Porzućcie wszelką nadzieję czyli małe piekło oglądania Inferno

19/10/2016

Największy przywilej świata czyli zapomnij o pieniądzach

19/10/2016

Książki nie wydają się same czyli czasem wypada się zdenerować

19/10/2016

Beata Pawlikowska wydała nową książkę. Właściwie żadna to nowość – autorka publikuje coś szybciej niż zdąży się stwierdzić że jej poprzednia książka nie ma zbyt wiele sensu. Podróżniczka i dziennikarka radiowa pisze właściwie o wszystkim od podróżowania po świecie, przez hodowlę kotów po zdrowe odżywianie. Czasem jednak bierze się za psychologię. I wtedy zaczynają się problemy.

Najnowsza książka Beaty Pawlikowskiej dotyczy depresji. A właściwie – jej jest autorskim wykładem o tym jak z depresji wyszła. Książka – podobnie jak inne jej psychologiczne dzieła, zawiera sporo bełkotu, powiązanego z bardzo kiepskimi metaforami i poradami które mają tą cechę że są tak ogólne że właściwie trudno uznać je za przydatne dla kogokolwiek. Do tego w książce znajdziemy informacje z których wynika, że lekarstwa naprawdę w przypadku depresji nie pomagają, zdecydowanie ważniejsze jest zmienienie „oprogramowania mózgu”, które to oprogramowanie działając wadliwie przyczyniło się do depresji. A ponieważ Pawlikowska się sama z depresji wyleczyła teraz za 39,90 może nam sprzedać  odpowiedź na pytanie jak się wyleczyć. Na skróty i w domu bez niepotrzebnych konsultacji psychologicznych, lekoterapii i wszystkiego co zachodnia medycyna ma do zaoferowania. Nie jest to pierwsze podejście Pawlikowskiej do kwestii zaburzeń psychologicznych. Wcześniej wydała książkę w której tłumaczyła rodzicom co dzieje się w umysłach ich dzieci, co sprawia, że popadają w anoreksję, bulimie i uzależnienia. Ponownie krótkie spojrzenie na książkę pozwala nam stwierdzić, że mamy do czynienia z narracją prowadzoną  tak, że wiele tu mowy o chorobach duszy, złym nastawieniu i pełnego egzaltacji spojrzenia w psychikę młodych ludzi trochę na zasadzie „widzi mi się”. Ponownie łatwiej po taką książkę sięgnąć niż zasięgnąć porady czy dowiedzieć się jakie są rozpoznawane przez psychologów i znawców tematu prawdziwe przyczyny anoreksji czy uzależnień. Łatwiejsze niż zaprowadzenie dziecka do miejsca gdzie może znaleźć pomoc.

gjskk

Nieleczona depresja czy anoreksja mogą doprowadzić do śmierci. To zdanie wiele osób traktuje jako dramatyczną przesadę ale tak to wygląda. W obu przypadkach ważna jest diagnostyka, udzielona pomoc, często hospitalizacja. Nie wszyscy wierzą że lekarstwa pomagają w przypadku depresji co nie zmienia faktu, że decyzję o ich przyjmowaniu bądź nieprzyjmowaniu należy podjąć wraz z lekarzem po zapoznaniu się z obowiązującym w medycynie stanie wiedzy. Nie brzmi to jak coś szczególnie rewolucyjnego – podobnie zachowalibyśmy się w przypadku każdego innego schorzenia. Tylko, że – co doskonale wiemy – w przypadku schorzeń mniej oczywistych – jak zaburzenia psychiczne, nasze podejście jest radykalnie inne. Mimo, że sporo się w społeczeństwie zmieniło i zmienia (na lepsze) wciąż  żyjemy w świecie gdzie dla olbrzymiej grupy ludzi zaburzenia psychiczne są sprawą wstydliwą albo łatwą do wyleczenia domowymi sposobami. Książki takie jak te które pisze Beata Pawlikowska przyczyniają się do obrazu problemów psychicznych jako czegoś z czym jednostka powinna sobie sam poradzić. Zwłaszcza że wystarczy zrozumieć co się dzieje, zastosować odpowiednie mechanizmy, myśleć pozytywnie i pewnie jeść dużo jarmużu.

