Błocko czyli zwierz o Mudbound

27/11/2017

Do Nadarzyna i z powrotem czyli uwagi o Warsaw Comic Con (jesień 2017)

27/11/2017

Poirota błękit ócz czyli zwierz zupełnie nieobiektywnie o Morderstwie w Orient Expressie

27/11/2017

Istnieje pewien rodzaj filmów które nie poruszają w Zwierzu żadnej głęboko ukrytej struny ale go cieszą. Tak cieszą, że jeszcze po wyjściu z kina Zwierz uśmiecha się szeroko na samą myśl, że je obejrzał. Niestety nie zdarzają się one rzadko. W sumie to jest dość rzadkie uczucie. Tym bardziej Zwierz był zaskoczony kiedy okazało się, że nie tak dobrze oceniane „Morderstwo w Orient Expressie” okazało się dla niego takim filmem.

Zanim przejdziemy do omówienia filmu dwie konieczne deklaracje. Pierwsza, która chyba nie jest zaskoczeniem dla nikogo kto czyta Zwierza dłużej niż piętnaście minut – Zwierz lubi Kennetha Branagha i jego filmy. Lubi należy czytać – od czasu kiedy Zwierz skończył osiem lat Sir Ken jest jego ulubionym aktorem (choć niekoniecznie reżyserem). Przy czym – to ważne, to uczucie nie zawsze przesłania Zwierzowi wady produkcji – bywa tak, że jednak nie pozostaje nic innego jak poczuć głęboki zawód tym, że jednak nie wszystko zawsze się udaje. A ponieważ Zwierz widział wszystko w czym grał i co nakręcił Branagh to  miał szansę wielokrotnie przetestować że sympatia do aktora nie jest w stanie wynagrodzić słabości naprawdę słabego filmu.

 

Początkowo Zwierz był przekonany, że wąsy będą mu przeszkadzały w odbiorze filmu. Zaskakujące jest jak szybko się z nimi pogodził i nawet je polubił.

Druga deklaracja jest zdaniem Zwierza dużo ważniejsza. Zwierz nie jest fanem Agaty Christie. To nie znaczy, że nie lubi jej książek, czy nie ma wielkiej słabości do zaproponowanych przez nią intryg kryminalnych. Oczywiście, że ma. Ale jednocześnie – nie ma w nim takiego wielkiego głębokiego przywiązania do tekstu źródłowego. Wręcz przeciwnie – w ostatnich latach najbardziej bawiły go te ekranizacje które coś co wspomnianych intryg dodawały, czy nieco je zmieniały. Dlaczego? Z wielu powodów, także z takiego, że jednak najważniejsze kryminały Christie są tak doskonale znane, że tracą swój najważniejszy element – suspens. Z drugiej strony – Zwierz w ogóle ma takie podejście do ekranizacji, że tak długo jak długo mają na siebie pomysł mogą odchodzić od materiału źródłowego. Chociażby dlatego, że nie czynią mu tym krzywdy – książki Christie się nie zmieniają – zmienia się tylko to co i jak czytają je kolejni twórcy. Było już wiele ekranizacji Morderstwa w Orient Expressie. Bardzo różnych. A książka Christie pozostaje niezmienna. To ważna deklaracja bo z tego co zdarzyło mi się w wielu przypadkach przeczytać – ludzie mają duży problem z odejściem fabuły ekranizacji od książki. To jest coś co mi zupełnie nie przeszkadza. I to jest ważne, bo jak wam przeszkadza to może wpłynąć na cały seans.

 

Zwierz uwielbia Polunina ale w tym filmie naprawdę jest tylko po to by smutno patrzeć i kopać z półobrotu. Ale jaki to jest półobrót.

