Płaszcz, Szpada, Radość i Wstyd czyli wracają Muszkieterowie!

05/01/2015

W Trzech Króli na Trzech Króli czyli Idźcie do Teatru (Polskiego)

05/01/2015

Na żółwie nigdy nie jest za późno czyli zwierz o Esio Trot

05/01/2015

Hej

Zwierz, wie że jest wam winny trzecią część wpisu o aktorach z LOTR ale musicie się jeszcze uzbroić w cierpliwość. W końcu nie zawsze znajdzie się czas by przejść przez filmografię Christophera Lee (jedną z najdłuższych w branży). Zwierz zresztą nie wie czy chciałby dziś pisać o innych filmach niż Esio Trot. Ta urocza produkcja BBC pojawiła się na ekranach w Nowy Rok ale zwierz zostawił sobie ją na nieco później, w nadziei że pod koniec okresu świątecznego przyniesie uśmiech na twarzy zwierza. Wiecie im bliżej powrotu do codzienności tym więcej potrzeba nam historii niecodziennie miłych. Najwyraźniej nad decyzjami zwierza czuwają dobre duchy, bo jeśli kiedykolwiek będzie wam smutno to Esio Trot koniecznie trzeba wpisać na listę filmów do oglądania w dni szare, ponure i pozbawione radości.

Jeśli szukacie czegoś uroczego co pozwoli wam zapomnieć że mamy początek stycznie (brr) to Esio Trot jest idealnym wyborem

Od razu na początek mała deklaracja. Tej książki Dahla zwierz nie czytał.  Czytał inne ale – jeśli może się przyznać – wcale ich tak strasznie jako dziecko nie lubił. Być może dlatego, że wydania które miał, opatrzone były „dorosłymi” (a w percepcji zwierza jako dziecięcia brzydkimi i niepokojącymi) ilustracjami. Zwierz nie jest zwolennikiem ilustrowania książek dla dzieci (zwierzowa wyobraźnia zawsze podsuwała mu inne obrazy niż ilustrator) ale jeśli się już to robi, to warto brać pod uwagę – nawet niekiedy kiczowate- dziecięce poczucie estetyki. Rodzicom poważne ilustracje często się podobają, ale zwierz pamięta z dzieciństwa niejedną książkę, którą obchodził łukiem bo wiedział, że z którejś ze stron spojrzą nań dziwne czy budzące niepokój oczy czy postacie. To trochę temat na inny wpis, ale jak sami widzicie ze zwierza nie wyrosła istota zupełnie pozbawiona smaku i wrażliwości. Zwierz jest w tym względzie przekonany, że nie wszystko na raz i trzeba pozwolić nam dorosnąć do dojrzalszej estetyki. Zwierz jako dziecko był pewien że jego różowa torebka, pachnąca perfumowanym plastikiem jest niesłychanie piękna i elegancka i jakoś mu to przekonanie przeszło (choć nadal zwierz ubóstwia zapach perfumowanego plastiku). Nie mniej wracając do tematu zwierz Esio Trot nie czytał, w związku z tym nie ocenia produkcji jako ekranizacji książki. Co nie zmienia faktu, że przystępując do oglądania warto jednak pamiętać, że poruszamy się po świecie wykreowanym na potrzeby dziecięcego czytelnika – co jednak u Dahla wcale nie oznacza świata infantylnego (co przecież zawsze było największą zaleta jego książek).

