Zupełnie bez okazji czyli o najlepszych prezentach (plus konkurs z Collector.pl)

16/01/2018

Jak nie czytać danych z box office czyli najchętniej oglądane filmy 2017

16/01/2018

Karolak musi odejść czyli o Narzeczonym na niby

16/01/2018

Kochani wiecie doskonale, że ilekroć w polskich kinach pojawia się nowa komedia romantyczna, reklamowana na mieście białym plakatem i zmasakrowanymi w Photoshopie zdjęciami aktorów, tylekroć na widowni kina zjawi się Zwierz – jedyna istota w tym kraju, która jeszcze wierzy, że gdzieś tam czai się dobra komedia romantyczna. I słuchajcie… być może jesteśmy na niezłym kursie. Tylko musimy go trochę poprawić.

Narzeczony Na niby, bo tak nazywa się nasze arcydzieło idzie najbardziej banalnym tropem romantycznych opowieści. Bohaterka ma zbliżający się ślub siostry i musi się na nim z kimś pojawić. Jej własny facet – Darek – reżyser telewizyjny, nie tylko wykazuje zainteresowania rodzinnymi imprezami, ale też – co stanowi nieco większy problem – sypia z innymi kobietami. Na całe szczęście – zawsze można jako swojego chłopaka przedstawić przypadkowego taksówkarza, który obiecał naszej bohaterce przysługę. Gdyby film trzymał się mniej więcej tej linii scenariuszowej to chyba bylibyśmy w stanie wyprodukować dzieło może nie przełomowe ale dość proste. Można dorzucić jeszcze do tego koszmarną matkę i jakieś rodzinne zatargi i mamy prawie polską wersję tego filmu w którym bohaterka zjawiła się na weselu siostry z facetem z ogłoszenia.

 

fot. Hubert Komerski

Niestety to polska komedia romantyczna w związku z tym scenarzyści stanęli przed dwoma ważnymi problemami. Pierwszym – gdzie wcisnąć Karolaka, drugim – gdzie wcisnąć rozkoszne dziecko z jakimś dziadkiem. Zwierz nie wie kiedy – chyba gdzieś w okolicach Listów do M, pojawiła się wizja, że jeśli do komedii romantycznej nie wciśniesz Karolaka i dziecka z dziadkiem to się nie liczy. Scenarzyści, którym wciąż się wydaje, że podrabianie To właśnie miłość jest przepisem na komedię romantyczną mimo, że film Richarda Curtisa ma już 15 lat i został wielokrotnie poddany krytyce – która dość słusznie wskazuje, że to całkiem sympatyczny film ale naprawdę  – nie najlepszy ze wszystkich tego typu produkcji (co doskonale widać jak się obejrzy w sumie dużo lepsze Cztery Wesela i Pogrzeb od tego samego scenarzysty). W każdym razie – scenarzystom wciąż się marzy by każdy wątek w filmie na siebie zachodził.

 

fot. Aleksandra Grochowska

Z wciśnięciem Karolaka poradzono sobie teoretycznie całkiem nieźle. Jest stylistą, przyjacielem bohaterki i narzeczonym jej siostry. Oboje wydają się być raczej zadowoleni w związku, do momentu kiedy nie pojawia się rysa. Otóż ponieważ bohater grany przez Karolaka jest stylistą to wydaje się jasne że pewnie jest gejem. Wszystko staje się jeszcze bardziej podejrzane gdy na horyzoncie pojawia się Barnaba, były przyjaciel Karolaka – który jest projektantem mody i gejem, a na dodatek – ma zostać jeszcze świadkiem na ślubie. No i dostajemy komedię pomyłek – przy czym – i to jest ważne – wątek jest tak napisany, że się zupełnie nie klei. Wyjawiając – Karolak nie jest gejem, zaś Barnaba istotnie darzył go uczuciem, którego odrzucenie sprawiło, że wielka przyjaźń się załamała. Panowie sobie przebaczyli, ale narzeczona jest przekonana, że to oznacza iż Karolak na pewno jest homoseksualistą pragnącym zawrzeć związek małżeński by ukrywać się przed światem. To prowadzi do zerwania zaręczyn i ogólnego nieporozumienia. Problemy z tym wątkiem są dwa – jeden – aby było obu stronom trudno sobie wszystko wyjaśnić, bohater Karolaka cały czas powtarza że ma sekret który musi w końcu ujawnić by żyć normalnie. Ale scenariusz nie mówi nam co to za straszny sekret. Chyba że uznamy, że owym strasznym sekretem byłby fakt, że kiedyś zakochał się w nim facet. Ale znów – co miałoby być w tym strasznego? Tak więc zwierz wyszedł z kina krzycząc „Jaki jest sekret Karolaka?”. Niebiosa milczały wymownie. Druga sprawa – przez całe to nieporozumienie jedyną w pełni zorientowaną osobą jest nasza bohaterka – która wszystko wie i… nic z tymi informacjami nie robi. To znaczy zachowuje się tak jakby fakt, że jej siostra zerwała zaręczyny na skutek nieporozumienia nie był jakimś problemem z którym trzeba się zmierzyć.

