Królowe i króliki czyli Zwierz o Faworycie

18/02/2019

Deszcz pada na Akademię czyli o Umbrella Academy

18/02/2019

Pa, pa panowie ninja czyli Netflix, Marvel i exodus bohaterów

18/02/2019

Netflix właśnie ogłosił, że ostatecznie kasuje Punishera i Jessicę Jones. Tym samym kończy się era seriali Marvela realizowanych dla najpopularniejszej platformy streamingowej. Była to historia ciekawa i warta refleksji. Głównie dlatego, pokazuje jak szybko miłość, zamienia się w obojętność i jak czasem wielka rewolucja niewiele zmienia.

Zacznijmy od tego, że powody dla których Netflix zamyka swoje uniwersum super bohaterów bardziej niż z samą oglądalnością ma więcej wspólnego z tym co dzieje się wokół Disneya i jego relacji z platformami streamingowymi. Jak wiadomo Disney od pewnego czasu zapowiada stworzenie własnej platformy Disney+ plus Mysza dogadała się z Hulu (niedostępny obecnie w Polsce, co nie jest dobrą informacją dla polskich widzów, zwłaszcza tych którzy jak zwierz żyją jeszcze złudną nadzieją że Hulu uratuje Daredevila) więc nic dziwnego, że ich związek z Netflixem nie jest tak piękny jak był jeszcze pięć lat temu kiedy pojawił się pierwszy sezon Daredevila. W tym przypadku kwestie praw autorskich, kwestie tworzenia własnej platformy i ogólnie – biznesowe i kreatywne przesunięcia w branży – stanowią podstawę decyzji. Co nie zmienia faktu, że pięć lat związku Netflixa z Marvelem jest ciekawym zjawiskiem do przeanalizowania. Przy czym od razu należy koniecznie zauważyć, że to co działo się w ciągu ostatniego roku czy dwóch z serialami z tej serii więcej wspólnego miało z prawami autorskimi, licencjami i gromadzeniem przez Disneya swoich bohaterów w jednym miejscu, niż tylko z oglądalnością produkcji  i kreatywnością scenarzystów.

 

Netflixowe seriale Marvela wydawały się ciekawym kontrapunktem do filmowego uniwersum super bohaterów. Mroczniejsze, z mniejszą – można rzecz, lokalną narracją, oraz bohaterami pełnymi wad i bez porównania większą dawką przemocy. O ile uniwersum filmowe wydawało się kolorowe i bardzo komiksowe (w popularnym znaczeniu tego słowa – bo przecież tak naprawdę określanie komiksowe nie znaczy nic konkretnego, biorąc pod uwagę ile jest komiksowych estetyk), o tyle to telewizyjne, czy właściwie netflixowe, miało być mroczniejsze i poważniejsze. I rzeczywiście – początkowo ta różnica w kreowaniu bohaterów i w sposobie prowadzenia narracji budziła olbrzymi entuzjazm. Zwłaszcza, lokalne działania bohaterów przynosiły miłą odmianę. Podczas kiedy MCU niemal w każdym filmie ktoś ratował cały świat albo nawet wszechświat (lub tylko galaktykę – taka mała drobnostka do uratowania) – Daredevil, Jessica Jones czy Luke Cage, chcieli tylko spokoju w swojej dzielnicy, czasem rozszerzając swoje ambicje czasem na całe miasto.

 

