Super Extra Mega Hiper Culture& Talent Experience #52 czyli zwierz ma dla was wyzwanie

05/01/2017

Nawet wozu z sianem brak czyli chłodno o Assassin’s Creed

05/01/2017

Ładni ludzie nie mają dylematów moralnych czyli o Pasażerach (ze spoilerami)

05/01/2017

Na film Pasażerowie zwierz wybierał się bez większego entuzjazmu. Nie należy do grona osób które wielbią Jennifer Lawrence (nie należy też do grona osób które jej nie lubią) a w ostatnich latach Chris Pratt podpadł zwierzowi doborem ról. No ale sieć zaczęła burczeć że to film, którego fabuła budzi kontrowersje to zwierz w końcu się do kina wybrał. I dobrze. Bo dostał produkcję która doskonale pokazuje problem współczesnego kina rozrywkowego. W tekście konieczne spoilery.

Zacznijmy od tego że pierwsza połowa filmu jest całkiem dobrze zrealizowanym filmem – nawiązującym do licznych podobnych produkcji, mierzących się z problemem „samotny człowiek w odizolowanej przestrzeni”. Oto bowiem nasz główny bohater – podróżujący statkiem Avalon przez przestrzeń kosmiczną zostaje przypadkowo wybudzony z komory hibernacyjnej. Podróż którą właśnie odbywa – z Ziemi na nową planetę – trwa 120 lat a nasz bohater obudził się po 30 latach podróży. Wszyscy inni śpią a przed nim rysuje się perspektywa spędzenia reszty swoich dni na luksusowym statku, mając za towarzystwo jedynie androida, który pełni funkcję barmana. Twórcy mają tu kilka ciekawych obserwacji – na przykład – jak wyglądałoby życie na takim luksusowym statku gdyby pasażer miał dostęp tylko do przywilejów najniższej klasy. I tak nasz bohater je codziennie jakieś paskudne śniadanie popijając czarną kawą bo na inne przywileje nie ma szans – jako pasażer za którego podróż częściowo płaci korporacja będąca właścicielem nowej planety. Zresztą to też jest dobrze pokazane, że loty kosmiczne to żadne marzenia ludzkości – to nowy sposób by wielkie korporacje zarabiały niesamowite miliony czy nawet biliony.

Oglądamy na ekranie jak mija rok życia naszego bohatera i dochodzimy do głównego dylematu produkcji. Oto nasz bohater trochę przypadkiem się zakochuje. Dziewczyna nazywa się Aurora i jest pisarką. Śpi sobie jak wielu innych w swojej kapsule hibernacyjnej i nic nie wskazuje na to, żeby miała się obudzić. Nasz bohater jest nią zauroczony, zaczyna czytać jej książki czy oglądać video na którym dziewczyna opisuje swoje motywacje do wybrania się w tak długą podróż. I właśnie dla tej nieco wyobrażonej Aurory nasz bohater traci głowę. Niemal dosłownie bo dochodzi do wniosku, że nie może dalej żyć i ją ze snu wyciąga. Oczywiście nie mówiąc jej że to on stoi za jej przebudzeniem. Oboje szybko zaczynają się dogadywać, romans kwitnie i wygląda na to, że nic nie zaszkodzi ich szczęściu. I właśnie wtedy – głupi android mówi  o jedno słowo za dużo – Aurora dowiaduje się, że została obudzona nie przypadkiem jak sądziła ale z premedytacją. Jak sami możecie zrozumieć – tu już miejsca na romans, szczęście i happy end nie powinno być. Bo sytuacja jest zdecydowanie nie ciekawa.

Twórcy filmu mieli w tym miejscu szanse na zrobienie być może jednej z najciekawszych filmowych produkcji sprzedawanych szerokiej widowni. Wystarczyłoby tylko, żeby film zmienił nieco swój ton. Z romantycznej historii o miłości rodzącej się w trudnych warunkach, zamienił się w thriller o kobiecie zmuszonej do mieszkania pod jednym dachem ze swoim mordercą (bo w sumie budząc ją wcześniej w pewien sposób ją morduje) czy ze stalkerem przekonanym, że jego zachowania są rzeczywiście romantyczne. Gdyby dorzucić do tego emocje – strach, obsesję, poczucie zamknięcia, nie możność ucieczki – kto wie, może wtedy udałoby się z tego rozgrywającego się w kosmosie filmu zrobić coś co dotknęłoby jak najbardziej ziemskich spraw. Zwłaszcza, że przecież aktorsko film byłby to w stanie unieść. Jennifer Lawrence potrafi grać, Chris Pratt akurat mógłby nieźle połączyć to swoje cielęce spojrzenie z niepokojem i być może agresją, a lekko uśmiechnięty Michael Sheen w roli grzecznego androida mógłby dołączyć do zaszczytnego panteonu androidów za których uśmiechem kryje się coś strasznego.

