Cierpienia młodych arystokratów czyli dwa słowa o Patrick Melrose

15/05/2018

Moja kanapa nie stoi w Cannes czyli jak w sumie pisać relacje z Festiwalu Filmowego

15/05/2018

Stara „Nowa Nadzieja” czyli wspomnienia, recenzje, koncert i KONKURS!

15/05/2018

Miałam  jakieś cztery lata kiedy pierwszy raz zobaczyłam Nową Nadzieję. Pamiętam jak koszmarnie bałam się Lorda Vadera i jak nie za bardzo rozumiałam mniej więcej połowy akcji. Ale wiem, że wtedy już zakochałam się w tym filmie. Dziś wracam do Nowej Nadziei by przyjrzeć się jej jeszcze raz i zastanowić się co jest takiego w tym filmie co sprawiło, że Gwiezdne Wojny to dziś seria uwielbiana przez miliony.

Zwierz doskonale wie, że Gwiezdne Wojny, zwłaszcza w swojej pierwszej części opierają się na wszelkich możliwych schematach związanych z motywem podróży bohatera. Mamy młodego chłopaka który jest wybrańcem, mędrca który dostarcza wiedzy, motyw dorastania i nawet – co zawsze zwierza bawiło – księżniczkę. Wszystko zostało tu przez Lucasa ładnie włożone w kosmiczne dekoracje, co sprawiło, że choć wykorzystane motywy są powszechnie znane, to wszystko nabrało posmaku nowości. Nie mylą się jednak ci, którzy mają problem z nazywaniem Gwiezdnych Wojen filmem science-fiction i wolą raczej odnosić się doń jako do kosmicznej baśni- którą w istocie (i w zamiarze) jest.

 

Jednocześnie jednak – mimo, że mamy do czynienia z motywami tak starymi jak opowiadanie baśni, jest w tym filmie kilka całkiem nowych pomysłów. Jednym z moich ulubionych jest ten wykorzystany na samym początku. Otóż – pierwszych kilkanaście minut filmu jest opowiadanych z perspektywy robotów. Jasne mamy scenę z Lordem Vaderem i przesłuchaniem księżniczki Lei, ale w istocie od samego początku naszymi aktywnymi bohaterami z misją są roboty. Co więcej – zostajemy z nimi sam na sam- bez żadnych ludzi w pobliżu. Do tego jeden z nich nie porozumiewa się za pomocą mowy tylko pisków. Jakby się nad tym zastanowić – to jeden z tych pomysłów z którymi do dziś Hollywood miałoby problem. Jak to nie dostajemy od razu jasno wskazanego bohatera, jak to spędzamy czas z robotami. I to niekoniecznie robotami humanoidalnymi. W sumie jak się nad tym zastanowić – wcale nie ma tak wielu produkcji które pozwalają nam spojrzeć na jakąś sytuację oczyma robota (z filmów z bohaterami nie wyglądającymi jak ludzie przychodzi mi do głowy głownie Wall.E).

 

Druga sprawa to fakt, że Lucas wykorzystał w otwarciu Gwiezdnych Wojen coś co osobiście uwielbiam – i zawsze z niecierpliwością wyczekuję tego w każdym filmie. Zaczął od środka. Widzicie moim zdaniem nie ma lepszego sposobu na zbudowanie świata niż wrzucić doń widza i kazać mu się samemu odnaleźć. I tak właśnie jest w przypadku Gwiezdnych Wojen. Jesteśmy w środku konfliktu, nie wiemy skąd się wzięły plany których szuka Lord Vader (trzeba przyznać, że trochę się inaczej ten film ogląda jak się zna Rogue One), sama obecność księżniczek i lordów nie jest nam wyjaśniona. Napisy początkowe trochę nas wprowadzają ale i one w sumie zakładają że wskoczymy do tego świata bez zastanowienia. I to jest chyba powód dla którego tak cudownie – do dziś – ogląda się Gwiezdne Wojny. Mimo, ze mamy za sobą już kilka filmów i lata produkcji – nadal nie wiemy wszystko o tym wszechświecie i nadal czujemy się trochę wrzuceni w środek opowieści. Osobiście uważam że dzięki temu – trochę jak główny bohater takiej historii – możemy wyruszyć na wyprawę  by się czegoś dowiedzieć.