Film ma bardzo przyjemną strukturę – bo dobrze wprowadzono narratora, który sam ma swoją małą historię która budzi nasza ciekawość

Bohaterem historii jest Pan Hoppy – bardzo nieśmiały starszy pan, który ma dwie pasje – kwiaty na swoim balkonie i wielką miłość jaką darzy sąsiadkę mieszkającą piętro niżej.  Problem w tym, że jego nieśmiałość stoi na przeszkodzie wyznania swojego uczucia zawsze wesołej i pełnej życia  Pani Silver z trzeciego piętra. Ich rozmowy ograniczają się więc do przyjemnych sąsiedzkich pogawędek zarówno w windzie, jak i pomiędzy balkonami. Sytuacja zmienia się kiedy pani Silver kupuje żółwia, który niestety nie rośnie, mimo wielkich marzeń właścicielki by ten stał się choć odrobinę większy. Kierowany miłością i oddaniem Pan Hoppy decyduje się więc na niesamowity plan – podmieniania żółwi co pewien czas (rytm wyznacza recytowanie wiersza z tytułowym Esio Trot powtarzanym kilka razy dziennie) tak by stworzyć wrażenie, że zaklęcie rzeczywiście działa. Plan jest dość skomplikowany i wymaga dzielenia mieszkania z setką żółwi w różnych rozmiarach ale serce Pana Hoppego przepełnione jest miłością a on sam ma w sobie mnóstwo entuzjazmu. Wszak to ostatnia szansa, nie tylko dlatego że Pani Silver podoba się mieszkającemu obok gadule  Panu Pringle, ale też dlatego że nikt z całej trójki nie jest młody i na kolejne życiowe szanse może już nie być czasu. A że plan jest nieco skomplikowany to widz dostanie sporo wzruszających i zabawnych scen. Całą historię opowiada nam zaś pełen entuzjazmu narrator, który gdzieś bardzo się spieszy, ale koniecznie musi nam całą historię opowiedzieć.

Twórcy filmu stworzyli ładny alternatywny świat nasycony pięknymi kolorami, strojami i mnóstwem żółwi

Zwierz nie chce zdradzać dużo więcej fabuły, bo ta – choć przecież prościutka – kilka razy przyjemnie go zaskoczyła. Oczywiście jeśli znacie historię z książki, zaskoczeń wielu nie będzie (zwłaszcza że wszyscy już chyba wiemy jak taka historia się kończy) ale i tak sposób w jaki całość opowiedziano może przynieść miły powiew świeżości. Książeczkę Dahla na filmowy scenariusz przerobił Richard Curtis i bardzo to widać. Wszystko rozegrane jest wedle tych samych co zwykle Curtisowych schematów – dialogi są miłe i dowcipne, bohater uroczo nieporadny i niekiedy gubiący się w słowach, do tego to tu to tam rzucony naprawdę dobry dowcip. No i oczywiście przeurocze rozmowy jakie nasz bohater prowadzi z żółwiami, które co trzeba dodać, są w tym filmie tak niesamowicie urocze, że zwierz gdyby nie miał świnek prawdopodobnie udałby się do sklepu po żółwia. Zresztą musicie wiedzieć że będąc dzieckiem zwierz miał żółwia – do chwili kiedy do rodziny wprowadził się kot (dosłownie wprowadził się sam przychodząc któregoś dnia i zostając na zawsze) i zaczął się bawić żółwiami (nie jadł ich tylko turlał po podłodze). Po tych wydarzeniach zwierz nie miał już nigdy żółwia ale sentyment został i gdyby film trafił do kin zapewne zrobiłby dla żółwi to samo co kiedyś Babe, świnka z klasą zrobiła dla prosiaczków. Przy czym żółwie czekałby lepszy los bo w mieszkaniu żółwia hodować łatwo.

