Jest zimna to musi być zimno czyli krótki popkulturalny przewodnik po chłodzie

09/01/2017

Meryl mówi, sala milczy czyli Złote Globy 2017

09/01/2017

It is what it is czyli o Sherlocku i jednym scenariuszu pana Moffata

09/01/2017

Zacznijmy od czegoś co – jak wskazują opinie w Internecie – będzie niepopularne. Drugi odcinek Sherlocka – napisany przez Stevena Moffata, spodobał się zwierzowi. Po jego objerzeniu nie było – ta dokuczliwego jak w zeszłym tygodniu poczucia całkowitej obojętności. Czy był to odcinek idealny? Oj nie. Ale powtórzymy jeszcze raz coś czego nigdy nie dość. Nie tylko idealne rzeczy mogą się podobać. Poniżej spoilery.

Zwierz zacznie od wyjaśnienia co mu się spodobało i dlaczego. Po pierwsze – Moffat zrobił w tym odcinku coś co zawsze robił doskonale. Wrzucił do niego kilkanaście nie mających wielkiego wpływu na rozwój wydarzeń scen i kwestii, które oglądało się znakomicie. Doskonałym przykładem jest tu cały występ pani Hudson, która jest – nie ukrywajmy – fajniejsza niż jakakolwiek inna postać w serialu, jeździ sportowym samochodem i bywa mądrzejsza od samego Mycrofta Holmesa. Moffat doskonale znajduje się w takich scenach w których realizuje nasze małe fanowskie fantazje. Podobnie w dowcipnych dialogach czy pojawiających się w odcinku dowcipach. Moffat wie jak – nawet w poważnej historii zażartować z faktu, że ludzie nie rozpoznają Johna Watsona, jednocześnie uwielbiając Sherlocka, jak pokazać trudne relacje pomiędzy Mycroftem a Sherlockiem (cudowny napis jaki Sherlock zostawia bratu swoim spacerem). Umie też Moffat pisać te sceny których chyba ostatnio trochę brakowało – gdzie Sherlock i John mówią sobie rzeczy które mówi się tylko ludziom których się kocha.

Najlepsze podsumowanie zalet drugiego odcinka.

Jednocześnie – zwierz mówi to w kontekście ostatniego odcinka – nareszcie zeszliśmy trochę na ziemię. Żadnych międzynarodowych siatek szpiegowskich czy obalania rządów. Mamy stare dobre morderstwo i psychopatę który lubi sobie zabijać ludzi. Sherlock prowadzi śledztwo i choć jest mało wiarygodnym detektywem to jednak ta historyjka przynajmniej składa się w całość. Dostajemy początek, środek i zakończenie, odcinek w większości zamyka się w jednej historii, która na dodatek ma swoje – jak to w scenariuszach Moffata bywa, całkiem błyskotliwe zwroty akcji. Zwierzowi najbardziej podobało się wykorzystanie oskarżeń jakie rzuca Sherlock pod adresem milionera – do reklamy płatków śniadaniowych. Było w tym coś tak uroczo współczesnego. Zresztą sama postać tego milionera filantropa wydaje się być jakby trochę podobna do różnych postaci jakie można rozpoznać ze świata który nas otacza. Oczywiście koniec tego wątku może być nieco rozczarowujący ale w sumie – jest w nim więcej ducha oryginału niż chcielibyśmy przyznać. W końcu Sherlock Holmes częściej rozwiązywał pojedyncze sprawy niż rozplątywał nie dającą się rozwikłać sieć. Jednocześnie sam pomysł postawienia widza przed refleksją – co by się stało gdyby morderstwo chciał popełnić ktoś kto naprawdę ma możliwości zatarcia swoich śladów – jest całkiem ciekawe i intrygujące. Zaś rozwiązanie – w którym okazuje się, że morderca sam przyzna ci się do wszystkiego i jeszcze poczuje ulgę – nie takie głupie.