Tym co Zwierza najbardziej intrygowało – kiedy podchodził do filmu, to jak uda się rozwiązać największy problem z Morderstwem w Orient Expressie – wiele osób doskonale wie, jakie jest rozwiązanie tej zbrodni. Więcej – spora część widowni ma swoją ulubioną ekranizację więc wie jak ich zdaniem ta zbrodnia powinna zostać przedstawiona na ekranie. To jest zadanie o tyle trudne, że właściwie wymusza na twórcach nie tyle ekranizowanie samego tekstu, co ekranizowanie go w opozycji, czy w kontekście innych filmów. Innymi słowy – nie tylko musi być jakiś sam w sobie, musi też udowodnić, że miał sens przez odróżnienie się od innych ekranizacji. Dobrym przykładem mogły tu by być wąsy Poirota – zupełnie inne niż te do których przyzwyczaiły nas poprzednie ekranizacje – zmiana tego elementu (Zresztą przybliżająca nas do tego co było w powieści) od razu pokazuje, że to film z konieczności tworzony w pewnej kontrze do tego co już widzieliśmy. Słynny detektyw nie ma w tym filmie wspaniałych wąsów. On przede wszystkim ma wąsy INNE niż pozostali filmowi bohaterowie Christie. I w sumie na tym trochę się opiera ten film – jeśli nie będzie inny – zginie.

 

Zwierz dawno nie widział nikogo komu byłoby tak fenomenalnie w strojach i fryzurze z epoki

Od razu Zwierz musi zaznaczyć, że film dość wyraźnie rozpada się na dwie części – pierwsza – wprowadzająca nas w świat Herculesa Poirot.  Zdaniem Zwierza to jest najlepsza część filmu – ma doskonałe tempo, jest zrealizowana z humorem, przepychem i rzeczywiście dobrze pokazuje nam bohatera. Podstawową cechą naszego wybitnego belga będzie, niemalże obsesyjne, dążenie do równowagi – nawet jeśli owa równowaga miałaby oznaczać coś równie niemiłego jak ubrudzenie sobie nie jednego buta tylko dwóch. Jednocześnie – pada to piękne zdanie, że Poirot widzi wszystko takim jakie powinno być więc najdrobniejsze zaburzenie ładu przyciąga jego uwagę. To zdanie mogłoby być idealną puentą całego filmu, ale pojawia się na początku jasno ustawiając historię. To nie tylko historia śledztwa ale też opowieść o tym jak Poirot uczy się, żyć z brakiem jasnego podziału na dobre i złe.  Tą pierwszą część ogląda się z olbrzymią przyjemnością, też ze względu na to jak bardzo Branagh się tu nie hamuje by  uczynić ten świat przedstawiony barwnym, kolorowym i takim sentymentalnie pocztówkowym. Nie wszystkim takie podejście może przypaść do gustu ale w przypadku takiego filmu – który jednak odwołuje się do pewnej teatralności czy sentymentu, takie wygładzenie rzeczywistości działa.

 

Zwierza bardzo cieszy, że ostatnimi laty widzimy na ekranie nieco więcej Michelle Pfeiffer niż w ostatnich latach

Druga część filmu zaczyna się w momencie popełnienia zbrodni. I tu właściwie – zdaniem Zwierza- sama akcja filmu nie ma nam wiele do zaoferowania. Niezależnie bowiem od tego jak ocenimy zmiany w intrydze kryminalnej (czy uznamy je za sensowne czy bezsensowne) i tak wiadomo do czego to prowadzi. Stąd zwierz w ogóle nie miał potrzeby zastanawiania się czy zmiany poczynione w fabule czynią zakończenie logicznym z takiego „detektywistycznego” punktu widzenia. Bo jakby to w ogóle nie miało znaczenia, bo przynajmniej Zwierz nie szedł na Morderstwo w Orient Expressie jako na kryminał. Bo w takim przypadku musiałby się pogodzić z tym, że znajomość książki odebrałaby mu sporo przyjemności. To podejście, którego można nie podzielać (ogólnie każdego poglądu na film można nie podzielać) ale ostatecznie prawda jest taka, że trzeba sobie jasno jedną rzecz powiedzieć. Tak naprawdę nikt tu nie kręcił kryminału. Suspens, zaskoczenie – tego wszystkiego nie da się tu utrzymać i zresztą chyba nikt go nie szuka (tu mała errata – Zwierz siedział obok ludzi, którzy nie wiedzieli jak to się wszystko potoczy i skończy i byli absolutnie zachwyceni. Stwierdzili też że przeczytają książkę). Podstawowe pytanie – kto i dlaczego zabił, dla większości widzów nie ma racji bytu o tyle, że w sumie już wszystko i tak wiemy. Co więc dostajemy? Po pierwsze – absolutnie fascynujący popis reżyserski pod tytułem – jak nakręcić film w pociągu bez sprowadzania go do serii identycznych rozmów w identycznych dekoracjach. Zwierz wie, że to nie jest  sposób w jaki większość osób ogląda filmy, ale sprawiło mu olbrzymią przyjemność liczenie i obserwowanie różnych zabiegów które mają narrację ożywić. Mamy więc ujęcia z góry, sceny statyczne i dynamiczne, kameralne i wykorzystujące niesamowite krajobrazy. To w sumie ta reżyserska sprawność czyni drugą część zupełnie inną, ale wciąż ciekawą.