Dustin Hoffman to świetny aktor – co dobrze widać w jego rozmowach z żółwiami

Wracając jednak do filmu nie tylko dobry scenariusz czyni go tak miłym do oglądania. Pamiętacie co zwierz pisał o ilustracjach? Twórcy filmu najwyraźniej odrobili swoją lekcję z estetyki opowieści kierowanych przede wszystkim do młodszego widza. Film rozgrywa się  w świecie bardzo podobnym do naszego ale jednak odrobinę alternatywnym. Kolory są wyraźniejsze, słońce jaśniej świeci, mieszkania urządzone są w sposób zdecydowanie ładniejszy niż bywa na co dzień. To świat żywych barw, pięknych roślin i kolorowych strojów (noszonych głównie przez panią Silver). Zwierz podejrzewa, że twórcy tego filmu wzorowali się trochę na chyba najpopularniejszych obecnie ilustracjach do książek Dahla autorstwa Quentina Blake’a. I dobrze bo to przecudowne ilustracje, które doskonale pasują do opowiadanych historii.  W każdym razie film przynosi widzowi letnie ciepłe światło do domu, więc zwierz poleca obejrzeć go zimą kiedy za takim właśnie ciepłem tęskni się najbardziej. Jednak tym co naprawdę przesądza o uroku opowieści jest aktorstwo. Bo BBC jak magnes przyciąga najlepszych i tym razem złapało parę znakomitych aktorów czyli Dustina Hoffmana i Judi Dench.

Oj nie trudno nam zrozumieć dlaczego Pan Hoppy zakochał się w Pani Silver

Zwierz pisał kiedyś że Anglia może stać się kiedyś stolicą filmów o ludziach w podeszłym wieku bo jako jedyna ma jeszcze aktorów i aktorki, którzy nigdy nie przestali grać i nie zostali wykopani z przemysłu filmowego. Zwierz podtrzymuje to zdanie dodając jeszcze, że jak pokazuje Esio Trot mogą sobie co pewien czas sprowadzać aktorów zagranicznych. Dustin Hoffman przez ostatnie lata bardzo sumiennie wybierał role ale zwierz zwrócił uwagę, że nie zawsze był najlepszy tam gdzie się można było tego spodziewać. Jednak w Esio Trot jest doskonały, jak bardzo nieśmiały starszy pan przyzwyczajony do swojego spokojnego życia, a jednocześnie świadomy że ważnych chwil w życiu jest co raz mniej. Hoffman jest doskonały w graniu swojej postaci tak, że jednocześnie bardzo go lubimy (doskonałe dialogi z żółwiami) a z drugiej nie jest nam trudno dostrzec jego samotność i smutek, oraz wiszące nad głową poczucie, że jest się już starym i być może nic więcej się nie przytrafi.  Nie dziwi nas też ani przez chwilę, że grany przez niego bohater zakochuje się w swojej sąsiadce bo przecież my też byśmy się natychmiast zakochali. Judi Dench gra osobę, której nie sposób nie lubi, roztrzepaną, być może niezbyt bystrą ale za to radosną i pełną życia Panią Silver. Przy czym to nie jest jakaś wyidealizowana wizja w której Pani Silver w ogóle nie wygląda rok starzej niż lat czterdzieści. Co nie zmienia faktu, że wystarczy włożyć na Judi Dench te wszystkie kolorowe sukienki i przedziwne stroiki a na twarzy widza pojawia się uśmiech, bo  i nam udziela się radość i życiowa energia jej bohaterki. Tym bardziej rusza nas gdy aktorka w jednej chwili zdejmuje wciąż obecny na twarzy uśmiech i nagle robi się smutno i trochę poważnie. Zresztą co jest najważniejsze pomiędzy aktorami jest bardzo dobra chemia co w historiach o wielkiej miłości jest najważniejsze.  No i jeszcze mamy Jamesa Cordena jako narratora, co zawsze jest dobrym dodatkiem, bo aktor z niego znakomity a przy okazji ma bardzo miły głos i dobrze opowiada.