Kiedy nie do końca wiesz kto mówi w danej scenie – bohater czy broniący się przed zarzutami scenarzysta (gif z tumblr riveralwaysknew)

Jednocześnie Moffat robi w tym odcinku to co uwielbia najbardziej – akcja przyśpiesza, przechodzi od jednego do drugiego planu, wprowadza mnóstwo elementów pobocznych – wszystko trochę na zasadzie „szybko szybko zanim dojdzie do nas że to nie ma sensu”. Zwłaszcza że to jest odcinek w którym Sherlock funkcjonuje w trybie magicznym – to znaczy kilkukrotnie jego dedukcje są zbyt perfekcyjne i dokładne by mogły rzeczywiście zadziałać. Choć twórcy przekonują nas że jego przewidywania są słuszne to jednak jest w tym zdecydowanie za dużo potrzebnej scenarzystom magii. Nie mniej Moffat zwykle znajduje jakiś fragment dowcipnego dialogu, czy pomysł na rozbudowanie backstory bohaterów tak byśmy się nad tym zbyt długo nie zastanawiali. Jednocześnie – chyba najładniejszą sceną w tym odcinku jest początek – spacer Sherlocka z klientką, w czasie którego tłumacz jej sposób swojego – niemożliwego do objęcia rozumem – wnioskowania. To ładny fragment nieco przypominający w sposobie realizacji Skandal w Belgravii. Poza tym – ma w sobie ducha pierwszych sezonów Sherlocka gdy stawki zdawały się być nieco mniejsze.

Zwierz przyzna że dawno mu się w niczym Cumberbatch tak nie podobał jak w tym odcinku. Jakby w końcu przestał się tak strasznie starać by wyglądać na geniusza i jego bohater nabrał jakiejś naturalności

Jednocześnie pod wszystkimi swoimi fajerwerkami Moffat decyduje się na swoją starą sztuczkę (jak my się z nim już dobrze znamy) – wprowadza historię sentymentalną. Oto John ratuje Sherlocka, Sherlock ratuje Johna a nad wszystkim czuwa, obecna i nieobecna Mary. I wszystko się tu ładnie składa, bo jakoś nawet jeśli jesteśmy na wszystko odporni to w końcu dochodzimy do tej konfrontacji pomiędzy bohaterami, do tego jak John wątpi w to czy jest szlachetnym człowiekiem, do pocieszenia jakie oferuje mu Sherlock i do tej ładnie rozpisanej konstatacji że czasem któryś z nich może być tylko człowiekiem. Jako że Sherlock nigdy nie był wybitnym serialem detektywistycznym – był zaś dobrym serialem sentymentalnym – to ta scena wypada doskonale, dotykając wszystkich odpowiednich miejsc w sercu i ostrząc pióra autorów fan finków. Moffat ma tą umiejętność znajdowania odpowiedniego tonu dla takich konwersacji, jednocześnie czyniąc swoich bohaterów zdecydowanie zbyt elokwentnymi, co wielu przeszkadza bo nikt nie mówi tak ładnych i okrągłych zdań na zawołanie.

Toby Jones ładnie się znalazł w świecie Sherlocka – co nie jest proste bo genialnych szaleńców jest w nim sporo

Dobra ale zwierz ma zastrzeżenia. I ponownie odwoła się do tego co wie o scenarzyście. Otóż moi drodzy Moffat popełnia ten sam błąd co zawsze. Nie potrafi przestać. W tym odcinku widać jaką kosmiczną potrzebę nawiązywania do wszystkiego do czego się da i wykorzystywania wątków które w serialu zostały już rozegrane. Chociażby nadużywanie przez Sherlocka narkotyków. Zwierz zawsze chwalił Sherlocka BBC za rozsądne podejście do tej kwestii – dużo bliższe oryginałowi niż np. w przypadku Elementary. Ale tu widać konieczność podkręcenia nałogu Sherlocka. Nie tylko dlatego, że potrzebne jest to fabule ale dlatego, że Moffat potrzebuje Sherlocka jako niewiarygodnego narratora. Dlaczego? Bo uwielbia ten wątek. Grał nim już tyle razy że człowiek zaczyna z niepokojem zauważać że Sherlock ciągle ma albo zwidy albo leży w szpitalu. Inna sprawa – powrót wątku Irene Adler. Nikomu to nie jest potrzebne. To jak skończył swój odcinek poświęcony bohaterce i tak było zmarnowaniem doskonałej ostatniej sceny (serio zwierz udaje że odcinek kończy się schowaniem telefonu do szuflady), jednak było to jakieś zakończenie. Ale Moffat musi powrócić do czegoś co napisał – w Doktorze to samo się za nim ciągnęło. Jakby nie umiał zostawić niczego wyobraźni.  Podobnie jest z pojawiającą się Mary. Spokojnie moglibyśmy jej nie widzieć albo mogłaby być tylko domyślna. Ale skoro Mary została raz wymyślona to musi się pojawić. Podobnie jak musimy wysłuchać całego jej przesłania. Jak Moffat odkrywa karty to macha ci nimi przed nosem aż nie zaczniesz mieć dość.

