Gwiazdy w Kosmosie czyli cykl „W blasku Oscarów”

05/02/2019

Niezależnie, demokratycznie i w streamingu czyli Zwierz o Filmocracy

05/02/2019

Wolni i raczej spokojni czyli o „Diablo. Wyścig o wszystko”

05/02/2019

Ponoć najtrudniejszych życiowych wyzwań należy się podejmować wtedy kiedy i tak się nie ma na nic czasu, bo skoro nie ma się nic do stracenia to można spróbować wszystkiego. Ta myśl przyświecała mi kiedy zamiast iść do kina, na któryś z filmów nominowanych do Oscara udałam się na „Diablo. Wyścig o wszystko”. Polski film o wyścigach samochodowych, który – biorąc pod uwagę wszystko co wiemy, o niebie i ziemi, nie mógł być dobry. We wpisie spoilery.

Zacznę od tego, że to jest niesamowita produkcja, której fabuła, choć prosta, jest tak pozbawiona osobowości, że już jeden dzień po obejrzeniu filmu trzeba odgrzebywać z zakamarków pamięci o czym on tak właściwie był i kto się w nim pojawił. To niesamowite ale jeszcze przed końcem seansu z trudem można sobie przypomnieć co się wydarzyło na początku. Nie mniej przeprowadzę dla was archeologię pamięci żeby wydobyć na światło dzienne całe piękno tej produkcji.

 

Kieł, główny złol tego filmu powinien trafić do katalogu, najbardziej nieudolnych złoli w historii kina. Nic co robi mu się nie udaje
Fot: Lightcraft Advertising

Naszym bohaterem jest Kuba. Kuba wyróżnia się głównie tym, że ma tak normalnie na imię mimo, że wszyscy inni w filmie albo mają jakieś ksywki typu „Kieł” albo nazywają się tak pięknie i polsko jak Chris czy Max (tak przez x kochani, przez x bo wiadomo, że tak się zapisuje to imię w polskiej kinematografii inaczej byłoby nudno) ewentualnie – Paloma (jak wiadomo najpopularniejsze imię kobiecie). W każdym razie Kuba to miły chłopak, który doskonale jeździ samochodem, jest sierotą i zbiera na operację swojej małej siostry. Co jest siostrze? W to już twórcy filmu nie wynikają, w każdym razie operację można przeprowadzić tylko w Wiedniu, zaś sama dziewczynka na oko ma się dobrze, jedyną oznaką tego, że coś jest z nią nie tak jest fakt, że chodzi w szlafroku i gra w warcaby. Jeśli ktoś wie, czego to są objawy proszę natychmiast do mnie napisać.

Talent Kuby zostaje odkryty w czasie jednego z wyścigów a potem – z pomocą mechanika Ramsa zostaje on przedstawiony Maxowi, który przyjmuje go do swojej drużyny. I tu następuje ciekawe zjawisko – choć widz dałby głowę, że postacie Krisa (pierwsza osoba którą Kuba spotyka w wyścigowym świecie) czy Ramsa będą kluczowe dla fabuły, to… obaj panowie właściwie znikają. Rams rozpływa się całkowicie – najwyraźniej już niepotrzebny scenarzyście, zaś sam Kris wypowie do końca filmu może jeszcze dwa zdania po czym zginie. Widza jednak nie za bardzo to obejdzie, bo scenarzyście najwyraźniej znudziło się pisanie dialogów dla wszystkich postaci więc Kris pozostanie człowiekiem który nic nie mówi. Zresztą należy tu zaznaczyć, że to w ogóle jest taki film w którym jest sporo postaci które mają co najwyżej jedno słowo do powiedzenia. Co bywa imponujące – bohaterka Lola i bohater „Byk” mają w filmie cały wątek romantyczny bez jednego słowa. Być może twórcy filmu nie za bardzo ufali, ze zatrudnieni przez nich aktorzy potrafią coś powiedzieć. Zresztą ci którzy dostali coś do powiedzenia też jakoś szczególnie nie muszą się starać by brzmieć wiarygodnie, ponieważ widz i ta usłyszy jedno na pięć słów, gdyż film robiono z poszanowaniem dla polskiej szkoły „Za cholerę nic nie słyszę, czy na planie był spec of dźwięku”.  W każdym razie najbardziej spektakularnie znikającą postacią w filmie jest ciotka bohatera. Ciotkę gra Katarzyna Figura. Pojawia się na jedną scenę, mówi dwa słowa i znika. Po co w ogóle tam była? Chyba tylko żeby pożyczyć bohaterowi parę złotych.