Problem w tym, że nikt takiego filmu nie chciał nakręcić. Nie ci aktorzy, nie ten gatunek, nie o takie pieniądze się tu gra. Co więc postanowili zrobić twórcy? Cóż – może nikt nie zauważy dylematów moralnych jeśli statek się pali. I dokładnie to robią – wprowadzają zagrożenie, dorzucają misję niemożliwą i obowiązkową dodatkową postać, która do całej sprawy podejdzie z dystansem. I tak oto nagle okazuje się, że taka drobnostka jak zrujnowanie czyich życiowych planów i szans na przyszłość, a także skazanie kogoś na własne towarzystwo – wbrew jego woli (a właściwie bez pytania) nie powinno stać na przeszkodzie jakiemukolwiek uczuciu. Happy end który film nam proponuje jest dowodem na to, że Hollywood ma poważny problem z kwestiami moralnymi. Umie postawić problem ale często boi się jakichkolwiek konsekwencji – które prowadzą poza „I żyli długo i szczęśliwie”. I tak często okazuje się, że najbardziej niemoralne czyny popełniają w filmach amerykańskich nie ci którzy są przedstawiani jako złoczyńcy ale bohaterowie sprzedawani nam jak postacie pozytywne. Co zdaniem zwierza bywa dużo bardziej niebezpieczne niż np. zwiększająca się ilość przemocy w filmach. Bo o ile przemocy w formie filmowej nie sposób łatwo zaadaptować do życia codziennego o tyle już przekonanie o tym, że niemoralne zachowanie jest uzasadnione np. jeśli się przeprosiło może zmieniać postawy zwykłych widzów.

Co ciekawe –  Pasażerowie wcale tego dylematu nie potrzebowali. Mogli iść w zaznaczony w tle wątek różnicy klas i pochodzenia społecznego pomiędzy bohaterami. On jest mechanikiem który leci na odległą planetę za pieniądze korporacji, ona jest pisarką córką sławnego pisarza, leci do kolonii tylko po to by mieć o czym pisać na ziemi. Wystarczyłoby tylko zagrać napięciami jakie tworzy różnica podchodzenia, dochodów, uprawnień na statku. Zwłaszcza w sytuacji w której bohaterowie, są zdani na siebie. Niestety film – z wielu powodów – zupełnie pomija te różnice – bohaterowie są sobie równi, a wręcz produkcja podkreśla że nasz bohater nie zakochał się w urodzie Jennifer Lawrence ale w jej pisarstwie. Szkoda że tego pomysłu nie zrealizowano bo można sobie wyobrazić że osoby pochodzące z dwóch światów społecznych zamknięte na jednym statku mogłyby sobie zdać sprawę jak różne mają punkty odniesienia czy chociażby pomysły na to jak ich wspólne życie i cele mają wyglądać. Jednak to jeden z wielu porzuconych pomysłów filmu, który wydaje się szukać przede wszystkim scen akcji i ładnych widoków w kosmosie.

Być może tu stajemy przed najważniejszym problemem. Czy kino rozrywkowe w ogóle może sobie pozwolić na jakąś głębszą niejednoznaczną moralnie historię jeśli jednocześnie chce zachować urodę i pozytywny wizerunek bohaterów i dorzucić do tego akcję i sporo efektów specjalnych. Z jednej strony – wydaje się, że to wcale nie jest taka wielka sprzeczność. W hicie zeszłego roku – Kapitanie Ameryce mieliśmy całkiem przyzwoicie naznaczone dylematy bohaterów. Tylko, że ponieważ film stanowił część serii – twórcy mogli sobie pozwolić na zakończenie dalekie od happy endu. W przypadku jednorazowej produkcji pokusa by wszystko dobrze się skończyło jest zbyt silna. Zwłaszcza, że filmy ze złym zakończeniem od razu nieco zmieniają kategorię. Ponieważ złe zakończenia zwykle traktuje się jako poważniejsze to i filmy które proponują coś innego niż happy end trafiają do kategorii produkcji ambitniejszych. A te z kolei uważane są za mniej dochodowe. Poza tym – wydaje się, że o ile można jeszcze widzów przyciągnąć sztuczką do kina (bo przecież trailer zapowiada nieco inną opowieść) to nie powinno się ich za bardzo zwodzić bo co to ma być że dostaje się zupełnie inny film niż tej na który się przyszło. Można trochę przemeblować elementy ale ostatecznie ma być dobre zakończenie.