Sherlock to bardzo brytyjski serial. Większość dramy w odcinku wynika z faktu że bohater nie dostał herbaty

Druga sprawa to właśnie kwestia trzeciego brata, czy jak się okazuje siostry. Zwierz ponownie ma wrażenie że to taki pomysł którego nie umiał (czy nie umieli bo jak zwierz podejrzewa to pomysł  jego i Gatissa) zostawić. Tak jasne – spekulacje na temat trzeciego brata były super, nawiązania do tej postaci też. Ale już wprowadzenie takiej postaci – i jeszcze powiązanie jej z Moriratym wydaje się niestety sprowadzać nas do niebezpiecznego świata w którym z pistoletów celują źli bracia bliźniacy, a dawno zmarli kuzyni pojawiają się na progu domostwa w strugach deszczu. Innymi słowy przenosi nas to do bardzo niepokojącej przestrzeni narracyjnych klisz, które zwykle kończą się nawet nie dramatycznie ale melodramatycznie. Co w sumie trochę w kontekście Sherlocka nie powinno dziwić bo twórcy zawsze mieli skłonność do rozwiązań bardziej melodramatycznych niż dramatycznych. Zwierz raczej nie widzi sposobu by wyjść z tego pięknie z twarzą ale jednocześnie jest ciekawy czy twórcy znajdą pomysł na napisanie jeszcze jednej genialnej osoby z rodziny Holmesów. Bo to wcale nie jest takie proste. O ile w ogóle możliwe.

Fakt, że Watson wygląda coraz bardziej jak Sherlock wydaje się być chyba zamierzonym tropem

Jednocześnie niezależnie od moich narzekań na zakręty scenariuszowe Moffata (zawsze sprawiające wrażenie przemyślanych choć zwykle jest tam więcej dziur niż  w szwajcarskim serze) jego odcinki dają aktorom możliwość popisania się swoimi aktorskimi możliwościami. Ponownie zwierz wie, że minął sezon na zachwycanie się Cumberbatchem ale jest w tym odcinku kilka scen w których zwierz nie wyobrażałby sobie innego aktora. Jego pierwsza rozmowa z klientką – to jak cudownie łączy bycie miłym i łagodnym (fakt że jest miły dla osoby próbującej popełnić samobójstwo zdaniem zwierza wiele mówi o jego stanie umysłu) z byciem absolutnie genialnym. Ten miękki czy sentymentalny Sherlock wypada w interpretacji Cumberbatcha wiarygodnie nie tracąc swojej osobowości. Cudna jest też scena w której najwyraźniej próbuje przekonać jakiegoś reżysera teatralnego że byłby z niego doskonały Henryk V. No i w jeszcze końcówka – gdzie pociesza Watsona. Ponownie – coś co mogłoby wyjść sztucznie czy dziwnie a wychodzi tak cudnie naturalnie. Inna sprawa, że zwierz ma wrażenie że taki zmarnowany Cumberbatch jakoś przestaje wkładać tyle wysiłku żeby wyglądać jak Sherlock i jest dużo swobodniejszy na ekranie.

Zwierz musi przyznać że trochę mu brakuje w tym sezonie Molly. W drugim odcinku miała niezłą scenę ale nadal jest jej odrobinę za mało

Zadaniem zwierza doskonale sprawdza się też Freeman. Zwierz przeczytał gdzieś że to aktor, który wszędzie gra tak samo ale prawda jest taka, że jednak gra Freemana jest zróżnicowana, w poprzednim odcinku był zupełnie inny. W tym nawet jak nic nie mówi to widać że ma złamane serce. Co prawda nie tak jak wtedy kiedy umarł Sherlock (symptomatyczne) ale czuć że gotuje się w nim żal i poczucie straty, które nie opuszcza go ani na krok.  Zwierz odnosi też wrażenie, że stylówa Doktora Watsona niedługo przeskoczy ubrania Sherlocka. Serio Freeman z sezonu na sezon wygląda coraz lepiej i szykowniej. Aż strach się bać co będzie dalej. Jeszcze obaj będą chodzili w tych piekielnie drogich koszulach od Armaniego. Jednocześnie – trochę żarty na bok – jest w tej zmianie wyglądu Watsona chyba też pewna zmiana psychologiczna. Jeśli przyjrzymy się konwersacjom, które Watson prowadzi tu sam ze sobą, to dostrzeżemy, że Moffat czyni z niego w sumie podobnego geniusza do Sherlocka – tylko o pół kroku wolniejszego Być może dwaj panowie naprawdę się do siebie bardziej upodobniają.

