Gdzie jest Ania czyli o nowej Ani z Zielonego Wzgórza od Netflixa

16/05/2017

Między niebem a gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu czyli Netflix robi Wiedźmina

16/05/2017

Gaiman tu, Gaiman tam czyli Amerykańscy Bogowie i Mitologia Nordycka

16/05/2017

Ostatnio dużo w moim zwierzowym życiu Neila Gaimana. Co prawda oglądanie Amerykańskich Bogów nie idzie tak sprawnie jak zwierz myślał, za to pierwszy raz od dawna zwierz miał w łapkach książkę pisarza – tym razem Mitologię nordycką. Co w sumie sprowadza się do tego, że zwierz, Gaiman i Nordyccy Bogowie spędzają ze sobą sporo czasu. Z różnymi efektami.

Na początek dwa słowa o serialu. Zwierz spodziewał się po nim wiele. Zwłaszcza, że akurat Amerykańscy Bogowie są powieścią którą zwierz lubi, a do tego serial produkuje Bryan Fuller czyli człowiek który ma w głowie szaleństwo, ale zwierz to szaleństwo kocha. Zresztą po tym jak Hannibal spadł z ramówki zwierz czuł że potrzebuje jeszcze tych kadrów w których twórców fascynuje fizyka płynów. Serio nigdzie nie ma tyle ujęć wody co w produkcjach Fullera (przynajmniej tych nowszych). Innymi słowy – miało być wspaniale.

Nie ma wątpliwości, że nad obsadzaniem Amerykańskich Bogów czuwała jakaś boska ręka

 

Jak jest? Zwierz ma mieszane uczucia. Aktorsko serial jest doskonały. Właściwie gdyby zwierz miał zacząć opisywać kto mu się najbardziej w serialu podoba to wyszła by mu po prostu litania nazwisk zaangażowanych aktorów. Ale ponieważ ostatnio zwierz spotkał się z zarzutami że nic mu się nie podoba (poza serialami Hallmarku) to spieszy donieść że Rocky Whittle jako Shadow Moon (zwierz korzysta z anglojęzycznych nazw postaci bo jakoś przywykł) jest doskonały i taki piękny że czasem trzeba aż zrobić pauzę i ciężko westchnąć. Ian McShane gra tak jakby urodził się tylko po to by zagrać Mr. Wednesdaya, oglądając Orlando Jonesa jako Mr. Nancy zwierz ucieszył się że śledzi go w sieci już od dwóch lat. Gillian Anderson jest po prostu genialna, ale to Gillian Anderson. Wymieniać można dalej. Ale jedno jest pewne – ktokolwiek obsadzał serial miał olbrzymi talent do wybierania właściwych ludzi do właściwych ról.

Zwierz przeczytał gdzieś że ponoć w Amerykańskich Bogach pokazano więcej męskiej nagości niż w innych amerykańskich serialach w poprzednim roku. Jest to jedna z zalet serialu ale warto zaznaczyć – zdecydowanie nie jedyna

Pewnej grupie widzów na pewno nie spodoba się estetyka serialu. Nie ma w tym nic dziwnego – to jest taki rodzaj estetycznej przesady która jednych przyciąga innych nuży czy wręcz denerwuje. Zwierz musi powiedzieć, że ma mieszane uczucia – z jednej strony podoba mu się fakt, że już na samym początku serial mówi nam co będzie grane – pokazując potyczkę Wikingów w czasie której przez ekran przelatuje odcięta ręka dzierżąca jeszcze miecz. Miecz ostatecznie ląduje w gardle drugiego Wikinga. Jeśli ta scena was rozbawi albo ucieszy to w sumie jesteście w domu. Ale część z was może zrobić największy facepalm w życiu. Zwierz z jednej strony jest zachwycony (fizyko płynów we meet again) z drugiej – jest tu tego wszystkiego odrobinkę za dużo. O tą maleńką odrobinkę która sprawia, że zwierz nie umie się wczuć w serial bo cały czas jest tak bardzo świadom, że ogląda wizję artystyczną która chyba jest ważniejsza od płynnej narracji. Plus – zwierz nareszcie wie gdzie się podziała cała ta krew której nie wykorzystali w Hannibalu. W Hollywood nic się nie marnuje.