Takiemu spojrzeniu na fabułę nie pomagają też dobrani aktorzy. Albo inaczej – bardzo wyraźnie widać że dla niektórych aktorów Hollywood ma jeden rodzaj ról. Tak Chris Pratt – w wywiadach wypada naprawdę miło a w Parks and Rec stworzył jedną z sympatyczniejszych postaci uroczego, (niezbyt bystrego)  wspierającego swoją żonę całym sercem faceta. Był wtedy cudnie misiowaty i nadawał się do grania ciamajdy. Ale potem schudł i wyrobił sobie miłą dla oka muskulaturę i oto ktoś spoglądając na jego spojrzenie niebieskich oczu stwierdził, że znalazł idealnego aktora do ról prawdziwych facetów. I tak się stało Chris Pratt to aktor męski żeby nie powiedzieć chłopacki. Jego najważniejsze role – Star Lorda, czy w Jurassic World dość dobrze wpasowały się w taki schemat faceta który jest trochę dupkiem, trochę nastolatkiem, trochę męskim mężczyzną który zaopiekuje się kobietą. Pasażerowie wpisują się w ten trend – Pratt dostaje rolę mechanika i przewodnika dla bohaterki granej przez Jennifer Lawrence. Choć w ostatecznym rozrachunku ona go ratuje to jednak on podejmuje najważniejsze decyzje. Łącznie z tą że w ogóle będą w związku. Można się zastanawiać czy taki dobór ról świadczy o jakiejś preferencji Chrisa Pratta czy po prostu dla pewnego typu aktorów innych ról Hollywood nie ma. Z kolei Jennifer Lawrence ma jedną z najbardziej niespójnych aktorskich karier ostatnich lat gdzie dostaje z jednej strony ciekawe role – w filmach poza głównym nurtem i role które cóż – aż tak wielkiego zachwytu nie budzą ale przynoszą zyski. Warto też dodać że Pasażerowie są kolejnym filmem w którym mamy do czynienia ze sporą (Zupełnie ignorowaną przez film) różnicą wieku pomiędzy aktorami. Chris Pratt ma lat 37, Jennifer Lawrence 26. W filmie mają domyślnie mniej więcej tyle samo. Trzeba przyznać, że w przypadku Lawrence lepiej niż w przypadku jakiejkolwiek innej aktorki widać ten koszmar w obsadzaniu aktorów nierównym wiekiem jako równolatków (przypomnijmy, że np. Bradley Cooper z którym aktorka grała już w dwóch filmach jako para ma 41 lat, Christian Bale 42 i w sumie tylko w X-menach wyraźnie się mówi że grany przez Fassbendera Magneto jest starszy).

No właśnie to chyba jeszcze jedna uwaga którą warto się podzielić. Po Pasażerach bardzo widać, że mamy do czynienia z produkcją która bardzo chce na siebie zarobić. Trudno się dziwić, że wprowadzono ją do kin w momencie w którym właściwie nie miała konkurencji poza Gwiezdnymi Wojnami. Wprowadzony w pierwszy dzień świąt do kin film został właściwie idealnie wycyrklowany by zebrać pieniądze od tych widzów którzy już widzieli Gwiezdne Wojny a chcieliby spędzić wolne w kinie – co robi na świecie sporo osób. Taki film raczej nie może sobie pozwolić na za duże odstępstwo od pewnego schematu. Chociażby dlatego, że widzowie spodziewają się czegoś miłego. W ostatnich latach dostawali np. Hobbita, który mimo wielu uwag od widzów raczej wprowadzał w dobry nastrój. Ponieważ Gwiezdne Wojny już po raz drugi wchodzą w środku miesiąca a końcówka została nie zagospodarowana – nie ma się co dziwić że ktoś się na ten kąsek połasił. Jednocześnie zwierza intrygują dwa szczegóły produkcji. Pierwszy dotyczy informacji że od kilku lat scenariusz do filmu znajdował się na liście najlepszych niezrealizowanych scenariuszy krążących po Hollywood i drugi informujący że w październiku 2016 dokręcono sporo scen – by wyrównać problemy z filmem. Zwierz ma dziwne podejrzenie, że gdzieś pomiędzy scenariuszem a ostateczną produkcją zgubiły się ważne elementy dylematu moralnego. Zresztą widać że film tworzy problem tylko po to by od niego uciec. To nie brzmi jak dobry scenariusz.