 

fot. Aleksandra Grochowska

Mamy też wątek dziecka i dziadka. Ponieważ śmiertelność kobiet w wieku rozrodczym w Polsce wynosi jakieś 99% świat jest pełne sierotek wychowywanych przez ojców i dziadków. Tu mamy klasyczny konflikt – ojciec chce żeby syn grał w piłkę, a dziadek wspiera jego pasję do śpiewania. Chłopak dostaje się do programu telewizyjnego dla śpiewających dzieci, który to oczywiście produkuje nasza bohaterka na spółkę ze swoim byłym chłopakiem. Tylko że oczywiście całość trzeba trzymać w tajemnicy przed ojcem, co zmusza wszystkich do piramidalnych kłamstw, oszustw i uników. Całość oczywiście tylko po to by – w jakże wzruszającym finale ktoś w końcu mógł zrobić to czego nigdy przenigdy nie można zrobić w jakimkolwiek filmie – porozmawiać. Co niestety trochę nudzi bo budowanie dramy na typowym dla takich najbardziej banalnych farsowych historii, niezrozumieniu czy piętrowym kłamstwie jakoś nie bawi a wręcz męczy.  Zaś dzieci które chcą śpiewać zamiast kopać piłkę powinny zostać komisyjnie wykreślone z kinematografii, mogą zabrać ze sobą słodkich dziadków którzy mają dziarskich koleżków do gry w bingo, i samotnych ojców którzy nigdy nie czuli się naprawdę żywi od śmierci żony.

 

fot. Aleksandra Grochowska

Zresztą przy okazji boskich nieporozumień, to film idzie na rekord. Otóż nasz pan taksówkarz umawia się z dziewczyną, na taki układ – będą ściemniać wszystkim tylko nie sobie nawzajem. No i wszystko byłoby pięknie gdyby nie fakt, że nasza bohaterka by zaimponować swojemu byłemu nie przyznaje się, że umawia się z taksówkarzem tylko opowiada o bogatym producencie muzycznym. Ten wątek jest tak poprowadzony, że początkowo można go przegapić – a potem staje się niesamowicie ważny. Bo przecież dziewczyna nie powinna się wstydzić że umawia się z taksówkarzem. Problem w tym, że kiedy nasza bohaterka kłamała to z nikim się nie umawiała a taksówkarz tylko udawał że jest jej facetem. Trudno do końca powiedzieć dlaczego miałaby więc jakikolwiek obowiązek przedstawiać prawdziwą biografię swojego udawanego faceta. A już jego oburzenie jest o tyle dziwne, że przecież on sam też udawał kogoś kim nie jest. Ostatecznie widać, że film poucza nas, że taksówkarz to człowiek o ciekawym zawodzie, godny szacunku i kiedy kłamiemy kim jest nasz nowy wybranek to zamiast konfabulować o jakichś producentach muzycznych, powinniśmy pamiętać że praca taksówkarza nie hańbi. Przesłanie z jednej strony słuszne – nie trzeba wiele zarabiać ani mieć prestiżowej pracy by być człowiekiem wartościowym, ale jednocześnie – jak już próbujemy komuś zaimponować to jasne jest że konfabuluje się nieco zawyżając prestiż partnera.

