Od historii do propagandy czyli „Wyklęty” jako film podwójny

20/09/2017

Nasz Vincent czyli o „Twój Vincent” (Loving Vincent)

20/09/2017

Oszust który nie kłamie czyli przypadki zwierza w świecie wielkiego kina

20/09/2017

Zwierz miał wam dziś napisać recenzję kolejnego filmu festiwalowego ale doszedł do wniosku, że musi jeszcze trochę pomyśleć o obejrzanych filmach żeby napisać z nich lepsze recenzje. Dlatego dziś chciałby wam opowiedzieć – jak czuje się Zwierz na Festiwalu Filmowym w Gdyni.

Po angielsku jest opisane naukowo zjawisko psychologiczne zwane “impostor syndrome” dotyka ono ludzi w wielu sytuacjach – najczęściej kiedy spadają na nas zaszczyty czy dowody uznania ale źródło swojego sukcesu jesteśmy gotowi upatrywać w czymś niezależnym od nas – okolicznościach, szczęściu, faktu, że jeszcze nikt nie przyłapał na na pomyłce. Ponoć jest to zjawisko bardzo częste wśród młodych naukowców którzy rozpoczynają swoją etatową pracę. Jak wiele zjawisk ze świata ludzkiej psychiki rozpowszechniło się dzięki kulturze popularnej i dziś korzystamy z niego już bardziej na określenie może nie szczególniej, dręczącej człowieka przypadłości ale też na poczucie braku przynależności do pewnej sytuacji w której wszystko zdaje się potwierdzać że jesteśmy we właściwym miejscu i czasie.

 

Zwierz jest z natury osobą o imponującej pewności siebie (o czym pisze bez skrępowania bo nie uważa by była to jednoznaczna zaleta) to co pewien czas łapie się właśnie na takim dojmującym uczuciu, że jest oszustem, osobą z innego porządku która wkręciła się do świata który w ogóle nie jest dla niej. Na Festiwalu to uczucie towarzyszy zwierzowi od samego początku. Zwłaszcza od ceremonii otwarcia. Usiadłszy na swoim miejscu, pomiędzy ludźmi których rysy twarzy coś mi mówiły i wydawały się dziwnie znajome, przysłuchiwałam się rozmowom. Wszystkie były branżowe, pomiędzy dyskusjami a plotkami. Miałam wrażenie jakbym przyjechała na zlot klasowy. Tylko, że ja nie tylko chodziłam do innej klasy, ja nawet chodziłam do innej szkoły. Może należałoby poczytać za plus tą atmosferę festiwalu, dziwne uczucie że wszyscy się znają. Ale dla mnie to jakiś magiczny świat od którego zawsze oddzielała mnie ta nieprzenikalna granica ekranu.

 

Uczucie osiągnęło apogeum na bankiecie. Widzicie istnieje pewne przedziwne poczucie absolutnego, wręcz żenującego osamotnienia które dopada człowieka na pełnym ludzi bankiecie. Pojawia się ono kiedy już po sprawnym najeździe na bufet i jeszcze sprawniejszym ustaleniu gdzie jest małe creme brulee okazuje się, że zasadniczo rzecz biorąc nic więcej nie mamy do zrobienia. Jeśli nikogo nie znamy trudno porozmawiać. Jeśli znamy kogoś słabo, nie wypada zajmować mu czasu i obarczać go swoją obecnością. W takich sytuacjach uczestnictwo w bankiecie wypełnione jest przechadzkami tam i z powrotem (póki się idzie póty człowiek wygląda na zajętego) i przedziwnymi drobnymi wymianami zdań z ludźmi których nie znamy. Ale chcemy coś do nich powiedzieć bo głupio się dwie godziny nie odezwać do nikogo. Przestrzeń wypełnia więc masa drobnych uwag, dowcipnych refleksji odnośnie ekspresu do kawy czy heroicznych czynów w kolejce po płaszcz. Tylko żeby to jakoś wypełnić. Jednocześnie zaś, przecież zwierz miał poczucie, że zna całe mnóstwo tych ludzi z twarzy. Zaproszenie taktowało go jako członka tego samego towarzystwa, tej samej grupy, a przecież zwierz więcej ma wspólnego z tymi wielbicielami kina którzy pod Teatrem Muzycznym stali czekając na autografy niż tuzami polskiego kina.

