ale i tak go uwielbiam.
    Czasem nie wywołuje on żadnej reakcji. Kiedy jednak je wywołuje, to zazwyczaj to są pisku zachwytu, którym kojarzy pytanie „GDZIE TO KUPIŁAŚ???!!!!” (w wypadku dorosłych graczy pokemonów), „bardzo fajne proszę pani” (w wypadku bardziej odważnych młodocianych graczy) lub szeptane do kolegów/mamy „Tyyyy! Zobacz!! Pokemony!!!!” „O ja cieee, ale faaajnee!” (młodsze pokolenie niegrające lub po prostu bardziej nieśmiałe).
    (Pokeball nadaje się też doskonale do bycia zidentyfikowanym jako potencjalny członek pokemonowego RAIDu w miejscach, gdzie szlajają się ludzie).

  • Maru

    Ok, to moja historia też będzie koszulkowa. Pracuję w księgarni, jednak nie mam w pracy wyznaczonego dress codu. Raz założyłam t-shirt z wizerunkiem Jona Snow i akurat tego dnia obsługiwałam starszą panią, która po zobaczeniu co mam na koszulce zawołała z werwą „O, Gra o Tron! Bardzo lubię ten serial”. Nadmienię, że pani była gdzieś w wieku mojej babci. To chyba najsympatyczniejsza reakcja, z jaką się w życiu spotkałam na widok smutnego Jona :D

  • Aleksandra

    To było w wakacje, w które wyszło Pokemon Go. Siedziałam z ogromną grupą ludzi w miejscu, gdzie łapało 4 pokestopy, a co za tym idzie 4 lury (wabiki, ktore przywołują pokemony). Jako, że 4 lury to rzadkość, to grupa rosła z dnia na dzień, ponieważ umawialiśmy sie w tym miejscu codziennie o 18. Ludzie przyjeżdżali specjalnie z końca miasta. Choć byliśmy dla siebie obcy, to każdy z każdym chętnie rozmawiał, a przedział wiekowy był naprawdę różnorodny. Pewnego dnia, kiedy tam siedzieliśmy (niektórzy przynosili koce, a nawet krzesełka :D ), ktos krzyknął, że po drugiej stronie ulicy jest vaporeon, w tamtych czasach naprawdę niezły okaz. I teraz wyobraźcie sobie sytuacje, w której grupa ok. 30 osób biegnie po pokemona. Zrobił sie nawet mały korek, bo to jednak trochę czasu zajmie, aż wszyscy przejdą przez ulicę. Oczywiście na pasach. Po chwili bylo słychać jęki rozczarowania na zmianę z okrzykami radości. Rozczarowania, bo pokemon okazał sie słaby, i analogicznie zadowolenia-silny pokemon.

    • JP

      Pokemonowe historie w ogóle są fajne :)
      Raz zobaczyłam, że niedaleko mnie jest RAID i powiedziałam współlokatorce, że wychodzę na pół godziny.
      Napotkałam grupkę ludzi o średniej wieku ok 28 lat. Zrobiliśmy raid, nikt nie złapał legendy. Ludzie sie pytają, czy jadę po następnego kilka kilometrów dalej. Ale gorąco było i perspektywa tłuczenia się tramwajem nie była zbyt zachęcająca…
      „Ale my jesteśmy samochodem i mamy miejsce”
      No to stwierdziłam ok, jeszcze jeden raid.
      Wróciłam do domu 8 godzin później.

