Hollywoodzki czyli jaki? Zwierz w poszukiwaniu kategorii oczywistej.

06/07/2017

Niech zjedzą pięć ciastek czyli czy blogowanie to trudna praca?

06/07/2017

Panie ringu czyli zwierz o GLOW

06/07/2017

Ostatnio seriale Netflixa częściej niż zachwyt budzą w Zwierzu mieszane uczucia. Niby wszyscy mówią, że są świetne i przełomowe a kiedy siadam do ich oglądania czuję znużenie bo widzę całe mnóstwo schematów. Dokładnie tak czuł się zwierz oglądając GLOW. Poniżej recenzja ze spoilerami.

Na początek dwa słowa o fabule bo może ktoś czyta recenzje nie mając pojęcia o czym mówimy. GLOW to opowieść o kręceniu programu rozrywkowego z amerykańskimi zapasami (nie mylić z zapasami klasycznymi) w którym nie występują wielcy mężczyźni ale kobiety. Amerykańskie zapasy to bardzo specyficzny rodzaj rozrywki który widzowi dość dokładnie się tłumaczy pokazując, na czym polega ten akrobatyczny i wyreżyserowany spektakl. Serial rozgrywa się w latach osiemdziesiątych czyli w złotych czasach zapasów w Stanach. Tylko że nasze bohaterki podobnie jak cały program zaczynają od samego dna bo całość produkuje młody zapalony dziedzic fortuny, reżyseruje zgorzkniały twórca kultowych horrorów a sponsoruje sklep z meblami ogrodowymi. Wszystko zaś ma lecieć popołudniami w lokalnej kablówce. O ile w ogóle uda się coś nakręcić bo to typowy serial gdzie motywem przewodnim jest walka z kolejnymi przeciwnościami losu.Serial oparty jest na faktach tzn. rzeczywiście istniał w telewizji taki show i bohaterki serialu odpowiadają bohaterkom które występowały na ringu.

 

Największy problem serialu – drugi plan jest bez porównania ciekawszy od głównej bohaterki

 

Zacznijmy od tego, że GLOW to serial korzystający chyba z mojego ulubionego formatu – 30 minutowych odcinków produkcji która nie jest ani komedią ani dramatem tylko jest zawieszona gdzieś pomiędzy. Zwierz uwielbia takie seriale bo zwykle lepiej oddają pewne paradoksy naszego życia gdzie jest jednocześnie smutno i strasznie. Do tego GLOW jako jeden z bardzo niewielu seriali Netflixa (ostatnio) nie ma zbyt wielu odcinków – można wręcz westchnąć nad tym, że jeden czy dwa odcinki więcej nie zaszkodziłby tej akurat produkcji. Nie jest też GLOW – w przeciwieństwie do wielu seriali nudny – odcinki mają dość wyraźnie zaznaczony motyw przewodni, ładne puenty i na tyle dobrze rozplanowaną akcję, że nie ma się wrażenia że ciągle stoimy w miejscu.  Z czym więc zwierz ma problem?

 

Zwierz rozumie, że nawiązanie do stylistyki lat 80 było konieczne ale miejscami zwierz ma wrażenie że twórcy przeszarżowali

 

Po pierwsze – z główną bohaterką. Zwierz jej nie polubił. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że jest dużo mniej ciekawsza od postaci drugoplanowych. Na tle całej galerii ciekawych i innych kobiet, nasza bohaterka która wyróżnia się tym, że jest „prawdziwą aktorką” wypada blado. No ale jeszcze to można byłoby wybaczyć  gdyby nie fakt, że nie jest to zbyt przyjemna osoba. Jednym z centralnych elementów serialu jest konflikt pomiędzy nią a jej byłą najlepszą przyjaciółką. O co w nim poszło? Otóż nasza bohaterka przespała się z jej mężem.  I teraz zwierz ma poważny problem. Bo gdyby to była historia o tym jak głupia wpadka na suto zakrapianej imprezie zepsuła kobiecą przyjaźń to jeszcze zwierz jak cię mogę – byłby w stanie uznać, że bohaterka jest tak średnio winna. Ale tu wiemy, że to nie była jednorazowa wpadka tylko coś co w sumie mogło spokojnie przerodzić się w prawdziwy romans za plecami przyjaciółki. I zwierz nie rozumie dlaczego miałby na bohaterkę spojrzeć jakimś życzliwszym okiem. Zwierz bardzo tego nie lubi – pokazywania ludzi którzy zachowują się bardzo niemoralnie (pal sześć romans, ale pewnych rzeczy nie robi się przyjaciółce która właśnie urodziła dziecko) i potem cały czas trochę się tych ludzi usprawiedliwia albo tłumaczy że w sumie powinno się o tym wszystkim zapomnieć. Serial co prawda nie oferuje prostego przebaczenia dla bohaterki ale nieszczególnie ją potępia, można wręcz powiedzieć, że ocena moralna tego postępku przechyla się raczej ku – och tak przykra sprawa ale kobieca solidarność powinna być ponad to. Zwierz bardzo nie lubi takich elementów seriali uważając że koszmarnie psują nam nasz wewnętrzny kompas odnośnie tego co jest dopuszczalne a co nie.

