A może by tak nie umrzeć z głodu? czyli akcja „Najlepiej robić swoje” Patronite.pl i ING Bank Śląski

18/09/2018

Historia w białych rękawiczkach czyli o Kamerdynerze

18/09/2018

Drugie dorastanie czyli o „Juliuszu”

18/09/2018

Przebywam obecnie na Festiwalu filmowym w Gdyni gdzie nadrabiam hurtem wszystkie filmowe nowości jakie pojawiły się, lub wkrótce się pojawią na ekranach polskich kin. Choć filmem otwarcia był Kamerdyner ja jako pierwszy seans wybrałam Juliusza – polską komedię. Nie wiem czego się po niej spodziewałam ale na pewno nie tego, że zafunduje mi ona całkiem miłe wzruszenia.

Jeśli podobnie jak ja próbowaliście wysnuć ze zwiastuna filmu jakiś zrąb fabuły to pewnie doszliście do wniosku,  że to kolejny film z polskiego gatunku „nieudacznik wikła się w porachunki mafijne”. Odnoszę wrażenie, że od czasu filmów takich jak „Kiler”, „Chłopaki nie płaczą” czy „Poranek Kojota” jakieś porachunki bohatera nieudacznika z ludźmi z gangów stają się podstawowym wątkiem polskiej komedii. Byłam miło zaskoczona gdy okazało się, że co prawda wątek zwracania długów panom w czarnych skórzanych kurtkach się pojawia, ale nie odgrywa kluczowej roli. Juliusz nie jest bowiem filmem o nieudaczniku, który dowodząc swojej męskości zdobywa dziewczynę ale filmem o dorastaniu.

 

Przy czym Juliusz nie jest naszym klasycznym wiecznym chłopcem. Wręcz przeciwnie – jest nauczycielem w szkole, opiekuje się ojcem malarzem i alkoholikiem który na ostatniej prostej swojego życia postanowił przyśpieszyć i nie ma najmniejszej ochoty odstawić na bok wina, kobiet i śpiewu. Juliusz to człowiek sympatyczny, może niekiedy denerwująco zasadniczy ale poza tym – nie trudno go polubić. O jakie dorastanie więc chodzi? O takie, można powiedzieć, drugie trudniejsze dorastanie nie do tego życia jakie jest ale jakie mogłoby być, do takiego  życia w którym podejmuje się ryzyko, próbuje i wierzy, że być może teraz gałąź nie spadnie nam na głowę i wszystko będzie dobrze. Juliusz chwilowo zmian się boi ale wpada w ciąg wydarzeń, które zmuszą go by w końcu podjąć jakieś działanie. Film nie jest dla naszego bohatera zbyt okrutny ale ponieważ każde dorastanie musi trochę boleć to i w tej komedii znajdą się momenty w których jakoś nagle poczujemy smutek czy wzruszenie.

 

I to chyba jest największy plus Juliusza – jego twórcy doskonale odrobili lekcję wedle której – najlepsza komedia to taka w której obok śmiechu i głupich żartów chodzi jeszcze o coś ważnego, a stawki, wcale nie są takie niskie. Bo tylko w takim przypadku, żarty są czymś więcej niż tylko śmiechem, zaś sama historia nie jest tylko zbiorem skeczy tylko gdzieś prowadzi. Co więcej udało się w filmie doskonale rozłożyć akcenty, tak że po pierwszej części, w której poznajemy i zaczynamy lubić bohaterów, przychodzi część druga gdzie już wiedząc kto jest kim, możemy poczuć ich smutek, radość, czy zagubienie. Wielu scenarzystów polskich filmów chyba nie rozumie, że aby polubić postać, musimy ją poznać.  Poza tym nie przeszkadzałoby gdyby była sympatyczna.  I tu chyba Juliusz wygrywa z konkurencją o kilka długości, bo naprawdę nie trudno polubić bohaterów – którzy, całe szczęście jakoś mieszczą się pomiędzy wypróbowanymi komediowymi schematami.

 

Kilka razy na tym blogu pisałam o tym, że słowo „dupa” to nie jest dowcip. Nawet jeśli widownia się śmieje. Juliusz trochę zmusza mnie do zmiany mojej postawy. Otóż film uświadomił mi, że pojedyncze przekleństwo istotnie może starczyć za dowcip. Ale pod jednym warunkiem – że po pierwsze – wcześniej zbuduje się odpowiednią sytuację, po drugie – będzie to słowo wypowiedziane w odpowiednim momencie odpowiednim tonem. Zresztą humor w Juliuszu to sprawa skomplikowana. Jak wiadomo nad filmem pracowali specjaliści od stand-up, który to sposób prezentowania treści komediowych, czy w ogóle sam rodzaj humoru – nie wszystkim się podoba. Juliusz miesza w sobie dowcipy zupełnie absurdalne, obrazoburcze, sztubackie i slapstickowe i takie które wymagają nieco więcej od widza. Ten specyficzny miks może nam przypaść do gustu jeśli podejdziemy do filmu z odpowiednim nastawieniem. Zakładając że mam do czynienia z humorem biorącym swoje źródło w stand-up jakoś łatwiej zniosłam żarty które w innych filmach może by mi się nie spodobały. Jednocześnie – złapałam się na tym, że śmiałam się na seansie nie raz zupełnie szczerze, i dość rzadko towarzyszyło mi jakiekolwiek zażenowanie – co biorąc pod uwagę mój zwyczajowy poziom zażenowania w czasie oglądania polskich produkcji należy uznać za osiągnięcie. Trzeba zresztą przyznać twórcom że czasem najlepsze żarty nie wiążą się z  żadną dowcipną wypowiedzią. Doskonały przykład to zatrudnienie Andrzeja Chyry w roli dyrektora szkoły. Jakoś wizja Chyry jako surowego dyrektora, nakazującego nauczycielom odpuścić uczniom ułamki, jest zabawna sama w sobie. Przy czym to rzadki przypadek w polskim kinie – takiego obsadowego mrugania do widza, w sposób wystarczająco subtelny, by nie było to żenujące.

