Czego nauczyły nas Nagrody Akademii czyli Zwierz i Oscary 2019

27/02/2019

W co tu grać czyli Zwierz o „Córce Trenera”

27/02/2019

Tego się nie da zagrać? czyli Bradley Cooper nie musi romansować by śpiewać Shallow

27/02/2019

Obiecałam, że nie napisze już nic więcej o Oscarach i prawie się będę tej obietnicy trzymać. Bo dziś wpis który z Oscarami nie ma wiele wspólnego a więcej z plotkami, fanami i wyobrażeniami na temat tego co widzimy przed naszymi oczami. Innymi słowy, dziś będzie o tym, że Lady Gaga nie musi mieć romansu z Bradleyem Cooperem. Nawet jeśli patrzy na niego jakby nikt inny na świecie nie istniał.

Kiedy Bradley Cooper wystąpił z Lady Gagą na rozdaniu Oscarów – gdzie oboje śpiewali razem piosenkę zakochanych bohaterów ze swojego filmu „Narodziny Gwiazdy” internet wręcz wybuchł od komentarzy tych którzy byli absolutnie przekonani, że para nie tylko grała na scenie, ale też pokazywała światu swoje prawdzie uczucia. Wszystko układało się zresztą w spójną narrację – para przez ostatnie miesiące intensywnie promowała film, mówiąc o sobie same miłe rzeczy, do tego Gaga niedawno rozstała się ze swoim narzeczonym. Co prawda Cooper przyszedł na Oscary ze swoją długoletnią partnerką, modelką Iriną Shayk, ale najwyraźniej – to nie stało „zakochanym” na przeszkodzie. Poczucie, że aktora i piosenkarkę musi łączyć coś prawdziwego zaczęło nieco żyć własnym życiem. Do tego stopnia, że w sieci pojawiły się nawet komentarze dotyczące tego, że Lady Gaga zachowała się nielojalnie wobec Shayk tak uwodząc jej publicznie faceta.

 

Gwiazdy istotnie romansują ze sobą na planie. Laurence Olivier i Vivien Leigh wymykali się na wspólne lancze tak często, że w końcu wzięli ślub. Ale były to czasy zdecydowanie większej dyskrecji ze strony prasy.

Prawda jest taka, że nasza percepcja romansów gwiazd to jeden z tych tematów w którym łączą się różne światy. Łączy się tu nasza wizja Hollywood, tego co można zagrać a czego nie, kultura plotki i jeszcze pewne nasze „nabieranie się” na zabiegi marketingowe. Na samym końcu jak wisienka na torcie jest zaś nasza słabość do tych przestrzeni w których realne życie zlewa się z fikcją. Rozmontowanie tego kompleksu nie jest łatwe – i pewnie nie wszystko uda mi się dobrze opisać (wymagałoby to pewnie osobnej książki, a nie wpisu na blogu), ale chciałabym wam przynajmniej pokazać jak działa ten mechanizm i skąd biorą się w nas niektóre założenia dotyczące tego co widzimy kiedy Bradley Cooper śpiewa policzek przy policzku z Lady Gagą.

 

 

Przełomowym romansem z punktu widzenia plotek o życiu prywatnym gwiazd był związek Elizabeth Taylor i Richarda Burtona który zaczął się na planie Kleopatry. Choć każdy kto widział film przyzna, że nie ma między nimi na ekranie większej chemii niż między jakąkolwiek inną dwójką aktorów.

 

Zacznijmy od najstarszego elementu tej historii czyli od przekonania, że aktorzy są rozwiąźli a Hollywood to siedlisko grzechu. Przekonanie o rozwiązłości aktorów i aktorek jest niemal równie stare jak sam zawód (oczywiście w rozumieniu kultury zachodniej, bo nie dam głowy czy podobne założenia odnośnie gry aktorskiej pojawiają się w innych kulturach). Przekonanie to zdecydowanie przybrało na sile wraz z pojawieniem się Hollywood. Mało kto pamięta, że w latach dwudziestych Fabryka Snów i w ogóle świat filmu uważany był za siedlisko rozwiązłości i miejsce które wysyła w świat niewłaściwy przekaz (było tak wtedy kiedy filmy pokazywały romanse, postacie nieheteroseksualne i kobiety sukcesu). Stąd między innymi obyczajowe ograniczenia, które miały tych rozwiązłych twórców sprowadzić z powrotem na szlachetną ścieżkę pokazywania jedynej słusznej moralności – czyli tej która aktualnie pasowała do tradycyjnego modelu życia i rodziny.

