Jest zimna to musi być zimno czyli krótki popkulturalny przewodnik po chłodzie

09/01/2017

Meryl mówi, sala milczy czyli Złote Globy 2017

09/01/2017

It is what it is czyli o Sherlocku i jednym scenariuszu pana Moffata

09/01/2017

Zacznijmy od czegoś co – jak wskazują opinie w Internecie – będzie niepopularne. Drugi odcinek Sherlocka – napisany przez Stevena Moffata, spodobał się zwierzowi. Po jego objerzeniu nie było – ta dokuczliwego jak w zeszłym tygodniu poczucia całkowitej obojętności. Czy był to odcinek idealny? Oj nie. Ale powtórzymy jeszcze raz coś czego nigdy nie dość. Nie tylko idealne rzeczy mogą się podobać. Poniżej spoilery.

Zwierz zacznie od wyjaśnienia co mu się spodobało i dlaczego. Po pierwsze – Moffat zrobił w tym odcinku coś co zawsze robił doskonale. Wrzucił do niego kilkanaście nie mających wielkiego wpływu na rozwój wydarzeń scen i kwestii, które oglądało się znakomicie. Doskonałym przykładem jest tu cały występ pani Hudson, która jest – nie ukrywajmy – fajniejsza niż jakakolwiek inna postać w serialu, jeździ sportowym samochodem i bywa mądrzejsza od samego Mycrofta Holmesa. Moffat doskonale znajduje się w takich scenach w których realizuje nasze małe fanowskie fantazje. Podobnie w dowcipnych dialogach czy pojawiających się w odcinku dowcipach. Moffat wie jak – nawet w poważnej historii zażartować z faktu, że ludzie nie rozpoznają Johna Watsona, jednocześnie uwielbiając Sherlocka, jak pokazać trudne relacje pomiędzy Mycroftem a Sherlockiem (cudowny napis jaki Sherlock zostawia bratu swoim spacerem). Umie też Moffat pisać te sceny których chyba ostatnio trochę brakowało – gdzie Sherlock i John mówią sobie rzeczy które mówi się tylko ludziom których się kocha.

Najlepsze podsumowanie zalet drugiego odcinka.

Jednocześnie – zwierz mówi to w kontekście ostatniego odcinka – nareszcie zeszliśmy trochę na ziemię. Żadnych międzynarodowych siatek szpiegowskich czy obalania rządów. Mamy stare dobre morderstwo i psychopatę który lubi sobie zabijać ludzi. Sherlock prowadzi śledztwo i choć jest mało wiarygodnym detektywem to jednak ta historyjka przynajmniej składa się w całość. Dostajemy początek, środek i zakończenie, odcinek w większości zamyka się w jednej historii, która na dodatek ma swoje – jak to w scenariuszach Moffata bywa, całkiem błyskotliwe zwroty akcji. Zwierzowi najbardziej podobało się wykorzystanie oskarżeń jakie rzuca Sherlock pod adresem milionera – do reklamy płatków śniadaniowych. Było w tym coś tak uroczo współczesnego. Zresztą sama postać tego milionera filantropa wydaje się być jakby trochę podobna do różnych postaci jakie można rozpoznać ze świata który nas otacza. Oczywiście koniec tego wątku może być nieco rozczarowujący ale w sumie – jest w nim więcej ducha oryginału niż chcielibyśmy przyznać. W końcu Sherlock Holmes częściej rozwiązywał pojedyncze sprawy niż rozplątywał nie dającą się rozwikłać sieć. Jednocześnie sam pomysł postawienia widza przed refleksją – co by się stało gdyby morderstwo chciał popełnić ktoś kto naprawdę ma możliwości zatarcia swoich śladów – jest całkiem ciekawe i intrygujące. Zaś rozwiązanie – w którym okazuje się, że morderca sam przyzna ci się do wszystkiego i jeszcze poczuje ulgę – nie takie głupie.