 

fot. Aleksandra Grochowska

Jak zwykle pięknie prezentuje się Warszawa. To naprawdę cudowne móc popatrzeć jak wszystko w tym mieście składa się z planu Grzybowskiego, wieżowców w jego okolicach (do tego stopnia że nasz reżyser mieszka w biurowcu – w którym jak wie każdy warszawiak nie ma mieszkań, tylko firmy) oraz uroczych domków pod miastem. Zwierza najbardziej wzruszyło ogromne mieszkanie pana taksówkarza, które do tego miało jeszcze ogród. Och my biedni romantycy z klitek w blokach nigdy nie doczekamy się komedii romantycznej która uwzględniałaby że ktoś może mieszkać w takim ponurym miejscu jak osiedle mieszkaniowe. Nie będą pod naszymi balkonami śpiewać serenad ani całować nas pod drzwiami klatki z której właśnie wychodzą kolejne starsze panie z ratlerkiem na wieczorny spacer. Tak jeśli chodzi o udawanie, że Warszawa to nie Warszawa, a Polska to nie Polska jesteśmy absolutnymi ekspertami. Nic już tu nie trzeba poprawiać – miasto nie ma żadnego brzydkiego miejsca, deszcz pada tylko w chwilach smutku i wszystko jest pięknie zielone. Ech jak tu się nie zakochać w Warszawie. Przy czym warto dodać, że poza dość nachalną reklamą RMF FM film jest zaskakująco wolny od nachalnego product placement co stanowi miłą odmianę.

Fot. Hubert Komerski

 

Aktorsko sprawa wygląda tak. Karolaka należy w jakiś sposób wyrzucić z branży komedii romantycznych. Nie wiem jak – może dać mu posadę w ministerstwie jakimś (prowadzenie własnego teatru za mało go angażuje), albo w jakiejś poważniej produkcji, jednej czy drugiej – żeby mu nie wypadało wrócić do komedii romantycznych. Ogólnie – gdyby była cenzura należałoby zrobić na niego komediowy zapis.  W roli reżysera występuje Adamczyk. No tu sprawa jest na pograniczu tragicznej. Bo Adamczykowi ktoś kiedyś powiedział, że on się do komedii romantycznych nadaje. A się kurczę nie nadaje. Przede wszystkim – gra o dwa tony za wysoko, jest męczący i trudny do oglądania. Co ciekawe – w filmie twórcy każą mu robić niezamierzenie zabawną rzecz.  Jako producent telewizyjny co pewien czas wrzuca zwroty po angielsku. Ale ponieważ to polski film – to od razu je tłumaczy na polski. Wychodzi coś w stylu „ Are you Talking to me, Czy ty mówisz do mnie”. No po prostu google translator wbudowany w rolę. Inna sprawa – napisano mu postać tak bezsensownie karykaturalną, że widz pozostaje z pytaniem – co właściwie niby miałoby łączyć naszą bohaterkę z tym typem. Co jest ponownie taką komediową kliszą, że piszemy faceta który do dziewczyny zupełnie nie pasuje, i nawet nie próbujemy wyjaśnić – dlaczego oboje byli w jakimkolwiek związku.

 

fot. Hubert Komerski

W tle filmu błąka się Sonia Bohosiewicz i Barbara Kurdej-Szatan w rolach postaci bez jakiegokolwiek charakteru. Trochę trudno powiedzieć cokolwiek więcej o rolach Barbary – siostry głównej bohaterki i asystentki Kasi – która jest… asystentką? Zwierz musi powiedzieć, że to jest jedna z największych bolączek polskich komedii – że o ile nie polegają na jakiś stereotypowych postaciach (zła matka, zły chłopak, dobry chłopak, uroczy dzieciak) to nie mają zupełnie pomysłu na tło. I tak np. właściwie między dwiema siostrami nie ma żadnej więzi (choć w kontekście komedii romantycznej i wątku dość paskudnej matki fajnie byłoby im dać scenę albo dwie). Zaś asystentkę Kasię spokojnie można byłoby podmienić na lampę bez większych strat dla fabuły. Nawet Barnaba – tragiczny homoseksualista z Berlina, pojawia się w filmie tylko po to by zrobić kilka dwuznacznych scen i żartów. Choć od razu zaznaczmy – co może być zaskoczeniem – film jest pod względem podejścia do homoseksualizmu bardziej postępowy niż wiele produkcji – łącznie z tym, że ma doskonale rozegraną scenę w której nasze urocze dziecko pyta co byłoby gdyby to on się okazał gejem. To rzeczywiście jest rozegrane tak, że można być usatysfakcjonowanym.