Nasze przekonanie, że zawsze jesteśmy w stanie stwierdzić kto miał prawdziwy romans na planie trochę blednie kiedy nagle gwiazdy dopiero po latach przyznają się do romansu, który wcale nie był dla widzów taki oczywisty. Jak w przypadku Carrie Fisher i Harrisona Forda.

 

Zresztą potem przez wiele lat studia filmowe kontrolowały aktorów – trochę dlatego, że dość powszechną była wizja, że aktor spuszczony ze smyczy natychmiast zrobi coś głupiego. Zwykle – rozwiedzie się, wda się w romans albo przejdzie kogoś po pijanemu (znane są przypadki kiedy studia filmowe ten ostatni przypadek umiały dość ładnie zatuszować). Jednak nawet dziś – kiedy wydaje się, że czasy uważania romansów za niemoralne dawno minęły Hollywood pozostaje dla wielu przykładem miejsca gdzie nie ma prawdziwej miłości, czy uczciwości są tylko romanse na planach, narkotyki i suto zakrapiane imprezy obrzydliwie bogatych aktorów. Po części to przekonanie bierze się z ogólnej nieufności do aktorów – którzy pokazują emocje, których my sami pewnie nie umielibyśmy pokazać ich nie czując, z drugiej – jest to przejaw takiego dość konserwatywnego braku zaufania do twórców. Twórcy zwykle zachowują się trochę wbrew albo poza ustalonymi normami społecznymi – co budzi niepokój i poczucie, że robią coś co nam „zwykłym śmiertelnikom” nie uszło by na sucho. Co więcej – mimo, że system studyjny już dawno przestał istnieć – wciąż jeszcze spece od marketingu robią wszystko by sprzedać gwiazdy jako osoby rodzinne, ciepłe, mieszkające w pięknym posprzątanym domu, z mężem, dziećmi i psem. Kiedy przeczyta się trzy takie teksty w kolejnych magazynach o dekoracjach wnętrz a potem się poczyta o jakiejś zdradzie to nie trudno poczuć, że mamy do czynienia z hipokryzją i jakąś nie dającą się powstrzymać, nawet przez zdjęcia labradorów rozwiązłością.

 

Przekonanie, że pewnych emocji nie da się zagrać to trochę nasza mała wiara w grę aktorską. Jake Gyllenhaal i Heath Ledger nie mieli romansu na planie Brokeback Mountain (Ledger związał się wtedy z Michelle Williams) a romans zagrali jak z nut. Choć i tak były plotki, że panów łączy coś więcej. Bo przecież to takie emocje!

Co ciekawe – bardzo często niemoralne prowadzenie się aktorów czy ogólnie rozwiązłość środowiska przywołuje się w tych momentach historii kiedy działalność twórców staje się bardziej polityczna. Ilekroć słyszycie o tym że gwiazdy filmowe są niemoralne i nie można im ufać tylekroć rozejrzyjcie się po krajobrazie politycznym Stanów. Bo ta korelacja – przywoływania romansów, „złego prowadzenia się” i ogólnie – zepsucia Hollywood, a pojawienia się u władzy (ale także w społeczeństwie) bardziej konserwatywnych grup jest dość istotna. Mówienie o rozwiązłym stylu życia twórców jest od dekad jednym z najlepszych sposobów na dyskredytowanie ich przekazu politycznego i społecznego. Do tego dochodzi przeciwstawianie ich stylu życia, temu „dobremu” konserwatywnemu modelowi, który jako jedyny niesie za sobą dobre wartości.  Ten mechanizm się dość dobrze sprawdza od dekad (jeśli nie od wieków).

 

Czasem z niektórych projektów filmowych zostają tylko zdjęcia paparazzich i plotki o romansach. Jak w przypadku „Dowodu życia” – bardzo słabej wariacji na temat Casablanki zostały tylko wspomnienia o romansie Russela Crowe i Meg Ryan.