      Innego dnia idziemy z jednego na kolejny raid, ale okazuje się, że gym jest na terenie budynku uczelni medycznej i żeby wejśc, trzeba by dostać się na strzeżony parking. Dochodzimy do bramy i patrzymy bezradnie.
      Panowie pilnujący parkinku „wy na pokemony?” „TAK” odpowiadamy. Panowie nas wpuszczają, a tam już grupka czeka. Poza nami na parking wchodzą tylko sporadycznie Bardzo Elegancko Ubrani Ludzie, którzy wyszli z jakiejś Bardzo Ważnej Konferencji, żeby odebrać Bardzo Drogie samochody. W międzyczasie mój telefon głupieje i muszę go zrestartować. Internet przestaje działać. Zaczynam panikować, bo zaraz zaczynamy raid. Stojący obok gracz, student zagraniczny, którego zabraliśmy z poprzedniego raidu samochodem użycza mi swojego połączenia (sam wpisuje hasło, bo nazwa jego hotspota jest wypisana chińskimi znakami). Pokonaliśmy bossa! (Nawet nie pamiętam, czy złapałam, czy nie – atmosfera była tak fajna, że sam fakt, że KTOKOLWIEK złapał dawał nam radość).

  • Maja Kozłowska

    Poznański koncert Taco Hemingwaya. Kolejkuję już prawie trzy godziny, ludzi przed targami coraz więcej, wydarzenie na bagatela, dwa tysiące osób. Zaczynam się niecierpliwić, zimno, ciemno, cała się trzęsę, z zazdrością zerkam na dziewczynę owiniętą kocem termicznym – „to wygląda jak plan” – komentuję memu towarzyszowi. Z pomysłową dziewczyną się dogadałam, choć pod kocem miejsca nie zrobiła. Zaczynamy rozmawiać, wychylamy głowy, zaciekawione, dokąd sięga ta niebotyczna już kolejka – aż za targi, dobra nasza, że byłyśmy wcześniej. Śmieję się, że ludzie stoją jak za mięsem w PRL-u. A jej to brakuje już tylko karimaty i mogłaby się zdrzemnąć, czekając, aż w końcu nas wpuszczą.
    Gwoli wyjaśnienia – „Mięso” i „Karimata” to tytuły piosenek Taco ;)

    Anegdota nieco innego kalibru, kiedy ją opowiadam, jednocześnie się śmieję i pluję sobie w brodę. Zaręczam, to nie jest łatwe.
    Camerimage, kilka lat temu. Gruchnęła wieść, że przyjedzie Alan Rickman – nie mogłam przepuścić takiej okazji. Uwielbiam jego kreację Snape’a, sędziego Turpina, Dogma mi się podobała, a Love Actually to jedna z słuszniejszych świątecznych komedii. Szybki przegląd filmów, które z nim widziałam, spis pytań, jakie mogłabym mu zadać ułożony w głowie, trening rozmowy z Alanem przeprowadzony, a jakże, w samotności pod prysznicem i czułam, że jestem na to gotowa. Przed konferencją miała odbyć się projekcja filmu wyreżyserowanego przez Rickmana – z koleżanką ustaliłyśmy, że pięć minut przed końcem dyskretnie wycofamy się z sali, pewne, że część spryciarzy w ogóle nie pojawi się na pokazie, woląc koczować przed salą, w jakiej odbędzie się spotkanie. Z przykrością urwałyśmy wątek – ale czego się nie robi dla większego dobra? – i idziemy do wyjścia. Film był wyświetlany w operze, między sektorami był mały, praktycznie niewidoczny korytarz, a na końcu drzwi, do których pokierowała nas miła pani z obsługi. Dziarsko idę pierwsza, lecz w połowie tego korytarza nogi mi miękną, a szczęka uderza o podłogę. Stał tam ON, stał prawdopodobnie przez cały film, niezauważony i nie niepokojony przez nikogo. A teraz patrzy na mnie i uśmiecha się. Cóż miałam zrobić, język stanął mi kołkiem, ale dzielnie odwzajemniłam uśmiech, chociaż ten w moim wykonaniu pewnie przypominał raczej krzywy grymas dziecka, niepanującego jeszcze nad swoimi mięśniami. Usiłowałam coś dukać, ale nie dałam rady – zadziałało zaskoczenie. Nie przejęłam się więc tym, że uśmiech Alana stał się jakby szerszy i jakby bardziej protekcjonalny, tylko uniosłam głowę wysoko i dumnie przeparadowałam obok. Za koleżanką starannie zamknęłam drzwi i tyle oto z mego spotkania twarzą w twarz z Alanem Rickmanem. Autografu nie zdobyłam, ale mam za to zdjęcie. 90% to moja buzia z przedniej kamerki, a gdzieś z tyłu majaczy siwowłosy, kłaniający się pan w garniturze z rozmazaną twarzą. Uwierzcie na słowo, to Alan Rickman.

