25 miłych rzeczy na dni nie najlepsze czyli zwierz was trochę pociesza

18/06/2017

Jak oni biegają czyli zwierz o Słonecznym Patrolu

18/06/2017

Król i jego wesoła kompania czyli o Król Artur: Legenda Miecza (bez spoilerów)

18/06/2017

Recenzje filmu Król Artur: Legenda Miecza były tak złe że zwierz spodziewał się, że na ekranie zobaczy źle zmontowaną, nie śmieszną sieczkę której nie sposób będzie oglądać z przyjemnością. Jakie więc było zdziwienie zwierza kiedy okazało się, ze Guy Ritchie nakręcił po prostu swój zwykły przygodowy film, który nie leży ani daleko od Porachunków ani od Sherlocka Holmesa. Leży za to bardzo daleko od legendy o Królu Arturze. Wpis bez spoilerów.

Zacznijmy od tego, że film można byłoby spokojnie zatytułować zupełnie inaczej. Gdyby wyrzucić z fabuły kilka imion i kilka elementów (np. Miecz w Kamieniu) to cała historia byłaby po prostu przygodową opowieścią dziejącą się w bardzo fantastycznej wizji Anglii – w czasach tak ahistorycznych jak się tylko da. Przy czym nikt nie ukrywa przed nami, że będziemy się raczej legendą bawili niż po bożemu odgrywali jej kolejne etapy. Już pierwsze sceny – konfrontacji broniącego Camelotu Uthera z nacierającymi siłami Mordreda mogą nieco zaskoczyć wielbicieli legend arturiańskich. Nie da się bowiem ukryć że konfrontacja z Mordredem zwykle oznacza koniec a nie początek opowieści. Jednocześnie sama bitwa jest tak chaotyczna, szalona i przesadzona że widz już wie z jaką opowieścią i z jakim światem przedstawionym ma do czynienia. To rzucenie widza na głęboką wodę, ale nie pozbawione sensu. Ktokolwiek czekał na prawdziwe średniowiecze i dokładnie odmierzony realizm ten od razu wie, że tego raczej nie dostanie.

 

Kiedy idziesz z kolegami na imprezę i orientujesz się, że tylko ty masz magiczny miecz…

Co ciekawe – po tej pierwszej dość chaotycznej i przeładowanej scenie tempo i sposób narracji się zmienia. Historię dorastania Artura poznajemy w bardzo dobrze skomponowanym krótkim montażu a potem  dostajemy film, który często korzysta z przestawionej akcji – trochę jak w gangsterskich filmach Ritchiego. Sporo skakania do przodu i w tył, przyśpieszania, zwalniania i zabawy montażem. Zresztą kiedy poznajemy Artura który jest lokalnym dobrze znanym opiekunem zamtuza i nieformalnym przywódcą małej bandy która rządzi kilkoma ulicami, to inspiracje filmami gangsterskimi reżysera są dość wyraźne. Co ciekawe – choć może się to wydawać zabieg z czapy, to właśnie te nawiązania do Porachunków czy Przekrętu wychodzą tu najlepiej. Jest lekko, zabawnie a jednocześnie całkiem sporo się dowiadujemy. Zresztą film stara się na początku przekonać nas że bohater ma jakiś charakter a nie jest tylko kolejnym wielkim wybranym który musi dojrzeć do swojej roli. Niestety – fabuła wymaga by potem bohater przeszedł klasyczną drogę i wtedy niestety film jest słabszy. Należy bowiem zauważyć że tym co ratuje film przez większość czasu jest humor. Humor naprawdę dobrze pomyślany – bo wpisany w życie bohaterów a nie deprecjonujący znaczenia ich działań. W filmie jest dużo dobrego humoru- przynajmniej na początku. Niestety w pewnym momencie musi być heroicznie i humor przygasa. Wtedy film zaczyna iść ścieżką 99% filmów o wędrówce bohatera.