 

Problem z filmem jest taki – ponieważ do niemal wszystkich ról zatrudniono bardzo znanych aktorów i aktorki to człowiekowi wydaje się, że ich postacie powinny mieć więcej czasu ekranowego. Ale przy dwunastu podejrzanych to nie jest coś na co można sobie pozwolić.

Oczywiście w przypadku filmu gdzie mamy jednego detektywa i dwunastu podejrzanych, niesłychanie ważne stają się interakcje pomiędzy postaciami. I chyba nie możemy dłużej odkładać na bok pomysłu Branagha na Poirota. Widzicie – Zwierz wychodzi z założenia, że Poirot jest trochę jak Holmes. Jakiś może być lepszy od drugiego, ale niekoniecznie jest tylko jeden właściwy. To powiedziawszy – Poirotem numer jeden Zwierza jest bezdyskusyjnie David Suchet, ale tak długo jak nikt publicznie nie pali kopii filmów z jego udziałem, tak długo Zwierz dopuszcza inne interpretacje. W przypadku Branagha Poirota zwierz miał wrażenie, że jego bohater choć oczywiście posługuje się dużo „szerszym” gestem (cóż Branagh to taka primadonna że musi połowę filmu wypełnić sobą a drugą swoimi załzawionymi błękitnymi oczami) niż Poirot Sucheta zdaje się też być zupełnie inaczej ludzki niż inni interpretatorzy tej roli. Zwierz miał wrażenie, że to postać w sumie dużo delikatniejsza, bardziej otwarta i podatna na zranienie niż wcześniejsi bohaterowie. Taka interpretacja sprawiła, że wydał się on Zwierzowi bliższy – bardziej ludzki niż literacki. Miejscami z konieczności – nieco bardziej współczesny. Taka zmiana Zwierza cieszy bo po cóż mu jeszcze jeden dokładnie tak samo poprowadzony detektyw. Jednocześnie – Zwierz zdaje sobie sprawę, że taka interpretacja postaci Poirota nie wszystkim musi przypaść do gustu.  Muszę przyznać, że mnie ujęła – łącznie z tym poczuciem, że to człowiek żyjący w ciągłej niewygodzie wynikającej z wrażliwości na przewlekłą niedoskonałość świata. To był inny bohater niż się spodziewałam i to było dla mnie przyjemnym zaskoczeniem. Zwłaszcza, że Branagh nie zawsze chce grać wrażliwość – zdecydowanie woli machać pistoletem i biegać w płaszczu z postawionym kołnierzem (taki off top – nie ma to jak reżyser tak skupiony by aktor wypadł w kadrach jak najładniej. Oj lubi się Branagh, lubi).

Kiedy Judi Dench gra kogoś z arystokracji to Zwierz miałby wrażenie, że mogłaby wejść do pałacu Buckingham powiedzieć, że zastępuje królową i nikt by nie śmiał zaprzeczyć.