287e81b100000578-3074752-she_wielded_a_placard_proclaiming_she_is_not_going_to_take_it_an-a-62_1431185381273

Zwierz nie ma pretensji do Beaty Pawlikowskiej. Pisanie książek głupich i nieodpowiedzialnych nie jest domeną tylko jednej osoby.  Tym co naprawdę niepokoi zwierza, to brak odpowiedzialności. A właściwie to, że nawet my nie patrzymy na tego typu pozycje jako na coś za co odpowiedzialność bierze wydawca. A to jest kluczowe. Pytaniem które powinniśmy sobie zadać jest nie : Dlaczego Pawlikowska napisała taką książkę, ale Dlaczego nie przeszkadza nam że Edipresse ją wydało. To problem który wykracza poza tą jedną autorkę i pozycję. Podobne pytanie należałoby zadać wydawnictwu Znak które w jednej ze swoich serii wydawniczych wydrukowało Bezdomną Katarzyny Michalak – książkę która zawierała niesłychanie krzywdzący i po prostu nieprawdziwy obraz osób cierpiących na schizofrenię.  Podobnie zwierz miałby olbrzymie pretensje do Wydawnictwa Literackiego za drukowanie Michalak – choć tu już głównie ze względu na znaczenie i renomę wydawnictwa. Nadal zwierz nie jest w stanie zrozumieć jak wydawnictwo, które przez lata publikowało wybitnych pisarzy mogło tak zepsuć swoje imię publikując Grę o Ferrin. Serio jest tylu popularnych pisarzy, dlaczego musieli wybrać grafomankę.

im-so-angry-i-made-a-sign

Oczywiście większość z was odpowie bez zastanowienia. Wydawnictwa publikują takie książki bo się sprzedają. Pytanie – od kiedy uznajemy, że to wystarczające wyjaśnienie by nie uznawać odpowiedzialności wydawnictwa za treści które pojawiają się w ich książkach. To nie jest kwestia cenzury tylko zwykłej przyzwoitości. Wydawnictwo które wydaje książki Pawlikowskiej dla zysku czerpie korzyść z niewiedzy, naiwności czy braku dobrego wykształcenia pozwalającego sięgnąć do profesjonalną pomoc. Publikowanie takiej książki, jest równie niemoralne co wydawanie książek o tym, że raka można wyleczyć marchewką. To nie są sprawy drugorzędne – tylko kupczenie czyjąś szansą na zdrowie i wyleczenie. Co ciekawe – wielu osobom zupełnie to nie przeszkadza. Może oburzymy się na autora ale zupełnie zapominamy o wydawnictwie. Trochę jakby nie było ono zupełnie odpowiedzialne za to co pojawia się na rynku. Jakby fakt, że ktoś chce na takich treściach zarobić – natychmiast sprawiał że wszystko jest OK. To, że wydawnictwa robią coś dla pieniędzy nie sprawia, że automatycznie można przestać czegoś wymagać czy krytykować. Zresztą dotyczy to całej kultury.

tumblr_kvw4gkszjs1qzpnmeo1_500

Zresztą w pewnym stopniu z tego samego powodu denerwują zwierza media które przedrukowują skandaliczne wypowiedzi Terlikowskiego. Póki takie teksty publikuje Fronda (z którą Terlikowski niedawno się rozstał) póty nie ma problemu.  Jak paskudne nie byłby to treści są zgodne z pewną linią czasopisma. Można je w prosty sposób omijać i bojkotować – nie nadając słowom ich publicystów zbyt dużej wagi. Kiedy jednak spore dzienniki przerzucają się w cytatach z Terlikowskiego – doskonale wiedząc, jak bardzo jego opinie rozjuszą czytelników, zmuszając ich do zostawienia komentarza czy podzielenia się artykułem. I tak dla klików czyni się z człowiek, który przez lata był pewnym folklorem bardzo prawicowej prasy ważną osobę w debacie publicznej. Denerwowanie się na Terlikowskiego i jego tezy to jedno – ale zapytanie – kto bierze odpowiedzialność za to, że w ogóle musimy słuchać jego zdania – to równie ważna kwestia. Ponownie – jasne że to się dobrze klika. Ale my możemy być zdenerwowani że opinię osoby która wyraźnie wygłasza je głównie po to by zyskać internetową sławę wykorzystuje się na jej korzyść. To taki mechanizm który zwierza wyjątkowo denerwuje.

London, UK - 20 October 2012: a boy holds a sign reading 'I'm too young to be this angry' in Trafalgar Square during the TUC-organised march 'A future that works' against austerity cuts in central London.