Kiedy nie do końca wiesz kto mówi w danej scenie – bohater czy broniący się przed zarzutami scenarzysta (gif z tumblr riveralwaysknew)

Jednocześnie Moffat robi w tym odcinku to co uwielbia najbardziej – akcja przyśpiesza, przechodzi od jednego do drugiego planu, wprowadza mnóstwo elementów pobocznych – wszystko trochę na zasadzie „szybko szybko zanim dojdzie do nas że to nie ma sensu”. Zwłaszcza że to jest odcinek w którym Sherlock funkcjonuje w trybie magicznym – to znaczy kilkukrotnie jego dedukcje są zbyt perfekcyjne i dokładne by mogły rzeczywiście zadziałać. Choć twórcy przekonują nas że jego przewidywania są słuszne to jednak jest w tym zdecydowanie za dużo potrzebnej scenarzystom magii. Nie mniej Moffat zwykle znajduje jakiś fragment dowcipnego dialogu, czy pomysł na rozbudowanie backstory bohaterów tak byśmy się nad tym zbyt długo nie zastanawiali. Jednocześnie – chyba najładniejszą sceną w tym odcinku jest początek – spacer Sherlocka z klientką, w czasie którego tłumacz jej sposób swojego – niemożliwego do objęcia rozumem – wnioskowania. To ładny fragment nieco przypominający w sposobie realizacji Skandal w Belgravii. Poza tym – ma w sobie ducha pierwszych sezonów Sherlocka gdy stawki zdawały się być nieco mniejsze.

Zwierz przyzna że dawno mu się w niczym Cumberbatch tak nie podobał jak w tym odcinku. Jakby w końcu przestał się tak strasznie starać by wyglądać na geniusza i jego bohater nabrał jakiejś naturalności

Jednocześnie pod wszystkimi swoimi fajerwerkami Moffat decyduje się na swoją starą sztuczkę (jak my się z nim już dobrze znamy) – wprowadza historię sentymentalną. Oto John ratuje Sherlocka, Sherlock ratuje Johna a nad wszystkim czuwa, obecna i nieobecna Mary. I wszystko się tu ładnie składa, bo jakoś nawet jeśli jesteśmy na wszystko odporni to w końcu dochodzimy do tej konfrontacji pomiędzy bohaterami, do tego jak John wątpi w to czy jest szlachetnym człowiekiem, do pocieszenia jakie oferuje mu Sherlock i do tej ładnie rozpisanej konstatacji że czasem któryś z nich może być tylko człowiekiem. Jako że Sherlock nigdy nie był wybitnym serialem detektywistycznym – był zaś dobrym serialem sentymentalnym – to ta scena wypada doskonale, dotykając wszystkich odpowiednich miejsc w sercu i ostrząc pióra autorów fan finków. Moffat ma tą umiejętność znajdowania odpowiedniego tonu dla takich konwersacji, jednocześnie czyniąc swoich bohaterów zdecydowanie zbyt elokwentnymi, co wielu przeszkadza bo nikt nie mówi tak ładnych i okrągłych zdań na zawołanie.

Toby Jones ładnie się znalazł w świecie Sherlocka – co nie jest proste bo genialnych szaleńców jest w nim sporo

Dobra ale zwierz ma zastrzeżenia. I ponownie odwoła się do tego co wie o scenarzyście. Otóż moi drodzy Moffat popełnia ten sam błąd co zawsze. Nie potrafi przestać. W tym odcinku widać jaką kosmiczną potrzebę nawiązywania do wszystkiego do czego się da i wykorzystywania wątków które w serialu zostały już rozegrane. Chociażby nadużywanie przez Sherlocka narkotyków. Zwierz zawsze chwalił Sherlocka BBC za rozsądne podejście do tej kwestii – dużo bliższe oryginałowi niż np. w przypadku Elementary. Ale tu widać konieczność podkręcenia nałogu Sherlocka. Nie tylko dlatego, że potrzebne jest to fabule ale dlatego, że Moffat potrzebuje Sherlocka jako niewiarygodnego narratora. Dlaczego? Bo uwielbia ten wątek. Grał nim już tyle razy że człowiek zaczyna z niepokojem zauważać że Sherlock ciągle ma albo zwidy albo leży w szpitalu. Inna sprawa – powrót wątku Irene Adler. Nikomu to nie jest potrzebne. To jak skończył swój odcinek poświęcony bohaterce i tak było zmarnowaniem doskonałej ostatniej sceny (serio zwierz udaje że odcinek kończy się schowaniem telefonu do szuflady), jednak było to jakieś zakończenie. Ale Moffat musi powrócić do czegoś co napisał – w Doktorze to samo się za nim ciągnęło. Jakby nie umiał zostawić niczego wyobraźni.  Podobnie jest z pojawiającą się Mary. Spokojnie moglibyśmy jej nie widzieć albo mogłaby być tylko domyślna. Ale skoro Mary została raz wymyślona to musi się pojawić. Podobnie jak musimy wysłuchać całego jej przesłania. Jak Moffat odkrywa karty to macha ci nimi przed nosem aż nie zaczniesz mieć dość.