 

Fizyka płynów!

Ostatecznie Amerykańscy Bogowie jak na razie zwierza bawią – umiarkowanie. Brakuje tu jakiegoś rytmu, czy poczucia tajemnicy jakie towarzyszyło – pierwszej co należy zaznaczyć – lekturze powieści Gaimana. Zwierz byłby ostatnim, który twierdziłby, że to serial zły, ale jakoś go nie wciągnął. Choć wiele się jeszcze może zmienić bo zwierz dopiero zaczyna a jak wiemy – w tej opowieści warto czekać na wszystkich bohaterów. Jednocześnie zwierz jest trochę zaskoczony że serial dostał kolejny sezon (tak po dwóch odcinkach) bo był święcie przekonany (sam z siebie!) że to będzie mini serial który zamknie całą książkę w jednym sezonie. Jakoś wydawało się to logiczne. Wiecie Anglicy zdołali zmieścić całą Wojnę i Pokój w ośmiu odcinkach to dlaczego Amerykańscy Bogowie wymagaliby więcej? No cóż.

Zwierz może nie wczuwa się tak w oglądanie jak sądził ale nie przeszkadza to z entuzjazmem oczekiwać na kolejne odcinki

 

Jak zwierz wspomniał Gaiman atakuje go zewsząd bo Mateusz przyniósł do domu i rzucił u stóp zwierza „Mitologię nordycką” czyli najnowszą książkę Gaimana. Zwierz przyzna szczerze – trochę ignorował jej pojawienie się na rynku bo sama koncepcja jakoś go nie porwała. No ale skoro piękne wydanie (trzeba przyznać że MAG wydaje teraz Gaimana w cudownej graficznie serii) znalazło się w domu zwierza to wstyd byłoby nie przeczytać. Zwłaszcza że to nie za długa książeczka, którą czyta się szybko.  I to nie dlatego, że jest taka dobra ale dlatego, że po prostu nie ma w niej zbyt wiele treści.  Zwierz zresztą przyzna się wam szczerze, że spodziewał się olbrzymiego tomiszcza i był nieco zaskoczony, że poczyniony przez Gaimana wybór jest tak skąpy.

Zwierz bardzo chciał zilustrować tekst najbardziej znanymi ilustracjami do Eddy autorstwa Franza Stassena. Niestety problem z tymi ilustracjami jest taki że Stassen był dość aktywnym nazistą, a obrazami nazisty zwierz tekstu ilustrował nie będzie.

 

Po lekturze książki zwierz nadal nie wie co właściwie Gaiman chciał osiągnąć. Udało mu się bowiem napisać rzecz wyjątkowo… żadną. Przywołuje on w książce kilka mniej lub bardziej znanych opowieści o nordyckich Bogach. Jest Odyn, Thor, Loki i wszystkie inne postacie, które zna każdy kto choć raz otarł się o mitologię ludów północy. Gaiman zapewnia że wybrał to co sam lubi najbardziej posługując się Eddami i ujednolicając na potrzeby książki szczegóły opowieści. To jeszcze wydaje się pomysłem niezłym, zwłaszcza jeśli wyobrazimy sobie młodego czytelnika, który dajmy na to – wyjdzie z kina po obejrzeniu filmu o Thorze i zapragnie dowiedzieć się więcej o tym bohaterze. Wtedy można byłoby mu rzeczywiście książkę Gaimana podsunąć bo jest to właśnie taki zbiorek dla czytelnika niekoniecznie zorientowanego, który pragnie dowiedzieć się czegokolwiek. Zwierz który z bohaterami mitologii nordyckiej spotkał się po raz pierwszy w czasie lektur Thorgala pewnie też wtedy jako dziecko nie pogardziłby lekturą. Choć – zabijcie zwierza za herezję – nordyccy Bogowie z Thorgalu wydawali się bez porównania ciekawsi i tajemniczy niż w opowieści Gaimana (zwierz ma do komiksów o Thorgalu olbrzymi sentyment).