 

W pewnym momencie filmu człowiek na nadzieję, że wątek romantyczny będzie z każdą minutą zajmował coraz mniej czasu. Zajmuje coraz więcej. A to nie jest łatwa miłość. Głównie dla widza który musi słuchać dialogów pomiędzy bohaterami w stylu „Rozgryzłam cię” „Jak” „Lubisz skórzane kurtki” (luźne wspomnienie dialogu, nie dokładne odwzorowanie)
Fot: Lightcraft Advertising

Kuba szybko się dowiaduje, że został zwerbowany do „gangu” (właściwie to przez 90% filmu ów gang przypomina sympatyczną drużynę sportową ze słabością do czarnych skórzanych kurtek) by wziąć udział w niesamowitym wyścigu organizowanym przez demonicznie złego Jarosza. Ów Jarosz, chodzący w białych garniturach, organizuje „wyścig Czarnej Owcy” który polega na tym, że czterech uczestników tzw. „owce” uciekają zaś gonią je „wilki” czyli mroczna drużyna na usługach Jarosza. Kogo wilki złapią ten… no właśnie, wydawać by się mogło, że ten odpada ale wygląda na to, że raczej po prostu nie dostaje się punktów. Po trzech wyścigach osoba, która wygra dostaje 250 tys. zł.  Bohatera co chwilę przestrzega się że z wyścigu trudno wyjść żywym, a łatwiej połamanym czy sparaliżowanym. Widz wyobraża sobie nie wiadomo co, ale dość szybko okazuje się, że po prostu chodzi o jeżdżenie po wydzielonym terenie i unikanie złapania. Coś jak berek tylko kogo klepną w plecy ten odpada. Poczucie zagrożenia jest minimalne. Zaś sam system – prawdę powiedziawszy dużo mniej logiczny niż po prostu zwykły wyścig gdzie trzeba gdzieś dojechać jak najszybciej (zresztą wyścig w formie zaproponowanej przez film nie zakłada że będzie się cały czas jeździło na pełnej prędkości – spokojnie można wygrać jeżdżąc dziesięć na godzinę – pod warunkiem że Wilki będą właśnie wszystkie ścigały kogoś innego).

Najzabawniejsze w całym filmie jest to, że owe straszne „Wilki” – prawdziwy gang zakapiorów składa się z trzech osób. Kobiety która przez cały film nie mówi ani jednego słowa ale jest brunetką więc wiemy, że jest zła. „Byka” który także nic nie mówi, ale ma brodę co wskazuje na jego miękkie serce, oraz „Kła”. Ów „Kieł” grany z przekomiczną przeszarżowaną manierą przez Mikołaja Roznerskiego, ma być – jak mówią nam bohaterowie – najgorszym ze złych, badassem nad badassami, zakapiorem jakich mało. Problem w tym, że cały film opowiada głównie o tym jaki „Kieł” jest niekompetentny. Dosłownie każde zadanie jakie się mu powierza, udaje się mu dokumentnie spieprzyć. Potem zaś przychodzi do swojego pracodawcy (Złego Janusza czy Jarosza) i mrocznym głosem mówi, że już więcej nie spieprzy. Po czym poznajemy, że „Kieł” jest zły? Oczywiście po bliźnie przez oko, słabości do nikotyny oraz po tym, że staje zdecydowanie za blisko każdego z kim rozmawia i lubi kłaść ludziom dłoń na policzku. Nie chcę nic mówić ale każda scena z jego udziałem sprawia wrażenie jakby „Kieł” chciał swojego rozmówcę uwieść. Moja teza jest taka, że Roznerski tyle się nagrał w komediach romantycznych, że teraz włącza mu się ten tryb automatycznie. Wszyscy źli w tym filmie zostają dość szybko i łatwo zneutralizowani – głównie dlatego, że z scenariusz zakłada, że zachowują się jak idioci, albo w sposób magiczny pojawiają się dokładnie tam gdzie policja. Nawet jeśli wcześniej byli na drugim końcu miasta.