Przyznam wam szczerze, że nawet kiedy wiele lat po pierwszym oglądaniu zdarzyło mi się obejrzeć Nową Nadzieję to zawsze straszliwie denerwował mnie Luke – jako bohater wydawał mi się zupełnie przezroczysty i pozbawiony ciekawych cech.  Dziś jednak (być może wiedząc co będzie dalej i co było wcześniej) patrzę na tą postać trochę inaczej. Być może pierwszy raz od dawna Zwierz zdał sobie sprawę, że bohater nie jest dorosły (kiedyś wszyscy bohaterowie filmowi byli dla Zwierza dorośli) tylko jest nastolatkiem. I np. te najbardziej denerwujące początkowe sceny na Tatooine gdzie Luke tylko narzeka są całkiem dobrym oddaniem stanu ducha nastolatka który marzy by wyrwać się z domu. Z drugiej strony, fakt że Luke jest postacią wręcz denerwującą – głównie dlatego, że ma mało osobowości i jest chodzącym tropem bohatera – sprawia, że trochę gra w filmie drugie skrzypce. Gwiezdne Wojny to taka opowieść o podróży bohatera, w której wszyscy są dużo ciekawsi co powie księżniczka. Co w sumie też w pewien sposób odpowiada na pytanie – dlaczego ludzie nie poczuli się znudzeni opowieścią którą przecież już znają.

 

Skoro już mowa o budowaniu opowieści to w pierwszej części Gwiezdnych W. ojen są dokładnie dwa momenty w których można zrozumieć dlaczego widzowie chcieli więcej. Pierwszy to scena w kantynie w Mos Eisley. Kiedy bohaterowie wchodzą do baru nagle dostajemy  taką skróconą ale niesłychanie ważną informację – to jest wszechświat zamieszkały przez mnóstwo bardzo różnych ras, które mówią, piją i śpiewają i ogólnie – koegzystują razem (niekiedy lepiej, niekiedy gorzej). To moment w którym Lucas ujawnia nam z jak wielkim i różnorodnym światem mamy do czynienia i jak bardzo nic o nim jeszcze nie wiemy. Do tego, to nie jest żadne centrum wszechświata tylko knajpa w jakiejś dziurze na niemal zapomnianej planecie. Co sprawia, że cały ten wszechświat wydaje się jeszcze ciekawszy. Znam sporo filmów które z takiego ukazania różnorodności ras żyjących w danym świecie zrobiłyby scenę wielką i centralną. A tu jest to po prostu knajpa do której wchodzą bohaterowie.

 

Druga scena która zawsze robi na mnie wrażenie to zniszczenie Alderaan. Dlaczego? Bo w filmach złe Imperia zwykle głównie grożą że zrobią coś strasznego ale w ostatniej chwili zawsze daje się je powstrzymać. Wiecie zawsze jest te kilka sekund przez które da się coś zrobić. Ale nie tu – tu mamy do czynienia ze zniszczeniem planety – i to tak beznadziejnie- nikt nie mógł absolutnie nic zrobić. Jasne nie znamy planety Alderaan i jej mieszkańców  więc niekoniecznie dotyka to nas bardzo osobiście, ale jednocześnie – to jest – nawet dziś odświeżające kiedy złe organizacje coś naprawdę złego robią a nie tylko straszą bohaterów. Inna sprawa, jest to scena o tyle ważna że po pierwsze – dowiadujemy się jakie jest realne zagrożenie, po drugie – rozumiemy, że Imperium rzeczywiście jest bezwzględne. Inna sprawa – dzięki temu, że mamy tu obserwującą całe zdarzenie księżniczkę Leię to ta scena jest bez porównania bardziej poruszająca niż zniszczenie przez First Order kilku planet w „Przebudzeniu Mocy”.

 

Jak już mówiłam – specyfika Gwiezdnych Wojen polega na tym, że idąc klasycznymi tropami jednak sprawia, że niekoniecznie najbardziej interesuje nas sam bohater. To staje się jasne kiedy pojawia się Han Solo. Nie jest to bardzo oryginalna postać – ponownie – jest wzięty prosto z galerii archetypów bohaterów których bohater spotyka na swojej drodze. Ale cóż z tego, że bohater mało oryginalny skoro taki wspaniały. Nie wiem jak wy ale jeśli moje – nawet dziecięce serduszko nie było w stanie uznać, Luke’a za swojego bohatera o tyle w przypadku Hana Solo nie miało najmniejszych wątpliwości. Jasne to jest stereotypowo napisana postać – bo wszak ziemia i kosmos pełna jest takich pewnych siebie zawadiaków którzy najpierw robią a dopiero potem myślą. Z drugiej strony – od samego początku – kiedy Han strzela pierwszy czy kiedy widzimy Sokoła orientujemy się, że nasz pewny siebie zawadiaka jest tylko o jeden skok w nadprzestrzeń od bycia nieudacznikiem. Do tego – może to już miękkie serce Zwierza – Han Solo nie byłby w połowie tak ciekawy gdyby nie towarzyszył mu Chewie. I to nie tylko dlatego, że jest coś bardzo sympatycznego  w tym że doskonale się rozumieją choć każdy porozumiewa się własnym językiem, ale też dlatego, że od razu czujemy, że Han nie może być taki zły skoro Chewie się z nim trzyma. Inna sprawa – jest tyle filmów w których postać taka jak Chewbacca byłaby złym potworem którego musi pokonać dzielny bohater. Ale nie w świecie Gwiezdnych Wojen, tu to po prostu jeszcze jeden bohater (który powinien dostać medal!).