    • Shakuahi

      Kurka wodna, zaczynasz tak niepozornie, Taco Hemmingway, jakies karimaty, myślę sobie ‚łee’, aż tu nagle jeb! uśmiechnięty Alan Rickman. Aż mnie dziw bierze, że ta historia nie kończy się zdaniem „I tak stoję na tym korytarzu, jak żem wtedy stała po dziś dzień”. ;)

  • wazon

    Nie wezmę udziału w konkursie, bo nie jestem niczyją fanką, chyba, że zwierza. Ale nie mam koszulki…A na razie sprawdzam, czy znowu mój wpis jest zablokowany…

  • Ala Marszał

    Myślałam, że los stroi sobie ze mnie żarty, a tak naprawdę posyłał mi szeroki uśmiech, czyli o niespodziewanym high (low?) five.
    Spełniam marzenie. Pojechałam na koncert symfoniczny mojego ukochanego Studia Accantus (znacie ich, nie? Cudowne wykony piosenek z musicali i bajek, raj!). Kupiłam świetne bilety od razu jak wyszły, na środku, w idealnej odległości od sceny. Aż tu nagle, na kilka dni przed koncertem okazało się, że… Firma sprzedająca bilety faktycznie otrzymała zapłatę, ale jej nie zaksiegowała i sprzedała moje idealne miejsca komuś innemu. Dramat, płacz, załamanie. Myślałam, że to jakiś żart i ktoś testuje moją cierpliwość. Okazało się, że to nie żaden dowcip i miejsc nie miałam. Stwierdziłam „kurczę, chcę jechać tak bardzo i nie odpuszczę”. Kupiłam nowe bilety, dzień przed koncertem i jak to wtedy bywa – miejsca z ograniczoną widocznością, na samym boku. Jak usiadłam, znowu byłam załamana. Pomyślałam, że nie zobaczę moich ukochanych artystów zbyt wyraźnie, a jedynie ich usłyszę. No ale dobra, co miałam zrobić? Siedziałam i czekałam aż koncert się rozpocznie. Emocje narastały z każdą chwilą. Nagle na sali zapanowała ciemność, a scena została przepięknie oświetlona. Orkiestra z dyrygentem weszła, ustawiła się, a reflektory padały na środek. Patrzyłam tylko na oświetlone miejsce, czekając na artystów. Ręce położyłam luźno na podłokietnikach, bacznie wpatrujac się w jeden punkt (serce miało mi zaraz z piersi wyskoczyć, tak podekscytowana byłam). Aż tu nagle… Ktoś przybil mi piątkę w dłoń leżąca na podlokietniku! Spojrzałam w bok, a tam nie kto inny, ale mój ukochany Paweł Izdebski! Przybil mi piątkę! Okazało się, że wchodzili od boku, a moja nieprzyjemna historia z biletami sprawiła mi największą przyjemność.
    Chciałam już nigdy nie umyć tej ręki (ale umylam).

  • Cinryu

    Przyznam, że miałam dość intrygującą sytuację, przynajmniej jak dla mnie :D Moja babcia, wracając z wyjazdu, zapoznała się z Turczynką, która była w Polsce na Erasmusie. Ponieważ babcia nie bardzo mówi po angielsku, a starała się pomóc Nur z biletem, podała mi do niej numer, bym w imieniu babci przekazała podziękowania za miłą podróż i przeprosiny, że więcej nie umiała zrobić. Okazało się, że mieszka w mieście, w którym chodzę do liceum, tak więc spotkałyśmy się i porozmawiałyśmy chodząc nieco po mieście (pokazałam jej fajne knajpy), po czym odwiedziłam ją w akademiku. I tu niespodzianka, okazało się, że też jest fanką Gry o Tron, a że wyszedł ostatni odcinek i żadna z nas go jeszcze nie widziała. Więc oglądałam finał sezonu, po angielsku i z tureckimi napisami, tuląc się do praktycznie obcej osoby na kanapie w akademiku gdy na ekranie lała się krew (nie, nie ostatniego sezonu :D).