 

 

W przypadku pozostałych postaci dramatu problem polega na tym, że Christie nie dała im aż tak wiele do zagrania. Jasne wiele się da z tego wyciągnąć, ale żaden aktor czy aktorka nie mają szans na wielki popis. Ostatecznie ze swoich kilku scen trzeba wyciągnąć jak najwięcej. Kto w tym wielkim pojedynku wygrywa? Zwierz przyzna, że ucieszyła go rola Daisy Ridley – aktorka nie miała tu wiele miejsca na popisy ale przynajmniej mamy dowód że potrafi grać i to grać inaczej niż w Gwiezdnych Wojnach. Poza tym jej uroda cudownie współgrała ze strojami z epoki. Zwierza nie zawiedli też weterani – Derek Jacobi (obowiązkowy aktor w filmach Branagha) nie musi bardzo grać żeby powiedzieć nam o swoim bohaterze wszystko – od tego, że umiera, przez jego doświadczenie jako służącego, nawet widać w nim starego wojskowego. Z kolei Judi Dench wystarczy, że zrobi minę królowej a już rozumiemy, że jej nie obowiązują te same zasady co resztę plebsu. Bo przecież wszyscy jesteśmy plebsem. Miłym zaskoczeniem była Michelle Pfeiffer, która ostatnio więcej gra. Zwierz zawsze miał słabość do aktorki a tu – przynajmniej zdaniem Zwierza, doskonale wyczuła konwencję – nieco jednak przerysowanej gry i narracji. Na samym końcu Josh Gad który przynajmniej w opinii Zwierza jest jednym z  tych aktorów których człowiek – ze względu na ich aparycję – traktuje zawsze niepoważnie, a który ma dryg do nadawania emocjonalnym scenom głębi.

 

Fascynujące jest obserwowanie zabiegów reżysera który nie chce nakręcić filmu który działby się tylko w pociągu.

Jednocześnie – ten film ma taką obsadę, że z braku miejsca marnuje się wielu utalentowanych aktorów. Penelope Cruz właściwie nie ma tu co grać. Podobnie z Olivią Colman. Johnny Depp gra ale ostatnio uczucia Zwierza względem aktora sprawiły, że jak go zadźgali to ucieszył Zwierza ten fakt. Natomiast najbardziej wzruszył Zwierza występ Sergeia Polunina – słynnego tancerza baletowego. Otóż Zwierza Polunina kocha wielce i tyle się go już naoglądał, że umie go rozpoznać nie po twarzy ale po stylu i jakości tańczenia. Polunin jest w filmie tylko po to by kogoś efektownie kopnąć z półobrotu i żeby spoglądać na nas tymi swoimi wielkimi oczyskami na nieco wychudłej twarzy. Zwierz go uwielbia, ale po co on tutaj – trudno orzec. Jednocześnie skoro przy aktorach których Zwierz poznaje jesteśmy – przyjaciela Poirota gra Tom Bateman. Bateman to jest taki brytyjski, bardzo przystojny, aktor którego Zwierz nie umie zapamiętać. To znaczy widział go w większości produkcji w jakich się pojawił, ale nadal nie umie go wpisać do wielkiej Zwierzowej mózgowej bazy brytyjskich aktorów. To człowiek wybitnie bez właściwości.

 

Zwierz musi powiedzieć – fakt że to jest film w którym Jonny Depp gra wyjątkowo antypatyczną postać jest dobrym pomysłem castingowym