fot. Aleksandra Grochowska

 

Natomiast – co może was zaskoczyć – zwierz nie ma złego słowa do powiedzenia o aktorach w głównych rolach. Julia Kamińska naprawdę ma dryg do komedii romantycznych. To dziewczyna której sposób bycia, ekspresja, mimika i uroda idealnie pasują do typowej bohaterki romantycznej opowieści. Zwierz musi stwierdzić, że wiele scen wypadłoby dużo gorzej gdyby nie jej autentyczny talent i naturalność, której brakuje wielu polskim młodym aktorkom. Zwierz pierwszy raz od dawna poczuł do bohaterki polskiej komedii romantycznej coś na kształt sympatii, która zastąpiła zwykle rozdzierającą serce i umysł Zwierza irytację. Z kolei z Piotrem Stramowskim sprawa jest zabawna. Otóż ten ukochany aktor Vegi zgolił brodę i Zwierz go nie poznał. No jak u Tuwima. W każdym razie – z aktora chłopię jest piękne – oczy ma takie zielone, że chce się od razu nucić Ewę Demarczyk. Nie da się ukryć – że w tym filmie sprawdza się dobrze – jest przystojny, w sumie nie rytujący i gra całkiem w porządku. Między aktorami jest miła chemia i w sumie – chcemy, żeby ich bohaterowie się zeszli. Tylko jakby oni się zeszli w lepszym filmie to byłoby zdecydowanie lepiej. Choć tu zwierz musi powiedzieć, że jedno go zaskoczyło – film był zdecydowanie mniej żenujący niż jego koszmarny trailer.

 

fot. Aleksandra Grochowska

 

Po obejrzeniu Narzeczonego na niby Zwierz przygotował krótki plan naprawczy dla polskiej komedii romantycznej. Oto 10 podstawowych punktów:

Karolak out

Scenariusz In

Adamczyk out

Słodkie dziecko out

Odrobina realizmu in

Dziadek out

Pomysł na postacie drugoplanowe in

Boskie nieporozumienia out

Julia Kamińska in

Białe plakaty out

 

fot. Aleksandra Grochowska

Wprowadzenie powyższego planu naprawczego może doprowadzić do sytuacji że uda się nam stworzyć oglądalną i całkiem przyjemną polską komedię romantyczną. Coś do czego dążymy od czasu Nigdy w życiu! Która była ciekawym przykładem pierwszej i ostatniej dobrej polskiej komedii romantycznej. W każdym razie – doskonale wiecie, że gdziekolwiek zaprowadzą nasz polscy scenarzyści komediowi tam będzie Zwierz. By tego jednego, jedynego dnia gdy na ekranach pojawią się napisy końcowe po zabawnej, czułej, dowcipnej i mądrej polskiej komedii romantycznej móc wstać w swoim rzędzie i krzyknąć „Chwilo trwaj, jesteś piękna”

Ps: Zwierz obiecał swojej przyjaciółce że pójdzie za nią na Podatek od miłości więc możecie się spodziewać, że spotkamy się na kolejnych narzekaniach już niedługo.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Shakuahi

    Mnie to niezmiennie dziwi. Przecież osadzenie historii w naszych realiach otwiera ogromne pole do popisu. Ja wprawdzie w blokowisku nie mieszkałam nigdy, ale wychowałam się na polskiej wsi i przeżywałam historie miłosne, których – z racji różnic kulturowych, geograficznych etc – w amerykańskich komediach romantycznych nie uświadczymy. Jestem pewna, że też każdy szary blok jest pełen takich historii.

    • Spriggana

      W zasadzie, jakby tak się przyjrzeć to np. „Kogel-Mogel” jest komedią romantyczną, tylko te 30 lat temu nie używaliśmy chyba jeszcze tej nazwy.