Sherlock to bardzo brytyjski serial. Większość dramy w odcinku wynika z faktu że bohater nie dostał herbaty

Druga sprawa to właśnie kwestia trzeciego brata, czy jak się okazuje siostry. Zwierz ponownie ma wrażenie że to taki pomysł którego nie umiał (czy nie umieli bo jak zwierz podejrzewa to pomysł  jego i Gatissa) zostawić. Tak jasne – spekulacje na temat trzeciego brata były super, nawiązania do tej postaci też. Ale już wprowadzenie takiej postaci – i jeszcze powiązanie jej z Moriratym wydaje się niestety sprowadzać nas do niebezpiecznego świata w którym z pistoletów celują źli bracia bliźniacy, a dawno zmarli kuzyni pojawiają się na progu domostwa w strugach deszczu. Innymi słowy przenosi nas to do bardzo niepokojącej przestrzeni narracyjnych klisz, które zwykle kończą się nawet nie dramatycznie ale melodramatycznie. Co w sumie trochę w kontekście Sherlocka nie powinno dziwić bo twórcy zawsze mieli skłonność do rozwiązań bardziej melodramatycznych niż dramatycznych. Zwierz raczej nie widzi sposobu by wyjść z tego pięknie z twarzą ale jednocześnie jest ciekawy czy twórcy znajdą pomysł na napisanie jeszcze jednej genialnej osoby z rodziny Holmesów. Bo to wcale nie jest takie proste. O ile w ogóle możliwe.

Fakt, że Watson wygląda coraz bardziej jak Sherlock wydaje się być chyba zamierzonym tropem

Jednocześnie niezależnie od moich narzekań na zakręty scenariuszowe Moffata (zawsze sprawiające wrażenie przemyślanych choć zwykle jest tam więcej dziur niż  w szwajcarskim serze) jego odcinki dają aktorom możliwość popisania się swoimi aktorskimi możliwościami. Ponownie zwierz wie, że minął sezon na zachwycanie się Cumberbatchem ale jest w tym odcinku kilka scen w których zwierz nie wyobrażałby sobie innego aktora. Jego pierwsza rozmowa z klientką – to jak cudownie łączy bycie miłym i łagodnym (fakt że jest miły dla osoby próbującej popełnić samobójstwo zdaniem zwierza wiele mówi o jego stanie umysłu) z byciem absolutnie genialnym. Ten miękki czy sentymentalny Sherlock wypada w interpretacji Cumberbatcha wiarygodnie nie tracąc swojej osobowości. Cudna jest też scena w której najwyraźniej próbuje przekonać jakiegoś reżysera teatralnego że byłby z niego doskonały Henryk V. No i w jeszcze końcówka – gdzie pociesza Watsona. Ponownie – coś co mogłoby wyjść sztucznie czy dziwnie a wychodzi tak cudnie naturalnie. Inna sprawa, że zwierz ma wrażenie że taki zmarnowany Cumberbatch jakoś przestaje wkładać tyle wysiłku żeby wyglądać jak Sherlock i jest dużo swobodniejszy na ekranie.

Zwierz musi przyznać że trochę mu brakuje w tym sezonie Molly. W drugim odcinku miała niezłą scenę ale nadal jest jej odrobinę za mało