 

Zresztą także ratowanie księżniczki nie idzie tu dokładnie tak jak powinno. Wszak prawdę powiedziawszy panowie nie poradzili sobie z tym najlepiej.  Inna sprawa, że bardzo rzadko uratowane księżniczki nie proszą o odstawienie do domu, tylko raczej do bazy ruchu oporu, dla którego kontynuują  kluczową misję. Przy czym do dziś – przynajmniej zdaniem Zwierza – fakt, że żaden z dwóch zainteresowanych księżniczką bohaterów nie dostaje pod koniec jej ręki i to nie ona jest nagrodą – stanowi miłe odejście od schematu który nadal jest bardzo popularny. Ostatecznie tym co Zwierz zawsze bardzo lubił w Nowej Nadziei, jest fakt, że w nagrodę dostajemy raczej przyjaźń trójki młodych ludzi, którym razem udało się pokonać przeciwnika niż bohatera który dostaje w nagrodę księżniczkę. I niezależnie od tego jak wpisuje się to w schemat podróży bohatera to niekoniecznie wpisuje się to w schemat filmów Hollywoodzkich gdzie bohaterka jako nagroda przez lata była takim oczywistym elementem fabuły.

 

 

Tym co zawsze mnie zaskakuje – może poza faktem, jak niewiele w całej fabule miejsca zajmuje samo zniszczenie Gwiazdy Śmierci (to w sumie chwilka, choć jak się oglądało film po raz pierwszy to ten Luke tak strasznie długo leciał tym X-wingiem) – to fakt jak w sumie ten film się mało zestarzał. Nie pod względem tempa – bo ma tempo dużo wolniejsze niż dzisiejsze produkcje ale pod względem wizualnym. Jasne dziś widzę rzeczy których kiedyś nie widziałam (ot np. wszędzie tych ludzi jest tak dziwnie mało, albo nagle zobaczyłam w jednej scenie że Chewbacca to facet w kostiumie) ale poza tym – film ma tak wyjątkową, trochę wyjętą z czasu stylistykę że absolutnie nie mam wrażenia żebym oglądała staroć – choć zdarza mi się to często przy filmach które powstały później. Zastanawiałam się czy to może miłość do filmu tak zamgliła mi wzrok ale przekonałam się że to nie o to chodzi. W wersji unowocześnionej jest kilka scen nakręconych metodą komputerową i one się straszliwie zestarzały – dużo bardziej niż to co robiono przy pomocy modeli. Inna sprawa – bogu dzięki że Lucas zdecydował się, że w świecie Gwiezdnych Wojen będzie dużo światełek i przycisków a mało ekranów bo wtedy byśmy chyba nie byli w stanie oglądać dziś Gwiezdnych Wojen. A tak – zaskakująco mało się czuje że to minęło już dobrych parę lat od premiery Nowej Nadziei.

 

Nie jestem w stanie oglądając tak na nowo Nową  Nadzieję, nie zastanawiać się czy dałoby się osiągnąć taki sukces z inną obsadą. Nie przypuszczam byśmy tak szybko uwierzyli w niezależność księżniczki Lei gdyby nie Carrie Fisher. I jestem niema stu procentowo pewna, że nasza miłość do Hana Solo byłaby tak o jedną trzecią mniejsza gdyby nie grał go Harrison Ford. I pewnie nie wierzylibyśmy tak szybko we wszystko co mówi Obi Wan-Kenobi gdyby nie zaplątał się do kosmosu w tej roli wybitny aktor jakim był Alec Guiness. Z drugiej strony obsadzenie Petera Cushinga jako Tarkina było przejawem geniuszu. W tej niewielkiej roli Cushing bardzo szybko pokazał nam czym jest imperium i dlaczego powinno nam się kojarzyć tylko w jeden – bardzo jednoznacznie niedobry sposób. No i nadal nie wiem czy tak bardzo balibyśmy się Dartha Vadera gdyby nie mówił swoim niesamowitym głosem Jamesa Earl Jonesa. Naprawdę biorąc pod uwagę jak nietrafione były późniejsze decyzje Lucasa odnośnie obsadzania niektórych ról w prequelach trylogii trzeba dziękować bogom castingu że dali nam tu takich aktorów którzy filmu nie tylko nie zmarnowali, ale też pomogli sprawić, że w sumie ta prosta historia otworzyła nam drzwi do wielkiego wszechświata.