 

W ogóle jeśli miałabym za coś naprawdę pochwalić Juliusza to za fakt, że nie traktuje widza jak kompletnego idioty.  Nie sugerują że do zrozumienia Juliusza potrzebna jest wybitna inteligencja, ale jest to miła odmiana, kiedy film pomija kilka oczywistych dowcipów, szuka komedii w absurdach codzienności, czy ma zaufanie że bohaterowie nie muszą sobie kilka razy pod rząd wszystkiego tłumaczyć. Inna sprawa – choć nad scenariuszem pracowało kilka osób to widać że został on całkiem sprawnie zrobiony – o czym przekonujemy się na prześmiesznej scenie pogrzebu, która nie bawiłaby nas tak gdybyśmy nie obejrzeli pierwszej połowy filmu. Niekiedy dowcipy są grubsze, niekiedy subtelne, ale nie wymagają by za każdym razem je komentować. Co prawda co pewien czas wkrada się jakaś scena która ma być jakimś osobnym skeczem, ale można to wybaczyć twórcom bo nie rozbija to za bardzo spójności historii. Inna sprawa, za którą bardzo jestem wdzięczna twórcom – paradoksalnie nie jest to film wulgarny. Są w nim niekiedy ostre dowcipy, ale różnica jest w tonie i w pewnym zachowaniu bohaterów.  Trudno to jednoznacznie wyjaśnić, ale czasem są polskie komedie które są dużo grzeczniejsze a jednocześnie jest w nich coś wulgarnego i prostackiego.

 

Nie da się mówić o Juliuszu nie napisawszy kilku słów o obsadzie. Uważam że sporo naszej sympatii do bohaterów bierze się z doskonałej obsady, Wojciech Mecwaldowski, doskonale sprawdza się grając takiego bohatera który chciałby przekląć, ale wie, że to nic nie zmieni. A jednocześnie jest w nim coś takiego, że kiedy Juliusz się zakochuje to staje się jakiś taki sympatycznie romantyczny. To nieudacznik ale taki który ma w sobie potencjał, więc nie trudno go polubić, zwłaszcza że film traktuje go ze sporą dawką zrozumienia. Rola Juliusza wymaga od aktora zagrania też scen które są na poważnie i tu Mecwaldowski naprawdę doskonale się sprawdza, a widz zaskoczony sprawdza czy ma jakąś tam chusteczkę. Zwłaszcza ostatnia sceny filmu wymagają przeskakiwania między tyloma emocjami że pewnie mniej zdolny aktor by sobie nie poradził.  Świetny jest Jan Peszek, jako Juliusz senior – ojciec bohatera. Och brakuje nam takich cudownych artystów w polskim kinie ostatnich lat. Cudowny pijak, pan życia, uwodziciel pań nieco starszych. Ale ponownie – w kilku scenach, w których próbuje nadrobić to co stracone, zaniedbane czy zaprzepaszczone wypada doskonale. Pewnym zaskoczeniem był dla mnie Rafał Rutkowski, w roli przyjaciela Juliusza, który w tym filmie niby gra takiego cwaniaczka, uwodziciela trzeciej klasy, ale kiedy pod koniec zaczyna się chwila prawdziwej farsy to absolutnie rządzi ekranem. A jednocześnie, ku zaskoczeniu Zwierza, ten bohater też jest miły.  Nie jakiś cudownie miły, ale całkiem sympatyczny.

 

Juliusz to taka komedia, która nie przypadnie wszystkim do gustu. I chyba nie była w swoim zamiarze kierowana do wszystkich (o ile jakikolwiek film jest). Ja bawiłam się dobrze, zaskakująco dobrze. Być może dlatego, że w polskim kinie rozrywkowym często nowe filmy chcą być czymś innym. Drugim „Kilerem”, polskim „To właśnie miłość”, alternatywnymi „Listami do M.” Ten nadmiar powielania i kopiowania sprawia, że wszystko jest marną podróbką czegoś oryginalnego. Pod tym względem Juliusz wyróżnia się pozytywnie. Nie chce być niczym innym tylko opowieścią o nauczycielu plastyki, którego życie zmienia się na lepsze.  Nie ukrywam, to całkiem miłe zobaczyć w polskim kinie, polski film, który jest trochę śmieszny, trochę wzruszający i człowiek wychodzi z seansu absolutnie zadowolony i myśli sobie, że może wcale nie jest jeszcze tak źle. Jak sami wiecie, w Polsce to bardzo trudne uczucie do wywołania.

PS: W filmie na chwilkę pojawia się Maciej Sthur i miło się dowiedzieć, że jednak ma do siebie trochę dystansu, bo gra rolę z idealną puentą.

Ps2: Żeby nie było, na moją opinię może trochę wpływać fakt, że znam jedną z osób współpracującą przy scenariuszu (Kamila Śmiałkowskiego) i wiem co chciał on i inni twórcy osiągnąć przy tym filmie. Czasem jak się wie jaki był zamiar, to zupełnie inaczej patrzy się na efekt końcowy. Co nie zmienia faktu, że naprawdę z przyjemnością dobrze się pisze o Juliuszu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...