No dobrze ale przecież gwiazdy, co wiemy, romansują. To ile jest prawdy w tym mówieniu o rozwiązłości Hollywood? Przyznam szczerze, że tu musimy przejść do kolejnego punktu. Otóż – nie da się ukryć, że nasza optyka patrzenia na Hollywood i na pracowników Fabryki Snów jest mocno zaburzona. Wszystko za sprawą czasopism i stron plotkarskich dla których rozwody i romanse gwiazd to najlepszy materiał. Jeśli jednak przejrzymy zestawienia słynnych romansów na planie, nagle okaże się że niekoniecznie jest ich aż tak wiele. Oczywiście biorąc pod uwagę wszystkie produkowane filmy, wszystkich występujących w nich aktorów i ogólnie całość środowiska filmowego. Zresztą nie ukrywajmy – wszystko jest tu kwestią ekspozycji. Zapewniam was że historycy także mają romanse, porzucają żony, spoglądają namiętnie z nad starodruków i pewnie niejedna kwerenda czy wyjazd naukowy doprowadził do zerwania małżeńskich czy narzeczeńskich więzi. Ale oczywiście nikogo to nie obchodzi. Inaczej jest w przypadku gwiazd, które śledzimy na każdym kroku. Stąd rodzi się przekonanie, że gwiazdy są na tle bardzo statecznego społeczeństwa grupą niesamowicie niestateczną. Co niekoniecznie jest aż tak proste. Dodatkowo – nie da się ukryć – do romansów przyczynia się specyfika pracy aktorskiej. Ale bynajmniej nie chodzi o okazywanie sobie uczuć przed kamerą. Aktorzy, aktorki i w ogóle cała ekipa filmowa, pracuje razem przez długie tygodnie. Często z dala od domu. Często – niemiłosiernie się nudząc pomiędzy kolejnymi ujęciami. Jeśli poczyta się historie romansów na planach filmowych, często się okazuje, że ludzie zakochali się w sobie nie przed kamerą, ale nudząc się oczekiwaniu na kolejne ujęcie. Zresztą często kiedy czyta się o przyczynach rozpadu związków aktorów to wynika, że bardziej niż romanse odpowiada za to po prostu taki tryb pracy, w którym dwie osoby nie widują się przez pół roku, bo obie są na dalekich planach. Biorąc pod uwagę, jak większości z nas trudno się rozstać na dłużej z partnerem nie trudno się dziwić, że takie związki są trudniejsze do utrzymania.

 

Czy Kirsten Stewart i Robert Pattinson naprawdę byli razem przez te wszystkie lata kręcenia Zmierzchu? Marketingowe wykorzystanie ich potencjalnego związku to jedna z tych rzeczy, przy której nie sposób powiedzieć gdzie jest prawdziwe uczucie a gdzie doskonała okazja by zaintrygować widzów i sprawić by zatarła się granica pomiędzy fikcją a rzeczywistością.

Skoro przy plotkach jesteśmy warto tu wspomnieć, że począwszy mniej więcej od Richarda Burtona i Elizabeth Taylor, oraz ich słynnego romansu na planie Kleopatry, zupełnie zmieniło się pisanie o romansach gwiazd. Nie było tak, że wcześniej gwiazdy nie romansowały. Jednym z najsłynniejszych długoletnich romansów na planie był ten pomiędzy Katherine Hepburn a Spencerem Tracy. Ale to były inne czasy – choć prasa i w ogóle wszyscy wiedzieli że tą aktorską parę łączy uczucie, to Hepburn mogła liczyć  na to, że nikt nie będzie o tym bezpośrednio mówił, aż do śmierci jej ukochanego i jego żony (Tracy nie chciał się rozwieść co nie przeszkadzało mu spędzić ponad dwadzieścia lat życia z inną kobietą niż jego żona). Od czasu Richarda Burtona i Elizabeth Taylor, wszystkie chwyty stały się dozwolone. Co więcej – publika zaczęła bardzo dobrze reagować na plotki o romansach a zdjęcia całujących się poza planem aktorów stały się na wagę złota. Zdjęcia Meg Ryan i Russela Crowe jedzących razem lunch na planie „Dowodu Życia” były prawdopodobniej oglądane częściej niż sam (słaby zresztą) film. „Pan i Pani Smith” pozostali w pamięci widzów głównie dlatego, że pojawiła się informacja że grający główną parę Brad Pitt i Angelina Jolie mają romans. Plotkowanie o romansach na planie stało się nie tylko popularne ale niemalże obowiązkowe w przypadkach filmów gdzie aktorzy dzielą romantyczne sceny.

 

Plotki o romansach na planie stają się problemem kiedy nagle zdajemy sobie sprawę, że mówimy o realnych ludziach w zupełnie realnych związkach. Marion Cotillard nie była szczególnie szczęśliwa kiedy plotkowano o jej romansie z Bradem Pittem.