Zadaniem zwierza doskonale sprawdza się też Freeman. Zwierz przeczytał gdzieś że to aktor, który wszędzie gra tak samo ale prawda jest taka, że jednak gra Freemana jest zróżnicowana, w poprzednim odcinku był zupełnie inny. W tym nawet jak nic nie mówi to widać że ma złamane serce. Co prawda nie tak jak wtedy kiedy umarł Sherlock (symptomatyczne) ale czuć że gotuje się w nim żal i poczucie straty, które nie opuszcza go ani na krok.  Zwierz odnosi też wrażenie, że stylówa Doktora Watsona niedługo przeskoczy ubrania Sherlocka. Serio Freeman z sezonu na sezon wygląda coraz lepiej i szykowniej. Aż strach się bać co będzie dalej. Jeszcze obaj będą chodzili w tych piekielnie drogich koszulach od Armaniego. Jednocześnie – trochę żarty na bok – jest w tej zmianie wyglądu Watsona chyba też pewna zmiana psychologiczna. Jeśli przyjrzymy się konwersacjom, które Watson prowadzi tu sam ze sobą, to dostrzeżemy, że Moffat czyni z niego w sumie podobnego geniusza do Sherlocka – tylko o pół kroku wolniejszego Być może dwaj panowie naprawdę się do siebie bardziej upodobniają.

Moffat zawsze pisze swoje odcinki mniej więcej tak samo. Trochę zbrodni, trochę zagadki dużo fajerwerków i nitka melancholii

Trzeba też wspomnieć o tym jak w odcinku gra Toby Jones. Zwierz bardzo aktora lubi – to jeden z tych brytyjskich aktorów którzy są absolutnie fenomenalni w prawie wszystkim w czym się pojawią ale nigdy nie zrobiliby kariery za granicą. Więcej – poza kręgiem wielbicieli brytyjskiej kinematografii mało kto ich rozpoznaje. A szkoda. Toby Jones jest bowiem aktorem fenomenalnym – jeśli chcecie tego potwierdzenia koniecznie zobaczcie Świadka Oskarżenia – w tamtej dwuodcinkowej adaptacji powieści Agaty Christie – którą BBC pokazywało w te święta gra skromnego, pracowitego i trochę niewidzialnego dla ludzi adwokata ze złamanym sercem. Kiedy kilka tygodni po tamtej roli widzi się go w Sherlocku – jako demonicznego milionera który odbiera życie bo tak mu się podoba to widać że ten aktor jest w stanie zagrać wszystko. W serialu gdzie demoniczny „najgorszy człowiek na świecie” pojawia się z regularnością raz na dwa odcinki, trudno zagrać kogoś naprawdę odrażającego. Toby Jones znalazł jednak swoje miejsce. Jest przede wszystkim niepokojący, zbyt pewny siebie i troszkę miejscami – pod sam koniec przypomina nieco bardziej opanowanego Moriarty’ego. Ale udało się rzeczywiście stworzyć tu postać ciekawszą od np. złoczyńcy granego przez Larsa Mikkelsena.

Bądźmy szczerzy – to jest scena której potrzebowaliśmy tak od dwóch sezonów (gif z tumblr antoncorbijn)

Ostatecznie dochodzimy do tego co jest, było i pewnie będzie największym problemem Moffata. On naprawdę ma tylko jeden scenariusz który pisze w kółko. I ten scenariusz wychodzi mu czasem lepiej a czasem gorzej, czasem bardziej widzimy jak rozłażą się szwy czasem mniej. Ten odcinek Sherlocka nie był jego najlepszym dziełem. Trochę za często widać było że skleja go z tego w co już grał, trochę za bardzo chce nas oczarować czy wystrzelić fajerwerkiem. Może  też za bardzo nie umie się powstrzymać i wszyscy  u niego zawsze muszą być kimś więcej – skoro pojawia się zaangażowana w sprawy rządowe pewna siebie Dama to zostawi swoją wizytówkę Mycroftowi bo takie rzeczy się u Moffata zawsze zdarzają. Tak on pisze. I choć zwierz ma zastrzeżenia i choć martwi go melodramatyczna siostra z równie melodramatycznie wycelowanym pistoletem, to bawił się zwierz bez porównania lepiej niż w zeszłym tygodniu. I kiedy zajrzał w gąb swojej duszy to znalazł odpowiedź. Otóż w tym tygodniu to był odcinek Sherlocka. Tak pełen wad i karkołomnych rozwiązań ale jednak odcinek Sherlocka. I poruszał miejscami dokładnie te same struny które poruszyć umiał sezon pierwszy i drugi i niektóre elementy trzeciego.  A wiecie co. Sherlock zwierza cieszy. Na Sherlocka zwierz czekał. I Sherlock się zwierzowi podobał.

Ps:  Tak będzie jeszcze tekst o Złotych Globach.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...