 

„A teraz wszyscy rączki w górę i klaszczemy”

Oglądając film, ojciec zwierza, rzucił uwagą że otoczenie Artura i podjęta przez nich misja (jak można się domyślać – chcą obalić złego króla Vortigerna) przypomina bardziej Robin Hooda i jego wesołą kompanię niż legendy arturiańskie. To bardzo trafne spostrzeżenie, które każe się zastanawiać czy nie należało iść raczej w tą stronę. Zwłaszcza że grający Vortigerna Jude Law byłby doskonałym księciem Janem. W każdym razie wracając do filmu, który dostaliśmy – mamy ekipę w której jeden jest zabawny, drugi mądry, trzeci młody, czwarty doskonale strzela z łuku itp. Wszyscy bez wyjątku są lojalni, dowcipni i sympatyczni. Dla równowagi mamy też tajemniczą czarodziejkę, która jest być może najpotężniejszą istotą jaką spotkamy w tej wesołej grupie ale film nie za bardzo ma na nią pomysł. W każdym razie nad produkcją unosi się raczej duch wesołej łotrzykowskiej kompanii niż króla który ma zjednoczyć królestwo. Nie jest to złe – zwłaszcza że jak już zwierz wspomniał – film i tak nie ma wiele wspólnego z legendą więc dobrze że nie próbuje nawet udawać. Zresztą trzeba tu dodać, że o tym gangstersko- łotrzykowskim charakterze filmu świadczy też fakt, że właściwie prawie nie ma w nim kobiet. A te które są służą głównie temu by ginąć dać motywację bohaterom. Ogólnie to jest jeden z tych filmów który nie wie co z kobietami zrobić. Inna sprawa, że zdecydowano nie dawać do filmu ani Morgany ani Ginewry (w nadziei na sequel) więc zostało tych postaci mało. Nie mniej to jest taki typowy film gdzie panowie chcą panom zrobić krzywdę.

 

Kiedy w końcu udało ci się znaleźć takie naramienniki o jakich marzyłeś

Złym w tym wydaniu opowieści o Królu Arturze jest brat Uthera Pendragona (tu wyjątkowo szlachetnego, zresztą trudno się dziwić skoro gra go Eric Bana i robi to dokładnie z taką samą miną z jaką grał Hektora w Troi) Vortigern. Jest to typowy filmowy zły, bezwzględny, doskonale ubrany i kochający władzę. Byłby płaski jak naleśnik gdyby nie Jude Law. Tak to jest jak się ma pod ręką doskonałego aktora, że potrafi tego dość schematycznego pompatycznego złola zamienić w rasowy czarny charakter. Aktorsko jest więc doskonały, do tego niewymuszenie królewski, zły ale nie odrażający, ludzki choć bezwzględny. Do tego Law ma tą swoje spojrzenie – pełne pogardy i wyższości, którego nie da się podrobić. Ogólnie jest to naprawdę dobra rola i co ciekawe – choć mogłaby bardzo szybko wyjść karykaturalnie niemal do końca jest pełna prawdziwych emocji. Gdyby nie dość proste rozwiązanie fabuły byłby tu materiał na postać zdecydowanie ciekawszą od filmu w którym się pojawiła. Inna sprawa – Vortigern jest magiem a właściwie człowiekiem związanym ze światem magii. I ta magia w świecie tego Króla Artura jest całkiem ciekawa i w sumie kto wie czy nie najlepiej napisana z całego filmu. Ogólnie zwierz bardzo lubi różne koncepcje magii i ta – zwłaszcza w swoim mrocznym wydaniu – całkiem zwierzowi się spodobała.

 

Pozuj! Google Earth zawsze robi zdjęcia.

No właśnie – mimo dobrego wrażenia jakie pozostawia film nie da się nie dostrzec kilku wad. Po pierwsze są w filmie sceny które sprawiają wrażenie pozostawionych po wątkach które z jakiegoś powodu wyleciały ze scenariusza. W kilku miejscach zwierz miał wrażenie jakby oglądał sceny zupełnie bez kontekstu, albo jakby jakiś pomysł scenariuszowy ostał się tylko w kawałku jakiegoś wątku. Być może to jedna z tych produkcji którą wielokrotnie przemontowywano. Zresztą chyba coś jest na rzeczy bo zwierz po napisaniu tego zdania pobiegł na Imdb i doczytał że po pierwszym montażu film miał ponad trzy godziny. I to bardzo widać. Nie znaczy to, że pozostawione sceny są złe ale przypominają trochę te animacje w grach komputerowych tyko bez gier komputerowych. Zwierz niemal widzi oczyma duszy swojej jak bohater przechodzi kolejny etap. Kolejnym słabym punktem jest zakończenie. Nie dlatego, że jest niesatysfakcjonujące ale dlatego, że kiedy film zaczyna się kończyć to porzuca całe mnóstwo swoich nieortodoksyjnych pomysłów na prowadzenie fabuły i wpada w dobrze znane tory. Co jest smutne bo dobrze znany kurs zaczyna powoli się nudzić. Film ma też tę wadę że zaplanowano go jako początek długiej serii. Jeśli seria się nie uda (a chyba wyniki na to wskazują) to zostaniemy z produkcji która nie ruszyła całego mnóstwa wątków i pomysłów.