Zresztą wydaje się że do pewnego stopnia wyczuli to sami producenci filmów. Choć gwiazd nie za bardzo można zmusić do romansowania, to można z uczucia łączącego aktorów zrobić doskonały materiał marketingowy. Wizja, że aktorzy „robią to naprawdę” paradoksalnie potrafi bardzo zwiększyć zainteresowanie produkcją. Widać to zwłaszcza w przypadku promocji produkcji młodzieżowych. Promując „Zmierzch” bardzo grano tym, że wszyscy plotkowali o romansie Roberta Pattinsona i Kirsten Stewart,  fakt że Ryan Gosling i Rachel McAdams mieli romans na planie „Pamiętnika” idealnie wpisał się w promocję tego romansu. Nawet High School Musical promowano częściowo romansem Zaca Efrona i Vanessy Hudgens. Nie mówiąc już o romansach obsady „Plotkary”, których jedynym problemem było to, że niekoniecznie zgrywały się z tymi parami jakie pojawiały się w serialu. Oczywiście to przypadku marketingowo dobre, bo nikt tu nie zdradzał małżonka czy współmałżonki – ale dobrze pokazuje to jak gra się prywatnymi uczuciami aktorów w zupełnie realnej promocji filmu. Zresztą co ciekawe – większość z tych związków rozpadła się zaraz po zakończeniu produkcji. Być może częścią z tego co je trzymało była pewna marketingowa potrzeba producentów – którzy z tego co mówią gwiazdy – wciąż jak w starych dobrych czasach kiedy życiem prywatnym aktora rządziło studio filmowe, chcą kontrolować swoje gwiazdy przed i za kamerą.

Lubimy kiedy nie da się jednoznacznie powiedzieć czy aktorzy grają czy robią to naprawdę. To trochę jest taka nasza natura podglądaczy, że lubimy widzieć prawdziwe emocje na ekranie.

 

Marketingowe wykorzystanie romansu działa tak dobrze, bo wielu z nas wciąż wierzy że tak naprawdę pewnych emocji nie da się tak dobrze zagrać jeśli się ich nie czuje. Co prawda plotka głosi, że jeśli para ma romans to nie przekłada się to na chemię na ekranie, ale wielu widzów ma poczucie, że pewnych spojrzeń nie można rzucać jeśli nie ma się prawdziwych motyli w brzuchu. Jak jest naprawdę? Cóż… prawda jest taka, że można zagrać wszystko. Są na świecie bardzo szczęśliwi aktorzy i aktorki, z mężami, dziećmi, psami i ładnymi domami, które na planie potrafią spojrzeć na swoich partnerów tak, że dalibyśmy głowę że są w nich zakochane. Zresztą ilekroć ktoś przywołuje stwierdzenie, że nie da się pewnych rzeczy zagrać, przychodzą mi do głowy… łyżwiarze figurowi tańczący w parach sportowych czy tanecznych. Tam też jest do zagrania mnóstwo emocji, i też wydawać by się mogło, że takie pary to same małżeństwa, a tymczasem na lodzie, częściej niż pary, widzimy po prostu przyjaciół, znajomych, a czasem  – co w istocie bywa niekomfortowe – rodzeństwo. Oczywiście widz lubi kiedy rzeczywistość przenika się z filmem – bo sprawia wrażenie, że jednak oglądamy coś realnego. Ale naprawdę – sztuka aktorska właśnie na tym polega – by grać emocje które się zna ale niekoniecznie czuje się je do tej właśnie osoby. Naprawdę mało kto patrzał tak kochająco jak Heath Ledger na Jake’a Gyllenhaala w Brokeback Mountain a jednak Ledger zakochał się na planie, ale nie w Gyllenhaalu tylko w Michelle Williams. Choć oczywiście pojawiły się plotki że Gyllenhaal zakochał się w Ledgerze bo przecież NIEMOŻLIWE by to zagrał.

 

Częścią problemu jest fakt, że niekoniecznie umiemy sobie wyobrazić mężczyznę i kobietę w długoletnim związku innym niż romantycznym. Dlatego np. tak trudno się nam pogodzić że Kate Winslet i Leonardo DiCaprio nie skończą razem. Już skończyli razem. Jako przyjaciele.