      • Atena

        Nazwanie „Kogla-mogla” komedią (jakąkolwiek) jest zbytkiem łaski dla tego żenua :/

  • bru

    Ja to bym do tej listy jeszcze dołożyła „JAKIKOLWIEK POMYSŁ INNY NIŻ KLISZA in”. Aż mi się marzy taka komedia romantyczna, która nie będzie w stu procentach oczywista. No nie wiem, może zamiast „singielka z wielkiego miasta pracująca w zawodzie, który tylko w filmie może być w ogóle opłacalny” dajmy chociaż „singielka z małego miasteczka klepiąca względną biedę” albo „bezrobotna singielka z wielkiego miasta mieszkająca z rodzicami” (too close to home). Tak na dobry początek. Ale to chyba podchodzi pod „odrobinę realizmu” ;) Zwierzu, niech zwierz zwerbuje czytelników i napiszmy razem komedię, chociażby dla funu :D

  • Orzoża

    Może trochę nie do końca na temat, ale skoro wypłynęły „Cztery wesela i pogrzeb”, to się podzielę, problemem, który mnie męczy od świąt. Akurat leciało w telewizji, więc stwierdziłam, że super — oglądałam ten film parę razy dawno temu i pamiętałam raczej pojedyncze sceny i wątki (zapomniane obrączki, nieodwzajemniona miłość Kristin Scott Thomas, John Hannah czytający wiersz na pogrzebie, „Kaczy Dziób”, Rowan Atkinson jako stremowany ksiądz), ale wrażenia miałam ogólnie dobre. Obejrzałam i… kurczę, główny wątek romantyczny jest tam strasznie słaby, a postać Andie MacDowell jest potwornie wredną postacią. No bo to wygląda tak:

    1) poznają się z Hugh Grantem na pierwszym weselu, on od razu czuje do niej coś więcej, no ale ona jest Amerykanką, obraca się w trochę innych kręgach, więc wiadomo, że to będzie one night stand, na razie spoko;
    2) na następnym weselu ona mu przedstawia swojego narzeczonego (z którym jest ewidentnie tylko dla kasy i statusu), ale jak tylko narzeczony się ulatnia, to znowu podrywa Hugh Granta;
    3) zaprasza go na swój ślub (co jest w ogóle dość dziwne, bo z pierwszej części filmu wynika, że ona nie jest jakoś blisko związana z głównymi bohaterami, a potem nagle wszyscy trafiają na jej wesele, ale OK, może chcą mieć dużo gości, bo mają hajs, a może po prostu musiał się jakoś skleić scenariusz) — czy to jest normalne, żeby zapraszać na ślub faceta, którego widziało się dwa razy w życiu, przy czym za drugim razem zdradziło się z nim narzeczonego, z którym ten ślub się bierze?!
    4) spotykają się przypadkiem podczas przygotowań przedślubnych, Hugh Grant coraz bardziej się w niej zakochuje, a ona musi to widzieć (chyba że jest i wredna, i ślepa), ale mimo to zaciąga go na przymiarki sukni ślubnej, opowiada bardzo osobiste rzeczy. On po tym spędzonym wspólnie dniu wyznaje jej miłość, co ona kwituje pobłażliwym uśmiechem i buziakiem;
    5) Hugh Grant w końcu stwierdza, że w takim razie hajtnie się z kimkolwiek (co zresztą jest okropne w stosunku do Anny Chancellor, bo ona na początku filmu wyraźnie ciągle coś do niego czuje, a z kolei na weselu Andie MacDowell jest z nowym facetem — film sprytnie przeskakuje nad tym, czy rozstała się z nim z innego powodu, czy to Hugh Grant ten związek rozbił), a wtedy Andie MacDowell wparowuje przed ślubem i mu mówi, że no w sumie to z tamtym gościem nie powinna była się hajtać, skoro był od niej dwa razy starszy i nic właściwie do niego nie czuła, a w ogóle to kocha Hugh Granta;
    6) yay, wielka miłość, pocałunek w deszczu!

    Dla mnie to jest okropna historia. O ile cała reszta jest ciągle super — poczucie humoru, relacje w tej głównej grupie przyjaciół, aktorstwo — to byłam strasznie rozczarowana. Już nawet abstrahując od tego, że jak można nie chcieć być z Kristin Scott Thomas ;)

    Pamiętałam, ze Zwierz chwali „Cztery wesela”, więc tak się nawet zastanawiałam, czy jej to nie przeszkadza, zwłaszcza że często zwraca uwagę na egoistyczne postawy bohaterów komedii romantycznych i podejście „w miłości wszystko jest dozwolone”.

    Oczywiście to są moje bardzo subiektywne refleksje, możliwe, że się czepiam, i przepraszam za lekki offtop :)

    • majczos

      Poczytałabym coś więcej o tym. Zwierzu?