Problem w tym, że niestety mity w wykonaniu Gaimana są bezpłciowe. Autor niczego nie stylizuje, wręcz przeciwnie – uwspółcześnia. Chce być bajarzem i opowiadaczem ale brakuje mu trochę poetyckiego zacięcia. Ostatecznie tym co najbardziej tu boli jest język – nieco zbyt prosty, zbyt nastawiony na opowiadanie za mało na tworzenie świata. Zwierz czuł jakby ktoś streszczał mu streszczenie pomijając wszystko to co jest naprawdę ciekawe. I jasne Gaiman próbuje to tu to tam uczynić swoją prozę czymś więcej niż tylko sprawozdaniem z mitologii ale niestety –  wychodzi mu to jakoś płasko. Zwierz chyba najbardziej nie może mu darować opisów stworzenia świata. Nordycka wizja ma w sobie coś niesamowitego, kosmicznego – a u Gaimana wszystko jest takie płaskie, pozbawione magii. Zwierz musi przyznać, że cały czas czytając książkę miał poczucie jakby czytać coś w stylu Mitologii Parandowskiego tylko zdecydowanie gorzej napisane i poprzedzone mniejszą kwerendą.

O tym, że Gaimana mitologia nordycka fascynuje wiemy od dawna – bądź co bądź jego własne podeście do mitologii znalazło odzwierciedlenie w Amerykańskich Bogach. I chyba na tym polega problem. Gaiman już raz nam opowiedział to co miał do opowiedzenia o Odynie, Thorze i innych fascynujących go bohaterach. Teraz właściwie drepcze w miejscu, nie mogąc się zdecydować co właściwie zrobić. Więc opowiada jeszcze raz, historie opowiedziane już przez innych i jakoś nie umie zostawić na nich własnego śladu. Gdyby ktoś zakleił mi nazwisko twórcy nie umiałabym go w tych tekstach odnaleźć. We wstępie wspomina, że nie czytał innych autorów którzy zdecydowali się napisać swoje wersje – jak rozumie zwierz, żeby się nie sugerować. Ale może lektura wszystkich dostępnych wersji uświadomiłaby mu jak bardzo potrzebuje własnego stylu żeby to przedsięwzięcie miało sens. Inny sens niż tylko takiego wprowadzenia do wprowadzenia.  I jednocześnie w tym samym wstępie Gaiman tak żałuje wszystkich tych bogów i bogiń po których nie zostały już żadne opowieści tylko imiona i atrybuty. Aż chciało by się krzyknąć – o! To napisz! Wymyśl od nowa, naśladuj styl, skorzystaj z  bohaterów którzy zostali. To będzie twoja mitologia nordycka – to ma sens! Tu jest miejsce na coś prawdziwie kreatywnego. Zresztą zwierz ma wrażenie że Gaiman jest ofiarą własnej fascynacji. Zdarza się twórcom że powracając wciąż i wciąż do tych samych tematów czasem łapią się na tym że nie mają nic więcej ciekawego do powiedzenia.