  • 42

    U mnie w szkole postanowili wywiesić plakat z „kulturą Wysp Brytyjskich”. Na plakacie oczywiście nie mogło zabraknąć Doctora (inaczej co to by był za plakat…). -Jezuuu, musieli wkleić akurat zdjęcie z drugiej części siódmego sezonu…- zaczęłam narzekać na głos -Noooooo, mogliby wkleić Tennanta…- usłyszałam koło siebie i poznałam mojego przyszłego towarzysza konwentowego…

    Chyba tylko raz spotkałam na Pyrkonie niemiłą osobę. Razem z moim towarzyszem konwentowym szłyśmy na prelekcje. Koło nas przechodziła dziewczyna z koszulką Green Day. Jako wielka fanka postanowiłam skomentować:
    -Fajna koszulka.
    -Nie.
    -Nie?
    -Nie.
    -Aha…

  • oswins_muffins

    Moja historia wydarzyła się kilka lat temu, kiedy wyprowadziłam się z domu na studia do Warszawy. Zamieszkałam w akademiku i dostałam pokój „w ciemno” z nieznaną mi osobą. Trochę bałam się na kogo trafię.
    Moja współlokatorka wprowadziła się do akademika przede mną, więc gdy weszłam po raz pierwszy do pokoju (z częścią bagaży) to ona już była w środku. Siedziała na łóżku i oglądała na laptopie „Supernatural”.
    To naprawdę wspaniała sprawa jako pierwszą rzecz o kimś dowiedzieć się, że uwielbiacie ten sam serial! Od razu udało nam się złapać kontakt i zaczęłyśmy gadać o serialu (a potem o kolejnych i kolejnych…).
    Skończyło się tym, że po wniesieniu reszty rzeczy z samochodu do pokoju obejrzałyśmy razem kolejne odcinki, a rozpakowanie się zostawiłam na następny dzień.

  • ZielonaPlazma

    Historia poza konkursem, bo nie mogę pojechać do Warszawy w ten weekend, ale chciałam podzielić się przygodą:

    Wiosna, kwiecień tego roku.
    Zosia i jej przyjaciel szli sobie po Krakowie. Coś jednak zdradzało w nich Whovian.
    Może była to koszulka z TARDISem. Może fez na głowie. A może ciągnący się za nimi cztero metrowy szalik.
    W każdym razie, ktoś ich zdemaskował, bo nagle słyszą pytanie na ulicy:
    – Czy ty… Czy… CZY DZISIAJ JEST COŚ Z DOKTOREM?
    – No tak, konwent…
    – ŚWIETNIE. SUPER. AKURAT TERAZ JAK MAM ZJAZD!
    Po czym osoba zadająca pytanie oddaliła się w bliżej nieokreślonym kierunku, wymachując wściekle rękami, w geście oburzenia.
    Chyba właśnie byliśmy świadkami narodzin nowego Villaina…

