Gdzie jest Ania czyli o nowej Ani z Zielonego Wzgórza od Netflixa

16/05/2017

Między niebem a gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu czyli Netflix robi Wiedźmina

16/05/2017

Gaiman tu, Gaiman tam czyli Amerykańscy Bogowie i Mitologia Nordycka

16/05/2017

Ostatnio dużo w moim zwierzowym życiu Neila Gaimana. Co prawda oglądanie Amerykańskich Bogów nie idzie tak sprawnie jak zwierz myślał, za to pierwszy raz od dawna zwierz miał w łapkach książkę pisarza – tym razem Mitologię nordycką. Co w sumie sprowadza się do tego, że zwierz, Gaiman i Nordyccy Bogowie spędzają ze sobą sporo czasu. Z różnymi efektami.

Na początek dwa słowa o serialu. Zwierz spodziewał się po nim wiele. Zwłaszcza, że akurat Amerykańscy Bogowie są powieścią którą zwierz lubi, a do tego serial produkuje Bryan Fuller czyli człowiek który ma w głowie szaleństwo, ale zwierz to szaleństwo kocha. Zresztą po tym jak Hannibal spadł z ramówki zwierz czuł że potrzebuje jeszcze tych kadrów w których twórców fascynuje fizyka płynów. Serio nigdzie nie ma tyle ujęć wody co w produkcjach Fullera (przynajmniej tych nowszych). Innymi słowy – miało być wspaniale.

Nie ma wątpliwości, że nad obsadzaniem Amerykańskich Bogów czuwała jakaś boska ręka

 

Jak jest? Zwierz ma mieszane uczucia. Aktorsko serial jest doskonały. Właściwie gdyby zwierz miał zacząć opisywać kto mu się najbardziej w serialu podoba to wyszła by mu po prostu litania nazwisk zaangażowanych aktorów. Ale ponieważ ostatnio zwierz spotkał się z zarzutami że nic mu się nie podoba (poza serialami Hallmarku) to spieszy donieść że Rocky Whittle jako Shadow Moon (zwierz korzysta z anglojęzycznych nazw postaci bo jakoś przywykł) jest doskonały i taki piękny że czasem trzeba aż zrobić pauzę i ciężko westchnąć. Ian McShane gra tak jakby urodził się tylko po to by zagrać Mr. Wednesdaya, oglądając Orlando Jonesa jako Mr. Nancy zwierz ucieszył się że śledzi go w sieci już od dwóch lat. Gillian Anderson jest po prostu genialna, ale to Gillian Anderson. Wymieniać można dalej. Ale jedno jest pewne – ktokolwiek obsadzał serial miał olbrzymi talent do wybierania właściwych ludzi do właściwych ról.

Zwierz przeczytał gdzieś że ponoć w Amerykańskich Bogach pokazano więcej męskiej nagości niż w innych amerykańskich serialach w poprzednim roku. Jest to jedna z zalet serialu ale warto zaznaczyć – zdecydowanie nie jedyna

Pewnej grupie widzów na pewno nie spodoba się estetyka serialu. Nie ma w tym nic dziwnego – to jest taki rodzaj estetycznej przesady która jednych przyciąga innych nuży czy wręcz denerwuje. Zwierz musi powiedzieć, że ma mieszane uczucia – z jednej strony podoba mu się fakt, że już na samym początku serial mówi nam co będzie grane – pokazując potyczkę Wikingów w czasie której przez ekran przelatuje odcięta ręka dzierżąca jeszcze miecz. Miecz ostatecznie ląduje w gardle drugiego Wikinga. Jeśli ta scena was rozbawi albo ucieszy to w sumie jesteście w domu. Ale część z was może zrobić największy facepalm w życiu. Zwierz z jednej strony jest zachwycony (fizyko płynów we meet again) z drugiej – jest tu tego wszystkiego odrobinkę za dużo. O tą maleńką odrobinkę która sprawia, że zwierz nie umie się wczuć w serial bo cały czas jest tak bardzo świadom, że ogląda wizję artystyczną która chyba jest ważniejsza od płynnej narracji. Plus – zwierz nareszcie wie gdzie się podziała cała ta krew której nie wykorzystali w Hannibalu. W Hollywood nic się nie marnuje.

 

Fizyka płynów!