 

Jedną z najbardziej zaskakujących rzeczy w tym filmie jest fakt, że całe mnóstwo bohaterów nie ma właściwie żadnych kwestii. Np. blondynka po środku przez cały film zasadniczo nic nie mówi. Co jest całkiem sympatyczne – zatrudniać ludzi do ról ale nie dawać im żadnych kwestii
Fot: Lightcraft Advertising

Co ciekawe – same wyścigi zajmują realnie tylko jakiś ułamek filmu. Znacznie więcej miejsca zajmuje romans Kuby i Ewy. Ewa jest córką Jarosza biorącą udział w wyścigach. Trochę trudno sobie wyobrazić by ktokolwiek o zdrowych zmysłach realnie obstawiał wyniki wyścigów w których bierze udział córka ich organizatora. Nie mniej twórcy filmu chyba założyli, że kobieta którą pokocha główny bohater musi być niezależna a cóż jest bardziej niezależnego niż kobieta za kółkiem. Ewa i Kuba kochają się bardzo czemu dają wyraz w najgorszych miłosnych dialogach jakie zdarzyło mi się słyszeć. Nie dość że są tak papierowe, że brzmią jakby układał je jakiś chatbot to jeszcze kolejne kwestie nie za bardzo nawiązują do poprzednich. Wielka miłość bohaterów teoretycznie napotyka na wielką przeszkodę – zły ojciec nie chce córki wydać za jakiegoś rajdowca. Ale realnie oboje raczej spotykają się bez trudu i tańczą bez muzyki w restauracji w scenie tak żenująco pozbawionej chemii, że człowiek aż się cieszy kiedy nasz bohater musi nagle wyjść. Miałam nadzieję że ów wątek romansowy zakończy się jednym spotkaniem na pomoście, tymczasem trwa on i trwa pokazując, że w Polsce można szybko jeździć samochodem, ale miłość musi być wolna i gorąca jak w Klanie.

Co ciekawe – pierwsze dwadzieścia minut filmu jest nudne ale w pewien sposób poprawne. Po nich następuje jakieś znudzenie wszystkich – scenarzystów, aktorów i reżysera materiałem jest tak wielkie, że film zamienia się w ciąg niebyt logicznych, interesujących, a przede wszystkim – przedziwnie zmontowanych scen. Nie mniej szczyt produkcja osiąga w ciągu ostatnich kilkunastu minut kiedy ktoś ewidentnie sobie przypomniał, że mają za duży budżet (czy to w ogóle możliwe w Polskich filmach) więc pod koniec wybucha helikopter, jest to z punktu widzenia fabuły moment właściwie nie ważny, a z punktu widzenia widza, element mało emocjonujący, bo załogi helikoptera nie znamy, a poza tym każdy kto nie zauważy mostu lecąc helikopterem nad Warszawą (tych mostów jest raptem kilka) zasługuje na to, żeby się rozbić. Ostatecznie wszystko kończy się radosnym meczem siatkówki na plaży, co przypomina nam, że w sumie większość fabuły tego poruszającego filmu o miejskiej dżungli dzieje się w Wejherowie. Zresztą mam wrażenie że to film stworzony w dużym stopniu na zasadzie „Patryk Vega pożyczył nam swoje szerokie ujęcia z drona, których nie wykorzystał do Kobiet Mafii 10”.