Gaiman dedykuje swoją książkę synowi. Syn co prawda jest w wieku mocno przed czytelniczym ale może należałoby przyjąć to za jakąś wskazówkę. Bo jedyna przestrzeń w której tak napisane Mity Nordyckie mają sens to przestrzeń powieści młodzieżowej czy dziecięcej. Jak już wierz wspomniał – może podarowanie jej jakiemuś młodszemu nastolatkowi – w ramach uzupełnienia do posiadanej już wiedzy, czy wprowadzenia do pewnych dzieł kultury – nie byłoby takim złym pomysłem. Jednak czytelnik dorosły chyba musi odejść od książki z pewnym rozczarowaniem. Czegoś tu bardzo zabrakło. Nawet pod sam koniec kiedy Gaiman opisuje ostatnie dni Bogów- który to opis powinien wbić się w pamięć jakoś wszystko będzie przypominało suche sprawozdanie. A przecież to mitologia! Tak cudowny przedmiot do pokazania własnego kunsztu, możliwości, wyobraźni. Bohaterowie mitów mierzą się ze sprawami największymi więc i można użyć – odpowiednio – największych słów. Bez nich książka Gaimana jest taka… pusta.

Przyglądając się zarówno Amerykańskim Bogom jak i Mitom nordyckim zwierz zastanawia się nad specyficzną pozycją Gaimana w świecie współczesnej fantastyki. To nie jest zły twórca ale w sumie darzony dużo większą atencją niż inni – czasem zdecydowanie lepsi. Jego teksty zaskakująco często zawodzą – albo, co rzadkie – okazują się słabsze i bardziej powierzchowne od adaptacji (doskonały przykład Stardust). Gaimana wszędzie pełno i w sumie-przynajmniej z perspektywy zwierza, w ostatnich latach sprawdza się dużo bardziej jako felietonista czy komentator kultury niż jako twórca. Być może to poczucie subiektywne ale lektura ostatniego wydania zebranych esejów Gaimana dostarczyła zwierzowi zdecydowanie więcej radości niż te dwa wieczory nad Mitologią nordycką. Przy czym żeby było jasne – zwierz nie jest w tej grupie która uważa że Gaiman to jakieś największe zło czy grafoman. Ale fascynuje go jak niektórzy autorzy – niekoniecznie najlepsi cieszą się tak dużą estymą. Co zresztą wcale nie jest dla nich dobre- zwierz ma wrażenie, że Gaiman byłby dużo lepszym pisarzem gdyby był mniej sławny i redakcja nie wydawałaby wszystkiego co napisze. Przy czym to nie jest problem jednego pisarza ale całej grupy – która już nie musi się martwić o odrzucone maszynopisy.  W każdym razie zwierz by tą Mitologię nordycką jeszcze ze trzy razy do Gaimana odesłał. Aż w końcu stanie się dobrą książką.

Ps: Zwierz nie ma ostatnio dużo czasu na większy research więc trochę utknęliśmy w recenzjach. Zwierz ma nadzieję, że go zrozumiecie (choć parząc pod temperaturze dyskusji o Ani to recenzje też mają swoje zalety)

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Vervainnnn

    zwierzu – trzeci odcinek lepszy, bardziej… poetycki? byłam nastawiona baaaardzo na tak a niestety pierwsze dwa mnie nie porwały, piękne, dziwne ale mało angażujące.

  • Konrad Norowski

    Miałem bardzo podobne wrażenia. To moje pierwsze spotkanie z Gaimanem i szczerze mówiąc od pisarza o takiej sławie spodziewałem się czegoś bardziej rozbudowanego, bogatego, a tu taki tam zestaw streszczeń mitów. Na pewno dałoby radę znaleźć lepszą alternatywę dla dzieciaków poznających mitologię nordycką, co potencjalnie jest chyba jedynym zastosowaniem tej książki, bo zdecydowanie nie broni się ‚jako taka’ – młodzież może czytać Wiedźmina czy cokolwiek uznanego, zamiast męczyć się nad książką, gdzie nawet postać Lokiego potrafi być po prostu nudna.

