Jestem zmęczona czyli poprawiając rewolucję zielonym długopisem

23/08/2018

Dokąd po świecie pędzisz Ethanie czyli Zwierz o Mission Impossible: Fallout

23/08/2018

Kaczki sa animowane, emocje są prawdziwe czyli po pierwszym sezonie Kaczych Opowieści

23/08/2018

Przez ostatnie miesiące pisałam książkę, prawie nie spałam, nie oglądałam niemal seriali, do kina wychodziłam sporadycznie. W tym czasie tylko jeden serial rozbudził moją wyobraźnie, sprawił, że klaskałam z radości i geekowskiego szczęścia, a także przed snem układałam sobie w myślach fan fiki. Były to Kacze Opowieści, których pierwszy sezon właśnie się skończył. I mój Boże, co to był za sezon.

 

O serialu entuzjastycznie Zwierz wypowiadał się już po pierwszych odcinkach, ale nie był przygotowany na to, że dostanie tak dobry serial. W sumie, po pewnej refleksji – jest to najbardziej konsekwentnie prowadzony serial ze wszystkich jakie w ostatnim czasie oglądał Zwierz. Do tego – niosący za sobą olbrzymi ładunek emocjonalny. Nawiązujący inteligentnie do faktów znanych fanom a jednocześnie nie alienujący nowej widowni. Prawdę powiedziawszy – bliski produkcji idealnej.  Kiedy skończyłam oglądać pierwszy sezon zadałam sobie pytanie – kiedy ostatnim razem czułam podobne emocje, uczucia i te specyficzne połączenie sentymentu, radości i poczucia, że postacie są dla mnie ważne. Ku zaskoczeniu odkryłam, że podobne uczucia wzbudzały we mnie sezony Doktora Who za czasów Russela T. Daviesa. Już miałam się skarcić za takie porównanie kiedy, szukając recenzji serialu na anglojęzycznych stronach, znalazłam tekst z dokładnie taką samą intuicją – najwyraźniej więc nie jestem sama z moim poczuciem, że ta produkcja dotyka dokładnie tam gdzie potrafił dotknąć Doktor.

 

Co jest najciekawsze w serialu? Sposób prowadzenia postaci. Po pierwsze – opłaciła się decyzja by rozróżnić siostrzeńców Donalda pod względem charakteru. Huey jest tu idealnym skautem, nerdem, dzieciakiem który musi mieć plan.  Louie, jest leniwy, łasy na pieniądze i pragnący podnieść swoją pozycję społeczną, centralne miejsce w narracji znajduje Dewey – który pragnie odkryć prawdę na temat zaginionej matki. Każdemu z nich serial poświęca odrobinę czasu, choć Dewey jest najciekawiej poprowadzony – zwłaszcza jego poszukiwania prawdy o matce, na których cieniem kładzie się lęk że odkryje coś naprawdę nieprzyjemnego. Wprowadzenie do takiego serialu wątku, że to czego możemy dowiedzieć się o bliskich niekoniecznie przypadnie nam do gustu – jest bardzo ciekawym zabiegiem. Obok siostrzeńców mamy Webby, która na przestrzeni tych dwudziestu kilku odcinków nie tyko uczy się żyć razem z rodziną McDuck ale też staje się jej częścią. Odcinek w którym przeżywa swoją wspólną przygodę ze Sknerusem jest jednym z zabawniejszych (sposób nawiązania do innego serialu Disneya jest tak cudowny, że można spaść z krzesła) ale też wzruszających odcinków. Zresztą cały wątek Webby i jej przyjaciółki jest chyba emocjonalnie drugim najbardziej poruszającym wątkiem serialu, który ma niespodziewanie poważne zakończenie.