Moffat zawsze pisze swoje odcinki mniej więcej tak samo. Trochę zbrodni, trochę zagadki dużo fajerwerków i nitka melancholii

Trzeba też wspomnieć o tym jak w odcinku gra Toby Jones. Zwierz bardzo aktora lubi – to jeden z tych brytyjskich aktorów którzy są absolutnie fenomenalni w prawie wszystkim w czym się pojawią ale nigdy nie zrobiliby kariery za granicą. Więcej – poza kręgiem wielbicieli brytyjskiej kinematografii mało kto ich rozpoznaje. A szkoda. Toby Jones jest bowiem aktorem fenomenalnym – jeśli chcecie tego potwierdzenia koniecznie zobaczcie Świadka Oskarżenia – w tamtej dwuodcinkowej adaptacji powieści Agaty Christie – którą BBC pokazywało w te święta gra skromnego, pracowitego i trochę niewidzialnego dla ludzi adwokata ze złamanym sercem. Kiedy kilka tygodni po tamtej roli widzi się go w Sherlocku – jako demonicznego milionera który odbiera życie bo tak mu się podoba to widać że ten aktor jest w stanie zagrać wszystko. W serialu gdzie demoniczny „najgorszy człowiek na świecie” pojawia się z regularnością raz na dwa odcinki, trudno zagrać kogoś naprawdę odrażającego. Toby Jones znalazł jednak swoje miejsce. Jest przede wszystkim niepokojący, zbyt pewny siebie i troszkę miejscami – pod sam koniec przypomina nieco bardziej opanowanego Moriarty’ego. Ale udało się rzeczywiście stworzyć tu postać ciekawszą od np. złoczyńcy granego przez Larsa Mikkelsena.

Bądźmy szczerzy – to jest scena której potrzebowaliśmy tak od dwóch sezonów (gif z tumblr antoncorbijn)

Ostatecznie dochodzimy do tego co jest, było i pewnie będzie największym problemem Moffata. On naprawdę ma tylko jeden scenariusz który pisze w kółko. I ten scenariusz wychodzi mu czasem lepiej a czasem gorzej, czasem bardziej widzimy jak rozłażą się szwy czasem mniej. Ten odcinek Sherlocka nie był jego najlepszym dziełem. Trochę za często widać było że skleja go z tego w co już grał, trochę za bardzo chce nas oczarować czy wystrzelić fajerwerkiem. Może  też za bardzo nie umie się powstrzymać i wszyscy  u niego zawsze muszą być kimś więcej – skoro pojawia się zaangażowana w sprawy rządowe pewna siebie Dama to zostawi swoją wizytówkę Mycroftowi bo takie rzeczy się u Moffata zawsze zdarzają. Tak on pisze. I choć zwierz ma zastrzeżenia i choć martwi go melodramatyczna siostra z równie melodramatycznie wycelowanym pistoletem, to bawił się zwierz bez porównania lepiej niż w zeszłym tygodniu. I kiedy zajrzał w gąb swojej duszy to znalazł odpowiedź. Otóż w tym tygodniu to był odcinek Sherlocka. Tak pełen wad i karkołomnych rozwiązań ale jednak odcinek Sherlocka. I poruszał miejscami dokładnie te same struny które poruszyć umiał sezon pierwszy i drugi i niektóre elementy trzeciego.  A wiecie co. Sherlock zwierza cieszy. Na Sherlocka zwierz czekał. I Sherlock się zwierzowi podobał.

Ps:  Tak będzie jeszcze tekst o Złotych Globach.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Ja się świetnie bawiłam oglądając ten odcinek. Od początku krzyczałam do ekranu, jak tylko pojawiała się terapeutka albo klientka, że to nie może być przypadek, że to jest ta sama aktorka (albo baaaardzo do niej podobna), ale spodziewałam się raczej kogoś w stylu książkowego Morana (współpracownika Moriartego działającego po jego śmierci), a nie domniemanego zaginionego członka rodziny Holmesów.
    I nie wiedziałam, że nie wypada już chwalić Cumberbatcha (I didn’t get the memo), ale skoro tak, to się po prostu wyłamię z tej nowej świeckiej tradycji. Był świetny we wczorajszym odcinku, nawet jeśli widziałam jakieś nieścisłości w scenariuszu (a wszyscy wiemy, że trochę ich było…), to jego gra wszystko mi wynagrodziła. Był świetny

  • i_am_keyser_soze

    Podobało mi się. Motyw z Adler miał dla mnie sens, bo w całej tej scenie chodzi o związki, taki impuls dla Watsona, że może Sherlock na tym poziomie jednak kuma trochę więcej niż bywało. A zmarnowany Cumberbatch wygląda świetnie.