  • Marlena Bier

    Z moich kilku fanowskich przygód najmilej wspominam zawsze te z dziećmi w roli głównej, w czym mam wrażenie jestem podobna do Ciebie, Zwierzu. Uwielbiam ten niekłamany entuzjazm, wypowiadanie bez wahania kategorycznych sądów tonem największego eksperta i nieograniczoną niczym wyobraźnię :) Ale do rzeczy, bo z wielu drobnych przygód chciałam się podzielić dwoma…
    Pierwsza historia historia dotyczy grupy młodych umysłów, z którymi mam przyjemność na co dzień pracować. Jako wielka fanka „Doctor Who”, lubię mieć przy sobie jakiś mniej lub bardziej niepozorny symbol swojej fascynacji i testować dzięki niemu wiedzę otoczenia na rzeczony temat. Mina ludzi w sklepie czy autobusie, gdy moja komórka wygrywa „I am the Doctor” bywa bezcenna i potrafi mnie nastroić doskonale na cały dzień. Wracając, jednak do młodych umysłów… Tapetę na moim laptopie stanowi zawsze TARDIS w różnych konfiguracjach, inna ilustracja na każdy miesiąc. Ostatnio więc przywlokłam laptop do pracy, celem wykonania kilku zabawnych i w pocie czoła przygotowanych zadań na tablicy multimedialnej. Gdy tylko obraz pokazał się na rzutniku pewien dziesięcioletni błyskotliwy umysł zaczął jak opętany wykrzykiwać „O rany, TARDIS, widzicie TARDIS, no jak to nie wiecie, co to jest! Nie, to nie jest żadna budka głupku, to STATEK KOSMICZNY? Przeliterować CI?!” I tak przez jakieś czas… Młody człowiek sprawił mi tym mnóstwo radości, choć nieco rozłożył zajęcia… Najzabawniejsza była jednak reakcja jednego z jego kolegów. Gdy młody się już wykrzyczał i wytłumaczył wszystkim czym jest TARDIS , a nawet wyjaśnił, ze to skrót (kurcze prawidłowo przytoczył angielską nazwę, wow :)), pewien klasowy intelektualista wypowiedział się mniej więcej tak: „Jeny, wszyscy wiedzą co to jest TARDIS i założę się, że Pani przydałaby się teraz TARDIS żeby nie musieć pracować z takimi durnotami jak Ty, no to o czym dzisiaj będzie ta lekcja?”. Och, chłopaki wprawili mnie w dobry humor na cały tydzień :)

    Druga historia dotyczy mojej prywatnej rezolutnej sześciolatki. Z dumą donoszę, że podziela ona moją fascynację tym serialem, ma swojego ulubionego Doktora i swojego ulubionego potwora, oczywiście innych niż ja sama, a spory z nią bywają przezabawne. No więc na dzień zabawki w przedszkolu mała fanka zabrała… śrubokręt soniczny jedenastego Doktora. Podobno dzieci koniecznie chciały żeby używając go mówiła abrakadabra. Później chłopcy stwierdzili, że to coś jak miecz świetlny, na co mała fanka, tu cytat: „Chłopaki to śrubokręt, a nie pistolet na wodę, co najwyżej sobie szafkę możecie skręcić” (Normalnie rozpiera mnie duma, moje dziecko mówi cytatami z Doktora, jakakolwiek by nie była ich wartość :) ). To znam z opowieści córki. Natomiast Pani na koniec dnia zaprosiła mnie do obejrzenia sporego rysunku nieco koślawej TARDIS i rozczochranego Doktora, które dumnie wiszą na gazetce „To my!” obok piesków, kotków i księżniczek (gazetka upamiętnia wszystko co dzieci rysują w tzw. wolnym czasie). Stwierdziła, że B. ma nie tylko „oryginalne zainteresowania”, ale też bajeczną wyobraźnię, bo wymyśliła sobie postać kosmity, który podróżuje w czasie i walczy z posągami, i wielkimi robotami, itd. Na co ja: „yyy ona tego nie wymyśliła, to wszystko pochodzi z takiego brytyjskiego serialu”. Mina Pani bezcenna i niekoniecznie chciałabym wiedzieć co sobie pomyślała o moich metodach wychowawczych hehe :D

    Ps. Drogi Zwierzu, myślę, że uczciwie będzie poinformować, że niestety z powodu choroby córki nie mogłabym wziąć teraz udziału w Warsaw Comic Con, wiec nie mogłabym przyjąć Twojej wspaniałej nagrody (to tak w razie co, żeby nie blokować miejsca). Jednak fantastyczny temat konkursu tak mnie skusił, że o prostu musiałam się wypowiedzieć mimo wszystko :)