To w sumie jest ciekawe jak mało mówimy o odpowiedzialności w kwestii rynku wydawniczego. Zachowujemy się trochę tak jakby książki po prostu pojawiały się na półkach i nie było za nimi wydawnictw które decydują o tym co trafi do naszych rąk.  I największym problemem nie są tu wydawnictwa o określonym profilu ideologicznym (możemy bez trudu założyć, że Zysk i Ska nie będzie wydawał lewicowych opracowań historycznych)  ale właśnie takie zupełnie pozbawione jakiejkolwiek idei wydawnictwa które mają na sztandarach przede wszystkim zysk. Fakt, że przechodzimy nad ich działaniami do porządku dziennego pokazuje, taką obojętność i postawę, że w sumie co nas to obchodzi albo niewiele możemy zmienić. Zwłaszcza, że przecież zawsze wśród nas i naszych znajomych znajdzie się ktoś kto powie „ale to dla zysku” czy „ale to się kilka”. Jakby to był ostateczny argument kończący dyskusję.

funny-protest-signs-43

Powiem szczerze, to zawsze jest trudne podjąć jakieś działanie w takim przypadku. Zwierz bardzo chciałby już nigdy więcej nie kupować książek Zysku albo Edipresse ale czasem zdarza się pozycja książkowa która jest Bogu ducha winna że wychodzi w tym samym wydawnictwie. Dlaczego trzeba o tym mówić. Pamiętać, że odpowiedzialnością za książkowe pozycje które budzą oburzenie należy obciążać nie tylko autorów ale i wydawców. I tak to jest taki słuszny gniew który bezpośrednio niewiele zmienia w świecie. Ale  nie należy tego uczucia ignorować. A tym bardziej – udawać że sprawy nie ma. Większość zjawisk tego typu najbardziej zyskuje na tym, że nikomu za bardzo nie chce się nic robić, mówić czy po prostu – nawet gdzieś tam w środku oburzyć. Tymczasem jak pokazuje doświadczenie – większość z konsumentów kultury powinna być zawsze odrobinę wściekła.  Tak z przyzwoitości.

Ps: Ostatnio mam fazę na dokumenty i oglądam hurtowo, polecam z Netflix ostatni dokument o Amandzie Knox. Doskonały choć zwierz będzie pewnie pisał o nim osobny wpis.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Tak. Ja jestem wsciekla. Bardzo chcialabym, zeby jakas grupa lekarzy wypowiedziala sie dosadnie na temat tej ksiazki.

    • Polskie Towarzystwo Psychiatryczne i Polskie Towarzystwo Psychologiczne powinny zdecydowanie wyrazić w tej sprawie swoje zdanie.

  • Peter Wimsey

    Dzięki za uwagę o Terlikowskim, jak widzę te puszczane w eter kliko-cytaty okraszone mniej lub bardziej zabawnym czy oburzonym komentarzem, bo po prostu „się nie da” nie przytoczyć, to jakoś tak mi niedobrze. Parę lat temu naprawę nie byłam na bieżąco z każdą kolejną złotą myślą państwa Terlikowskich, teraz cała Polska jest. A to jest realnie groźne, to naprawdę rodzi takie wrażenie, że oni są jakąś tam „stroną debaty”, i środek tak utworzonej debaty automatycznie przesuwa się o sto kilometrów w stronę absurdu.

    • aHa

      Podpisuję się pod tym. Mam dosyć, naprawdę dosyć robienia z tego pana kogoś ważnego, co więcej – kogoś opiniotwórczego. Zarówno Fronda, jak i stojąca na przeciwległym biegunie Gazeta.pl robią dokładnie to samo, czyli selekcjonują treść tak, żeby na najbardziej widocznym miejscu były te „klikające się teksty”. A Terlikowski klika się niestety dobrze. Jak widzę kolejny nagłówek typu „Terlikowski mocno o zakazie aborcji”, „Zobacz co X odpowiedział Terlikowskiemu. W punkt!” to niedobrze mi się robi.

  • Maja Córka Zegarmistrza

    tak samo jak za popularność Trumpa ponoszą odpowiedzialność media, bo on podnosi oglądalność -__-

    • Monika

      To samo myslalam jak to czytalam. Ostatnio modia poszly po rozum do glowy , i publikuja tylko negatywne informacje na jago temat , co oczywiscie jest dla niego nowa pozywka do nienawisci . Ale tak, forsa rzadzi .

      • Zuza Ziemniak

        media chyba powinny podawać przede wszystkim PRAWDZIWE i rzetelne informacje a nie negatywne albo pozytywne. Zresztą jak to w ogóle brzmi „poszly po rozum do glowy , i publikuja tylko negatywne informacje” to jest propaganda a nie informacje niezależnie od tego o kim :/

        • Monika

          to jest pierwszy problem z mediami , ze nie podają prawdziwych informacji . No właśnie , jak to wyglada , ze media dotychczas promujące czy zbierające kasę ze sprzedazy tego co sie sprzedaje ( Trump ) nagle zmieniają strategie . A ze poszły po rozum so głowy , to tez prawda . To juz nie jest śmieszne , co sie stanie jak Trump zostanie prezydentem .

  • Aleksandra Klęczar

    *czeka niecierpliwie na wpis o Netflixowym dokumencie o Amandzie Knox.

    Oraz, ma nadzieję, że kiedyś będzie wpis o innym dokumencie z tej samej stacji, „13th”.