  • Reid

    A co Zwierz sądzi o TJLC, lub ogólnie o johnlocku?

  • Wazon

    Zauważyłam już dosyć dawno, że wiele niepotrzebnych i czasem złych rzeczy dzieje się dlatego, że człowiek , jak pisze zwierz, nie potrafi przestać. Narastają kłótnie, złe nałogi, znajomi uciekają…Tyle dobrego, ze czasem przez to, a może dzięki temu, rodzą się dzieci.Wobec tych spraw błędy scenariusza jakby bledną.

  • Pan Hudson w Aston Martinie wygrywa odcinek.
    Zaraz za nią plasuje się subtelnie zakryty napis na mapie dla Mycrofta <3

  • Małgorzata Śniatowska

    Jeszcze nie widziałam wczorajszego odcinka ale mam takie przemyślenie dotyczące ostatniej sceny Skandalu, która akurat moim zdaniem bardzo dobrze wpisuje się w tę „historię na opak”. Skoro zamiast szczęśliwie zakochanej i poślubiającej prawnika damy przewyższającej klasą swego królewskiego kochanka i pokonującej kanonicznego Holmesa dostaliśmy wspólniczkę Moriarty’ego zadurzoną w Sherlocku, to i zamiana śmierci w podróży poślubnej na cudowne ocalenie damy w opałach przejdzie. A że szkoda, to już inna inszość…

    • Milennn

      Podoba mi się twój tok myślenia! *boru jak ja uwielbiam ten serial, tyle teorii!*

  • Sophie Karen

    Hej, ale przecież jeszcze została jedna osoba z rodziny Sherlocka do zaprezentowania w ostatnim odcinku, więc oprócz Euros będzie kolejna osoba do napisania. To jest wyzwanie. Robi się z tego już jakaś telenowela.
    Ciekawe też co zrobią z Mycroftem i jak wyjaśnią jego związek z Euros, bo pewnie o niej wiedział coś, albo też jakieś nie wiem pogłoski, że coś szykuje dla Sherlocka :< (kwestia choćby słów Mycrofta na lotnisku).
    A osobiście, to jestem zawiedziona i mimo wszystko szkoda mi na swój sposób, że Moriarty prawdopodobnie okazał się tylko pionkiem.
    A cereal killer było faktycznie urocze ^^.

    • Ola

      czy jako „jeszcze jedna osoba z rodziny Sherlocka” masz na myśli Sherrinforda? Ja chyba myślę, że „Sherrinford” jest raczej kodem na miejsce typu szpital/ośrodek zamknięty skoro Eurus nie wydaje się być zrównoważona? Dziwne również, że Sherlock nie rozpoznał swojej siostry, czyżby nie widział jej od wielu lat (od dziecka?).

      • Sophie Karen

        Raczej tak, ale głównie dlatego, że szczerze mówiąc większość tak uważa (ja oglądałam raz i przyznaję, że oryginalną wersję i mogłam coś pogubić), aczkolwiek Sherlock mówił o tym, że dziś poddają się często po trójce i ja też mogłam inaczej rozumieć ostatni monolog. W kanonie chyba Sherrinford jest tez osobą (wujkiem?) więc nadzieja umiera ostatnia ^^. Dla mnie jest ktoś jeszcze, ale wiadomo, przekonamy się ostatecznie w niedzielę. Aczkolwiek w sumie to wolałabym może i miejsce, choćby dlatego, że co za dużo, to niezdrowo. Bawi mnie teoria, że Moriarty jest bratem bliźniakiem Euros i żyje. Jak wyżej :D.
        Jest teoria, że Sherlock myśli, że jego siostra zginęła w dzieciństwie (i chyba jest na to jakiś cytat, ale muszę sprawdzić) dlatego jej nie poznał. Z każdą chwilą wiem mniej, przyznaję :(.