 

 

To poczucie nieadekwatności wynika w dużym stopniu z tego co powinno stanowić największą dumę. Z faktu, że przecież zwierz nie jest nigdzie afiliowany. Stanowi własny twór i wymysł. Po prostu któregoś dnia sama z siebie zaczęłam pisać o filmach. Ale dlaczego to miałoby zapewniać mi takie miejsce, pyta głos z tył głowy. Dlaczego ja mogę cieszyć się zamówionym przez festiwal hotelem podczas kiedy wokół kręci się tylu kinomanów którzy musieli sami zapłacić za karnet i wynająć kwaterę. Głos z tył głowy podpowiada że przecież aż tak się nie różnimy. Więcej, że któregoś dnia ktoś to zauważy. Że przecież ja niczego nie reprezentuje, poza własnymi myślami. Albo gorzej, nikt tego nie zauważy i będę całe życie iść przed siebie utwierdzając się w przekonaniu, że należy mi się coś co być może wcale nie jest przeznaczone dla takich jak ja.

 

Możecie myśleć, że te refleksje psują mi festiwal ale się mylicie. Powoli się do nich przyzwyczajam. Biegają po mojej głowie od lat. Zresztą są momenty w których czuje się doskonale i na miejscu. Jak wtedy kiedy piszę recenzję filmu. Choć fakt, że robię to w pokoju ciszy biura prasowego – przygotowanym specjalnie żeby dziennikarze mogli pisać w skupieniu nieco mnie bawi. Przecież ja nie koresponduje z dziennikiem ani tygodnikiem, ja sobie tylko bloga pisze. Gdyby oni tylko wiedzieli jak ja potrafię pisać w korytarzu pociągu, pewnie natychmiast by nie wyrzucili na jakąś ławkę i kazali się więcej nie pokazywać w miejscu dla prawdziwych dziennikarzy. Oczywiście są to tylko moje złudzenia ale boję się, że ktoś zapyta mnie co robię i będę się musiała przyznać że bloguję. Ale wtopa.

 

 

Oczywiście ponieważ festiwal jest miejscem otwartym i przyjaznym (serio zwierz jakby mógł to nie tylko zostałby do końca ale zamieszkałby w Centrum Festiwalowym) nikt tych refleksji zwierza nie potwierdza. Dlaczego by miał, w końcu blogerów się dziś nawet szanuje i zwierzowi nie jeden mignął na pokazach. Poza tym udało mi się nie jeden raz spotkać kogoś kto kojarzył kim jestem. A to wolontariuszkę która radośnie powitała mnie na pokazie, a to dziennikarkę z którą kiedyś już się spotkałam, a to znajomą z konferencji która jest tu ważną personą przygotowującą filmową grę miejską. Moja samotność i poczucie nie przystawania jest więc z jednej strony zupełnie wyimaginowane, z drugiej – ponieważ nigdy nie brałam udział w festiwalu jako zwykły gość zawsze był dla mnie wydarzeniem powyżej mojego poziomu. W Gdyni dzieciaki wiedzą że można iść na pokaz festiwalowy z klasą (tu jest tyle młodzieży uczącej się o filmach że aż serce rośnie) ale z warszawskiej perspektywy festiwal to instytucja poważna, zamknięta i niosąca bagaż historii. Co oczywiście nieco ulatuje kiedy po prostu radośnie biega się na kolejne seanse.

 

Co nie zmienia faktu, że to jest w ogóle bardzo dziwna rzecz w życiu blogera. W jednej chwili jesteś po prostu osobą która coś pisze, a potem to co piszesz ma znaczenie i gdzieś cię zapraszają i w ogóle. Z punktu widzenia człowieka który ma luksus że pisze po prosu co myśli to bardzo dziwny przeskok. Zwłaszcza że np. Przez lata jedynym festiwalem na którym byłam regularnie był Warszawski Festiwal Filmowy (w tym roku też będę ale dopiero jak się wszystko dopnie to powiem wam w jakim charakterze), wszystkie inne festiwale filmowe przyszły do mnie wraz z blogowaniem. To przedziwne uczucie kiedy przechodzisz od “nie jeżdżę na festiwale bo mam pracę” do “jeżdżę na festiwale bo to trochę moja praca” a jednocześnie nic wielkiego się nie zmienia. Nikt cię nie zatrudnił, nie dał certyfikatu czy legitymacji prasowej.