 

Niby wszyscy wiemy jak takie historie się kończą ale nadal radość z oglądania jest olbrzymia

Zwierz musi wam powiedzieć, że doskonale bawił się oglądając Esio Trot a już ostatnie sceny oglądał z olbrzymim uśmiechem na twarzy (zwierz zapomniał dodać że cały film ma bardzo ładną ścieżkę dźwiękową złożoną głównie z piosenek Louisa Armstronga). Oczywiście to wszystko bajka, ale tak ślicznie i uroczo opowiedziana, że zwierz da głowę, że i na was podziała. Do tego – jeden z nielicznych filmów jaki zwierz zna, który ma dwie puenty na wypadek dobrego i złego zakończenia i każdą można sobie spokojnie wziąć do serca. W każdym razie jeśli będziecie mieli możliwość i akurat będziecie się może nieco gorzej czuli w życiu to koniecznie obejrzyjcie sobie film. Zwłaszcza że jak wszyscy wiemy od sztuki nie jest tak daleko do życia, bo przecież Judi Dench, która podobnie jak jej filmowa bohaterka jest wdową, wyznała niedawno że nigdy nie spodziewała się, że zakocha się ponownie. Ale tuż przed swoimi 80 urodzinami mogła przedstawić światu swego nowego ukochanego – sąsiada przez płot, z którym co prawda nie zamieszka, bo oboje są zbyt zajęci ale który wniósł do jej życia nową radość. I jak tu się nie uśmiechnąć, do myśli że może nie wszyscy jesteśmy przeznaczeni do życia pośpiesznego. Część z nas czeka życie żółwie gdzie wszystko dzieje się odrobinę wolniej, ale czy to od razu znaczy źle? Wszak żółwie są wytrwałe. I fajne.

Ps: Zwierz został zasypany lawiną pytań czy będzie recenzował każdy odcinek Muszkieterów tak jak wczoraj i spieszy donieść, że nie – dostaniecie jeden wpis pod koniec sezonu. Dlaczego? Zwierz uwielbia serial ale wie, że nie wszyscy go oglądacie i przyzna szczerze, nie chce was zanudzać raz w tygodniu. Ale może wam napisać że jak nie oglądacie to możecie zacząć – nie będziecie żałować.

Ps2:  Koniecznie zajrzyjcie na bloga Riennahera i przeczytajcie najlepszy wpis o Thranduili w polskojęzycznym Internecie

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Wazon

    Zwierzu! Myślałam, że jestem jedyną osobą na świecie, której w dziecinstwie bardzo przeszkadzały ilustracje w książkach, bo oczywiście nie trafialy w to, co sobie wyobraziłam.Zdarzalo mi sie ( o ile pamietam ?) nawet wyrywac obrazki, czym dorosli nie byli zachwyceni. A tu się okazuje,że dziwnym trafem zwiarz ma to samo uczucie.
    Potem, jako redaktorka, wolałam, żeby autor książki nie oglądal prac ilustratora, bo oczywiście nie trafialy w wyobraźnię autora i mogło to powodowac niepotrzebne i bezsensowne spory.
    A jako autorka jakoś sie do tych rozbieżności przystosowałam.

  • jednorozcosc

    och, ja też nie lubiłam kilku książek, zwłaszcza z baśniami, bo ilustracje były po prostu STRASZNE. wtedy nie znałam tego słowa, ale teraz określiłabym je jako creepy. były w domu dwa zbiory baśni (Afanasjew i Basile) z tej samej serii wydawniczej i o ile baśnie rosyjskie były zilustrowane przecudownie, to te włoskie zwyczajnie strasznie. Paskudna kreska. Pamiętam też inną książkę z baśniami, ale pamiętam ją w kawałkach, ilustracje były straszliwe (ciemne, rozmazane, jakieś wielkie oczy, okropne), może się z nią rozprawiłyśmy czy coś.
    i jeszcze był jeden zbiór gdzie ilustracje były niewątpliwie piękne, ale bardzo niepokojące (pamiętam świecące oczy w rogu pokoju). ludzie, nie rysuje się takich rzeczy w książkach dla dzieci!