  • Hanako

    Gaiman jest dla mnie zupełnie niezrozumiałym fenomenem. Czytałam „Gwiezdny pył” i „Nigdziebądź” i nie potrafię zrozumieć, jak tak ciekawe pomysły można było sprzedać tak zupełnie… nijako. Dla mnie warsztat pisarski leży, dialogi leżą, opisy leżą, kreacja postaci leży, a jego styl to definicja braku stylu i po prostu z każdą kolejną stroną rozczarowanie za rozczarowaniem.
    Może jeszcze mogłabym warsztat jakoś przeboleć, gdyby te jego koncepcje były porządnie wyeksploatowane. Motyw drugiego miasta pod Londynem? Trzymając tę książkę w ręku, trzęsłam się z ekscytacji. Ileż tam można by upchnąć, odtworzyć warstwy historii, przeplatać niesamowitości z codziennym Londynem. Można stworzyć świat przedstawiony tak tajemniczy i wciągający, że kolejne pokolenia łaziłyby po mieście, szukając zakątków z książki.
    Co dostajemy? Parę zamkniętych stacji metra. Kaman.
    No więc trochę się boję tykać kolejnych dzieł Gaimana. Nie widzę sensu czytać pisarza, który sobie z tym pisarstwem radzi tak… mocno średnio. Dla mnie Gaiman to jest taki autor, który powinien swoje pomysły sprzedawać dalej, komuś z lepszym talentem, wtedy te powieści mogłyby być objawieniem. A tak, to jest jak jest.

    Ale jeśli mam niemiarodajną próbkę jego twórczości, to proszę coś polecić, jak najbardziej.

    • Urszula Poszumska

      Dialogi sa boskie! I postacie tez.zabawne oryginalne..nigdziebadz to jedna z moich ulubionych książek. Także zupełnie się nie zgadzam :-)

    • Peter Wimsey

      Cholera. Niby kocham Gaimana, a jednak… jak tak czytam, co mu zarzucasz… to w tej idei, że to jest pisarz pomysłów, które jednak sam nie do końca potrafi wykorzystać chyba masz sporo racji. Ja jestem zafascynowana właśnie ilością pomysłów tego faceta, na przykład w zbiorach opowiadań to jest dla mnie aż przytłaczające, mieć w sobie tyle różnych historii. Tylko faktycznie nie jestem pewna, czy on je opowiada najlepiej, jak się da. Chyba nie.

    • Shakuahi

      Gaimana czytałam dużo, ale z czystym sercem polecić mogę tylko Amerykańskich Bogów. W przypadku pozostałych książek zawsze miałam wrażenie, że miał dobry pomysł, ale zabrakło mu wystarczająco dużo cierpliwości by napisać książkę odpowiednio długą. Chociażby Gwiezdny Pył przypomina bardziej przydługi szkic niż pełnoprawną książkę.

      • Beryl Autumnramble

        Ja Amerykańskich Bogów nawet nie pamiętam, ale z Gaimana mogę polecić Sandmana, Studium w szmaragdzie i może jeszcze Dobry omen, choć dla mnie jest do głównie książka Pratchetta. Na reszcie twórczości Gaimana zwyczajnie się wynudziłam, bo ani postacie sympatyczne, ani napięcia nie ma, ani światy opisywane nie specjalnie rozbudowane…

    • Ostatni zbiór opowiadań, Drażliwe tematy. I pojedyncze z poprzednich zbiorów- Studium w szmaragdzie, Szkło, śnieg i jabłka, Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach, Załatwimy ich panu hurtowo, i dwa opowiadania w świecie Lovecrafta (bodajże Bay Wolf i Tylko kolejny koniec świata, nic więcej, ale mogę się mylić).
      Gaiman, moim zdaniem, jest dużo lepszy w opowiadaniach, ale jest bardzo nierówny. Czasami jak coś napisze, to z zachwytu brakuje mi słów, a czasami jestem strasznie zawiedziona.
      A z powieści, to „Dobry Omen” napisany razem z Pratchettem. i „Amerykańscy bogowie”. A i „Księga cmentarna” jest sympatyczna.

      PS. to tylko moje osobiste odczucie, ale Gaiman bardzo często traci w przekładzie. Po angielsku zdania płyną, w polskim są takie… nijakie.