Film spotkał się z krytyką także ze strony wielu kobiet, które poczuły spory dyskomfort oglądając tą w zamierzeniu dobrze się kończącą i romantyczną produkcję. Być może twórcy filmu nie zdali sobie sprawy, jak blisko realnego życia trafili. Nie jedna kobieta znalazła się w sytuacji kiedy ktoś podejmował za nią decyzję, że powinna być z kimś w związku. Mimo, że zwierz nie ma jakiejś bujnej romantycznej przeszłości zdarzyło mu się raz być naprawdę zaniepokojonym reakcją chłopaka którego uczuć nie odwzajemniał. Wizja że związek który zaczyna się nie tylko z pogwałceniem jakichkolwiek zasad dotyczących szczerości czy uczciwości, ale zostaje w pewien sposób wymuszony na kobiecie, miałby być szczęśliwy i romantyczny budzi niesmak. Być może największym problemem tego filmu jest w ogóle fakt, że nasz bohater budzi kobietę. Wyobraźmy sobie jak inny byłby to film gdyby obudził mężczyznę (przy założeniu heteroseksualności bohatera) wtedy mielibyśmy rozmowę o dylemacie związanym z poczuciem osamotnienia i towarzystwa. Tu mamy faceta który z pośród tysięcy śpiących osób wybrał sobie przepiękną dziewczynę i zaczął z nią romansować. Dylemat moralny związany z podróżami kosmicznymi nagle schodzi na drugi plan wobec bardzo ziemskiego problemu z tym jak wielu mężczyzn decyduje za kobiety że będzie z nimi w związku.

Pasażerowie to film który z jednej strony jest strasznie zmarnowaną szansą, dowodem na to, że Hollywood nie radzi sobie z dylematami moralnymi i chyba nie do końca rozumie jak działają związki międzyludzkie. Pokazuje też jak bardzo kino stało się niewolnikiem happy endu. Nawet jeśli Happy end będzie zawodem dla wielu widzów. Ale jednocześnie zwierz może powiedzieć jedno – to jest wysokobudżetowy film który nie jest na podstawie żadnego wcześniejszego dzieła, rozgrywa się w kosmosie i wzbudził sporo dyskusji. Ludzie o Pasażerach rozmawiają i choć głównie klną to jednak widać jak inaczej reaguje się na historie których jednak jeszcze nie znamy. Problem jednak w  tym, że choć zwierz cieszy się ilekroć wysokobudżetowe kino odchodzi od kolejnego odgrywania tych samych historii w nowych dekoracjach to nie ukrywajmy. Mogliby to zrobić lepiej. Bo jak zwierz pisał. Na nic nowy scenariusz i ciekawy punkt wyjścia jeśli ostatecznie radzicie sobie z dylematem moralnym dużo gorzej niż Kapitan Ameryka.

Ps: Zwierz  czytał gdzieś że to jeden z tych rzadkich filmów gdzie aktorka dostaje więcej od aktora (20 milionów Lawrence do 12 milionów Pratta) zwierz jednak uważa że jeśli jest ktoś kto powinien zwiać z całą walizką pieniędzy to Michael Sheen za rolę barmana/androida. On chyba jako jedyny gra w tym filmie. Być może dlatego, że jego bohater nie ma nóg i nie może biegać po statku.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Marta

    A mi się bardzo podobał film. Dlaczego?
    1) Dużo, bardzo dużo scen statku!!! Uwielbiam to w kinie s-f.
    2) Mało scen „podniosłych”. Kapitan czy jak mu tam było umarł (brak długich pożegnań), jedynie w momencie kiedy bohaterka miała pociągnąć tą dźwignię to trochę się nagadała ale jak na cały film to tylko ułamek wszystkiego.
    Co do tego, że mu wybaczyła. Biorąc pod uwagę, że gdyby nie jej pomoc bohaterowi to statek by był zniszczony a ona martwa to nie dziwię się, że wybaczyła.

  • Jennifer LAWRENCE, nie Laurence. Risercz był ostry, jak widzę.

    • zpopk

      Nie po prostu zwykły problem ze słowem którego nie podkreśla Word. I tak masz rację research był spory. Przeczytałam kilka recenzji i artykułów o filmie.

    • Marta

      Wow, raz, czy dwa (ja zauważyłam raz) z pośpiechu źle napisała i zaraz złośliwy komentarz o „riserczu”. Lepiej Ci teraz, no nie? xD

      • zpopk

        Już poprawione. Bo ja poprawiam jak mi się zwróci uwagę.