  • Sherlock Sherlockista

    Chyba bardzo by się przydał ten inny wpis o ilustracjach w książkach dla dzieci! Ostatnio jest wręcz taka moda na bardzo ą ę pomysły, które są takie wymyślne i jeszcze bardziej dorosłe niż kiedyś, a ja cały czas mam wrażenie, że jako dziecko tylko bym się tego bała (pamiętam zresztą takie przypadki, jak każdy), i że naprawdę jak się ma kilka lat, to człowiek ma prawo lubić słodkie kiczyki i nie ma ochoty niepokoić się obrazkami z bajki o kotku i misiu. Jak ostatnio zobaczyłam książkę dla dzieci nagrodzoną (!) za ilustracje (http://xiegarnia.pl/aktualnosci/wyrozniono-najlepsze-ksiazki-dla-dzieci/ ) to odpadłam…

    • Ja najbardziej lubiłam tradycyjne ilustracje, takie jak w wiktoriańskich wydania Kubusia Puchatka i Alicji. A te nowoczesne zawsze wydają mi się brzydkie, chociaż chyba mają odwoływać się do sposobu w jaki rysują dzieci.

  • Nina Wum

    Zwierzu, przypomniałaś mi o baśniach Braci Grimm, ilustrowanych przes Stasysa Eidrigeviciusa…Te kołkowate oczka ścigały mnie latami.

  • A mi Zwierz z kolei przypomniał o ilustracjach Janusza Stannego, Jerzego Jaworowskiego i Andrzeja Strumiłło do baśni Andersena. Tak, kostucha trzymające gałki oczne, słowik wysadzany klejnotami który miast ptasiej głowy miał ludzką czaszkę, zamek stojący na skale o kształcie czaszki, nagi, ogromny król ‚ubrany’ w miasto, „witrażowe” robaki czy czerwona otchłań wypełniona przeklętymi duszami to najlepsze ilustracje dla trzylatki. Inna sprawa, że to te baśnie obwiniam o mój gust estetyczny i zainteresowania – niby człowiek się bał, a jednak wlepiał w nie swój wzrok na godziny. I potem śnił koszmary – cudowne i straszne zarazem. Chyba nic później nie zrobiło na mnie takiego wrażenia.

    Dla chętnych zobaczenia tych cudownych okropieństw na własne oczy:
    http://pstrobazar.blogspot.com/2011/02/i-wreszcie-stanny-trzy-tomy-andersena.html
    http://pstrobazar.blogspot.com/2011/02/trzy-tomy-andersena-tom-ii-strumio.html
    http://pstrobazar.blogspot.com/2011/02/trzy-tomy-andersena-tom-iii-jaworowski.html

  • insia

    Cudowny, cudowny film! <3 Mnie rowniez rozgrzal serducho i wywowal trwajacy doslownie caly seans usmiech. Jak dla mnie sezon depresyjno-zimowy moglby sie skladac glownie z takich produkcji, puszczanych wszedzie, na okraglo ;) :)
    Dziekuje Zwierzowi za 'Worek pelen odcinkow'; inaczej pewnie bym na ten film nie trafila, podobnie jak na final "Mirandy".
    :)

  • Miętówka

    Jestem, i od najmłodszych lat byłam, wielbicielką „creepy” ilustracji w książkach dla dzieci. Co prawda wolę czasem jakieś rzeczy iilustrowane kolorowo i tradycyjnie, w stylu Ingpena (zajmują u mnie pół półki), ale to rzadziej.
    Natomiast zwierz mi o czymś przypomniał – ostatnio ze znajomą stwierdziłyśmy, że dzieci można – ogólnie i upraszczając, oczywiście – na te, które są b. wrażliwe na rzeczy straszne, albo na rzeczy smutne i wzruszające. I pozbawiony serca zwierz (jak zzostało ustalone mi potwierdza tę teorię, tylko nie wiem – czy miał tak od dziecka? ;-)

    Przychylam się do pomysłu osobnego wpisu o ilustracjach. :-)

  • A ja się tak zastanawiałam po przeczytaniu komentarzy, czy mnie się też te ilustracje do np. Baśni Grimmów (Ewy Salamon) tak zawsze od dzieciństwa podobały, czy tylko teraz tak mi się wydaje. I oczywiście nie umiem tego teraz rozsądzić. Za to pamiętam taką „nawiedzoną” książkę w bibliotece szkolnej, która miała tak straszną okładkę (wychudzony chłopiec w fioletach, tak ją pamiętam – niby nic strasznego, ale ta aura!), że wszyscy baliśmy się ją przeczytać – i w związku z tym „wyzywaliśmy się”, kto będzie tak odważny i ją przeczyta.