        • Beryl Autumnramble

          W kanonie Sherrinforda nie ma, jest domyślnym najstarszym bratem, który siedzi na wsi, bo Holmesowie ponoć wywodzą się z ziemiaństwa, a imię ma po pierwotnej wersji Sherlocka, a twórcy niekanonicznych historii wzięli ten pomysł fanów w zęby i z nim uciekli. Co niekoniecznie oznacza, że autorzy serialu muszą się teraz tego trzymać.

  • Olga Muryn

    Oj jak ja się dobrze bawiłam! Po ostatnim odcinku byłam wręcz wściekła, no bo co to było? Na pewno nie Sherlock. Tutaj, nawet wiedząc jakimi tanimi zagrywkami posługuje się Moffat, byłam zachwycona. Szczególnie mi się podobało rozwiązanie, że nie ma brata Holmesa, jest siostra. Przecież ludzie się już zakładali czy zagra tego brata Hiddleston czy nie, a tu proszę – nie ma brata. Muszę jednak przyznać, że boję się odcinka następnego, bo nawet z takim dobrym, w mojej opinii przynajmniej, pomysłem może być trudno z realizacją

    • Sasha

      Właśnie. Dobra zabawa, to dobre określenie. Piszczalam jak nastolatka przy seansie tego odcinka, bo był dobry. Może i intryga kryminalna nie tak dopracowana jak poprzednio, ale było tyle smaczków ( nienawidzę tego słowa, ale żadne inne nie przychodzi mi na myśl) skierowanych w stronę wiernych fanów + o wiele wyższy ( z punktu widzenia niewtajemniczonych/nieświadomych zamyslow Moffata i Gattisa) poziom niż na s04e01= znowu wali mi w dekiel na punkcie Sherlocka

  • JP

    No nie wiem, czy mogę o odbiorze tego odcinka powiedzieć „zabawa” albo „rozrywka”. No chyba że rozrywa ci serduszko. :P

    Gra aktorska po prostu mnie powaliła. Amanda nawet z dość sztampowego rozwiązania zrobiła coś bardzo ludzkiego.

    Dla mnie jest w tym odcinku dużo o autoportretach bohaterów i jacy próbują być. Mary chciała być matką i żoną, John chciałby być ojcem i wiernym mężem, Sherlock chce być jak Mycroft, Mycroft chce być lodowcem. I wszystkie te życzeniowe fasady walą się w gruzy jak te popiersia z poprzedniego epizodu.

    Poza tym, od Narzeczonej chodzi za mną motyw pisania jako tworzenia rzeczywistości. Tej fantastycznej, równoległej, (czytał ktoś Krainę Chichów?) ale i tej realnej, gdzie bohaterzy próbują dostosować swoje zachowanie do tego, co o nich napisano.

    John Watson robi z Sherlocka superbohatera, jednocześnie nie mówiąc nam wiele o sobie samym – poza tworzeniem swojej własnej fikcyjnej wersji. Tak naprawdę to my Johna nie znamy. A jak się trochę nad tym pogłówkuje, to w końcu nie wiadomo, kto kogo pisze, i czy cały współczesny Sherlock nie jest tylko wyobrażeniem Johna Watsona o tym jak Sherlock Holmes wyobraża sobie przyszłość. Tutaj ten temat siedzi w ciemnym kącie ale też gdzieś tam jest.

    Sensu w fabule zacznę szukać przy następnym podejściu. :D 
Teraz czas na uczucia.
    Bo cokolwiek by się o Moffacie nie powiedziało, ma on cholerny talent do przyciskania tych właściwych guzików, w (przynajmniej moim) mózgu. Gra na emocjach jak cholerny Paganini, zanim się człowiek zorientuje, że w gruncie rzeczy to wszysto to ten wspomniany szwajcarski ser. 


    Pal diabli dziury, reszta jest mniam. :D

    • Krafciara

      ‚Mycroft chce byc lodowcem’ <3

  • Drugi odcinek o wiele lepszy od pierwszego. W zeszłym tygodniu momentami nawet się nudziłam (co mi się wcześniej na Sherlocku nie zdarzało) i miałam przesyt Mary. Ale drugi odcinek to powrót do formy, może nie tej najlepszej, ale całkowicie wystarczającej, by miło spędzić 90 minut. Ja jestem zadowolona i czekam z niecierpliwością, jak rozwinie się wątek trzeciego Holmesa – mam nadzieję, że tego nie zepsują :)

  • Ola

    Dorzucam ciekawostkę:

    Eurus (Euros) to wiatr wschodni.