        • Ania

          No to ja jeszcze dorzucę przecinki chociażby przed „który” i większością „a”. Dużo przecinków brakuje. Z nimi będzie lepiej :)

          • zpopk

            Spójrz na hasło „gdzie są przecinki”. brak przecinków wpisany w bloga :)

          • tenpapug

            A ja dorzucę, przepraszam Zwierzu, że „nie” z przymiotnikami i rzeczownikami pisze się razem. Oj, nie jest łatwa ta polska języka, ale blog i tak się czyta :)

          • meuse

            A nieprawda, bo z przymiotnikami w stopniu wyższym i najwyższym piszemy osobno ;)

          • Bonnie

            W druku Zwierz ma przecinki, dowożą je ze specjalnej hodowli przecinków pod Sochaczewem.
            Tutejsza bezprzecinkoza to taki styl, możesz o niej myśleć jak o Jamesie Joyce’u.

  • Olka Grigio

    Po raz kolejny: bardzo przyjemnie czyta się, kiedy ktoś tak trafie ujmuje w słowa uczucia, które towarzyszyły mi po projekcji.

    Zwierzu, ogromnie lubię Cię czytać i wysoce cenie sobie Twoje opinie.
    I przybijam sobie piątkę po raz kolejny za to, że dawno temu trafiłam na Twoje teksty. :)

  • Mnie najbardziej bolała ta nagła zmiana tonu filmu w ostatnim akcie (tak, że w gruncie rzeczy ostatnie sceny wcale nie wyglądają jak finał) i to, że Passengers mogliby być naprawdę dobrym filmem, gdyby właśnie w pewnym momencie nie porzucono tematu moralnego zła, jakie bohater wyrządził bohaterce. Bo to też nie wygląda w ten sposób, że scenariusz w ogóle nie porusza tematu – mamy bardzo dobry wstęp do filmu psychologicznego, bo jest fajna scena, w której android wszystko zdradza i reakcja Aurory i jej załamanie wypada naprawdę dobrze. Ale nie zrobiono z tym nic więcej. Film dużo zyskałby na tym, gdyby twórcy drążyli ten wątek jak dziurę w brzuchu, pokazując jak bardzo jest problematyczny, ale jednocześnie dając bohaterom okazję do przegadania tematu i możliwość podjęcia decyzji, czy chcą swoją chorą relację w ogóle leczyć (no bo wielkiego wyboru jeśli chodzi o partnerów do życia jednak nie mieli).

    Przy czym pozwolę sobie odnieść się do jednego fragmentu, z którym się nie zgadzam: „Tu mamy faceta który z pośród tysięcy śpiących osób wybrał sobie przepiękną dziewczynę i zaczął z nią romansować.” No właśnie nie – twórcy robili wszystko, żeby nam pokazać, że Pratt nie wybrał jej spośród tysięcy innych (wyobrażam sobie zupełnie uzasadniony oburz, gdyby Jim chodził pomiędzy kapsułami robić wyliczankę: za chuda, za gruba, ta ma odrosty, ta krosty – ale takiej sceny nie było), ale była pierwsza i jedyna. IMHO próbowano nam tu pokazać w taki pokrętny sposób ekwiwalent zakochania od pierwszego wejrzenia, bo po zobaczeniu Aurory Jim już nie szukał. W ogóle nie zszedł do sali z kapsułami, żeby szukać sobie dziewczyny do wybudzenia. Tak więc film ma mnóstwo ewidentnych problemów, ale to nie jest jeden z nich.

    • zpopk

      Ja mam w ogóle problem z tym „zakochaniem się” i wyborem. Jasne nie wybierał spośród wielu innych ale dla mnie jednak wybrał trochę Aurorę bo mu się podobała. Nie ma tam np. pytania czy nie powinien obudzić kogoś kto może mu technicznie pomóc. Ja jednak mam tu problem. Ale rozumiem, że nie każdy ma

      • Wypadłoby to o wiele lepiej, gdyby trochę odwrócili kolejność – gdyby najpierw Jim przeczytał wszystkie książki Aurory i poczuł z nią emocjonalną więź, a dopiero później wpadł na jej kapsułę na statku. No bo jakby na to nie patrzeć, w tej sytuacji i tak zaczął się nią interesować, bo… była ładna.

        • zpopk

          Tak to byłoby ciekawsze. Ogólnie jednak te jego działania jak ona śpi są takie stalkerskie np. to oglądanie jej pożegnalnego video.

          • Film był miejscami ewidentnie krypny, nie przeczę ;)

          • Maja Córka Zegarmistrza

            krypny <3

          • Postanowiłam, że creepy zasługuje na legitny polski opowiednik.