 

Zwierz nie lubi głównej bohaterki serialu. Jest nijaka, niebyt miła a jej opowieść – bardzo sztampowa

 

Drugi problem to rozłożenie akcentów – w serialu jest mnóstwo ciekawszych postaci od głównej bohaterki ale w sumie bardzo niewiele się o nich dowiadujemy. Z całej różnorodnej grupy bohaterek – które są różnej etniczności, w różnym wieku i wyglądu najwięcej dowiadujemy się o dwóch białych ładnych kobietach które są postawione w centrum historii. Zwierz nie do końca rozumie taki zabieg – wykreować tyle ciekawych postaci na drugim planie a potem dać im minimalne role. Tymczasem córka znanego zapaśnika, kobieta przyjmująca osobowość wilka, wielka sportsmenka czy amerykanka kambodżańskiego pochodzenia są zdecydowanie ciekawsze niż dwie dziewczyny z Kalifornii, których wielkim marzeniem jest kariera w przemyśle filmowym. Ja te główne bohaterki to już dobrze znam i widziałam je nie jeden raz – te z drugiego planu są inne więc bardziej interesujące. I prawda jest taka że kiedy fabuła koncentruje się na nich to jest bez porównania ciekawiej – niestety robi to za rzadko. Zresztą tak na marginesie – zwierz ma jedną nadzieję. Otóż w serialu jest ewidentna chemia między taką dużą córką słynnego zapaśnika a młodym dziedzicem fortuny – producentem całego show – byłoby miło gdyby ktoś pociągnął ten wątek. Zwłaszcza że oboje mają razem same urocze sceny. PO tym jak serial wykorzysta ten motyw zwierz oceni czy chce on być naprawdę inny czy tylko inny udaje.

 

Serial jest w sumie bardzo schematyczny – mógłby od tego uciec gdyby poświęcił więcej czasu swoim niesztampowym bohaterkom z drugiego planu

 

Trzecia kwestia to konstrukcja narracji – otóż oglądając serial zwierz cały czas miał wrażenie że to już widział. Główna bohaterka dostaje się do zespołu, niby odchodzi z zespołu, jest znów potrzebna. Ma problem by znaleźć sobie miejsce, znajduje miejsce. Reżyser chce nakręcić, reżyser nie może się dogadać, reżyser odchodzi ale wraca. Nie ma pieniędzy, zbieramy pieniądze, znów nie ma pieniędzy, a jednak są pieniądze. I tak dalej,  i tak dalej. Serial ogrywa chyba wszystkie schematy związane zarówno z produkcją sportową jak i z produkcjami telewizyjnym. Pod tym względem kolejne przeszkody i sposoby w jaki bohaterowie je przezwyciężają są niesamowicie wręcz wtórne i zwierz musi powiedzieć – miał wrażenie, że w pewnym momencie trochę mogą być nużące. Bo przecież wiemy że dla bohaterki w końcu znajdzie się miejsce na ringu, wiemy, że reżyser nie porzuci swojego stanowiska, wiemy, że kasa nawet jeśli się nie znajdzie to znajdzie się coś zamiast tej kasy. Z jednej strony – jasne większość produkcji korzysta z jakichś konwencji ale tu zwierz miał wrażenie że widzi absolutne bingo. To znaczy – fabularnie nie ma tu ani jednego skrętu, nowości – niczego co by odbiegało od schematu.