 

Kiedy ktoś przyjdzie na imprezę ubrany tak samo jak ty i trochę cię to irytuje

Co do obsady to zwierz musi przyznać że o ile Jude Law zjada wszystkich na śniadanie to grający Artura Charlie Hunnam  sprawia zwierzowi pewne problemy. Nie gra źle ale ma jakby odrobinkę za mało charyzmy. Trudno nawet dokładnie powiedzieć o co chodzi ale zwierz ma wrażenie że filmy Ritchiego najlepiej sprawdzają się z bardzo pewnymi siebie aktorami w głównych rolach. Hunnam nie jest zdaniem zwierza wystarczająco aktorsko arogancki by ponieść tak napisaną rolę. Nie mniej może to wynik braku jakichś wyjątkowo ciepłych czy zimnych uczuć do aktora. Po tym filmie, jak i przed nim jest on zwierzowi bardzo obojętny. I jasne Hunnam ma swój cały fanklub ale niestety dla zwierza był takim elementem który można byłoby w tym filmie najłatwiej wymienić (choć może nie na Kita Harringtona jak pierwotnie planowano, bo po co komu Artur który cały czas wygląda jakby miał myśli samobójcze).Przy czym należy zaznaczyć, że taki Artur dobrze by się sprawdzał przy jakimś dobrze napisanym Lancelocie. Ale w tym Arturze ani Lancelota ani Merlina nie uświadczymy. Co ponownie sprawia, że zwierz ze smutkiem myśli o braku sequela (choć może się mylić!). Tzn. to jest na tyle fajnie napisany świat że zwierz chciałby zobaczyć w nim wszystkich bohaterów z arturiańskiej legendy – nawet jeśli graliby w historii zupełnie od czapy.

 

Szybko zanim ludzie zorientują się, że ta scena już była w Sherlocku!

Zdaniem zwierza – które musi teraz napisać żeby się potem na nie powoływać – to film który czeka podobny los co Obłędnego Rycerza. To znaczy kiedy już wszyscy przestaną krytykować film za to że jest takim misz maszem różnych pomysłów, stylów, historii, i epok zacznie on zdobywać status produkcji lubianej a nawet podziwianej.  Bo to jest taki Obłędny Rycerz na sterydach – pewne zaprzeczenie trendu jaki wytyczyła Gra o Tron ze swoimi śmiertelnie poważnymi knowaniami i mordowaniem wszystkich bo jest wtorek. Nowe wcielenie Króla Artura bawi się muzyką, montażem, efektami specjalnymi a do historycznego kostiumu ma bardzo luźne podejście. A jednocześnie podaje widzom po prostu sympatyczny film przygodowy. A filmy przygodowe wcale nie mają się tak dobrze – zastąpione głównie przez kino super bohaterskie. I jasne – na dobry film o legendarnym Królu Arturze to sobie jeszcze długo poczekamy. A na razie mamy całkiem miłą przygodówkę o chłopaku który nazywa się Artur. I wiecie co – im dłużej zwierz oglądał ten film tym bardziej dochodził do wniosku, że Ritchie byłby naprawdę niezłym reżyserem Wiedźmina. Przynajmniej tego którego mam w głowie.

Ps: Prawdę mówią ci którzy chwalą muzykę do filmu. Jest szalona, bardzo eklektyczna ale doskonale dopasowana do filmu. Aż chce się pobiec i przesłuchać całą od nowa.

Ps2: Ritche w sumie dobrze odpowiedział na pytanie – jak zadbać o reprezentację w filmach o zamierzchłych czasach. Otóż należy ją wrzucić i nikogo nie przepraszać. O dziwo – rzeczy których nadmiernie się nie tłumaczy po prostu w świecie przedstawionym są a widz nie zadaje zbędnych pytań.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Gdzie można podpisywać petycję, żeby Ritchie reżyserował Wiedźmina? Bo ja autentycznie mogę oddać nerkę, żeby otrzymać takowy dar od losu <3

    • Ginny

      Moją nerkę? ;)

  • Paweł Łukijańczuk

    Dodam jeszcze, że cykl produkcyjny tego filmu był prawdziwą drogą przez mękę. Pierwotnie miał wyjść ponad rok temu, ale WB było bardzo z niego niezadowolone, co skończyło się tym, że „Legendę miecza” praktycznie nakręcono od nowa – skala dokrętek była podobna do tych, które zaliczyło „World War Z”.