          • Maja Córka Zegarmistrza

            no, mi Aszka sprzedała krypne i ja od tego czasu lofciam to słowo zawsze jak go ktoś użyje w internecie <3

          • Szymon Szagun

            No nie wiem, ja zapamiętałem, że on bardziej przypadkiem się napatoczył na Aurorę, a nie – przejrzał skrupulatnie wszystkie laski i wybrał najładniejszą. Przez to że nie było to jakoś wyraźnie zaznaczone to każdy sobie dopowie co woli. A jeśli chodzi o dylemat moralny Jim’a to spornym jest czy w ogóle istniał, ale to chyba bardzo kwestia tego jak podchodzimy do wolnej woli.

    • Kayleigh90

      Też się zgadzam – praktycznie do momentu, kiedy Aurora dowiaduje się prawdy, to film jest znośny, ale potem jest tylko gorzej, w dodatku to zakończenie… Choć też właśnie nie kupuję tego zakochania się, to wszystko dzieje się zbyt szybko jak dla mnie i właśnie nie ma czasu na jakiekolwiek dylematy moralne. A szkoda.

  • Krzysiek Ceran

    Przez jakieś trzy minuty w czasie seansu miałem ogromną nadzieję, że bohaterka Lawrence okaże się lesbijką i nadzieje postaci Pratta okażą się płonne.

  • Aurora, niczym bohaterka ze „Śpiącej Królewny” leży w szklanej trumnie…eee przepraszam, kapsule, dzielny książę vel mechanik ją znajduje, zakochuje się i postanawia wybudzić. Takie to romantyczne, skazać ją na resztę życia na statku kosmicznym. Liczyłam na to, że przyjmie jego propozycję i zaśnie znowu w tej kapsule leczniczej, ale nie, musi być happy end. To mógł być dużo lepszy film, szkoda zmarnowanego potencjału

  • Joanna Karoń

    Też miałam mieszane uczucia po obejrzeniu tego filmu. Z jednej strony rozumiem pobudki Jima (wizja spędzenia w samotności reszty życia może prowadzić człowieka do dość radykalnych i kontrowersyjnych decyzji), jednak nie za bardzo kupuję te „love story”. I tak swoją drogą, jak to możliwe, że na luksusowym statku transportujacym 5000 pasażerów byl tylko jeden Autodoc??

    • Moje pierwszy pytanie po sensie, dokładnie!

      • bbika

        Ja w trakcie seansu ciągle pytałam chłopaka o rzeczy w stylu: „czemu jakiś robot nie pomoże mu się ogolić”, „czemu tam nie ma robota, który by pomógł zaprowadzić Pratta do autodoca”. Tacy niby nowocześni, a podstawowych rzeczy brak…

  • Agata

    Zgadzam się z Twoimi, Zwierzu, problemami z oceną moralną filmu i przede wszystkim z nastawieniem bohaterki która radośnie zakochuje się w swoim mordercy. Ale z drugiej strony uważam że oceniasz bohatera zbyt surowo. On nie obudził Aurory bo był złym, perwersyjnym stalkerem, tylko bo miał w perspektywie nie spotkać żywego człowieka przez resztę życia! Ja obudziłabym nie jedną Aurorę, ale pół statku, i nie po roku ale max. po tygodniu. I nie uważam się za perwersyjnego mordercę, jedynie za osobę słabą i tchórzliwą. Ja zgadzam się z oceną tego kapitana czy kim on tam był – że tonący człowiek ciągnie za sobą innych, nie ze złej woli, ale ze strachu. Chociaż na miejscu Aurory wciąż miałabym to gdzieś, ale to inna sprawa.

    • zpopk

      Widzisz gdyby druga część filmu analizowała postawy i dawała argumenty może bym się zgodziła z dyskusją. Ale niestety w takim wydaniu nie mam dla bohatera współczucia.

  • SławS

    Kiepskie romansidło, oparte na utartych schematach, mogące zrobić wrażenie na wykastrowanych emocjonalnie widzach. Film pozbawiony logiki, poza domniemaną sferą emocjonalną, która jest równie naciągana, jak świat, który zamieszkują li tylko młodzi i piękni. Po co statek z tysiącami pasażerów, skoro ich w zasadzie nie ma?

    Pytanie do autora bloga: nie uznajesz interpunkcji? Bardzo źle czyta się taki słowotok, niekończącego się zdania, bez przecinków…

      • SławS

        Dzień Świstaka? Słabe porównanie. Tylko w filmie jest powtórką, swoistym deja vu. Pozdrawiam

    • Bonnie

      Mam dziś dzień dobroci dla świata, więc wyjaśnię, że pytanie o brak przecinków na tym blogu zdradza cię boleśnie jako nowego czytelnika Zwierza :D To taki trademark i running gag w jednym.

      • SławS

        Proponuję przed każdym tekstem zrobić notkę: jestem dy… albo nie chce się mi sprawdzić pisowni. Unikniecie, a autor szczególnie, wielu nieporozumień.