 

W sumie mając taki rozrzut kobiet, opowieści i pomysłów kończymy oglądając „cierpienia” bohaterki tak sztampowej że aż nudnej

 

Ostatnia kwestia – może nieco dyskusyjna. Zwierz przeczytał w kilku miejscach że to serial feministyczny ale przyzna szczerze – nie odniósł wrażenia by był jakoś niesamowicie feministyczny. Tak jasne głównymi bohaterkami są kobiety i chcą one różnych rzeczy. Jedna wolałaby raczej już nie wrócić do siedzenia w domu z dzieckiem, jedna chciałaby poważniejszych ról filmowych. Ale czy to serial feministyczny? Chyba jeśli uznamy że każdy serial który stawia kobiety w centrum i daje im coś więcej do roboty niż zakłada schemat taki jest. Nie mniej zwierz nie miał oglądając serial wrażenie że widzi coś bardzo feministycznego. Ma za to lekki problem z wątkiem aborcji której dokonuje główna bohaterka. Bo to jest taki wątek że zwierz się zastanawiał czy on jakoś na coś wpłynie, czy będzie jakkolwiek pociągnięty, wpisany w relacje bohaterki z jej przyjaciółką. Tymczasem nic się takiego nie stało. Wątek po prostu był i trudno powiedzieć dlaczego. I nie chodzi zwierzowi o to, że to powinna być drama i trauma.  Ale nie zmienia to faktu, że ten motyw był zupełnie z innej bajki. Zwierz musi wam przyznać, że zupełnie niezależnie od swoich poglądów zastanawia się czy to jednak nie jest trochę cyniczne wykorzystanie kwestii budzącej duże dyskusje w społeczeństwie. To znaczy – mamy niezależną bohaterkę na pierwszym planie? Dorzućmy wątek aborcji żeby było bardziej o kobietach. Jakby to musiało być przypisane do bohaterki kobiecej. Być może ta refleksja wynika z faktu, że to ostatnio drugi serial Netflixa który decyduje się uwzględnić ten wątek. I ponownie żeby było jasne – mówienie o aborcji zwierzowi nie przeszkadza. Ale woli kiedy konkretne wątki mają cel i kiedy nie zostaje po serialu z refleksją, że gdyby to był męski bohater to takich wątków by nie było. I naprawdę kobieca perspektywa nie musi być zawsze związana z kwestiami posiadania czy nie posiadania dzieci. Ale może tu zwierz się wyrywa przed szereg.

 

Tam gdzie serial przez chwilę odpowiada na pytanie dlaczego bohaterki są dziwne jest dużo ciekawszy.

 

Tak jeszcze przy okazji tego feministycznego serialu to zwierz musi zaznaczyć że ma jeszcze jeden problem. Bo zdecydowanie najlepiej zagraną i najlepiej napisaną postacią w całym serialu jest facet. Sam Sylvia ( gra go Marc Maron) to postać absolutnie cudowna. Z jednej strony straszny cham, człowiek jadący przez życie na kokainie, trochę oblech z drugiej reżyser i twórca z pasją i z pokładami wrażliwości które bardzo stara się ukraść. Postać dowcipna i jako jedna z niewielu rzeczy w tym serialu – zaskakująca. To taki bohater dla którego ogląda się serial bo człowiek cały czas przeczuwa że może mu coś więcej pokazać, zaprezentować, że jest tam  jeszcze coś. No i jak ten bohater jest zagrany – serio genialna kreacja, która trochę pozostawia w cieniu – zwłaszcza grającą główną rolę Alison Brie. Tak więc jeśli chodzi o to jak się pisze bohaterów to nawet w tym kobiecym serialu (jeśli chodzi o skład obsady) facet wyszedł ciekawiej. I jak z tym żyć.

