Da się żyć bez dinozaurów czyli Zwierz o Jurassic Word: Upadłe królestwo

14/06/2018

Brie Larson nie pała nienawiścią do białych mężczyzn czyli kto mówi o twoich filmach

14/06/2018

Takie lato raz na cztery lata

14/06/2018

Nie ganiałam w dzieciństwie za piłką.  Nie dlatego, że byłam dziewczynką, ale dlatego, że od dzieciństwa czułam głęboką niechęć do biegania. Ale Mistrzostwa Świata w piłce nożnej oglądałam i będę oglądać.

Pierwsze jakoś zapisane w mojej pamięci mistrzostwa to te które odbyły się we Francji. Akurat w tamtym roku moja mama zabrała mojego starszego brata do Paryża. Przywieźli mi parasol z logo Mistrzostw  Świata. To były lata 90 więc mieć oryginalny gadżet z mistrzostw to było coś. Jeszcze w trakcie trwania zawodów pojechałam na obóz harcerski. Tam pod namiotem, skuleni przy radioodbiorniku słuchaliśmy (w deszczu!) transmisji z finału Mistrzostw. Wśród wszystkich zebranych w kółku tylko ja kibicowałam francuzom. Pamiętam moją, niesamowitą dumę kiedy rozgromili Brazylijczyków. Do dziś został mi po tamtym meczu niesamowity sentyment do  reprezentacji Francji a zwłaszcza do jej składu z tamtego okresu.

Kolejne mistrzostwa zahaczyły o końcówkę roku szkolnego. Pamiętam zdecydowanie za mały telewizor wystawiony na sali gimnastycznej. Oglądaliśmy na nim porażki Polaków. Pozostałe mecze nie były już tak transmitowane, żeby je zobaczyć choć częściowo wystawaliśmy pod kantorkiem  woźnego – jeśli przycisnęło się plecy do schodów prowadzących na piętro można było z powodzeniem obejrzeć fragment telewizora na którym leciały kolejne mecze. Nigdy nie zapomnę meczu o trzecie miejsce między Koreą Południową a Turcją. Mecz dopiero się zaczął więc wyszłam sobie zrobić kanapkę do kuchni. Kiedy wróciłam piłkarze zdążyli sobie wbić chyba już ze dwie bramki – w tym jedną z najszybciej strzelonych bramek w historii Mistrzostw Świata (Turek strzelił ją chyba 34 sekundzie meczu).

Z mistrzostw w 2006 roku zapamiętałam przede wszystkim mecz Polaków z Niemcami. Jak wiadomo wszystkie mecze Polaków z Niemcami są głęboko symboliczne. w tym tak niesamowicie czekałam żeby w końcu sędzia odgwizdał koniec meczu – żeby nasi się jakoś pozbierali bo jak zwykle bywa pod koniec zawodów byli już kompletnie w rozsypce. I wtedy – niepomny na moje (i pewnie niejednego rodaka) modły Bóg nie obronił bramki Polaków. Niemcy strzelili nam gola w 90 minucie i chyba nigdy żadna bramka nie zabolała tak bardzo mojego fanowskiego serduszka. Co ciekawe kiedy Polska odpadła z zawodów zaczęłam dość naturalnie kibicować Niemcom (którzy mieli wtedy najbardziej polską reprezentację na Mistrzostwach) i bardzo było mi smutno kiedy ostatecznie zajęli trzecie miejsce. Były to też pierwsze (i jak na razie ostatnie w moim życiu) mistrzostwa co do których miałam poczucie, że są na wyciągnięcie ręki. Do dziś trochę żałuję, że nie byłam wtedy w sytuacji która pozwalałaby chociaż mgliście śnić o wybranie się na jakikolwiek mecz.

W 2010 roku kibicowałam Urugwajowi. To znaczy nie od samego początku ale kiedy już Urugwaj wyszedł z grupy zdecydowałam, że ponieważ Polacy nie grają to moje serce poświęcę jakiejś drużynie której dotychczas nie kojarzyłam. To był jeden  z tych przypadków gdzie pod koniec mistrzostw znałam nazwiska chyba połowy zawodników Urugwaju, jeśli nie wszystkich. Jak ja im kibicowałam – to była mój ulubiony rodzaj historii z Mistrzostw, dobra drużyna, na którą nikt bardzo nie liczył która ostatecznie zajęła czwarte miejsce na mistrzostwach. Och jak strasznie chciałam by pokonali Niemców w meczu o trzecie miejsce. Są to też jedyne mistrzostwa świata z których w ogóle zapamiętałam piosenkę i wiecie co – czasem sobie słucham jak Shakira śpiewa Waka, Waka (This Time for Africa) i nadal mi się ta piosenka podoba (może dlatego, że umiem powtórzyć refren). Zresztą zwyczaju by kibicować drużynie po której nikt nie spodziewa się zwycięstwa nauczyła mnie mama – i zawsze w każdych mistrzostwach znajduje się jedna drużyna którą można w ten sposób wspierać.

Poprzednie mistrzostwa w 2014 roku spędziłam po raz pierwszy nie tyle w salonie moich rodziców – co wcześniej było tradycją ale w barach, pubach i mieszkaniach moich koleżanek. Wspólne oglądanie meczów mistrzostw stało się naszym babskim spędzaniem czasu po ciężkim dniu pracy. Ileż myśmy piwa wypiły, ile razy w najgorszych momentach którejś z nas zdarzało się odwracać wzrok od ekranu bo emocje były zbyt silne, jak bardzo w finałowym meczu kibicowałam Niemcom (w moim ukochanym składzie) i jak się strasznie denerwowałam że znów będę musiała patrzeć jak siedzą smutni na murawie – co robią po każdej porażce. A kiedy wygrali spłynęła na mnie ogromna radość i spokój. Co najmniej jakbym sama te mecze rozegrała. Były to też mistrzostwa wielkiego „wychodzenia z szafy” całego mnóstwa kibicek które po raz pierwszy tak głośno mówiły o tym, że może by tak przestać zachowywać się tak jakby żadna kobieta nigdy nie obejrzała ani jednego meczu piłki nożnej i nawet nie znała podstawowych zasad.