 

 

Syndrom oszusta potrafi ludzi paraliżować czy odbierać im radość życia. Dla mnie, co może zauważyliście, wiąże się z ciągłym nieustającym zdziwieniem, że oto jestem tutaj a nie gdzie indziej. Myślę, że to uczucie i to zdziwienie – choć pewnie dla czytelnika w pewnym stopniu różne, warto w sobie pielęgnować. Więcej uważam że warto je w sobie pielęgnować bardziej jak się jest blogerem bo istotnie – trochę oszukaliśmy system i poszliśmy na skróty. Zamiast czekać aż ktoś pozwoli nam pisać o tym co nas interesuje to robimy to sami bez pozwolenia. Trudno się dziwić, że można być zdziwionym kiedy ktoś nas za to chwali. Co prawda takie poczucie, że jest się oszustem przez wielu jest zbywane na zasadzie “Ech znów się kryguje” albo “To logiczne że doceniają mają za co” to jak z wieloma rzeczami które siedzą nam w głowach – nie muszą się kurczowo trzymać logiki. I tak jest w przypadku zwierza który tylko w jednym miejscu na festiwalu czuje, że absolutnie nikogo nie oszukuje. Kiedy siedzi na widowni i ogląda filmy. Więc chyba będzie dobrze.

 

Ps: Moi drodzy dziś ŚRODA a to oznacza kolejny, drugi już odcinek Czytu Czytu. Dziś zgodnie z zapowiedzią dziś nie będzie recenzji książki tylko omówienie jednego około literackiego tematu. O czym mówimy? O autorach piszących pod pseudonimem. Punktem wyjścia są dla nas mężczyźni którzy piszą pod kobiecym pseudonimem. Ale zastanawiamy się – dlaczego pisarze to robią, jaki to ma sens i kiedy przekracza się granice kiedy pseudonim przestaje być neutralny. Mamy nadzieję, że rozmowa wam się spodoba. A już teraz zwierz musi wam z przykrością oznajmić że w tym tygodniu jest tak zabiegany że nie tylko nie będzie go w piątkowym Zombie vs Zwierz ale też w przyszłotygodniowym Czytu Czytu. Tak jest kiedy człowiek się włóczy po festiwalach udając kogoś kim nie jest.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • ka

    Czytałam na fb, że Zwierz widział wczoraj Atak paniki – szkoda, bo ja wybieram się dziś na pokaz do Teatru Muzycznego, z okazji wygranych biletów. A liczyłam, że może mignie mi w tłumie znajoma twarz ;)

  • Shakuahi

    Ja całe życie mam impostor syndrome, tylko czekam aż któregoś dnia na moim podwórku wyląduje statek kosmiczny i zabiorą mnie na planetę matkę. ;) Ale w Twoim przypadku może wynika to z tego, że jesteś skromną osobą i niepotrzebnie nieco deprecjonujesz własne osiągnięcia?

  • Agnieszka

    To jest jedna z rzeczy, które w Zwierzy bardzo, bardzo cenię- ta umiejętność do dziwienia się, zamiast do przyjmowania bezrefleksyjnie, bo mi się należy. To taka cecha, która, moim zdaniem, czyni człowieka watościowszym. Piękniejszym.
    Baw się dobrze na festiwalu, Zwierzu!

  • Myślę, że takie poczucie bycia nie na miejscu może być bardzo cenne, bo pozwala spojrzeć na całe środowisko z boku i zauważyć różne rzeczy, których inni nie są w stanie dostrzec.
    PS: Czekałam na Czytu-Czytu cały tydzień i jak tylko podcast pojawił się na youtubie, to musiałam go wysłuchać. Wyszedł Wam chyba jeszcze ciekawszy odcinek niż ostatnio.

  • Też doskwiera mi ten syndrom na imprezach filmowych. Choć jestem członkiem trójmiejskiego serwisu filmowego nawet nie starałam się o akredytację medialną w Gdyni, bo myślałam, że mamy zbyt mało odbiorców, aby wielce szanowne biuro prasowe uznało nas za godnych. Teraz trochę żałuję, bo widzę, że jednak blogerzy w końcu zostali uznani za pełnoprawnych członków dyskusji z poważnymi krytykami. Podobnie jak Zwierz spędziłam festiwal w Gdyni w samotnym dreptaniu pomiędzy salami, a nawet podsłyszane rozmowy o filmach były zbyt krótkie i mało znaczące, aby można coś dodać od siebie. Smutne to :(

  • Karol Skolmowski

    Jestem beznadziejny !!!