 

Prawda jest taka, że najlepsze w tym kobiecym serialu są postacie męskie

 

Na koniec zwierz chciałby stwierdzić, że ma jeszcze jeden problem – z całym osadzeniem serialu w latach osiemdziesiątych. Tak jasne ten serial (oparty częściowo na faktach) nie mógłby się rozegrać w żadnej innej epoce. To zwierz rozumie. Ale jakie to jest przeszarżowane. Można odnieść wrażenie że twórcy chcą  w tych dziesięciu odcinkach zmieścić absolutnie każdy możliwy symbol i gadżet z lat osiemdziesiątych od obcisłych kostiumów do aerobiku po piekielnie skomplikowane testy ciążowe. Zwierz miał wrażenie przesytu – zbyt wystudiowanego grania na sentymencie za latami dawno minionymi a właściwie za ich kiczowatą estetyką. Jakoś w tym przypadku miał poczucie, że twórcy posunęli się o krok za daleko w przypominaniu nam na każdym kroku, że są lata osiemdziesiąte.

 

Drugi sezon może być dużo ciekawszy jeśli odejdzie od typowego schematu opowieści sportowej.

 

 

Po tylu żalach chyba czas przyznać, że zwierz obejrzał pierwszy sezon dość szybko ale w sumie doszedł do wniosku, że chyba dopiero koło drugiego można liczyć na coś więcej. Zwierz byłby przeszczęśliwy gdyby gdzieś tam w czasie rozmyślań nad tym co można zrobić przełożono akcenty tak by główna bohaterka nie była w centrum opowieści. Bo drugi plan zdecydowanie jest ciekawszy. I gdyby jeszcze trochę odejść od kilku schematów zwierz byłby szczęśliwy. Tak wiec to jest jedna z tych produkcji której zwierz cały czas zadawał pytania i nie zawsze był zadowolony z odpowiedzi ale w sumie chciałby więcej. Choć odrobinkę inaczej.

 

Ps: W jednym odcinku wykorzystano muzykę z… Transformers The Movie. Zwierz uznaje tą sekwencję za doskonałą z wiadomych powodów.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Shakuahi

    Oj widzę, że to co było dla Zwierza minusem dla mnie było plusem serialu. Na przykład nijaka Alison – bohaterka dostała się do programu tylko dlatego, że była idealna do zbierania batów przez gwiazdę. Nikt nie dostrzegł nagle jej potencjału, nikt się na niej nie poznał. Dla mnie główną postacią są one wszystkie razem wzięte i fajnie, że Ruth nie wybija się na pierwszy plan – może to niezamierzone i świadczy o błędach twórców, ale mi się to podobało. Nie pociągnięcie tematu aborcji też było dla mnie ciekawe, bo zwykle z serialach robią z tego larum na cały sezon a tutaj mieliśmy raptem kilka minut. Szast-prast u po robocie. No big deal. Dla mnie to nie do wyobrażenia, a tutaj wyszedł z tego zabieg krótszy od wykrywania ósemki. No i te lata osiemdziesiąte – ja je tak kocham, że mogą się wylewać litrami a ja wciąż będę chciała więcej. Zauważyłam, że mi się fajniej czyta recenzje Zwierza jak mamy odmienne opinie bo wtedy mam taki orzeźwiający mindblow jak widzę, że patrzyłyśmy na tę samą scenę a widziałyśmy coś innego. I ostatnia refleksja – ja po tym serialu to odniosłam wrażenie, że w zasadzie to widziałam podzielony na 10 części pilot serialu.

    • zpopk

      Przyznam szczerze dla mnie ta aborcja była nieciekawa bo nie była w żaden sposób wpisana w narrację. Lubię wiedzieć po co coś jest w serialu. Fakt, że w latach osiemdziesiątych było w niektórych Stanach łatwiej o aborcję to dla mnie za mało.

      • Shakuahi

        Rozumiem ten punkt widzenia. :) ja się bardziej chyba skupiam na formie tematu niż na analizie tego po co on własciwie się pojawił. Jest w tym coś smutnego, że jak jest kobieta to zakres jej frasunków robi się dosyć wąski. Też obawiam się, że w przyszłych sezonach ta aborcja wypłynie jako swoista zapchajdziura i to mnie nie cieszy.

  • 100krotna

    Przeczytałam, nie mam zdania, bo nie oglądałam (ale recenzje zwierza lubią zaintrygować i wykiełkować w odpowiednim czasie:-))
    Za podpowiadam literówkę, do dopisania do kolekcji: :”z pokładami wrażliwości które bardzo stara się ukraść”
    To pewnie o potworze, który wysysa życzliwość ze świata :-)
    Miłego dnia Zwierzu!