 

Nad postacią Sknerusa pochylałam się w pierwszym wpisie ale wciąż uważam że warto o nim pisać. To Sknerus który częściowo jest pisany na nowo ale jest to tez w dużym stopniu Sknerus Barksa czy Rossy. Serial odchodzi od koncentrowania się na jego skąpstwie, zajmując się głównie jego pasją poszukiwania skarbów i  godny siebie wyzwań. Jednocześnie – proces przywiązywania się Sknerusa do siostrzeńców i całej rodziny – układa się we wspaniały wątek postaci – prowadzący nas nie tylko do emocjonalnego finału, ale też do być może najbardziej rozdzierającego momentu w historii animacji o kaczkach. Kiedy w przed ostatnim odcinku serialu Sknerus zmuszony jest przyznać, że nie jest w stanie każdemu – wbrew swoim zapowiedziom – zawsze zapewnić bezpieczeństwa, odkrywamy taką stronę najbogatszego kaczora na świecie jakiej dotychczas nie widzieliśmy. To jest odcinek w którym Sknerus płacze i serio od czasu kiedy Dziesiąty Doktor chlipał w deszczu nie było tak smutno. Zresztą do wspaniałości Sknerusa dokłada się fakt, że jednak David Tennant robi w tej roli rzecz niesamowite.  Inna sprawa – o ile wątki siostrzeńców są pisane bardzo „na nowo” o tyle tworząc postać Sknerusa twórcy powracają do znanych wątków – niekiedy je reinterpretując innym razem – nadając im ludzką (a może kaczą) głębię. Cudowne jest pojawienie się Złotki – w roli byłej Sknerusa – jeśli ktoś zastanawiał się jak pokazać miłość niemożliwą, w wykonaniu dwóch kochających złoto kaczek, to dostanie odpowiedź na ekranie. Aż można zapomnieć że ogląda się animację dla dzieci i poczuć emocje jak z melodramatu gdzie bohaterów najbardziej łączy to co dzieli ich na zawsze.

 

Warto też wspomnieć o absolutnie genialnym pomyśle na postać Donalda, który przez większość serialu pozostaje w tle. Jego pojawienie się co pewien czas zwykle jest związane z całkiem ciekawymi wątkami – głównie traktującymi emocje bohatera poważnie, ale samego bohatera nie do końca. Jednak scenarzyści wpadli na genialny pomysł. W ostatnim odcinku, jedyny kwaczący w serialu Donald, ma okazję przemówić, prawdziwym głosem  (i brzmi jak Don Cheadle!). To chyba najwspanialsze kilka minut w historii Donalda a także odpowiedź na pytanie – dlaczego ten kaczor ma taki olbrzymi problem z gniewem i emocjami. Serio tak pięknie zagrać postacią w ostatnim odcinku sezonu – jednocześnie odnosząc się do elementu który może wydawać się niespójny z resztą świata przedstawionego – nic tylko zdjąć kapelusz i zamiatać nim podłogę w głębokich ukłonach.

 

No właśnie poza doskonale poprowadzonymi (i spójnymi!) wątkami mamy w serialu całe mnóstwo poczucia humoru. I to jakiego. Z jednej strony – twórcy gdzie mogą bawią się nawiązaniami do innych produkcji Disneya. Ale jakie to są inteligentne nawiązania. Mamy więc tajemniczą kartkę, z księgi tajemniczych druidów i jest ewidentnie przepis na sok z gumijagód. DarkWing Duck – serial Disneya jest serialem w świecie Kaczych Opowieści – Śmigacz który jako jedyny występował w obu klasycznych serialach, tu jest fanem serialu w świecie serialu. Nasi bohaterowie napotykają na swojej drodze śpiewających podniebnych piratów – tych samych z którymi spotykał się Baloo. Nie ma wątpliwości że te elementy przygotowano dokładnie dla ludzi w moim wieku, którzy widząc piruety animowanego psa w kapitańskim ubraniu czują przypływ nostalgii. Ale to nie koniec humoru – jest tu zarówno sporo absurdu (najpiękniejszy wątek małych morderczych kucyków), slapsticku (jeden z siostrzeńców przez cały odcinek może się komunikować tylko za pomocą hełmu) i po prostu dobrego humoru słownego. Serial jest tak inteligentnie dowcipny że to aż dziwne, że udało im się zmieścić wszystkie żarty. Do tego czasem jeszcze znajdzie się trochę przestrzeni na fajny komentarz społeczny – jak np. głównym rywalem Sknerusa jest tu w istocie Mark Beaks – połączenie Elona Muska z Zuckerbergiem, którego pomysły – zwykle nawiązujące do pewnych pomysłów geniuszy nowych technologii, są ładnie może nie tyle wyśmiewane, co pokazywane jako nie tak cudowne jak by się mogło wydawać.