Przy czym nie ukrywajmy – widzieliśmy na ekranie sporo par które miały romans i nijak nie było tego widać na ekranie (wspominany Burton i Taylor jakoś nie iskrzą cudownie w Kleopatrze), widzieliśmy takie które romansu zdecydowanie nie miały a iskry latały aż miło (doskonałym przykładem jest Amy Adams i Bradley Cooper w American Hustle gdzie mają jedną scenę z taką ekranową chemią że aż się wylewa z ekranu, czy Bradley Cooper i Jennifer Lawrence we właściwie wszystkich filmach w których razem wstąpili). Co więcej nasze przekonanie, że na pewno jesteśmy w stanie wykryć kto ze sobą sypiał na planie trochę nie przechodzi ślepej próby. Oglądając Gwiezdne Wojny raczej nikt nie wyszedł z kina z przekonaniem, że Harrison Ford na pewno miał prawdziwy romans z Carrie Fisher. Dopiero po latach Fisher opisała wszystko w swoich pamiętnikach – dość dobrze pokazując, że naprawdę widzowie nie mają tak silnego czujnika w głowie jak im się wydaje. Zresztą często to przekonanie, że myśmy ten romans już widzieli na ekranie jest pewną narracją dopisywaną potem. Kiedy czyta się o parach które się zeszły na planie filmowym, czasem okazuje się, że co prawda na planie filmowym się poznały ale zeszły się kilka miesięcy później. Ale ten okres nam się skraca w głowie i nagle jesteśmy w stanie przysiąc że umiemy rozróżnić pocałunek pary którą coś łączy od takiej która tylko gra.

 

A może tajemnica jest taka, że Bradley Cooper jest aktorem o takiej ekranowej prezencji że ma niesamowitą chemię z każdą kobietą, mężczyzną i szopem z którym gra? Co jeśli to jest cała tajemnica?

Tu dochodzimy w końcu do sytuacji kiedy plotki dotyczą osób w związkach. Skoro widzieliśmy już tyle romansów na planie to co nam szkodzi zasugerować że jest jeszcze jeden? Komu to może zrobić krzywdę? Tu przychodzi mi na myśl krążąca jakiś czas temu plotka odnośnie romansu Brada Pitta i Marion Cotillard na planie Sprzymierzonych. Jak wiadomo skoro Brad Pitt miał jeden romans na planie, to pewnie grając w romansie będzie miał kolejny. Romansu nie było ale francuska aktorka wcale nie poczuła się dobrze z sugestiami że zdradza swojego męża- do tego stopnia że wydała nawet publiczne oświadczenie. Bo właśnie tak jest – o czym zapominamy, że za każdą plotką o romansie na planie – prawdziwą czy nie, kryją się zupełnie realni ludzie z realnymi mężami, dziećmi, psami i sprzątniętymi domami. Nikt chyba nie ukrywa, że gdyby ktoś podszedł do nas i powiedział że słyszał że mamy romans, albo że pasujemy do kogoś lepiej niż do naszego małżonka (albo nasz małżonek/małżonka pasują do kogoś lepiej) to poczulibyśmy się co najmniej nie komfortowo. Co nie zmienia faktu, że takie plotki się pojawiają – w przypadku zarówno gwiazd filmowych jak i telewizyjnych, bo przecież – chcemy by ci ładni ludzie z ekranu byli razem. Co więcej – przy okazji wyklucza się często w ogóle opcję, że aktorów którzy ładnie wyglądają na ekranie łączyć może cokolwiek innego niż romans. Doskonałym przykładem jest Kate Winslet i Leonardo DiCaprio. Parę łączy kilka wspólnych filmów i wieloletnia przyjaźń. Ilekroć jednak Winslet jest pomiędzy związkami a DiCaprio właśnie nie umawia się z jakąś blond pięknością po sieci zaczynają krążyć posty o tym że w końcu może się zejdą. Jakby jedyne co mogło być pomiędzy dwójką profesjonalistów uprawiających ten sam zawód i dzielących kawałek kariery to romans. Przyjaźń? To już trochę się nie mieści w naszym postrzeganiu wieloletnich damsko męskich relacji. Jeśli już to dopuszczamy, że przyjaźń to pozostałość dawnego romansu. Bo tak uczy nas kultura.

 

Lata temu Katherine Hepburn mogła spędzić dwadzieścia parę lat u boku Spencera Tracy (który miał żonę) i wszyscy mieli tyle taktu by wiedząc o tym poczekać aż wszyscy potencjalnie zranieni umrą by mówić o sprawie publicznie.