    • 100krotna

      *który wysysa wrażliwość ;-)

  • Liczę na to, że w kolejnych sezonach GLOW przybierze nieco format OITNB i każda bohaterka dostanie swój odcinek. Zwłaszcza, że są 30-minutowe, jest ich niewiele (nie skojarzyłam, że serial ma krótsze sezony i obejrzawszy finał myślałam, że zostały mi jeszcze 2-3 odcinki) i twórcy naprawdę powinni pójść w stronę swoistego skondensowania fabuły.

    A co do aborcji – dłuższą chwilę zajęło mi przetasowanie własnych emocji odnośnie tego wątku. I w sumie, po namyśle, doceniam, że to jest taki cichy wątek – bohaterka jedzie do kliniki (przy zaskakującym wsparciu Sama – ich relacja mi strasznie przypomina „When Harry Met Sally” z jakiegoś powodu), po czym przemilcza sprawę. Gdyby GLOW chciało jechać na tanim dramacie, kwestia aborcji natychmiast by wyszła w relacji Ruth i Debbie. A Ruth nic nie mówi – daje Debbie się na nią gniewać, i nie pogarsza sytuacji tylko po to, by sobie ulżyć. Rozumiem, że Ruth to postać, którą trudno odkupić – choć serial robi wiele w tym kierunku – ale podobał mi się ten moment na przyjęciu, gdy Debbie i Ruth rozmawiają; widać, że Ruth chce z nią porozmawiać, ale Debbie nie jest gotowa. To wycofanie Ruth – i zajęcie się niechcianą ciążą – wpasowują się nie tylko w jej poczucie winy, ale i w charakter postaci, która jest w stanie zrobić wiele by przypodobać się innym i odegrać dowolną rolę. W tym wypadku dosłownie „tej złej”.

    Also – jezu, te kobiecie stroje sportowe były -strasznie- wycięte. I dlaczego serial nie pokazuje, jak bardzo to się musiało wszędzie wpijać? :D

    • zpopk

      Ale mi nie chodzi o to, że ma być dramat. Chodzi mi o to, że to jest wątek który nie ma w sumie żadnego osadzenia w fabule – powodu dla którego się pojawia, nic. Po prostu jest. I mam niemiłe wrażenie że jest bo żeby historia była kobieca musi się w niej pojawić jakieś dziecko, aborcja itp. I mam z tym problem bo dla mnie to jest jednak coś takiego wyrachowanego.

      • Shakuahi

        Ja to trochę odebrałam jako zbliżenie Sama i Ruth, tylko nie jako potencjalnej pary tylko hmm przyjaciół? Kilka oni mieli takich scen, że w sumie spodobała mi się ich relacja.

        • zpopk

          Nie wiem dla mnie ta relacja już wcześniej ładnie się rozwijała. I spokojnie mogłaby się rozwijać bez tego wątku. Nie wiem ale mam poczucie że to jest taki łatwy bait „Ej jest aborcja więc jest feministycznie i kobieco”. Jakoś mnie to ostatnio zaczyna denerwować. Takie to jest wystudiowane.

          • Biorąc pod uwagę, że ten serial sam się nie może zdecydować, na ile jest feministyczny (bo jednak tematyka i jej okazanie to takie „na dwoje babka wróżyła”), mimo wszystko nie interpretuję tego jako próby bycia feministycznym na siłę. I dla mnie ma to uzasadnienie fabularne, bo jeszcze mocniej osadza Ruth w roli kobiety-wycieraczki, gotowej na wiele poświęceń, a jednocześnie desperacko walczącej o swoje miejsce. Może zabrzmi to dziwnie, ale mimo żartów z Samem, mimo korzeni tej sytuacji (zdrada), uważam, że wątek aborcji został pokazany… godnie. Jakoś tak po ludzku. Ujęło mnie to.

          • zpopk

            Ja zupełnie nie postrzegam Ruth jako kobiety wycieraczki gotowej na wiele poświęceń. Przecież ona się tu w ogóle nie poświęca tylko doskonale wie, że tego dziecka w takim układzie mieć nie może. Nie robi tego bo wrestling ale dlatego, że to wpadka najgorsza z mozliwych. Inna sprawa – jak na jej postawę względem przyjaciółki – moim zdaniem serial wyznacza jej bardzo umiarkowaną karę. Co się tyczy feminizmu – właśnie o to mi chodzi – dla mnie to pozorowanie zaangażowania.