    • Joanna

      Ja również! :)

  • Margot

    Ależ się fartownie Tadeusz Zysk nazywa :)
    Swoją drogą Zysk i S-ka publikuje całkiem niezłe tytuły poza tak sobie wydaną literaturą popularną.
    Ale rzeczywiście, to, co ostatnio dzieje się w politykach wydawniczych wielu szanowanych wydawnictw, jest przynajmniej żenujące.
    Zamiast kształtować gust, wydawcy zalewają rynek chłamem, drukowanym w fullkolorze internetem z receptami na cudowne życie, cudowną figurę, cudowne detoksy, cudowne rzęsy, cudowne historie podtrzymujące na duchu. Co gorsza, czytadła opatrują notkami w stylu „najlepsza powieść ostatnich lat”… Opakowanie ładne – zawartość taka sobie. Okładka superekstra, a papier najtańszy. Grzechy wydawców mnożą się i mnożą…

    • faer

      Albo nagminne dzielenie tomów. Jeden tom kosztowałby 49,99 a jak się sprzeda dwa po 39,99 czy tam ile, to hajs już się będzie bardziej zgadzał, co nie? Wkurza mnie to strasznie. Szczególnie, że aby można było rozmieścić treść w dwóch tomach, często powiększa się czcionkę. Przez co mam wrażenie, że zamiast czytać prozę dla dorosłych, magicznie przeniosłam się do czasów dzieciństwa ;) I najgorsze ze wszystkiego jak dla mnie – brak korekty w tekście. Błędy ortograficzne, składniowe, źle wyedytowane dialogi, brak akapitów. Słodki jeżu, ile razy podczas lektury miałam ochotę rzucać książką, to nie wspomnę.

  • Zastanawiam się jaką redakcję przechodzą książki celebrytów, a jak to wygląda w przypadku początkujących/mniej znanych autorów. Czy jakby taką książkę o depresji chciał napisać „szary człowiek” to czy przeszłaby przez redakcję? Nie sądzę. Wizerunek autora, w tym przypadku znanej osoby, najwyraźniej wystarcza. O ile ja osobiście takiej książki nie traktowałabym jako pomocy przy depresji, a raczej jako inspiracji do tego by walczyć o wyjście z tej choroby, to nie wiem jak inne osoby mogą odbierać jej treść. Depresja to choroba, nie wystarczy nakarmić osobę chorą paroma frazesami. Zgadzam się to jest odpowiedzialność wydawnictwa. I przyznam szczerze, że to trudny temat. Bo tak jak wspomniałaś, nie da się zrezygnować z kupowania wszystkich książek od danego wydawnictwa. Nie można w końcu karać autorów.

  • Wazon

    To jest bardzo ważny wpis. Poczucie odpowiedzialności jakby zanikało. Ktoś pisze brednie, bo ufa własnym błędnym sądom, albo nie ma na tyle wyobraźni, żeby pomyśleć o skutkach jego niebezpiecznych rad. Wg mnie wydawnictwa powinny być zobowiązane, przed wydaniem takiej, Boże się pożal „popularnonaukowej ” publikacji, do ocenienia tekstu przez co najmniej dwóch fachowców. I, jeśli obie recenzje nie będą pozytywne, nie powinni mieć prawa do wydania tego typu książek.A autorzy mogą pisać co chcą, skoro im nie przeszkadza, że przez ich bełkot może ktoś nawet umrzeć, bo nie pójdzie do lekarza i zastosuje się do sugerowanych nonsensów.I wydruk niech wkładają sobie do szuflady, a nie wysyłają do pazernych wydawnictw.
    Zwykła zaś grafomania powieściowa, czy poetycka, irytuje, ale jest o wiele mniej szkodliwa.

    • CDR

      Ostrożnie z pragnieniami. Apelowanie do odpowiedzialności wydawców to jedno a zakazy to po prostu cenzura. Nie wiem czy Kopernikowi udało by się znaleźć dwóch fachowców którzy pozytywnie wypowiedzieli by się na temat jego teorii. Jestem za to przekonany, że wielu autorów idiotyzmów bez trudu takich „fachowców” znajdzie.

  • Galnea

    Robię specjalizację z psychiatrii, hobbystycznie zajmuję się zwalczaniem mitów na temat chorób psychicznych (ostatnio akurat pisałam o schizofrenii w popkulturze). Książka Pawlikowskiej to kupa (słowo nieprzypadkowe) szkodliwych pierdów i wszystkim zaangażowanym w jej powstanie powinno się rzęsiście sklepać poślady.

    PS: W „Bezdomnej” Michalakowa bredziła o CHADzie i depresji poporodowej, a nie o schi. Co wcale nie zmniejsza poziomu głupoty.