  • A ja nadal będę stać na stanowisku, że wbrew pozorom ten film ma bardzo dużo wspólnego z legendą :D Nie z Malorym czy z Tennysonem, ale z tymi jeszcze wcześniejszymi tekstami. Oczywiście, zmienia sporo, ale zmienia w taki sposób, że fabularnie to wszystko ma sens, ręce, nogi i głowę nawet. To jest pierwszy film, który robi z Ekskalibura miecz z kamienia i ja nie mam ochoty walić głową w najbliższą powierzchnię płaską.
    Ogólnie to jestem zachwycona i piszczę nadal, trzy dni po seansie, bo ktoś wreszcie sobie przypomniał o moim drogim Vortigenie <3 Gdyby ktoś w końcu sobie przypomniał i o Gawainie to w ogóle byłabym zachwycona ponad wszelkie miary. A Mordred i tak oberwał w popkulturze już tak bardzo, że słonie kradzione ze Śródziemia mu nie zaszkodzą bardziej XD
    Muzyka zasługuje na wszystkie możliwe statuetki, nagrody i hymny pochwalne <3 Jakie to było magiczne <3
    I marzę o sequelu. I epickim starciu Arthura z wikingami. (O tym, że chętnie obejrzałabym tę trzygodzinną wersję to nawet nie wspominam).

    • Krzysiek Ceran

      No bo tutaj Ekskalibur jest jednocześnie mieczem z kamienia i mieczem wręczanym (ponoć nawet dwukrotnie) przez Panią z Jeziora. Zjedli ciastko i mają ciastko.

  • Michał Kwiatkowski
  • Kinoman1

    Jestem rozczarowany. Mam wrażenie, że producenci bardzo grzebali w scenariuszu bo poza zabawami z czasem w Królu Arturze niewiele zostało z elementów charakterystycznych dla innych filmów Rtchiego. Muzyka mogła się podobać, obsadę dobrano dobrze ( może poza jak zwykle bezbarwną Annabel Wallis ) ale sceny bitew zrealizowano koszmarnie (CGI „biło po oczach”). W dodatku drażniła mnie (chyba zamierzona) szara kolorystyka obrazu.

  • Marcin

    Ja trochę nie w temacie – czy Zwierz zamierza zrobić wpis o najnowszym sezonie Orange is the New Black?

  • Tak się powinno na nowo interpretować opowieści – Ritchie zrobił film w swoim własnym stylu, przez co całość jest powiewem świeżości. Ja się bawiłem świetnie, choć nie spodziewałem się aż takiej ilości mroku w tej historii. Chyba lepszego blockbustera na tą chwilę nie ma.

  • Agnieszka Wesoła

    Haha też miałam skojarzenia co do Wiedźmina i w pewnym momencie zamiast oglądać Artura zupełnie się zatraciłam w ekscytacji na nadchodzącą realizację :D Wprost nie mogę się doczekać <3

  • Aleksandra

    Poszłam drugi raz na ten film do kina (!) bo bardzo podobało mi się połączenie efektów graficznych i fabuły z muzyką. Bez tej muzyki byłoby dużo gorzej. Nawet jestem w stanie wybaczyć tego Davida Beckhama kiedy mamy tak pięknie pokazany moment wyciągania miecza ze skały + muzyka. A jeżeli nawet oklepany i pompatyczny to potem rozładowany tym jak Artur zupełnie sobie nie radzi :D

    Myślę, że to co w tym filmie jest warte polecenia (poza muzyką) to tez trochę odejście od takiej klasycznej struktury: ktoś jest wybrańcem + dostaje super przedmiot – rozwala wszystkich. Tutaj jednak próbowano pokazać, że potrzeba jeszcze trochę wysiłku od bohatera. Duży plus. I plus za to, że nie ma typowej dla kina superbohaterów miałkich rozważań w stylu „ojejejejej jaki ja jestem nieszczęśliwy” przez pół filmu.

    A jeżeli i to was nie przekonuje, to Judie Law rozwala system. Tak pięknie zagrane emocje… Nie no zostawmy opis postaci Vortigena po prostu mówiąc, że gra go Judie Law i gra go wybornie.

    P.S. Absolutnie zostałam kupiona kwestią pochodzenia skały w którą wbity był miecz. Piękne rozwązane, jak ktoś się nie zgadza to trudno, dla mnie to jest piękne połączenie wszystkich elementów znanych z legendy.

    P.S.2 Judie Law