    Oto fragment dialogów z His Last Vow (s03e03):

    Gdy Sherlock zostaje postrzelony i przenosi się do swojego mind palace, jest tam Mycroft, który mówi: „Must be something in this ridiculous memory palace of yours that can calm you down. Find it. The East Wind is coming Sherlock. It’s coming to get you”. Bezpośrednio po tym nawiązaniu pojawia się Redbeard.

    Następnie w scenie pożegnania przed samolotem pomiędzy Johnem a Sherlockiem jest taki dialog:

    John: The game is over.
    Sherlock: The game is never over, John. But there may be some new players now.
    That’s OK, the East Wind takes us all in the end.
    John: What’s that?
    Sherlock: It’s a story my brother told me when we were kids. The East Wind is a terrifying force that lays waste to all in its path. It seeks out the unworthy and plucks them from the earth. That was generally me.

  • spirit

    Moffat Moffatem, ale bez świetnych aktorów końcowe sceny wypadły by blado… już nawet trochę głupio pisać o Freemanie, ale jednak co odcinek to on dla mnie jest nieco jaśniejszym punktem niż cała reszta… rozpacz, wzruszenie, szał, rozczarowanie, zazdrość – wszystko to przychodzi mu dość łatwo i wiarygodnie, nie tylko Sherlock chciał go przytulić w przed ostatniej scenie :) niemniej co by nie mówić – w niedzielę ostatni odcinek tego sezonu (serio?!) i jeśli nie pojawi się Moriarty to będę naprawdę zawiedziony… nie dlatego, że potrzebuje go do szczęścia (choć potrzebuję), ale ilość wrzuconych do niego nawiązań poszła by na zmarnowanie i to już nie byłoby igranie z widzem tylko po prostu przegięcie… ktoś coś wie o tym, by Andrew Scott wpadł na chwilkę na plan?

  • Milennn

    Ja akurat cieszę się z Irene, oraz to dopowiedzenie na końcu 1 odcinka 2 sezonu dla mnie było dobre, ale to tak na marginesie (ja w ogóle uważam ten odcinek za naj naj naj).

    Ogólnie odcinek mi się podobał (chwytał za serce i emocjonalnie wciągnął – wreszcie JEDNA sprawa do rozwiązania, tak jak zwierz pisze), choć dziur dosyć sporo – taka pierwsza z brzegu: Sherlock na haju nie przygląda się terapeutce, czy klientce??? Nie rozpoznał Holmesa? Hmm.
    Najbardziej mnie zdziwiło to, że Watson, widząc jak bardzo Holmes zwariował na punkcie naszego seryjnego mordercy, pozwala, by Sherlock został w tym szpitalu (sic!), do tego zero reakcji na te słowa w wywiadzie, że detektyw zostanie położony „w ulubionej sali”. I taka myśl, gdy nasz zły mówi o mordercach na najwyższym szczeblu, królowa itd., nie mieliście wspomnienia Sherlocka zabijającego z zimną krwią Magnussena? W końcu też – ze względu na swe znajomości w wielkim świecie – udało mu się uniknąć odpowiedzialności.

    Tak na koniec to mam jakiś taki niesmak, że cała ta sprawa to intryga za plecami Johna, okrutnie wymyślona przez Mary i zrealizowana przez Sherlocka. Tak, opłaciło się, tak, seryjny morderca został zatrzymany, ale w tym wszystkim było coś niefajnego.
    Wszystko to przykrywa oczywiście gra naszych panów aktorów, takie wielkie wow. Freeman w ostatniej scenie z Mary wspaniały, Cumberbatch przez cały odcinek grający na innych emocjach, świetnie się to oglądało.

    Jestem ciekawa tej siostry, też to przeczuwałam, a jak czytam cytaty w komentarzach tutaj zostawione to wydaje mi się, że 3 odcinek będzie przed nami odkrywać wielką historię minuta po minucie i będziemy mieć wieeelkie oczy :D
    A! Znowu wychodzi na to, że Watsona Holmesi (i Irene) umieją przyprzeć do muru ładnymi kobietami, myślałam, że ta tajemnicza nieznajoma to od Mycrofta, ale siostra też umiała odszyfrować tę słabość doktora, heh.

    • i_am_keyser_soze

      John nie chciał gadać z Sherlockiem, Mary wiedziała, że albo tak albo wcale.

  • the_P

    Mi się ten odcinek podobał; co jest ciekawe, bo od paru lat już nie trawię Moffata. Ot, taka niespodzianka :)
    Ten motyw z wizytówką mnie trochę wkurzył, podobnie jak część rozmowy o Irene (ale tu mam Opinie Na Temat Fetyszu Moffata Jeśli Chodzi O Silne Kobiety) ale poza tym zdecydowanie było to fajne.