Trzeba tu zaznaczyć, że tym co wpływa na przyjemne doświadczenia związane z oglądaniem filmu jest prosty fakt, że to jest bardzo ładna produkcja. Branagh nie miał ograniczeń produkcji telewizyjnej, a jednocześnie – on zawsze kręci z rozmachem. Wszystko jest więc nieco przerysowane – niekiedy w sposób bardzo teatralny. Gdy mówimy o dekoracjach czy ustawieniach niektórych scen – to bardzo się to sprawdza. Choć od razu należy zaznaczyć – nie zawsze. Może powiedzmy sobie raz i nie powtarzajmy – jeśli masz dwanaścioro bohaterów i długi stół, to jeśli nie kręcisz filmu o Jezusie nie sadzaj ich przy długim prostym stole – to jest trochę kiczyk. Z drugiej strony – widać w tym filmie trochę zamierzonego kiczyku – czy takiego wizualnego przerysowania, które Zwierzowi w tym luksusowym wydaniu retro nie przeszkadza. Zwierz nie omieszkał też liczyć charakterystycznych zagrywek Branagha. Retrospekcje są więc czarno-białe (jak w Umrzeć Powtórnie), oczywiście muzykę napisał Patrick Doyle (ktokolwiek myślał, że Branagh da do filmu nowoczesną muzykę ten musiał zapomnieć, że u Branagha zawsze jest Doyle). W obsadzie oczywiście Derek Jacobi. Bohater Branagha oczywiście płacze. No można wyliczać bardzo długo, bo tak naprawdę Branagh potrafi kręcić tylko dwa filmy – ekranizację Szekspira (z obowiązkową piosenką) i ten drugi.

 

Tym co zawsze wzrusza Zwierza jest uwielbienie jakie Kenneth reżyser ma dla Kennetha aktora.

Są oczywiście w filmie – jak chyba w każdym filmie Branagha – sceny gdzie człowiek łapie się za głowę i rozgląda myśląc – gdzie są moje nożyczki – wytnijmy to i zapomnijmy o wszystkim. Ale widzicie – to ponownie kwestia oczekiwań. Bo Zwierz się tego trochę spodziewał. Choć prawdę powiedziawszy – spodziewał się, że będzie dużo gorzej. Np. powiedziano mu, że Poirot Branagha ma beznadziejny akcent – Zwierzowi się podobał bo ponownie – nie był przeszarżowany. Więcej – nawet te kontrowersyjne wąsy po pięciu minutach filmu przestały być dziwne i stały się częścią postaci. Zresztą Zwierz ma teorię dotyczącą wąsów. Otóż Branagh ma bardzo cienkie wargi – od którego to faktu, zawsze niemal próbuje odwrócić uwagę widza. Gdyby miał cienki wąsik to bardzo by to przykuło uwagę a tak to nawet nie zauważysz. To jest taka poza fabularna interpretacja Zwierza. Nie mniej – ponownie – myślę, że nie wszyscy będą oglądać ten film tak jak ja. Ale jeśli macie w sobie dużą tolerancję na to by pozwolić ekranizacjom na własne drogi to może wam się spodobać. Na koniec poza przemiłym uczuciem fajnego seansu Zwierza zaskoczyło jeszcze jedno. Po raz pierwszy od bardzo dawna oglądając ekranizację Morderstwa w Orient Expressie naprawdę było mu żal bohaterów. Naprawdę poczuł emocjonalną więź z całą tą historią. Być może na tym też polega problem. Bo do Zwierza sposób prowadzenia narracji w filmach Branagha trafia. On w jego bohaterach widzi ludzi, i czuje te emocje których pragnie od niego reżyser. Ale jednocześnie wie, że jest całe mnóstwo ludzi dla których ten sposób gry i ten sposób reżyserii nie trafia. Dziś się jednak nimi nie będę przejmować. Bo mój reżyser i mój aktor mnie nie zawiedli.

Ps: Zwierz  Opublikował jak co roku spis swoich przedziwnych snów za rok miniony! A Zwierzowi śni się dosłownie wszystko!

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • kaam.

    Wyłowiłam perłę:
    „Zwierza bardzo cieszy, że ostatnimi laty widzimy na ekranie nieco więcej Michelle Pfeiffer niż w ostatnich latach”

    • zpopk

      Tak jest jak człowiek przysypia nad opisami zdjęć.

  • Kat

    Perełka, która poprawiła mi wieczór:
    „Gdyby miał cienki wąsik to bardzo by to przykuło ulgę a tak to nawet nie zauważysz.”