    • Masz jakiegoś bloga na ten temat? Chętnie bym przeczytała o schizofrenii w popkulturze.

      • Galnea

        Blogaska nie mam, ale mogę podać link do artykułu – http://charaktery.eu/artykul/schizofrenia-mit-popkultury

        Jeśli bywasz na konwentach, to czasami pojawiam się z prelekcjami okołopsychiatrycznymi. Zwykle na Polconach, ale ostatnio byłam tez na DFach we Wrocławiu.

  • Ay

    Zdecydowanie jestem przeciwna wydawaniu każdej bzdury tylko dlatego, że to jakiś celebryta napisał i się sprzeda… To jest nienormalne i naprawdę może być niebezpieczne, bo ktoś sobie potem pomyśli, że znane nazwisko + dobre wydawnictwo = autorytet godny zaufania.

    Z drugiej strony nie chciałabym też w wydawnictwach cenzurowania pewnych treści, które wydają się kontrowersyjne, szczególnie jeśli chodzi o temat zdrowia. Nauka wciąż idzie do przodu, nie wszyscy lekarze za tym nadążają i czasami ktoś się wyłamuje z czymś, co na pierwszy rzut oka wydaje się bezsensowne, ale jest w tym sporo prawdy. Jeżeli ktoś (nie mówię o Pawlikowskiej, tylko tak hipotetycznie) uważa, że odkrył sposób na wyleczenie depresji bez leków, w jakiś niestandardowy sposób, to powinien się tym podzielić ze światem, bo może akurat to będzie jakiś przełom? Oczywiście jeżeli ta teza zostanie sprawdzona badaniami, potwierdzona przez innych ludzi, specjalistów itd.

  • Zgadzam się ze wszystkim. Miałam czas za nastolatki, gdy ceniłam Beatę Pawlikowską, lubiłam jej audycje w radiu. I akurat wyszła jej książka „W dżungli życia” z ciekawości poszłam kupić. Gdy przeczytałam, ze autorka była podobno chora na wszystko, od depresji przez anoreksję, bulimię i przeżyła masę traumatycznych rzeczy – a z tym wszystkim oczywiście wyleczyła się sama, dzięki głosikowi, który mówił jej „dość”, przestałam ją cenić. Nie dlatego, że nie wierzę, że są ludzie, którzy są zdolni poradzić sobie z tym wszystkim i bynajmniej nie dlatego, że nie wierzę, by jedna osoba mogła przeżyć to wszystko na raz. Bo może, życie bywa naprawdę okrutne. I może sobie z tym sama poradzić, jak jest odpowiednio silna psychicznie.

    Tyle, że mało osób jest odpowiednio zaprogramowanych w naturalny sposób, by samemu sobie ze wszystkim poradzić. A przeprogramowanie mózgu to nie zmiana Visty na Windows 7. I chociaż sama na depresję nigdy nie cierpiałam, to w wyniku zdarzeń życiowych, które mnie zwyczajnie przerosły, byłam jej bardzo bliska. I siedziałam grzecznie przez pewien czas pod opieką psychologa, dopóki ten mi nie powiedział, że nie muszę już przychodzić. Chyba, że sama poczuję inaczej i zechcę wrócić. W tym samym czasie obserwowałam jak inna bliska mi osoba potrzebowała czegoś więcej, niż opieki psychologa i bez środków farmakologicznych po prostu nie dałaby rady.

    I zła jestem na Pawlikowską i na Wydawnictwo, że mają czelność publikować takie brednie. Bo to nie prawda, że wystarczy wiedzieć, co się z tobą dzieje, żeby sobie z tym poradzić. Bo po swoich studiach doskonale potrafiłam poznać objawy mocnych stanów około depresyjnych i co z tego, skoro sama z nimi bym sobie nie poradziła. Moja wiedza kazała mi iść do psychologa po pomoc, a nie wmawiać sobie, że jak będę pozytywnie myśleć, to nagle będę szczęśliwa.

    • Bonnie

      „W dżungli życia” czytało się jak pamiętnik kobiety po przejściach, w takim wypadku przyjmujemy zwykle, że przeszła co przeszła, nie wszystko nam mówi i ma prawo do swojej relacji. Ja tę książkę czytałam w trudnym dla mnie momencie i była pomocna, autorka miała taką zdolność, że się ją odbierało jako bratnią duszę. W kolejnych zaczęła się sadzić na autorytet i pisać o koktajlach owocowych i coraz bardziej odjeżdżała w stronę, która mi się zdecydowanie przestała podobać.