Od salonu w mieszkaniu moich rodziców, gdzie mój ojciec oglądał każdy mecz, a mama tylko te w których grały dobrze radzące sobie, niedoceniane drużyny, przez salę gimnastyczną, po pub i w końcu moją własną kanapę – oglądanie mistrzostw świata w piłce nożnej to dla mnie radosne święto. Nie dlatego, że jest to najważniejsze na świecie, ale dlatego, że jest to po prostu przyjemne. A także dlatego, że miło raz na jakiś czas zagłębić się w świat wielkich widowisk sportowych, gdzie człowieka wzruszają nie tyle doskonale strzelone gole czy wznoszone nad głowę trofea, ale przejawy sportowego ducha, fair play, czy po prostu – przyjaźni i koleżeństwa między piłkarzami. Poza tym lubię moje wspomnienia związane z mistrzostwami, wspólnym oglądaniem meczów, emocjami czy drobnymi wydarzeniami które układają się na kilka tygodni emocji, wzruszeń i zaskoczeń.

Nigdy nie miałam problemu z tym, że ktoś nie lubi piłki nożnej – nie lubią jej moi bracia, nie lubi jej mój mąż i ogólnie gdyby nie lubił jej mój ojciec to pewnie nikt by mi żadnego meczu nigdy nie włączył. A jednocześnie – z perspektywy moich wspomnień – wspólne oglądanie meczów z tatą było jedną z moich ulubionych rozrywek (i nadal jest bo na pewno wpadnę do rodziców na którąś rozgrywkę). Myślę, że to też jest jeszcze jeden czynnik – Mistrzostwa to nie tylko to co oglądamy ale też z kim i w jakiej atmosferze. Poczucie, że coś nas łączy zawsze jest przyjemniejsze od poczucia, że coś nas dzieli. Poza tym nie ukrywam – lubię sport – od łyżwiarstwa figurowego, przez narciarstwo alpejskie, piłkę nożną po kolarstwo – jestem się wstanie wciągnąć w każde zawody.

Wiem, że część z was dostanie autentycznego kręćka przez te kilka tygodni – nie za sprawą sportowych emocji ale za sprawą miliona wiadomości które będą was atakować ze wszystkich stron. Jako szczery kibic nie mogę na to nic poradzić. Wbrew temu co się może wydawać – nawet jak się człowiek interesuje mistrzostwami to też nie musi czytać tylko o nich.  Jako osoba z boku – radzę przerzucić się na amerykańskie media na te kilka tygodni – ich piłka nożna zupełnie nie obchodzi. Natomiast zawsze trochę boli mnie serce kiedy pod jakimkolwiek przejawem entuzjazmu czy radości z Mistrzostw pojawia się obowiązkowy komentarz o tym, że się tego nie ogląda, nie rozumie i nie lubi. Ja mam podobne uczucia względem festiwali muzycznych na świeżym powietrzu a jednak jestem w stanie się powstrzymać kiedy mam latem pół tablicy zawalone Openerem. Entuzjazm innych ludzi – wynikający ze sportu czy muzyki czy jakiegokolwiek innego pozytywnego wydarzenia – w niczym wam nie grozi i niczego wam nie zabiera. Mnie tam radość innych ludzi cieszy.

Dlatego zróbcie tak jak robią wszyscy moi porządni członkowie rodziny, którzy nie interesują się piłką nożną – zainwestujcie w grube drzwi, albo dobre słuchawki i pamiętajcie – najbliższe tygodnie zdarzają się raz na cztery lata. Zaś tym którzy jak ja będą starali się zdążyć na mecze o 17 albo będą jednym okiem przyglądać się aktualizacjom z meczy rozgrywanych o 14 życzę miłych mistrzostw po których zostanie nam kilka niespodzianek, ładnych bramek i dobrych emocji. No i oczywiście, życzę sobie, żeby tym razem też wszystko poszło zgodnie z planem i wygrali Niemcy*

Ps: Jedną z rzeczy która mnie niesamowicie cieszy w przypadku tegorocznych Mistrzostw jest fakt, że sklepy są absolutnie pełne sportowej odzieży dla kibicek. Cztery lata temu wciąż trzeba było mówić głośno, że kobiety kibicują, a teraz mogę kupić przyjaciółce cały zestaw ciuchów czy gadżetów kierowanych specjalnie do kobiet. Czy mnie to cieszy? Jako kobietę i jako kibickę – bardzo. Cieszy mnie też jako osobę która najchętniej w dalekiej przyszłości widziałaby po środku sklepów dział gdzie wszystkie – damskie i męskie ciuchy dla kibiców są razem tak żeby każdy mógł sobie kupić w jednym miejscu co chce.

Ps2: Kochane musicalowe słoneczka – będzie post o tegorocznych Tonys ale Zwierz musiał sobie najpierw wyrobić zdanie o zwycięskim musicalu stąd poślizg.

*Zdaję sobie sprawę, że niekoniecznie jest na to duża szansa ale wiecie – kibicować zawsze można.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...