 

Czy mam po tym nowym obejrzeniu jakieś negatywne uwagi? Z całą pewnością jest to film dużo prostszy niż ten który zapamiętałam. Ale jednocześnie – kiedy się go ogląda po latach nie sposób patrzeć na postacie bez świadomości tego co będzie dalej, jak się potoczą ich losy i reakcje. Nadal bardzo denerwuje mnie Luke Skywalker ale od czasu kiedy znam lepiej Anakina Skywalkera wiem, że to po prostu taka denerwująca rodzina. No i rzeczywiście, ten film się bardzo długo rozkręca i bardzo szybko kończy – co w sumie nawet mi pasuje, bo bardziej niż niszczenie gwiazdy śmierci interesowały mnie zawsze porozrzucane fragmenty świata który powstał w wyobraźni Lucasa. Trzeba też przyznać, że nie wiem czy oglądałabym ten film z równym entuzjazmem gdyby nie był produkcją którą znałam od dziecka, kiedy jednak ta baśniowa warstwa opowieści wydaje się nieco bardziej atrakcyjna niż potem. Z drugiej strony, wciąż jestem zaskoczona tym jak dobrze się ten film ogląda. I jak bardzo mnie bawi nawet oglądany w weekendowe popołudnie w środku roku.

 

Na sam koniec muszę jeszcze powiedzieć o muzyce. Ponownie – nie wiem czy Gwiezdne Wojny osiągnęłyby sukces bez tak skomponowanej ścieżki dźwiękowej, jak to zrobił John Williams. Choć z czasem niektóre nuty trochę za bardzo zaczynają pobrzmiewać jak podkradzione od klasycznych kompozytorów to wciąż ścieżka Williamsa jest doskonała, dlatego, że daje nam nie tylko atmosferę ale bardzo wyraźnie zarysowane linie melodyczne każdej z postaci. Jeszcze zanim naszym oczom pojawią się pierwsi szturmowcy już wiemy jakiego Imperium powinniśmy się spodziewać – wszystko jest doskonale zapisane w partyturze. Nie wiem jak to jest pierwszy raz usłyszeć ścieżkę dźwiękową do Gwiezdnych Wojen (już nie pamiętam) ale myślę, że to musiało być cudowne uczucie – trochę wszystkim tego zazdroszczę.

 

Całe te moje wspominki związane z Gwiezdnymi Wojnami nie są przypadkowe. Otóż moi drodzy mam dla was informację i konkurs. Na początek dobra wiadomość – już na jesieni w Polsce obędzie się cykl pokazów  „Star Wars: A New Hope in Concert”. Co to takiego? To pokazy Nowej Nadziei organizowane z muzyką na żywo. A to oznacza, że będziecie mieli niepowtarzalną możliwość wysłuchania ścieżki dźwiękowej do Gwiezdnych Wojen w wykonaniu grającej na żywo orkiestry symfonicznej. Jeśli byliście kiedyś na takim filmie/koncercie to wiecie, że muzyka słuchana na żywo daje zupełnie inne uczucia i emocje niż muzyka nagrana. Jeśli nie byliście – już niedługo dzień dziecka i można spojrzeć na swoich rodziców spojrzeniem labradora, albo zrobić sobie samemu doskonały prezent. W Polsce odbędą się cztery koncerty:

9 października – Kraków – TAURON Arena

10 października – Wrocław – Hala Stulecia

12 października – Gdańsk – ERGO Arena

13 października – Warszawa – Torwar

Zwierz cieszy się na koncert warszawski który wypada tylko cztery dni po jego urodzinach. Nic nie mówię rodzino ale wiecie co macie robić ;) Natomiast dla was Zwierz ma miłą niespodziankę. Dokładnie – trzy wejściówki na koncert (po jednej za każde miejsce w konkursie). Co musicie zrobić? Zwierz chciałby usłyszeć od was kiedy po raz pierwszy zobaczyliście Nową Nadzieję i jakie były wasze reakcje? Kogo się baliście, komu kibicowaliście i czy podobnie jak Zwierz chowaliście się pod stołem ilekroć wchodził Lord Vader. Trzy najlepsze odpowiedzi zostaną nagrodzone wejściówką. Macie Tydzień (do 22.05.2018) na odpowiedź. Wyniki znajdziecie 23.05 pod wpisem na blogu.

Ps: Wpis powstał we współpracy z JVS Group Polska organizatorem koncertu „Star Wars: A New Hope in Concert” .

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...