  • Siri

    Przebrnęłam przez kilka książek Pawlikowskiej i co mnie niesamowicie zirytowało to jej skłonność do rozwodzenia się na jeden temat na kilkudziesięciu stronach, powtarzanie go by na końcu dodać „a jak sobie z tym problemem poradzić, dowiecie się w mojej następnej książce”. Tak, to autentyk z, o ile dobrze kojarzę, Potęgi podświadomości (która była tak banalna że brak słów). Szlag mnie chciał strzelić. Naprawdę jak już sie bierze za jakiś temat – nawet z pozycji amatora – wypadałoby przynajmniej być spójnym, bez rozdrabniania, powtarzania i jeszcze tak chamskiego product placement bo to jest po prostu żenujące. I nietrudno zauważyć, że w swoich książkach punktem odniesienia zawsze jest ona sama i jej doświadczenie. Nie wiedza naukowa (też ale rzadziej) tylko jej widzi -mi-się. Nie mówiąc o tym, że merytorycznie jej książki tez kuleją. Więc wczorajszy post na FB nawet mnie zdziwił. To pasuje do niej. Ale cieszy mnie odzew blogosfery na ten temat. Może rozpęta się z tego jakaś większa publiczna dyskusja, bo mam już dość gadki „weź się w garść, uśmiechnij, przestań zamartwiać”. Jakby depresja to był jakiś jeden zły dzień w roku.

  • Kaja

    Tyle tylko, że wydawnictwa oszczędzają na kosztach nie tylko pozbywając się redaktorów, a co dopiero na konsultantów naukowych. Kaja

  • aHa

    Boli mnie już jak czytam ten tekst, nie wyobrażam sobie jak by bolało, gdybym przeczytała książkę… To już chyba lepiej jak celebryci całą książkę kopiują z Wikipedii (zdarzyło mi się taką redagować, zorientowałam się w „podstępie”, bo niektóre wyrazy w tekście po wydrukowaniu miały dziwny kolor – to były hiperłącza…).

  • Rosie

    uff dobrze, że to nie tylko ja od dłuższego czasu miałam wrażenie, że Pawlikowska same pierdolety opowiada

  • Krzysiek

    Zwierzu, oraz wszyscy komentujący:
    A) rozumiem bulwers, że w jakiejś książce piszą nieprawdę, też tak czasami mam, wtedy po prostu skreślam danego autora i nigdy więcej go nie czytam, a nie wściekam się, że ktoś się odważył go wydawać – widocznie ma swoich wielbicieli, a mi nic do tego co innym ludziom się podoba.
    B) „Wydawnictwa publikują takie książki bo się sprzedają. Pytanie – od kiedy uznajemy, że to wystarczające wyjaśnienie by nie uznawać odpowiedzialności wydawnictwa za treści które pojawiają się w ich książkach”
    Od kiedy? Od zawsze. Jak sobie Zwierzu wyobrażasz ponoszenie odpowiedzialności przez wydawnictwa? Komisja oceniająca, czy treść danej książki jest moralnie słuszna? Jedyna odpowiedzialność jaka ciąży na wydawnictwach i autorach to odpowiedzialność karna: jeśli kogoś zniesławią, obrażą uczucia religijne albo zaprzeczą istnieniu Holokaustu mogą pójść do więzienia, zwyczajne kłamstwa i głupoty nie są karane i bardzo dobrze, bo pewnie pół świata by trzeba było za kratki posłać.
    C) „Pytaniem które powinniśmy sobie zadać jest nie : Dlaczego Pawlikowska napisała taką książkę, ale Dlaczego nie przeszkadza nam że Edipresse ją wydało”
    Odpowiedź jest bardzo prosta: mi nie przeszkadza, bo nie muszę jej kupować.

    Ogólnie książki (czy jakikolwiek inny sposób przekazania słów, idei) bywają bzdurne, kłamliwe, a nawet szkodliwe poprzez wpływ jaki miewają na czytelników, ale wydawca to tylko pośrednik pomagający autorowi przekazać światu swoje myśli. Wkurzanie się na wydawców, to jak wkurzanie się na posłańca, że przyniósł złą wiadomość. Odnoszę wrażenie Zwierzu, że chciałabyś, aby wydawcy publikowali tylko książki, z których treścią sami się zgadzają i ręczyli, że w środku to sama prawda – tak nigdy nie było i nie będzie, chociaż oczywiście są wydawnictwa budujące swoją przewagę na tym.

    • i_am_keyser_soze

      Jest książka w typie „Inferno” – jest zła, marnie napisana, płytka i śmieszna, ale nikomu nie zaszkodzi. I są takie jak Pawlikowskiej, utrwalające bardzo złe stereotypy, które szkodzą masie ludzi. Naprawdę oczekiwanie, że ktoś weźmie za to odpowiedzialność i zaczęcie dyskusji na ten temat to coś złego? Może właśnie pora zacząć o tym rozmawiać, ośmieszając autorów i wydawnictwa a nie udawać, że w sumie nic się nie stało?