  • Urszula Poszumska

    Ja tam gaimana uwielbiam. Zwlaszcza bogow nigdziebadz chlopakow anansiego ale tez opowiadania.przy czym drażniace tematy najbardziej.to zbior samych perelek.przyznaje jednak ze mitologia porywajaca nie jest.a serial po 2 odc na razie ok,za wcześnie na sady dla mnie.poczekam co dalej.ale obsada rzeczywiscie piekna i efekty tez cud miod.

  • Dorota Prószyńska

    Nie przeczytałam ani „Amerykańskich Bogów”, ani „Mitologii Nordyckiej”, ale pozwolę sobie na komentarz „w obronie” Gaimana :)
    Ja też do niedawna nie bardzo rozumiałam fenomen tego pisarza. Było tak do momentu, kiedy sięgnęłam po pierwszy tom z cyklu „Sandman”. Muszę powiedzieć, że Gaiman jako pomysłodawca i scenarzysta do tego komiksu był fenomenalny – jestem po ośmiu częściach, po skończeniu każdej miałam jeszcze bardziej rozdziawioną szczękę niż w przypadku poprzedniej.
    Jasne, „Mitologia Nordycka” może być nieprzeznaczona dla dorosłego czytelnika (a co za tym idzie, nudna), ale w moim odczuciu to może być po prostu słaba pozycja z dorobku autora.
    Powiem szczerze, Twoja recenzja jest pierwszą negatywną, na jaką trafiam. Ale nie przeczytałam ich Bóg wie ile, poza tym aż sama chcę teraz sprawdzić, jak to jest z tą „Mitologią”. Także dzięki za wpis :)

    • Ginny

      Szczerze mówiąc, nie trafiłam jeszcze na osobę, której by się „Mitologia nordycka: podobała. Łącznie ze mną ;)

  • Klementyna

    z zastrzeżeniem, że jestem hardkorową fanką: (długi) głos w obronie „Mitologii”. W różnych nieprzekonanych, jak Twoja, recenzjach widzę wspólny trend – rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami czytelników, a założeniem książki. Oczywiście dzieło powinno bronić się samo, jasne, ale na ocenę np. tego czy w ogóle słusznie powstało i jak mogłoby wyglądać bardzo wpływa świadomość po co się sięga. A tutaj trochę zrobili jedno, a sprzedają nam drugie. Bo to opracowanie zamówione przez wydawnictwo, któremu bliżej do uniwersyteckich niż fantastycznych, w dodatku z zamiarem nie opowiedzenia *po swojemu* tylko opowiedzenia ludzkimi słowami zawiłego i chaotycznego zbioru opowieści.
    Najwyraźniej nie była najlepsza decyzja, skoro tak wielu czytelnikom brakuje jego charakterystycznego sznytu. A książki, do których nie sięgnął (ponownie, nie w ogóle) przed pisaniem to w znakomitej większości wersje dziecięce, ubarwione, ujednolicone.
    A co najistotniejsze dla nas – z tego co wiem po polsku istnieje jedno opracowanie mitów, ale wręcz archeologiczne i jeden maleńki tomik streszczenia, więc jeśli ktoś nie ma tyle sił, żeby przebrnąć przez Eddę – naprawdę nie ma za dużego wyboru. A o mitach skandynawskich prawie każdy gdzieś coś słyszał, ale ile z tego to scenariusze a ile źródła – trudno stwierdzić. Moim zdaniem miejsce tej książki jest właśnie między Parandowskim a Kosidowskim, a nie w skądinąd pięknie wydanej serii MAGa. I ta dwuznaczność „retellingu” oraz fakt, że Gaiman jest dla wszystkich autorem fantastyki sprawia, że tak też go sprzedają i co innego chcielibyśmy w środku znaleźć (nawet ja ; ). A gdyby zawarł więcej opowieści – od razu wyobrażam sobie dyskusje na temat niespójności godne wojen o kanoniczność bohaterów komiksowych. Gaiman mówił, że nie chciał dodawać niczego od siebie, chciał żeby badacze nie mieli się do czego przyczepić. Nie mnie oceniać, czy nie dałoby się z Eddy wycisnąć więcej, ale to co jest wydaje mi się całkiem pożywnym koncentratem.
    (Zarzuty wobec języka czy stylu to inna para kaloszy, i ani się nie zgadzam ani ich nie ruszam ; )

    • i_am_keyser_soze

      Mam na półce „Heroje północy” Jerzego Rosa z 1969 roku. Zaczytałem to na śmierć i nadal uważam za niezłe wprowadzenie do tej mitologii.