Pomysł by świat netflixowego Marvela był tylko luźno powiązany z MCU wydawał się początkowo doskonałym pomysłem. Nie miało sensu w każdym odcinku odnosić się do faktu, że w tym samym świecie istnieją bohaterowie którzy mogliby rozwiązać problemy naszych „mniejszych” super bohaterów w pięć minut. Oczywiście w Netflixie pojawiały się nawiązania do dużych wydarzeń z MCU (cały odcinek w pierwszym sezonie Jessicy Jones był poświęcony chęci zemsty na super bohaterach, w Daredevilu mówiło się sporo o „zdarzeniu” które sprawiło, że pojawiła się konieczność odbudowy dużej części Nowego Jorku). Niezależność Netflixowego świata Marvela choć pozwoliła na inną stylistykę i ignorowanie wielu wydarzeń z MCU, ostatecznie sprawiła, że stało się to co – przynajmniej w mojej opinii zaszkodziło serii – stała się tak niezależna od MCU, że kiedy zaczęło jej nieco gorzej iść (o tym za chwilę) nie można było tego w żaden sposób podeprzeć popularnością filmów kinowych. Należy tu jednak zauważyć, że nawet bardzo powiązani z MCU Agenci Tarczy nie utrzymali zainteresowania widzów w takim stopniu w jakim można się było spodziewać. Trzeba jednak zauważyć, że brak ważniejszych bohaterów MCU w serialu sprawił, że coraz mniej grało to, że bohaterowie telewizyjni tworzeni byli w kontrze do tych „dużych bohaterów” którzy mieli swoje filmy.

 

Pierwsze sezony Daredevila, i Jessicy Jones budziły entuzjazm i były tymi Netflixowymi wydarzeniami które mocno zapisały się w mojej pamięci, jako momenty w których, wszyscy oglądali na raz kolejne odcinki tego samego serialu. Nigdy nie zapomnę kiedy premiera Jessicy Jones zgrała się z festiwalem Serialcon i wszystkie dyskusje w czasie jego trwania rozpoczynano od deklaracji ile odcinków się obejrzało (Zresztą połowa uczestników była nieprzytomna od nocnego oglądania produkcji). Netflixowe uniwersum serialowe wydawało się dawać nam rzeczy, których nie było w MCU. Pierwszoplanową postać kobiecą, pierwszoplanową postać z niepełnosprawnością, zupełnie inaczej napisanych – zdecydowanie pogłębionych, przeciwników bohaterów. Co prawda Luke Cage nie wzbudził już takiego entuzjazmu jak pierwsze produkcje ale chwalono go po pierwsze – za doskonałe osadzenie w realiach Harlemu (ponownie – pierwsza produkcja z czarnoskórym bohaterem na pierwszym planie – w ramach MCU).

 

Pierwszym poważnym potknięciem Marvela był drugi sezon Daredevila. Choć osobiście kocham duże ilości na raz ninja, to mojej miłości nie podzieliła większość widzów. Jednak tak naprawdę wydaje się że serialowe uniwersum bohaterów nie podniosło się po porażce jaką był Iron Fist. Serial który ani nie wzbudził sympatii widzów, ani też nie zapalił na nowo entuzjazmu do produkcji Netflixa (który w tym momencie nie wygasł, ale przestał płonąć tak jasno). Dodatkowo wypuszczeni niedługo potem Defenders – choć sami w sobie całkiem mili, nie okazali się wydarzeniem na miarę Avengers. Głównie dlatego, że to co widzowie tak cenili w netflixowych narracjach o bohaterach ustąpiło miejsca – jeszcze większej ilości ninja i tajemniczej organizacji która oczywiście w mistyczny sposób rządzi światem i kopie wielką dziurę w środku Manhattanu. Takie rzeczy robią tajne organizacje jak im się nudzi. Defenders pokazali że niestety – choć poszczególni bohaterowie nadal cieszą się popularnością, to już ich spotkanie nie budzi takich emocji jak chociażby Avengers.

 

Nie znaczy to, że seriale przestały być warte oglądania – dla wielu Punisher wciąż jest bardzo ciekawą produkcją, ja zaś uważam że trzeci sezon Daredevila był perfekcyjny. Fakt, że Netflix pokaże trzeci sezon Jessicy Jones także dowodzi, że historia markotnej pani detektyw nie znudziła się zupełnie widzom. Jednocześnie – każda nowa premiera kolejnego sezonu czy serialu z serii spotykała się z nieco mniej entuzjastycznym odzewem. Być może – entuzjazm wobec tego serialowego świata pogrzebały nie tylko plany Disenya ale też nadmiar. Choć seriale nie wchodziły na raz, to jednak częstotliwość pojawiania się nowych sezonów była na tyle duża, ze w pewnym momencie entuzjazm musiał opaść. Dodatkowo niemal przy każdym serialu pojawiał się ten sam zarzut – że historia byłaby o wiele lepsza gdyby miała mniej odcinków. Zresztą w ogóle choć produkcje były różne pod względem stylistycznym to łączyła je dość podobna konstrukcja – do połowy sezonu bohaterowie zmagali się z jednym problemem, by potem odkryć że tak naprawdę od początku ich problemem było co innego.