  • Jimmazzy

    W sumie to nie wiem, czy moja historia jest bardziej wzruszająca, czy żenująca… Ale niech tam, najwyżej ucierpi moja męska duma.
    To było kilka lat temu w Łodzi. Czekam w kolejce – na oko z pół godziny stania. A na końcu on, Simon Bisley! Trzymam w rozdygotanych (ale tylko lekko!) dłoniach komiksy. Wiem dokładnie, co mu chcę powiedzieć: jak cenię jego kreskę, że praktycznie na tych komiksach uczyłem się angielskiego, jak wiele znajomości pomogły mi nawiązać tu w Polsce i za granicą. Jestem coraz bliżej! Żeby dodać pikanterii, krótko opisze Simona: jest wielki… Dosłownie! Wysoki i szeroki facet, w dodatku image heavymetalowca. Ja też, nie powiem, do niskich nie należę, a i parę kilo więcej wtedy miałem. Już prawie, jeszcze tylko kilka osób przede mną… Układam w głowie zdania, żeby nienaganną angielszczyzną, wyćwiczoną na amerykańskich wydaniach wyrazić mój podziw dla jego twórczości, z luzem rzucając jakimś żarcikiem dla wtajemniczonych… Oczami wyobraźni widzę, jak z uznaniem kiwa głową, uśmiecha się pod nosem, poznając bratnią duszę, i klepie mnie po plecach, a potem gawędzimy jeszcze chwilę jak starzy znajomi, a cała ta kolejka za mną patrzy z zawiścią na mnie, Wybrańca… I oto jestem! Czuję, jak moje wargi otwierają się i wydobywa się z nich… zdławiony pisk… „A-a-aaaaj… Ajlawju!”
    Tru story. Może w tym roku nadrobię ;)

  • Karol Skolmowski

    Zapytałem Luca Bessona jak mu się pracowało z Davidem Bowie , a on na to :
    – He is sweetheart.

  • Paula Wysmolińska

    Mimo,że północ już wybiła to chciałabym jednak podzielić się swoją historią. Jako osoba uwielbiająca Harrego Pottera, wszelkie gadżety związane z serią są dla mnie niezwykle cenne. Ostatnio zakupiłam kubek ukazujący godło Slytherinu, mojego domu. Gdy w odwiedziny przyjechała kuzynka z dziećmi, akurat ten kubek trafił na stół. Maluchy grasowały w tym czasie w pokoju, gdy my piłyśmy kawę. Mama próbowała je w pewnym momencie uspokoić ale na długo to nie podziałało,więc ja postanowiłam spróbować. Udałam się do pokoju(z kubkiem, kawa nie przeżyłaby takiego rozstania) i o dziwo po interwencji dzieci bawiły się grzecznie( kataklizm już nam nie groził). Gdy wychodzili kuzynka spytała czy nie chcą wpadać do mnie częściej skoro tak fajnie się bawią i pewnie mnie lubią skoro się słuchają lepiej niż mamy. Co sie okazało? Udało mi się uspokoić dzieci, ponieważ starsza latorośl też jest fanem Harrego i po zobaczeniu kubka stwierdziła,że lubię Voldemorta, mogę być groźna, wiec lepiej nie zadzierać. :-D Kubek- pomaga w opiece nad dziećmi.

  • Marcelina Obrębska

    Zwykle czytam wpisy Zwierza z opóźnieniem, po kilka na raz. I nawet się nie spodziewałam kiedykolwiek przeczytać tu o sobie! Ja jestem tą dziewczyną w koszulce z Kapitanem i Iron Manem z Olsztyna! Wracałam akurat do domu z seansu Civil War i jakież było moje zdziwienie, gdy ktoś zawołał do mnie, że mam fajną koszulkę :) a kiedy się okazało, że to moja ulubiona blogerka, to zrobiło mi to dzień ;) Czytam Twojego bloga Kasiu już od dawna i jesteś dla mnie dużym popkulturowym (i nie tylko) autorytetem! Pozdrawiam serdecznie!