      • Klementyna

        O, na to nigdy nie trafiłam. Widzę, że z dostępnością może być ciężko, ale poszukam. Dzięki za cynk.

        • i_am_keyser_soze

          Proszę :)

  • Asia

    Mam nadzieję, że serial się jeszcze jakoś rozkręci. Obejrzałam pierwsze dwa odcinki i jakoś mnie nie wciągnął, chociaż teoretycznie wszystko jest na swoim miejscu: zdjęcia piękne, aktorzy świetni, historia też. Tylko jakieś to trochę …nudnawe. Póki co, mam wrażenie przerostu formy nad treścią. Nic to, pooglądam dalej, może będzie lepiej.

  • Shakuahi

    No właśnie. Niby jest wszystko ok z ekranizacją. Dobrze dobrani aktorzy, jest klimat, jest ciekawa historia. Oglądam każdy odcinek, ale nie czekam niecierpliwie na kolejny. Czegoś mi w nim brakuje, ale nie potrafię określić czego. W książce ta podróż Cienia i Wednesday’a była sama w sobie fascynująca, pamiętam, że nie chciałam żeby ta książka się kiedykolwiek kończyła, tu natomiast chwilami sceny robią się nużące, zaczynają mi się kojarzyć z przegadanym Detektywem (te rozmowy w aucie w pierwszym sezonie, bleh), ale z drugiej strony nie powiedziałabym, że serial mi się nie podoba czy mnie nudzi. Dziwna sprawa.

  • Rychu Rychers

    Nareszcie ktoś skrytykował Gaimana. Dla mnie to też średni twórca, choć prywatnie ma ciekawe rzeczy do powiedzenia.

  • Izabela Pandora Próchniak

    Ja akurat Gaimana lubię (głównie Sandmana, Nigdziebądź i Amerykańskich bogów właśnie) i brakuje mi tu tylko jednego. Tyle osób pisze, że to pisarz średni, o ile nawet nie gorzej, i w sumie fajnie by było, gdybyście polecili kogoś – waszym zdaniem, rzecz jasna – lepszego. Szczególnie w nurcie urban fantasy, które w sumie lubię najbardziej. Ktoś, coś :)?

  • Pingwin

    Zwierzu, a książkę czytał zwierz po polsku czy w oryginale?
    Ja uwielbiam Gaimana i mitologię nordycką i widząc to połączenie, kupiłam książkę od razu, bez zerkania na opinie.
    I po 40 stronach miałam ochotę sprawdzić czy na pewno czytam Gaimana. Ale co raziło mnie najbardziej, to nie sama treść (uproszczone i „zminimalizowane” mity mogłby być też ciekawie napisane) a język i styl, który według mnie nie nadaje się do opowiadania mitów w ogóle. I tu zaczęłam się zastanawiać jak duży wpływ na to miał tłumacz. Bo w paru momentach mogłam wychwycić dokładny zwrot albo parę słów angielskich, których musiał użyć autor w oryginale (sprawdziłam to później znajdując oryginał w księgarni, niestety za drogi na moją kieszeń). A co może po angielsku przejść jako minimalistyczny i neutralny styl po polsku nie zawsze się uda. Jak mówiłam oryginału nie jestem w stanie nabyć, ani nie przeglądałam go długo, ale mam (może niesłuszne) przypuszczenia, że w tym wypadku tłumacz się bardzo nie popisał.