    • zpopk

      Wydaje mi się, że film dość jasno pokazuje, że tak naprawdę ukochana bohatera nie jest idealną kobietą, więcej w filmie kilka razy zachowuje się egoistycznie czy niewłaściwie (jak np. pojawia się na ślubie bohatera wyjawiając swój rozwód, czy sypia z nim w czasie przygotowań do ślubu). Dla mnie to jest ciekawe bo w sumie mamy tu odwrócenie pewnego schematu – nie kobieta zakochuje się w niewłaściwym mężczyźnie ale mężczyzna – w niewłaściwej kobiecie, którą trochę idealizuje. Zawsze postrzegałam to jako plus historii – bo ja nie jestem przekonana, czy bohater robi dobrze. Inna sprawa – moim zdaniem bohaterka nie musiała cały czas kochać Hugh Granta – tzn. to, że go lubiła i się z nim przespała nie musi znaczyć, że nie kochała zupełnie swojego Szkota.

      • Orzoża

        Hm. Czyli że ona specjalnie jest pokazana jako taka wredna? Ale chyba trudno zaangażować się emocjonalnie i kibicować historii miłosnej, w której jedna z osób jest okropna… Chociaż może to moja subiektywna ocena i postać Andie wcale nie jest taka zła, nie wiem :)

        • Czarnolas

          Dla mnie postać Andie (pomimo, że nie podoba mi się jej gra) to element zerwania ze stereotypami. On jest Anglikiem, który mimo wszystko ma podążyć schematyczną ścieżką: poznać te właściwą i się z nią ożenić, bo lata biegną. Ona to wyzwolona Amerykanka (!), która w pragmatyczny sposób podchodzi do życia. Lubię scenę, gdy bohaterowie mówią o liczbie partnerów seksualnych, uwaga kobieta może mieć ich więcej :) i nie jest to dla niej temat tabu. Bohaterka jednak podąża utartym schematem bo bierze ślub, ale koniec końców ma odwagę powiedzieć nie, mi to nie pasuje, więc się rozwiodę i zawalczę o to czego pragnę. I dzięki jej egoizmowi bohater grany przez Granta unika pomyłki ślubu z poczucia obowiązku.
          Ta bohaterka wychodzi poza ramy klasycznej heroiny z komedii romantycznych, jest inna, może budzić kontrowersje, ale pokazuje, że szczęście można osiągnąć w inny sposób niż podążając narzuconymi rolami/wzorcami przez społeczeństwo.
          Ps. Mimo wszystko wolę To właśnie miłość – między innymi za fantastyczny duet Alan Rickman-Emma Thompson:)

      • majczos

        Mnie się wydaje, że jest w tym filmie zdecydowanie za mało jej punktu widzenia. Pewnie taki był zamysł scenarzysty, ale jednak chciałabym poznać lepiej jej tok myślenia, motywacje, bo tak naprawdę ja nie wiem kiedy ona się w nim zakochała. Bardziej wyglądało to tak, że póki był wolny nie był dla niej na tyle atrakcyjny, żeby go wybrać, ale jak już się miał ożenić, to raptem „bum” – stał się obiektem jej zainteresowania. Nie wiem czy taki był zamysł scenarzysty/reżysera, ale tak to w sumie wyglądało. Co, dodam, wcale nie umniejsza dla mnie wspaniałości tego filmu :)

  • bbika

    Byłam, widziałam. Sala pełna babek, może z kilku biednych facetów. Wszystkie się śmiały i to było. Super. Tak się chciałam podzielić babskim doświadczeniem :D

    Wiedziałam, że czegoś mi brakowało po seansie, ale nie wiedziałam czego. Od soboty czekałam na recenzję zwierza (przeczucie mówiło, że się pojawi.. ;]) i teraz już wiem, czego nie wiem. Nie znam sekretu Karolaka. Ani czemu nikt wcześniej nie porozmawiał z Basią, znaczy, Barbarą i nie powiedział jej, że jak tak ochoczo z Karolakiem w restauracji się parowała, to on jednak nie jest gejem…

    A głównego bohatera nie poznałam. W życiu bym nie powiedziała, że to ta osoba. Ba. Patrzyłam i nawet się nie zastanawiałam, skąd gościa znam.