    • zpopk

      dopisuję słowo literówka bo bez niego tego nie znajdę do zestawienia za pół roku

  • Ala

    Phi, czepiacie się takich drobnostek, a nie zauważyliście złotej myśli: „Niestety nie zdarzają się one rzadko. W sumie to jest dość rzadkie uczucie.” :D
    Zwierzu, nie obraź się, to z niewysłowionej sympatii. A tak poza tym to TAK BARDZO zgadzam się z całym tym wpisem <3

  • Gabrysia Panika

    Podobało mi się, jak bardzo nacisk położony był tutaj na to, że zbrodnia niszczy nie tylko życie samej ofiary, ale i wielu związanych z nią osób. Zastanawiałam się też, dlaczego reżyser zupełnie zrezygnował z koncepcji, że był to sąd, bohaterowie zostali najpierw przysięgłymi, a potem wykonawcami wyroku, to dosyć ważne w rozwiązaniu zagadki u Christie.

  • Anna

    Ja właśnie nie wiem, co sądzić o tym filmie. Z jednej strony był naprawdę ładny, przyjemnie się go oglądało ze względu na stronę wizualną (chociaż czasami było tak trochę kiczowato-baśniowo). A z drugiej strony, jakoś nie mogłam się wczuć w tę historię. W ostatnich miesiącach obejrzałam cały serial z Suchetem, więc nowy Poirot, który laskę traktuje jak broń i puszcza się w pościg to jakieś takie nienaturalne było, niepoirotowe. No i tyle bardzo znanych aktorów moim zdaniem odwracało uwagę od historii, może też dlatego, że część z nich nie miała za bardzo co grać, pojawiali się po prostu w kadrze i ja ciągle o nich myślałam jak o aktorach a nie postaciach. Może gdybym nie szła na ten film z myślą, że idę na ekranizację powieści z Poirotem, to wrażenia miałabym inne. Ale tych myśli chyba nie można sobie ot tak wyłączyć. I też miałam skojarzenie z Ostatnią Wieczerzą :D.

    • i_am_keyser_soze

      Zabawna sprawa, ale w książkach są momenty gdy Poirot, gdy musi, popisuje się umiejętnościami w walce wręcz.. Choć oczywiście zwykle tego unika zostawiając to Hastingsowi czy Jappowi. Powiedzmy sobie wprost: jako policjant a także ktoś kto brał udział w ruchu oporu podczas wojny, musiał posiadać jakieś tego typu umiejętności.

      • Anna

        No niby tak, ale Poirot Sucheta jeździł nawet na wczasy odchudzające (choć uważał, że ma idealną figurę;). Jego postać to taki człowiek-pingwin, którego supermocą jest intelekt, a na pewno nie sprawność fizyczna. I robił się coraz bardziej obły z serii na serię;).

        • i_am_keyser_soze

          Poirot w książkach uważał dokładnie to samo i do najszczuplejszych nie należał, choć Christie podkreślała, że o linię jednak dbał. Zwyczajnie w adaptacjach pomija się jedne szczegóły a uwypukla inne. Branagh podkreślił nieco inne cechy Poirota niż Suchet, ale wszystko to da się znaleźć w materiale źródłowym.

  • Karol Skolmowski

    Tak bardzo chciałbym to zobaczyć…

  • Och, właśnie wróciłam z kina i przyznam, że bardzo, bardzo się ze Zwierzem zgadzam w odbiorze tego filmu. Nie wiem właściwie, czego się spodziewałam, po prostu chciałam zobaczyć, jak to jest zrobione na nowo i wiedziałam, że będą ładne obrazki – zaskoczyło mnie to, że się przejęłam! Że w tej drugiej części nieszczęście bohaterów tak bardzo chwyciło za serce… Całość ładnie rozwiązana i świetnie zagrana, a na wąsy, które wydawały się tak straszne w zapowiedziach, też przestałam zwracać uwagę po pięciu minutach seansu. Ładny film to był. (I oczywiście, że ostatnia wieczerza…)