        • i_am_keyser_soze

          Proponuję zapoznać się blogiem, zanim zacznie się robić dym o coś co zostało 100 razy wyjaśnione+osobna notka w temacie.

  • Maria Mor

    Siedząc w kinie na „Pasażerach”, podczas sceny „leczenia” Jima w kapsule, myślałam, że jedynym sposobem na względne uratowanie tego filmu byłoby uśmiercenie Jima i postawienie Aurory przed analogicznym dylematem. Obudzi kogoś, czy nie obudzi? Niestety moje nadzieje okazały się płonne, wyszła kupa.

    W ogóle najlepiej film się oglądało do sceny obudzenia Lawrence.

    No i JAKIE SZCZĘŚCIE mieli, że kolejną kapsułą z awarią okazała się kapsuła z ważnym członkiem załogi! Przykłady bzdurek można by mnożyć :)

    • „jedynym sposobem na względne uratowanie tego filmu byłoby uśmiercenie Jima i postawienie Aurory przed analogicznym dylematem. ” – w ogóle na to nie wpadłam. Brzmi super.

      • bbika

        Tak mi się przypomniało propo ratowania Jima. Czy zauważył ktoś oprócz mnie, że jest to identyczna scena jak w Lilo i Stitchu 2? XD Czy tylko ja takie mam skojarzenia? (choć o ile pamiętam, Lilo wprowadziła więcej dramatyzmu..)

  • Zgadzam się praktycznie ze wszystkim. Ten happy end po prostu mnie zniesmaczył. Na szczęście był kosmos, to uratowało moje wydane pieniądze na bilet. Bardzo trafna recenzja, oddałaś to co ja sama odczułam. Zmarnowali ten film.

  • Wazon

    Jak zwykle nie widziałam filmu, i w związku z tym mam pytanie- czy facet wiedział, że budząc dziewczynę, skraca jej życie ? Bo jeśli tak, to nie ma tu aż dylematu moralnego, piłka jest krótka – facet = egoista i świnia. A jeśli nie, to tym bardziej nie ma dylematu, bo gość nie jest winien.
    Przy okazji – znałam dziecko, które przyczepiło się do określenia „heppy end” Kiedy już mu tatuś wytłumaczył, że to ” szczęśliwie zakończenie, bo potem para żyła długo i szczęśliwie”, rozmowa się jednak nie skończyła, gdyż dziecię było dociekliwe, więc zapytało : „Długo ? Ale nie zawsze ? To oni jednak potem wzięli i umarli ?! ” „No, jakby ci…no niby tak”-„to wiesz,tato – odpowiedziało maleństwo- gdzie ja mam takie fajne zakończenie ? !”- Tatuś wiedział, a odpowiedź nasunęła się sama: „Już późno, idź i umyj zęby”.

    • Krzysiek Ceran

      Nie chodzi o skracanie życia, chodzi o skazanie na przeżycie całego życia tylko z nim, na statku kosmicznym wyglądającym jak wielkie centrum handlowe. I tak, doskonale o tym wiedział.

  • nat

    Ja mam z filmem 3 główne problemy:
    1) Laurence Fishburne – po co on się w ogóle tam pojawia? To taki wątek wciśnięty na siłę, żeby popchnąć akcję, a równie dobrze te drzwi w końcu mogły się otworzyć na skutek jakiegoś spięcia instalacji/braku zasilania/czegoś
    2) W ogóle ten punkt kulminacyjny akcji to jakiś żart
    3) Zakończenie. no kurczę, gdyby ten film kończył się po tej scenie z autodoktorem, byłby o tyle lepszy!
    W kwestii moralnego wydźwięku, najbardziej zabrakło mi chyba jakiegoś uznania z zewnątrz dla tragedii Aurory, bo trochę wychodzi na to, że to tylko takie babskie narzekanie, a tak naprawdę nic się nie stało (Jest scena, w której Fishburne mniej więcej coś takiego stwierdza – no dobra, to co zrobił Jim było słabe, ale miał powody, już nie marudź). Bo akurat fakt, że ostatecznie Aurora też nie mogła znieść nawet myśli o zostaniu na statku samej, wolała już wybaczyć swojemu „oprawcy”, wydaje mi się ciekawy.
    Dla mnie zresztą aspekt tego morderstwa nie jest taki oczywisty. Tzn jasne, sam fakt postawienia kogoś w takiej sprawie przed faktem dokonanym jest straszną zbrodnią. Ale też nie mówiłabym tutaj o odebraniu życia – Aurora sama ze swojego zrezygnowała, nie do końca zdając sobie sprawę co robi (np. nie przyszło jej do głowy, że ten wielki tekst o podróży na inną planetę, który dla niej byłby dziełem życia, za te 200 lat pewnie już nikogo by nie interesował, bo nie byłby niczym odkrywczym). W zamian dostała życie może uboższe w doświadczenia, nie takie jak planowała, ale hm.. łatwiejsze? Zero presji społecznej, możliwość ustalania własnych zasad i kształtowania przestrzeni wokół siebie. No i tu pojawia się kolejny problem – czy wolno w ogóle na coś takiego się zgodzić.
    Ale ogólnie czytam w tym filmie zdecydowanie więcej niż tam jest, więc zgadzam się, że punkt wyjścia był fajny, tylko później strasznie to sknocili.