No dobrze czy to znaczy, że Lady Gaga na pewno nie ma romansu z Cooperem? Nie wiem, moim zdaniem – nikt z nas nie wie. Co więcej – wszystko co napisałam jest prawdą, nawet jeśli dwójka za dwa tygodnie oświadczy, że wprowadzają się razem do jakiegoś ładnego domu, z psem i pianinem. Tym przed czym jednak przestrzegam, to przekonanie, że życie zawsze musi imitować fikcję, i że nie ma w tym wszystkim pewnego maczania palców ze strony marketingowców. Nie pamiętam, czy to się gdzieś nagrało ale na samym początku sezonu nagród tłumaczyłam jakiejś dziennikarce czy dziennikarzowi by zwróciła uwagę jak prezentuje się Gagę i Coopera na czerwonym dywanie. Jaką narrację przyjmuje się w wywiadach. Pojawiali się zwykle w dwójkę, pozowali razem i mówili o sobie same miłe rzeczy. Co więcej narracja ze strony Lady Gagi była zaskakująco podobna do narracji którą mamy w filmie, gdzie niedoceniana piosenkarka, zostaje odkryta przez znanego rockmana. Problem w tym, że realnym życiu ta opowieść zupełnie nie przystaje do tego co się wydarzyło. Jasne Lady Gaga nie miała rozbudowanej kariery filmowej, ale nie była też zupełną debiutantką – miała na swoim koncie Złoty Glob za rolę w „American Horror Story”. Do tego wiele  można powiedzieć, ale nie to, że Lady Gaga wymagała „odkrycia” przez Bradleya Coopera. Zwłaszcza, że pod względem sławy i kulturowego wpływu przewyższa aktora wielokrotnie. Ale pewna narracja się ustaliła i zaczęła właściwie żyć własnym życiem, sprawiając, że aktorzy coraz bardziej zlewali się nam z postaciami które grali.

 

Narracja wokół filmu chce naśladować narrację z filmu. I tak pewne rzeczy się mieszają. Jak np. to że Cooper naprawdę nie musiał Gagi odkrywać.

Nie wiem kim są dla siebie Lady Gaga i Bradley Cooper – osobiście podejrzewam, że są dobrymi znajomymi z pracy, może nawet przyjaciółmi. To miłe. Czy chciałabym żeby mieli romans? Przyznam szczerze – uważam że lepiej prawdziwym ludziom nie życzyć romansów jeśli ich nie znamy – zwłaszcza jeśli ktoś pozostaje w związku. Bo to jest jednak tak że w imię naszej własnej fantazji i rozrywki wyobrażamy sobie złamane serca czy porzuconych partnerów. A może, kto wie, może jak zasugerowała jedna z moich czytelniczek Bradley, Gaga i Shayk żyją w radosnym trójkącie, w pięknym domu, z dzieckiem, pianinem i labradorem. Zanim jednak zaczniemy wyobrażać sobie jak ładnie by wszyscy wyglądali na wspólnej sesji w magazynie wnętrzarskim, warto zrobić krok w tył i zastanowić się skąd ta nasza potrzeba by fikcja mieszała się z prawdą. Co pomyślimy to już nasza sprawa, ale życie jest dużo ciekawsze kiedy zamiast do łóżek gwiazd zaglądamy do własnej głowy i widzimy ile się tam miesza.

Ps: Żeby było jasne – w tym wpisie opisuje pewne mechanizmy myślenia – to nie znaczy, że to mój sposób myślenia. Np. słowo rozwiązłość w ogóle nie istnieje w moim prywatnym słowniku, bo z iloma osobami ktoś śpi, mnie zupełnie nie obchodzi o ile wszyscy się zgadzają. Tak dodaję, bo czasem mam wrażenie, że ta granica pomiędzy tym co myślę, a co referuję nie dla wszystkich jest bardzo wyraźna.

Ps2: Nie widzę nic złego w kibicowaniu parom aktorskim – nawet jeśli ich nie znamy często zdarza się nam szczerze się cieszyć że jakaś para aktorów pozostaje ze sobą w związku – Zwierz bardzo lubił fakt że Emma Stone umawiała się z Andrew Garfieldem albo z lubością oglądał zdjęcia ze ślubu Kita Harringtona z Rose Leslie. Więc to nie jest tak, ze Zwierz ponad wszystkimi nigdy nie czuł radości z obserwowania życia prywatnego gwiazd czy z tego, że to co widzi na ekranie przekłada się potem na realny związek.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...