 

Jednocześnie to co imponowało na początku – poważniejsze podejście do bolączek bohaterów, uwzględnienie problemów społecznych, powolniejsza narracja – niekoniecznie było tak zabawne kiedy powtarzało się w kolejnych sezonach. Nie ukrywajmy  – pierwszy i trzeci sezon Daredevila są bardzo dobre między innymi dlatego że są do siebie bardzo podobne. Z kolei np. powolna narracja bardzo dobrze sprawdzała się w przypadku Jessicy Jones, ale już w przypadku Iron Fista była wręcz irytująca – zwłaszcza biorąc pod uwagę jaki ten bohater jest wkurzający. Chyba najbardziej mniej osobiście wynudził Luke Cage. No właśnie – w wielu serialach było po prostu nudno. Co więcej – często najciekawszymi elementami życiorysu bohaterów było to co robili poza swoją działalnością super bohaterską. Myślę, że więcej osób obejrzałoby nieco więcej scen Matta Murdocka jako prawnika, Jessicy jako detektywa (bo w sumie to jest zdecydowanie drugoplanowe) czy Danny’ego Randa jako szefa wielkiej firmy niż tylko oglądając ich kolejne super bohaterskie potyczki. Może z wyjątkiem Punishera bo ten zawsze jest cudowny i wspaniale pije kawę.  W przypadku narracji serialowej to miejsce na tą codzienności, której brakuje w filmach, mogło być największym atutem serii. Zamiast tego zwykle nieco bardziej komplikowano spiski, i sprawy trochę rodem  z seriali kryminalnych co nie zawsze wychodziło na dobre.

 

Paradoksalnie mimo różnic w stylistyce seriale miały one też jeszcze jeden problem. Były zbyt podobne. Niemal każdy sezon, każdego z tych seriali opierał się na próbie pokonania przeciwnika o znacznie przeważających mocach.  Ostatecznie więc – choć też filmy super bohaterskie mają podobne fabuły – widzowie dostawali ten sam serial kilka razy. Szczegóły się zmieniały (jak korytarze w których Daredevil robił spustoszenie) ale tak naprawdę gatunkowo produkcje się nie różniły. Tymczasem właśnie różnorodność gatunkowa mogła być największą zaletą tych serii. Co prawda w niektórych seriach było nieco więcej elementów stylistycznych właściwych dla konkretnych gatunków, ale prawda jest taka, że powinna być dużo większa różnica pomiędzy oglądaniem Punishera a Daredevila – bo komiksowo to są dwa bardzo różne światy. Lżejsze potraktowanie Iron Fista mogło nam przynieść serial który dużo bardziej by się bronił wśród widowni. Ewentualnie decydując się na poważniejszą stylistykę należało porzucić pewne komiksowe wątki – w pozującym na poważny serial Daredevilu setki ninja na dachach były dosłownie zabójcze.

 

Przy czym nie ukrywajmy – seriale te miały absolutnie doskonały casting. Tego będzie mi najbardziej brakowało – bo mam wrażenie, że być może poza nieszczęsnym Iron Fistem nie wybrano ani jednego złego aktora do bohaterskiej roli. Przykre jest pomyśleć, że aktorzy, którzy tak dobrze wcielili się w swoje role nigdy nie będą mieli szansy zagrać swoich bohaterów do końca. Byłoby też miło by w nowych serialach które powstaną przechowało się to co w Marvelu Netflixa było najlepsze – dobrze napisani, wielowymiarowi przeciwnicy (choć nie w każdym serialu), nieco mroczne zdjęcia (choć może czasem byłoby lepiej coś więcej widzieć) i wspomniane doskonałe castingi. Jednocześnie z seriali od Netflixa można nauczyć się, że jednak niezależnie czy w kinie czy na platformie streamingowej naprawdę przyda się różnorodność. Moim zdaniem jednak między serialami było zbyt wiele podobieństw – być może niektórym to się podobało (nie mam z tym żadnego problemu, ogólnie nie mam negatywnych uczuć względem tej serii seriali) ale moim zdaniem to niewykorzystana szansa.