 

Do tego obsadę głosową ma taką, że gdyby chciano nakręcić serial w wersji aktorskiej to byłaby to cudowna produkcja. Mamy więc Lina-Manuela Mirandę, jako stażystę i super bohatera, Catherine Tate występuje jako Magika de Czar i nie sposób nie dostrzec jak doskonale się w tej roli bawi. A już moment w którym słyszy się jednocześnie głosy Tennanta i Tate to moment w którym człowiek czeka aż w tym wszystkim pojawi się TARDIS. Fenimenalna jest Margo Martindale jako Ma Beagle czy Alison Janney jako Złotka.  Głosem ojca Sknerusa (jego rodzice żyją bo klątwy i długowieczność trzymają się tych kaczek) mówi Graham McTavish. Ogólnie ilekroć słyszy się jakiś glos w tym serialu to człowiek leci sprawdzić kto to jest. I zwykle to jest ktoś kogo się kojarzy i kto pasuje do roli absolutnie idealnie (Beck Bennett to mógłby Śmigacza grać w wersji aktorskiej z miejsca bo dokładnie tak wyglądałby ten bohater gdyby był człowiekiem).

 

 

Nie jest łatwo opowiedzieć historie rodzinną, przygodową, komediową i jeszcze dorzucić do tego prawdziwe emocje, kiedy twoimi bohaterami są kaczki.  Nie jest łatwo stworzyć pełnowymiarową postać kiedy bohaterem o którym mówimy jest niemal nieśmiertelna szkocka kaczka. A jednak… jednak udawało się to już wcześniej Barksowi, Rossie i udaje się też scenarzystom nowych Kaczych Opowieści. Moim zdaniem dlatego, że odkryli, że nawet kręcąc serial animowany, przeznaczony dla młodego widza, nie można tracić z oczu jakiejś emocjonalnej głębi, czy prawdy. To jest serial o dzieciach tęskniących za matką, o dziadku który uczy się nawiązywać kontakty z wnukami, o ojcu który boi się o bezpieczeństwo bliskich, o dziecku które pragnie przyjaźni. Fakt, że serial potrafił się co pewien czas zatrzymać (w przedostatnim odcinku wręcz dosłownie – rozgrywa się on cały na pokładzie samolotu) i odnieść się do tego poważnie – naprawdę sprawia, że człowiek czuje się doceniony jako widz. Bo wie, że emocje które poczuł nie są przypadkowe, że wszystko to – choć jest opowieścią o animowanych kaczkach jest z braku lepszego słowa, prawdziwe.  I właśnie dlatego Kacze Opowieści są jednym z najlepszych seriali jakie widział Zwierz od dawna.

Ps: Pierwsza zasada oglądania Kaczych Opowieści – zawsze śpiewasz piosenkę z czołówki. ZAWSZE!

Ps2: W pierwszym wpisie o Kaczych opowieściach napisałam, że połączenie cudownego życiorysu Sknerusa z głosem Davida Tennanta doprowadziło do niepokojącej fascynacji animowaną kaczką. To się pogłębia. Oj pogłębia.

Ps3: Oczywiście, że ułożyłam sobie w głowie cały fan fik o Sknerusie. Ja mam naprawdę bardzo dużo uczuć względem tej kaczki.

Ps4: Warto zaznaczyć, że w tym serialu doskonałym pełnowartościowym bohaterem jest koń który chodzi na dwóch nogach i zamiast głowy ma popiersie Sknerusa McKwacza. I ta postać ma sens i dowodzi konsekwencji scenarzystów. I naprawdę mam wrażenie, że ze wszystkich znanych mi seriali jeszcze tylko Doktor Who byłby  w stanie zrobić coś takiego z sensem.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...