  • Karolina Kurpiewska

    Ciekawym rozwiązaniem byłoby gdyby np. Aurora podstępnie uśpiła naszego mechanika-złota rączka i oddała mu możliwość spania w kapsule. Byłby niezły plot-twist, a tak był happy end…
    Jednak sam statek cudny, jak dla mnie prawdziwy kosmos :)

  • Kayleigh90

    Ja właśnie byłam zszokowana, kiedy widziałam dyskusje na filmwebie, że ludziom się ten film podobał, 10/10 i w ogóle. Już czytałam Twoją recenzję Zwierzu, obejrzałam filmik Ichaboda i stwierdziłam, że też obejrzę. I… Szczerze, to pierwszą połowę jeszcze jako tako da się oglądać, a potem to już zwyczajne nudy i utarte schematy. Oprócz Twoich zarzutów Zwierzu, to dla mnie najgorszym mankamentem tego filmu jest to, że nie umie kompletnie budować napięcia, są strasznie szybkie przeskoki scen, uczuć, itd. Dobitny przykład to scena, kiedy Aurora się dowiaduje, że to Jim ją wybudził i jest „Czy to ty zrobiłeś?” i szybka odpowiedź: „Tak, ja to zrobiłem”. Zero pauzy, zero emocji, zero jakiejkolwiek gry, która budowałaby odpowiedni nastrój.
    Serio, to jeden z tych filmów, gdzie trailer sugeruje zupełnie coś innego, niż to, co dostaliśmy. Ale o tym też aż napiszę u siebie.

  • Marta Korytkowska

    Mnie również najbardziej podobała się gra Michaela Scheena. Bardzo lubię tego aktora a w roli androida był idealny!

  • bbika

    Wylądowałam na tym filmie, bo właśnie nic innego nie leciało. Zapowiadało się dobrze. Trailer wciągnął. „Nie zostaliśmy obudzeni przypadkiem”(cytacik z trailera, w filmie go nie znalazłam) zapowiadał zupełnie inny film. Dostałam historię miłosną, o kiepskich moralach, jak to zwierz zauważyła. Liczyłam chociaż na nieszczęśliwe zakończenie, niestety. Zostałam z niedosytem, czegoś mi brakowało. Nie wiem czy chodzi o końcówkę, czy o ideę rozpadającego się statku… Swoją drogą, jak to się stało, że przez awarię obudziła się tylko dwójka facetów? Skoro były tak poważne usterki, to spora szansa, że obudziłaby się połowa statku. A tak pozostaję tylko z miłym wspomnieniem androida, który rzeczywiście powinien dostać walizę pieniędzy.

  • hooper

    Ponieważ początek filmu i ogolnie caly premise wydaly mi sie przesliczne i obiecujące a zakonczenie rozczarowujace (od momentu kiedy trzeba bylo ratowac manualnie drzwi systemu chlodzacego ktory potem magicznie sie naprawil kiedy Jim zmartwychwstal) zadalam sobie trud znalezienia i przeczytania wyciekniętego scenariusza (bo on był wyciekł i ciągle można go w sieci znaleźć). Powiem tak, dylematów etycznych on nie rozwija za bardzo, no moze troszeczke bo zdaje sie bardziej podkreslac beznadziejna sytuacje Jima i jego zachowanie jako topielca pociagajacego za soba innych, a i rozmowa Gusa z Aurorą jest mniej idiotyczna. BTW, wg scenariusza Aurora JEST 9 lat mlodsza od Jima… takze jak widac konserwatywno-seksistowski smrodek nie wzial sie z wymyslow producentow.
    To co dal mi ten scenariusz to poczucie domkniecia, bo jego zakonczenie jest znacznie bardziej sensowne niz to w filmie. SPOJLER: wszyscy w koncu umierają.

  • Narsil

    Czy Zwierz recenzował już albo zamierza zrecenzować „Arrival”?