Ostatecznie Amerykańscy Bogowie jak na razie zwierza bawią – umiarkowanie. Brakuje tu jakiegoś rytmu, czy poczucia tajemnicy jakie towarzyszyło – pierwszej co należy zaznaczyć – lekturze powieści Gaimana. Zwierz byłby ostatnim, który twierdziłby, że to serial zły, ale jakoś go nie wciągnął. Choć wiele się jeszcze może zmienić bo zwierz dopiero zaczyna a jak wiemy – w tej opowieści warto czekać na wszystkich bohaterów. Jednocześnie zwierz jest trochę zaskoczony że serial dostał kolejny sezon (tak po dwóch odcinkach) bo był święcie przekonany (sam z siebie!) że to będzie mini serial który zamknie całą książkę w jednym sezonie. Jakoś wydawało się to logiczne. Wiecie Anglicy zdołali zmieścić całą Wojnę i Pokój w ośmiu odcinkach to dlaczego Amerykańscy Bogowie wymagaliby więcej? No cóż.

Zwierz może nie wczuwa się tak w oglądanie jak sądził ale nie przeszkadza to z entuzjazmem oczekiwać na kolejne odcinki

 

Jak zwierz wspomniał Gaiman atakuje go zewsząd bo Mateusz przyniósł do domu i rzucił u stóp zwierza „Mitologię nordycką” czyli najnowszą książkę Gaimana. Zwierz przyzna szczerze – trochę ignorował jej pojawienie się na rynku bo sama koncepcja jakoś go nie porwała. No ale skoro piękne wydanie (trzeba przyznać że MAG wydaje teraz Gaimana w cudownej graficznie serii) znalazło się w domu zwierza to wstyd byłoby nie przeczytać. Zwłaszcza że to nie za długa książeczka, którą czyta się szybko.  I to nie dlatego, że jest taka dobra ale dlatego, że po prostu nie ma w niej zbyt wiele treści.  Zwierz zresztą przyzna się wam szczerze, że spodziewał się olbrzymiego tomiszcza i był nieco zaskoczony, że poczyniony przez Gaimana wybór jest tak skąpy.

Zwierz bardzo chciał zilustrować tekst najbardziej znanymi ilustracjami do Eddy autorstwa Franza Stassena. Niestety problem z tymi ilustracjami jest taki że Stassen był dość aktywnym nazistą, a obrazami nazisty zwierz tekstu ilustrował nie będzie.

 

Po lekturze książki zwierz nadal nie wie co właściwie Gaiman chciał osiągnąć. Udało mu się bowiem napisać rzecz wyjątkowo… żadną. Przywołuje on w książce kilka mniej lub bardziej znanych opowieści o nordyckich Bogach. Jest Odyn, Thor, Loki i wszystkie inne postacie, które zna każdy kto choć raz otarł się o mitologię ludów północy. Gaiman zapewnia że wybrał to co sam lubi najbardziej posługując się Eddami i ujednolicając na potrzeby książki szczegóły opowieści. To jeszcze wydaje się pomysłem niezłym, zwłaszcza jeśli wyobrazimy sobie młodego czytelnika, który dajmy na to – wyjdzie z kina po obejrzeniu filmu o Thorze i zapragnie dowiedzieć się więcej o tym bohaterze. Wtedy można byłoby mu rzeczywiście książkę Gaimana podsunąć bo jest to właśnie taki zbiorek dla czytelnika niekoniecznie zorientowanego, który pragnie dowiedzieć się czegokolwiek. Zwierz który z bohaterami mitologii nordyckiej spotkał się po raz pierwszy w czasie lektur Thorgala pewnie też wtedy jako dziecko nie pogardziłby lekturą. Choć – zabijcie zwierza za herezję – nordyccy Bogowie z Thorgalu wydawali się bez porównania ciekawsi i tajemniczy niż w opowieści Gaimana (zwierz ma do komiksów o Thorgalu olbrzymi sentyment).

Problem w tym, że niestety mity w wykonaniu Gaimana są bezpłciowe. Autor niczego nie stylizuje, wręcz przeciwnie – uwspółcześnia. Chce być bajarzem i opowiadaczem ale brakuje mu trochę poetyckiego zacięcia. Ostatecznie tym co najbardziej tu boli jest język – nieco zbyt prosty, zbyt nastawiony na opowiadanie za mało na tworzenie świata. Zwierz czuł jakby ktoś streszczał mu streszczenie pomijając wszystko to co jest naprawdę ciekawe. I jasne Gaiman próbuje to tu to tam uczynić swoją prozę czymś więcej niż tylko sprawozdaniem z mitologii ale niestety –  wychodzi mu to jakoś płasko. Zwierz chyba najbardziej nie może mu darować opisów stworzenia świata. Nordycka wizja ma w sobie coś niesamowitego, kosmicznego – a u Gaimana wszystko jest takie płaskie, pozbawione magii. Zwierz musi przyznać, że cały czas czytając książkę miał poczucie jakby czytać coś w stylu Mitologii Parandowskiego tylko zdecydowanie gorzej napisane i poprzedzone mniejszą kwerendą.