      • Krzysiek

        Wyjaśnij proszę co masz na myśli pisząc „ktoś weźmie za to odpowiedzialność”? Jaką odpowiedzialność ma ponosić wydawca za wydawane przez siebie książki?

        • i_am_keyser_soze

          Powiem tak: skoro wiesz jaki chlam wydajesz, to się chociaż z tego wytłumacz.

  • Hannah

    Ludzie z wydawnictwa mogą też szczerze wierzyć w te bzdury i publikować je w przekonaniu że są pomocni i przyczyniają się do podwyższenia świadomości w narodzie. A ci wszyscy protestujący lekarze desperacko prezentujący wyniki badań o szczepionkach czy depresji to w ogóle SPISEG koncernów farmaceutycznych i co nie tylko.
    To chyba dlatego bodaj Neil de Grasse Tyson powiedział (cytuję z pamięci) że przerażają go nie tyle dzieci, które nic nie wiedzą o nauce i metodzie naukowej, przerażają go raczej dorośli, którzy o tym nic nie wiedzą, nie chcą się nauczyć, ale uważają że mają święte prawo decydować o systemie edukacyjnym na przykład.
    Więc bardzo dobrze, że się zwierz wściekł bo chyba tylko tak można coś z tym zrobić. I dziękuję za ten post.

  • Zwierz jak zwykle w sedno, oraz bardzo kocham Zwierza za dobór obrazków do postu, zawsze są takie fajniutkie i pasujące <3

    No ale do rzeczy – bardzo fajnie, że wszyscy się zgadzamy, że ludzie publikują szkodliwe, powielające stereotypy pierdafony, a wydawnictwa radośnie puszczają je w obieg, i jesteśmy z tego powodu smutni i przejęci, ale czy możemy coś z tym zrobić? Takie Zwierze i inni blogerzy post napiszą, zrobią trochę szumu w jednym zakątku internetów; komciujący skomciają, może rozniosą wieść na inny zakątek internetów; samozwańczy działacze społeczni i ludzie znający się na rzeczy może nawet zaspamują wydawnictwo konstruktywnymi mailami spod znaku "Jesteśmy słusznie oburzeni"… ale czy wydawnictwo się jakoś poczuje do odpowiedzialności? Czy ludzie przestaną publikować szkodliwe, powielające stereotypy pierdafony? Chyba jest nas za mało…

    I teraz się zastanawiam, jak straszliwą, bzdurną i obraźliwą książkę ktoś musiałby popełnić, żeby oburzyła ona taką liczbę ludzi, żeby faktycznie mogli oni coś zmienić i pokazać, że nie chcemy czytać rzeczy tak straszliwych, bzdurnych i obraźliwych, i weźcie wydawnictwa coś z tym zróbcie. To jest w ogóle możliwe? (chyba nawet ksiopko Michalag o Powstaniu Warszawskim nie dało rady)

    • Hannah

      A to ksiopko o Powstaniu Warszawskim zostało w końcu opublikowane? Z tego co wiem to nie. I to jest właśnie moim zdaniem wskaźnik, że granica może zaistnieć. Wydawnictwo Literackie po prostu musi zdawać sobie sprawę, że nieźle podkopało swoją wiarygodność dla wielu grup docelowych publikując tę grafomanię a równocześnie wiedzieć, że pierdafony o jakichś Ferrinach czy innych Poczekajkach to zupełnie inny kaliber niż potencjalne pierdafony o Powstaniu Warszawskim i że tu już taryfy ulgowej nie będzie znikąd.

  • Elka

    Ha, ciekawe podejście. Może wszystkie publikacje z szeroko pojętej dziedziny medycyny, powinny się pojawiać z adnotacją lekarza recenzenta? Przecież poradników „zdrowotnych” skolko ugodno, chi, czakry, feng shui i co tam jeszcze.

    • CDR

      Gratuluję wiary w odpowiedzialność lekarzy. Ja raczej obawiam się, że lekarze niewiele się różnią od wydawców i recenzje lekarzy solidnie opłacone tylko uwiarygodnią te bzdury.

      • Elka

        Albo coś jest zgodne z obecnym stanem wiedzy, albo nie ;) Zdaję sobie sprawę, że zaproponowane przeze mnie rozwiązanie, jest ciupkę utopijne. Gdzieś się zapodziała ikonka oznaczająca sarkazm.