 

Muszę przyznać że najciekawsze w całym filmie jest to, że twórców filmu w sumie dość szybko nudzą same wyścigi i procentowo sceny wyścigów stanowią zaskakująco mały procent filmu.

Nie bądźmy jednak zbyt surowi. To, że nikt w tym filmie za bardzo nie gra, a dialogi bardzo niedobre są to jeszcze nie znaczy, że film taki nie znajdzie odbiorcy. Być może będzie to tylko jeden odbiorca. Ale uwaga, ja tego odbiorcę widziałam! Siedział obok mnie w kinie i z olbrzymim napięciem obserwował każdy zwrot akcji. Widownię uciszał tak, że w pewnym momencie siedząca obok niego młodzież, musiała go zapewniać, że oni naprawdę nic nie mówią. Ilekroć samochody zaczęły z dynamiką godną reklamy Volvo jeździć w kółko tylekroć widz ten siadał na krawędzi kinowego krzesła zaciskając pięści i wpatrując się w obraz jakby co najmniej stał oko w oko z arcydziełem kinematografii. I widzicie to trochę tak jest – że każdy film ma takiego widza, któremu sprawi autentyczną przyjemność i dla którego będzie wart wielokrotnego oglądania i będzie w nim wywoływał filmowe emocje. To jest trochę magiczne i fantastyczne jeśli się o tym pomyśli. I taka reakcja z nas wszystkich, krytyków czyni niekiedy istoty wybitnie nieczułe.

 

Zawsze jak widzę ten plakat to mam wrażenie że na nim jest napisane „Jedz szybko, kocha wściekle” to w sumie czasem się ze sobą łączy.

Tu zresztą muszę wam powiedzieć że mój jeden jedyny widz który emocjonował się seansem Diablo pewnie z olbrzymią radością przyjął ostatnie sceny, w których milczący Bogusław Linda pojawia się jako cień zapowiedzi drugiej części historii. Najwyraźniej twórcy Diablo, wiedzą że serie o ludziach ściągających się samochodami zaczynają się robić naprawdę ciekawe dopiero koło piątej części a koło ósmej już wszyscy je kochają i czekają na spin offy. Prawdę powiedziawszy chętnie zobaczyłabym ilu polskich aktorów trzeba byłoby wykorzystać w niemal niemych rolach, by taka produkcja w końcu miała sens. Moim zdaniem dobrze by filmowi o wyścigach zrobiło uwzględnienie w nim nieco więcej wyścigów nieco mniej wątków miłosnych rodem z lat 90. No i mam jeszcze jedną uwagę – w filmie jest scena walki w klatkach – więc może jakieś spójne uniwersum z triumfującym w kinach Underdogiem? Ja nie wiem jak wy, ale polska kinematografia zasługuje w końcu na własne poszerzone uniwersum ludzi którzy robią niebezpieczne rzeczy i mówią niewyraźnie.

Jestem absolutnie przekonana, że mogłabym w tym tekście przywołać jeszcze więcej perełek aktorstwa czy niesamowitych dowcipów od których na pewno wszyscy by śmiali się dniami i nocami. Mogłabym też zwrócić uwagę, że w tym filmie są sami ludzie ekspozycje. Ale niestety – jak pisałam – im więcej czasu (znaczy więcej niż dziesięć minut) mija od seansu tym mniej pamiętam tą wybitną produkcję. Cóż.. jak to mówią, mechanizm obronny działa.

Ps: Zwierz ostatnio biega po mediach i opowiada o swojej książce. Jeśli jednak chcielibyście mnie spotkać na żywo i na żywo porozmawiać o mojej Oscarowej książce to wpadnijcie do Empiku w Arkadii 14.02 o  18:00, wtedy odbywa się moje spotkanie autorskie. Mam nadzieję, że nie zepsuje to wam walentynkowych planów. Zresztą to zawsze jest jakiś pomysł na randkę. Potem Kino, kolacja i spacer i macie cały wieczór urządzony.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...