    Dodatkowy bonus za „Stop talking, it makes me aware of your existence”.

  • Helena

    Wiele rzeczy mi się podobało, kilka nie podobało, na wiele rzeczy mogę przymknąć oko, ale… na miłość Boską, Watson kopiący Holmesa??? Dla mnie całe przywiązanie do kanonu wzięło w łeb. I nic już nie będzie tak, jak przedtem, jakkolwiek melodramatycznie to brzmi.

  • Kinoman1

    Wszystkie sceny z panią Hudson i „spowiedź” Watsona były rewelacyjne, ale kryminalna intryga odcinka nudna.
    Twist w ostatniej scenie zamiast zainteresować -zirytował mnie.

  • Małgorzata Stadnik

    Mnie nie pasuje zapośredniczenie w planie uratowania Watsona. Są głosy, że Mary niepotrzebnie zdominowała poprzedni odcinek, ja uważam, że jej obecność była zbyt nachalna w tym. Sherlock jako geniusz, który 2 tygodnie wcześniej zamawia Molly do terapeuty nie wpadłby na pomysł stania się ofiarą płatkowego mordercy? Mary jako zjawa Watsona jest ok, jako partnerka, a nawet przewodniczka Sherlocka mi nie pasuje.

    Wszystko w tym odcinku było tak nachalne, że mnie trafiał szlag. Nic już nie zostawią domysłom, nic nie bedzie zaskoczeniem, wszystko na tacy podane :(

    Czy zauważyliście, że Mycroft powoli zaczyna byc przedstawiany jako większy socjopata od Sherlocka? Przecież jego przewaga nad bratem polega takze na tym, ze zna zasady współżycia społecznego. To umyślne, czy o tym zapomniano?

    • i_am_keyser_soze

      Chwila, ale płatkowy morderca to nie był plan Mary, tylko Sherlocka. Kierując się jej wskazówkami dotyczącymi Johna, znalazł to co było potrzebne.

  • Zuzanna

    Moje wrażenia z odcinka są o tyle inne, że nie znam za bardzo „scenariuszy Moffata”, więc trudno mi nawet zauważyć jakieś powtarzające się schematy, co pewnie powoduje, że łatwiej mi się zachwycić odcinkiem i tym zdecydowanie jestem zachwycona :D
    W końcu wrócił ten poziom Sherlock, za który go uwielbiałam. Chociaż jak tak się chwilę zastanowię to stwierdzam, że moim zdaniem wszystkie sezony Sherlocka są bardzo nierówne i z każdego mam taki jeden odcinek, który uważam za „najlepszy z najlepszych”, w tym prawdopodobnie pozostanie nim własnie ten :) Co do gry aktorskiej nie będę oryginalna, chyba wszyscy fani zgadzają się, że była na najwyższym poziomie. Jeśli chodzi o postać Mary, to tak jak przeszkadzał mi trochę jej nadmiar w poprzednich odcinkach, to w tym odcinku była rewelacyjna, nie mówiąc już o Mrs. Hudson, która w ogóle skradła cały epizod <3
    Nawiązanie do wątku Irene, może i na siłę, ale ani trochę nie zmniejszyło to mojego pisku radości na całą scenę, już taki mój fangirlowski los, na samo wspomnienie jej imienia odcinek ma u mnie +1000 do fajności :P (Ale zgadzam się, że ostatnią scenę 2×01 mogli sobie darować, jaki wtedy byłby pisk radości na dźwięk smsa w tym odcinku!). Za to scena z zostawianiem wizytówki przez Panią Ważną Polityk wydała mi się dość bez sensu i oderwana od czegokolwiek.
    No i na koniec wątek siostry Holmesów, nie mam pojęcia co o nim myśleć, nie śledziłam żadnych spoilerów, ani newsów, więc było to dla mnie spore zaskoczenie (do tego przyznaję, że zupełnie nie wyłapałam wcześniejszych nawiązań do East Wind, dobrze, że weszłam na Zwierza!), jestem bardzo ciekawa jak to rozegrają i co nam zaserwują w finale, ale co by to nie było, to jestem już usatysfakcjonowana 4 sezonem, dzięki temu odcinkowi, więc nie mam wygórowanych oczekiwań, ale oczywiście będę szczęśliwa jeśli pokażą nam coś jeszcze ciekawszego :D