  • Natalia Szczepkowska

    Bardzo ważny i potrzebny głos! Co do Michalak, to biorąc pod uwagę liczbę błędów w jej książkach, trudno uwierzyć, że ktokolwiek w wydawnictwie w ogóle do jej tekstów zagląda o.O

  • Zwierzu, dziękuję Ci za ten wpis. Brakuje mi takiego głosu rozsądku – w mediach, w rozmowach. Brakuje autentycznej odpowiedzialności, bo sami często nie wiemy jakie faktycznie kroki podjąć żeby bojkotować tego typu sytuacje… Telewizji nie oglądam od kilku ładnych lat, nie wchodzę na portale informacyjne pełne „pozytywnych” albo „negatywnych” informacji a i tak docierają do mnie informacje zakrzywione brakiem rzetelności… Jak żyć? ;) Swoją drogą, świetny dobór zdjęć do artykułu :)

  • „zdenerować”?

    Właściwie czekam już tylko aż Pawlikowska wyda książkę o tym, jak naprawić samochód pozytywnym myśleniem.

  • Ludo M.

    jest piąta rano w sobotę a ja biję brawo w uznaniu dla tego tekstu

  • Pingback: Beata Pawlikowska radzi jak wyleczyć depresję()

  • eV

    Nie ma odpowiedzialności i nigdy nie będzie. Liczy się zysk, tak jak zwierz napisał. Myślę, że jedyne co możemy zrobić, to podkreślać, które wydawnictwa są tymi porządnymi, które chłamu nie wydrukują, a które „się sprzedały” i wypuściły coś społecznie niebezpiecznego – a taka jest omawiana książka.

  • Pola

    Zanim przejdę do głównej części komentarza, bardzo przykra jest ta część:
    „Serio jest tylu popularnych pisarzy, dlaczego musieli wybrać grafomankę”.
    Zwierz powinien być na tyle świadomy, żeby nie używać tego określenia w popularny sposób, bo to jak nazywanie nastoletniej burzy hormonów depresją. Grafomanii mogą i często są świetnymi pisarzami (trudno nie być, mając takie doświadczenie), bo jakość nie zależy od wewnętrznego przymusu lub jego braku. To, że akurat ta autorka wygląda na grafomankę i mimo to nie potrafi zrobić realnych postępów w swojej twórczości nie jest powodem, żeby wrzucać do tego samego worka innych.

    Co do argumentu „to się sprzedaje”, to niestety, ale jest on ostateczny. Zysku ludziom z głowy nie wybijemy i większość ma świadomość, że jeśli ktoś upadł tak nisko, żeby dla pieniędzy wydawać takie – i gorsze – rzeczy, to wszelka argumentacja jest zbędną wiarą w ludzką przyzwoitość. Można co najwyżej omijać te książki szerokim łukiem, żeby statystyki sprzedaży dały im do myślenia, choć przy tym, jakie rzeczy znajdują się na półkach bestsellerów (dlaczego, to już inny temat), niewiele jest nadziei.

  • dwrdr

    Ja myślę, że takie rzeczy będą się jeszcze zdarzały przez przynajmniej kilkanaście, może kilkadziesiąt lat. Do momentu, kiedy zarówno psychiatria, jak i psychologia, zaczną być opierane na bardziej empirycznych podwalinach (tj. rozwinie się bardziej neurobiologia), a do tego świadomość społeczna wzrośnie. Póki co obie dziedziny same w sobie pełne są półprawd i nadużyć (często o podłożu marketingowym i biznesowym), co wie każdy, kto szerzej interesuje się tematem. Wartość merytoryczna i „medyczna” takiego DSM V w niczym nie przewyższa tej bzdurki, którą stworzyła Pawlikowska. Dopóki dziedzina ta będzie tak subiektywna, jak jest, takie i podobne rzeczy będą powstawać i właściwie niewiele będzie można im zarzucić (a mądry człowiek po prostu nie kupi takich cukierkowych bredni). Nie czytałam książki, ale spodziewam się, co może być w środku. Porównywanie mózgu do komputera jest nieco durne i uproszczone, ale już o tym, że lekarstwa nie pomagają, możemy dyskutować i podłączyłoby się pod tę dyskusję wielu psychiatrów. Odkąd mit o słynnym „chemical imbalance” został obalony i niewiele da się powiedzieć o ich działaniu ani o prawdziwych przyczynach depresji, pojawiło się wiele kontrowersji związanych ze szkodliwością takich leków (nie okazjonalną, a częstą i powszechną), a ich statystyki wskazują, że pozytywne działanie to jakieś 16-25% wliczając efekt aktywnego placebo (i wiele wiele więcej, to też szeroki temat), coraz więcej osób – w tym lekarzy – stara się szukać innych rozwiązań i za takie stanowisko w sprawie nie powinno się nikogo winić. Ale podejrzewam, że jeszcze trochę czasu, nauka pójdzie do przodu i takie zjawiska wydawnicze przestaną mieć miejsce, bo będzie to mniej więcej tak, jakby ktoś napisał podręcznik o Ziemi jako o płaskiej planecie, którą okrąża Słońce.