          • Maciej Witek

            Ja też mam ze sceną aborcji problem. Nie wiem czy miałem Ruth współczuć, się na nią wściec bo zabiła dziecko czy też może podziwiać bo jest taka niezależna?
            Nie podobało mi się też, że potraktowano to wszystko tak po łebkach. Ile czasu minęło od sceny z testem (świetnej sceny, z największą wartością dydaktyczną), 5 minut?
            Nie twierdzę, że powinno być o tym pół sezonu, ale chciałbym żeby to odpowiednio wybrzmiało.

            GLOW mi się bardzo podobało.
            Lubię wszystkie sceny, które można podpisać jako girl power, lubię niejednoznaczne postaci i wręcz uwielbiam w tym serialu te wszystkie przerysowane, wręcz karykaturalne kreacje bohaterek i walki na ringu. Zoya Dystroya wyszła Alison Briee fenomenalnie. To może nie jest serial komediowy z ogromną ilością okazji do śmiechu, ale na pewo dostarcza dużo radości i było mi bardzo przyjemnie i lekko na duchu oglądając ten serial. Produkcja na wakacje jak znalazł. Ze swojej strony serdecznie polecam.

          • Większość jej działań służy temu, by się komuś przypodobać lub za coś odpokutować – za to, że zdradziła przyjaciółkę, za to że niechcący zaszła w ciążę, za to że nikt jej nie chce zatrudnić jako aktorkę, za to że jest zbyt pospolita/ładna/niezależna/cicha/niepotrzebne skreślić, za to że się nie nadaje do wrestlingu… Ruth ciągle walczy o swoje (będąc jednocześnie zaskakująco nijaką postacią). Przy czym cała jej rola w wrestlingowym teatrzyku polega na byciu „tym złym”, swoistą ofiarą. I ciekawie moim zdaniem wypada sugestia, że w takiej roli też jest dużo siły – cichej, w gruncie rzeczy pokornej. Doceniam, że w prawdziwym życiu serial nie kreuje Ruth jednoznacznie na villaina – wystarczy, że uosabia taką postać na ringu.

          • zpopk

            Gdzie ona za to pokutuje. Za zdradzenie koleżanki nie pokutuje – ponosi konsekwencje, usunięcie ciąży nie jest pokutą – jest bardzo proste, nie zostawia śladu, nikt jej nie chce zatrudnić jako aktorki ale w sumie nic nie wiemy o jej talencie (to, że bohaterka chce grać nie znaczy automatycznie że jest lepsza od miliona innych) – jasne chce być niezależna ale czy to jedyny powód? Za mało o niej w sumie wiemy. Co do wrestlibgu to sorry ale ona sama wymyśla sobie postać – nie zostaje sama sprowadzona do steretypu jak inne. Moim zdaniem ona jest osobą której bardzo mamy wybaczyć czy współczuć ale w sumie – nie robi nic takiego by na to zasłużyć. Serial lubi Ruth i każe nam ją lubić. Ale w sumie moim zdaniem słabo podaje dlaczego. BTW – ładnie się nam pokazuje, że zły w wrestlingu jest równie istotny jak dobry. Ona ma w tym show centralną rolę