    Aha, no i są przecież i dzisiaj piękne ilustracje do książek dla dzieci. Np. osobiście bardzo lubię pomysły E. Dziubak (do zobaczenia chociażby na blogu autorki: http://emiliaszewczyk.blogspot.com/, ma świetne pomysły na zagospodarowanie owadów).

    • Sherlock Sherlockista

      Jak tak patrzę w gugle, to ilustracje Ewy Salamon wydają mi się oryginalne, ale nie przekraczają pewnych granic (no i weźmy poprawkę na to, że mówimy o Grimmach, te baśnie same w sobie są mroczne i niepokojące i nie ma nic złego w tym, żeby obrazki pasowały, a nie na siłę wygładzały przekaz) – przy tych zupełnie nowych często mam wrażenie, że ktoś się wręcz umyślnie stara, żeby to nie było za ładne ;) Specjalnie tak kolory i kreskę dobiera etc. Myślę, że takie ilustracje, jakie przywołujesz, to i sama mogłam lubić, i przyszłym potomkom chętnie sprawię.

      • Z tymi Grimmami masz oczywiście rację i biorę to pod uwagę – w tym wydaniu z ilustracjami Salamon, które mam, dodatkową funkcję „straszaka” pełni jeszcze specyficzna typografia (czy jakby to nazwać), tzn. rozmieszczanie drobnych elementów z większych ilustracji na kolejnych stronach, np. podartego szala z „Pięknego Rolanda”, oczu na łodyżkach, kocurów z „Trzech cyrulików” i tak dalej. To daje w rezultacie dość niesamowite wrażenie, że dana baśń ściga cię jeszcze długo po skończeniu lektury, na kolejnych stronach.

  • Agnieszka AZJ

    Jak mniemam, pisząc o koszmarnych ilustracjach do polskich wydań książek Dahla miał Zwierz na myśli „Wielkomiluda” z ilustracjami Maśluszczaka ?

    http://poczytajmi.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?370504

  • Naprawdę podoba mi sie to, że aktor w Anglii nie ma daty przydatności. Sam film nieprawdopodobnie słodki, zakochałam sie przez niego w muzyce Armstronga i po 3 dniach od seansu nadal mam świetny humor i jutrzejszy powrót do szkoły nie jest taki okropny.

  • Marta

    och , jaki ładny i ciepły wpis ! :) domyślam się że i taki jest film , który mam nadziej śpiesznie nadrobię . Dzieki zZwierzu :)

  • Dodam tylko (bo akurat książkę czytałam), że w tym przypadku – co się przecież rzadko zdarza – filmowa fabuła jest mocno nadbudowana i zawiera parę wątków, które w książce się w ogóle nie pojawiają, włączając w to koszmarnego sąsiada, Mr. Pringle’a, postać dodającą fabule swoistego sznytu.
    Zetknęłam się też – co mnie rozśmieszyło bardzo – z niepochlebnymi opiniami, krytykującymi Roalda Dahl’a za ‚promowanie’ oszustwa jako drogi do małżeństwa oraz (tu już by można dyskutować) za promowanie kobiet w roli słodkich, głupiutkich istot, które nie mają zbyt wiele pojęcia o życiu i dają się łatwo wywieść w pole.
    Widocznie, ktoś nie zauważył, że to jest … bajka :)

    Pozdrawiam