O tym, że Gaimana mitologia nordycka fascynuje wiemy od dawna – bądź co bądź jego własne podeście do mitologii znalazło odzwierciedlenie w Amerykańskich Bogach. I chyba na tym polega problem. Gaiman już raz nam opowiedział to co miał do opowiedzenia o Odynie, Thorze i innych fascynujących go bohaterach. Teraz właściwie drepcze w miejscu, nie mogąc się zdecydować co właściwie zrobić. Więc opowiada jeszcze raz, historie opowiedziane już przez innych i jakoś nie umie zostawić na nich własnego śladu. Gdyby ktoś zakleił mi nazwisko twórcy nie umiałabym go w tych tekstach odnaleźć. We wstępie wspomina, że nie czytał innych autorów którzy zdecydowali się napisać swoje wersje – jak rozumie zwierz, żeby się nie sugerować. Ale może lektura wszystkich dostępnych wersji uświadomiłaby mu jak bardzo potrzebuje własnego stylu żeby to przedsięwzięcie miało sens. Inny sens niż tylko takiego wprowadzenia do wprowadzenia.  I jednocześnie w tym samym wstępie Gaiman tak żałuje wszystkich tych bogów i bogiń po których nie zostały już żadne opowieści tylko imiona i atrybuty. Aż chciało by się krzyknąć – o! To napisz! Wymyśl od nowa, naśladuj styl, skorzystaj z  bohaterów którzy zostali. To będzie twoja mitologia nordycka – to ma sens! Tu jest miejsce na coś prawdziwie kreatywnego. Zresztą zwierz ma wrażenie że Gaiman jest ofiarą własnej fascynacji. Zdarza się twórcom że powracając wciąż i wciąż do tych samych tematów czasem łapią się na tym że nie mają nic więcej ciekawego do powiedzenia.

Gaiman dedykuje swoją książkę synowi. Syn co prawda jest w wieku mocno przed czytelniczym ale może należałoby przyjąć to za jakąś wskazówkę. Bo jedyna przestrzeń w której tak napisane Mity Nordyckie mają sens to przestrzeń powieści młodzieżowej czy dziecięcej. Jak już wierz wspomniał – może podarowanie jej jakiemuś młodszemu nastolatkowi – w ramach uzupełnienia do posiadanej już wiedzy, czy wprowadzenia do pewnych dzieł kultury – nie byłoby takim złym pomysłem. Jednak czytelnik dorosły chyba musi odejść od książki z pewnym rozczarowaniem. Czegoś tu bardzo zabrakło. Nawet pod sam koniec kiedy Gaiman opisuje ostatnie dni Bogów- który to opis powinien wbić się w pamięć jakoś wszystko będzie przypominało suche sprawozdanie. A przecież to mitologia! Tak cudowny przedmiot do pokazania własnego kunsztu, możliwości, wyobraźni. Bohaterowie mitów mierzą się ze sprawami największymi więc i można użyć – odpowiednio – największych słów. Bez nich książka Gaimana jest taka… pusta.

Przyglądając się zarówno Amerykańskim Bogom jak i Mitom nordyckim zwierz zastanawia się nad specyficzną pozycją Gaimana w świecie współczesnej fantastyki. To nie jest zły twórca ale w sumie darzony dużo większą atencją niż inni – czasem zdecydowanie lepsi. Jego teksty zaskakująco często zawodzą – albo, co rzadkie – okazują się słabsze i bardziej powierzchowne od adaptacji (doskonały przykład Stardust). Gaimana wszędzie pełno i w sumie-przynajmniej z perspektywy zwierza, w ostatnich latach sprawdza się dużo bardziej jako felietonista czy komentator kultury niż jako twórca. Być może to poczucie subiektywne ale lektura ostatniego wydania zebranych esejów Gaimana dostarczyła zwierzowi zdecydowanie więcej radości niż te dwa wieczory nad Mitologią nordycką. Przy czym żeby było jasne – zwierz nie jest w tej grupie która uważa że Gaiman to jakieś największe zło czy grafoman. Ale fascynuje go jak niektórzy autorzy – niekoniecznie najlepsi cieszą się tak dużą estymą. Co zresztą wcale nie jest dla nich dobre- zwierz ma wrażenie, że Gaiman byłby dużo lepszym pisarzem gdyby był mniej sławny i redakcja nie wydawałaby wszystkiego co napisze. Przy czym to nie jest problem jednego pisarza ale całej grupy – która już nie musi się martwić o odrzucone maszynopisy.  W każdym razie zwierz by tą Mitologię nordycką jeszcze ze trzy razy do Gaimana odesłał. Aż w końcu stanie się dobrą książką.

Ps: Zwierz nie ma ostatnio dużo czasu na większy research więc trochę utknęliśmy w recenzjach. Zwierz ma nadzieję, że go zrozumiecie (choć parząc pod temperaturze dyskusji o Ani to recenzje też mają swoje zalety)

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...