          • Pokutą jest jej zachowanie wobec Debbie – bycie Betą (czy nawet Omegą) wobec jej Alfy, choć nie ma ku temu powodów innych niż właśnie próba zadośćuczynienia za to, co zrobiła. Serial sugeruje, że aktorsko obie bohaterki są na równym poziomie, ale Debbie po prostu miała więcej szczęścia – więc nie chodzi o to, że Debbie jest lepszą aktorką niż Ruth. Z kolei w kwestii wrestlingu to Ruth wyraźnie jest lepsza – bardziej się stara, szybciej rozumie na czym polega cały ten teatrzyk. Ruth, gdy tylko widzi okazję, łasi się do Debbie. Rzeczywiście, w próbie przekonania jej do zostania parą wrestlingową jest trochę egoizmu (bo kto by nie chciał być gwiazdą), ale odbieram w tym także vibe: „Możesz co wieczór spuszczać mi łomot, za to co zrobiłam, bo wiem, że zrobiłam źle… ale zobacz przy okazji, jak fajnie razem wypadamy. Jesteśmy zgrane, dzięki mnie jesteś gwiazdą. Czy już mi wybaczyłaś?”. Owszem, odgrywa centralną rolę w show, ale wie, że Debbie jest tego częścią.
            Fakt, że Ruth się sama w tę stereotypową rolę wpisała – na własne życzenie – a nie została w nią od razu wepchnięta (mimo iż byłoby to łatwe, bo od wyjścia na jaw zdrady wszystkie kobiety patrzyły na nią nieco krzywo) tym bardziej to płaszczenie się utwierdza. Ruth miałaby z kim walczyć – to Debbie nie mogła znaleźć sensownej partnerki, więc Ruth zaoferowała się jako worek do bicia. I to nie ja mam jej wybaczyć – do Debbie należy decyzja, czy zechce to zrobić. Przy czym ja żadnej bohaterki za bardzo nie lubię. A momentami wręcz wydaje mi się, że serial ukazuje pewne przewartościowanie, gdzie Debbie ma być postacią pozytywną, ale serial kreuje ją na nieco antypatyczną, a z kolei Ruth ma być postacią negatywną, ale może wzbudzać sympatię. Postaci nie są jednoznaczne.

  • Shakuahi

    Nawiasem mówiąc – czy któraś z oglądających serial kobiet też zadawała sobie pytanie którą z ról sama przyjęłaby na ringu?

  • ewa_pl

    Dla mnie akurat wątek aborcji był wprowadzony jako element rozwijania więzi między bohaterką a reżyserem, bo dostali przy jego okazji całkiem sympatyczną scenę. Ogólnie raczej polubiłam główna bohaterkę, choć chyba jej byłą bff bardziej. W ogóle to bałam się, że kwestia romansu będzie się ciągnąć w tajemnicy przez cały sezon, więc załatwienie tego już na starcie i osadzenie osi emocjonalnej serialu wokół tego, co się działo po jego odkryciu bardzo mi się spodobało, tak samo brak Wielkiego Odcinka O Odbudowaniu Przyjaźni Jednym Wielkim Gestem.
    Jednocześnie zgadzam się ze Zwierzem, że samo obsadzenie kobiet nie robi z serialu produkcji feministycznej i dla mnie tez serial niekoniecznie taką jest. Zobaczymy w drugim sezonie.

  • wazon

    Ciekawe, jak by kręcono seriale, gdyby przespanie się panny X z panem Y było dopuszczalne moralnie . Czytałam kiedyś u Malinowskiego, że, dawno temu, niektóre ludy nie kojarzyły przespania się z płodzeniem dzieci, bo robili to wszyscy z kim chcieli od b. młodych lat. Jeśli by ta czynność nie była zdradą, może scenarzyści skupili by się na okropnych świństwach, które ludzie robią sobie poza tym. Wg mnie opieranie moralności przede wszystkim na sprawach łóżkowych bardzo zubaża wszelkie fabuły, a poza tym staje się nudne ,a zdrada nie polega tylko na tym, że chłopak Kunegundy prześpi się z Domicelą. Bywają o wiele boleśniejsze zdrady.
    Co, Boże broń, nie znaczy, że pochwalam skoki w bok. To brzydki uczynek, fe !

  • Lilith

    Serialu jeszcze nie widziałam, więc nie mam nic do powiedzenia na jego temat, ale zastanawiam się, czy zwierz chciał zaznaczyć powagę sytuacji tym „i smutno i straszno” tudzież wyrazić przekonanie, że życie to nic wesołego, czy może gdzieś tam miało być jednak „śmiesznie”?

  • bbika

    Skończyłam serial wczoraj i mimo dwumiesięcznej recenzji, teraz dopiero tu dotarłam :D

    Tak jak Zwierz nie polubiłam Ruth, nic mi w niej nie pasowało. Ale im dalej w sezon tym robiło się lepiej. Oprócz właśnie aborcji. Znalazłam tylko taki jej element, że dzięki temu poznajemy, że ten wredny reżyser potrafi być… czuły i kochany. Może po prostu amerykańskiemu widzowi nie przeszkadza takie powierzchowne liźnięcie tematu? Albo miało udawać, że kiedyś taki czyn był powszechny i nikt nad tym się nie zastanawiał jakoś szczególnie?