 

W sumie niekoniecznie wiemy jak rozwijałoby się uniwersum serialowe gdyby nie fakt, że od pewnego momentu Netflix musiał zdawać sobie sprawę, że nie będzie więcej seriali i większej grupy bohaterów (jak podejrzewam mogli mieć nadzieję na kilka seriali więcej czy na możliwość pożyczenia bohaterów z MCU). Ale jednocześnie – mam wrażenie, że entuzjazm wobec serialowego świata Marvela zaczął opadać zdecydowanie wcześniej niż mówiło się o Disney + i o kwestiach praw autorskich. Być może problemem było to, że po dwóch pierwszych serialach które zebrały mnóstwo pochwał za poważniejszy ton, i mroczniejsze zdjęcia Netflix trochę uznał, że teraz wszystko będzie robione w ten sam sposób. Być może prawda jest taka, że bohaterowie których wybrano do seriali mieli niekoniecznie tak dużo do zaoferowania – ostatecznie Luke Cage i Iron Fist to postacie które nie są aż tak szeroko znane ludziom którzy nie są wielbicielami komiksu (o Jessicy Jones nie wspominając). Przy czym wszystko to brzmi jakby Netflixowe seriale były porażką. Nie były – ale jednocześnie można się zastanawiać czy przypadkiem nie były tylko pewnym eksperymentem – który i tak niedługo by się zakończył.

 

Co ciekawe, ponieważ Netflix trzyma karty przy orderach, niekoniecznie wiemy jak naprawdę wyglądały wyniki oglądalności konkretnych seriali. Pamiętam, że kiedy Netflix donosił o sukcesie pierwszego Daredevila, wyciekające wyniki oglądalności pokazywały liczby przy których żaden serial nadawany przez telewizję ogólnodostępną czy kablową by się nie utrzymał. To też ciekawe pytanie do jakiego stopnia seriale Netflixa o mało znanych bohaterach komiksów (chyba najbardziej znany z nich był Daredevil choć nie wiem bo mam do niego słabość, ewentualnie palma pierwszeństwa należy się Punisherowi) były rzeczywiście ciekawe dla widzów. Tzn. jasne że Netflix by się z nich wycofał bo po prostu nie miał interesu by prowadzić je dalej (a właściwie Disney nie miał interesu by na to Netflixowi pozwalać) ale może tak naprawdę poza wąską grupą nigdy nie były takie ważne. Netflix potrafi wzbudzić wrażenie że wszyscy coś oglądają podczas gdy niekoniecznie jest to prawda. Naprawdę jestem bardzo ciekawa, jakie były wyniki oglądalności tych wszystkich produkcji.

 

Netflixowa wyprawa w świat super bohaterów to ciekawy przypadek jak coś co wydawało się zupełnie nową niesamowitą jakością, dość szybko nam spowszedniało. Jak pomysł na konwencję która miała zmienić podejście do super bohaterów, stał się kolejnym schematem ciążącym opowieściom o ludziach posiadających super moce. No i w sumie to też ostatni akord historii rozproszonych produkcji ze świata Marvela. Już zaraz skończy się niesamowity Legion i pewnie wszystko wróci do domy, w ręce wszechpotężnej Myszy. I co nam wtedy nam zostanie? Oglądanie produkcji DC? A może po prostu będziemy oglądać kolejne wspaniałe sezony Umbrella Academy z głupim uśmiechem na twarzy.

Ps: Zwierz jutro będzie o 10:00 rano w Dzień Dobry TVN i będzie mówił o swojej książce i o Oscarach.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...