    • zpopk

      No właśnie to jest niesamowite – że w ogóle ona od razu zakłada, że on na pewno jest gejem – nawet jej przez głowę nie przejdzie, że skoro namiętnie z nią konsumował związek w krzakach to może być np… bi. Ale to pewnie za daleko na polską komedię (u mnie też sala się śmiała)

  • XYZ

    Zwierzu, bez szydery – Zwierz rozszerza moje słownictwo. „Piramidalnie” i „konfabulowac” wpisuję na stałe do mojego słownika, zaraz koło słowa „egzaltowany”, którego Zwierz zwykł używać namiętnie w podkastach, a teraz jakoś porzucił.

  • wazon

    Czasem oglądam seriale, i zauważyłam (wszyscy chyba zauważyli), że willa z ogródkiem wielkości boiska, to standardowe lokum taksówkarzy, pisarzy, stolarzy, urzędników i innych tzw ludzi pracy. W blokach (uch , ohyda !) prawdopodobnie mieszka patologia –złodzieje, pijacy , ćpuny, bo tylko tych stać na marne trzy, ew cztery pokoje bez ogrodu, garażu, sauny i basenu. Porządny człowiek, niepijący, wierny żonie już dawno kupił willę i teraz przestaje być wierny, bo już wszystko ma, więc chce też mieć parę kochanek.Nawet nie przypuszcza, że lecą one tylko na jego pieniądze.
    A druga sprawa to fabuła. 99% – no, powiedzmy 95 %- opowieści opiera się na tym, że ktoś komuś czegoś nie powiedział. Np matka ukrywa przez całe życie przed synem Nepomucenem, że ma on drugie imię, np Jan. Tajemnica ta doprowadza kobietę do depresji. W końcu okazuje się, że – o zgrozo- to drugie imię mamusia nadała synkowi, bo kiedy była w ostatniej klasie szkoły podstawowej, zakochała się w pewnym Janku, który pocałował ją namiętnie w czoło. Tę straszną tajemnicę matka dusiła w sobie przez 18 lat, aż wszystko się rypło, kiedy syn odbierał świadectwo maturalne, na którym jak byk napisano „Jan Nepomucen Iksiński”. Mąż owej pani, załamany, opuścił rodzinę, a Nepomucek się rozpił i pobił swojego partnera.
    Takie to sekrety,mroczne, okrutne i podłe są kanwą wielu telenoweli. Trochę to smutne…

    • White Rabbit

      W „O mnie się nie martw” były całkiem nieźle pokazane realia kamienicy w Warszawie, nawet czyściciele kamienic się pojawili. Poza tym główną bohaterką była samotna matka z dwójką dzieci z dwóch różnych związków (i bezrobotnym ex-mężem na karku) – całkiem niesztampowo a i realistycznie. Oczywiście po kolejnych sezonach zmienił się jej status życiowy, bo to komedia romantyczna z happy endem. Polecam. I mają tam w domach regały z książkami – coś, co w innych serialach w PL nie występuje.

  • White Rabbit

    Zwierzu, nalegam, napisz ten scenariusz do komedii romantycznej! Albo chociaż powieścidło, na podstawie którego powstanie film. Może być nawet pod pseudonimem! 😊

  • Mat

    Czy celem tych idiotycznych imion w polskich romkomach jest jedynie kojarzenie postaci z idiotycznym imieniem, bo za nic innego nie da się ich zapamietać?

  • Anna

    Jestem świeżo po obejrzeniu i muszę powiedzieć, że główna para bohaterów bardzo na TAK. W końcu w polskiej komedii romantycznej główny bohater jest przystojny i nie trzeba się zastanawiać, co te kobiety widzą w Karolaku/Adamczyku, chociaż obaj tam występują. Chyba jest jakaś luka pokoleniowa w polskich romkomach – kobiet nie brakuje, ale sensownych facetów odpowiadających wiekiem głównej bohaterce jak na lekarstwo (żelazny zestaw Karolak-Adamczyk-Stuhr mniej lub bardziej po 40, a kobiety ciągle młode) . A tu, proszę – dało się!

  • Alicja Bańczyk

    Czy Zwierz widział zwiastun najnowszej komedii romantycznej „Kobieta sukcesu”? Karolak: checked. Tak mi się od razu ten wpis przypomniał :)