Wbrew ciemności czyli 25 miłych rzeczy na listopad

13/11/2017

Nie ogląda się dwa razy tych samych Edwardian czyli o nowym Howards End

13/11/2017

Kiedy Asgard był jeszcze młody czyli czy pierwszy Thor rzeczywiście jest gniotem

13/11/2017

Sukces Thor Ragnarok sprawił, że ostatnio sporo mówiło się o poprzednich odsłonach przygód Thora. I wśród nich pojawia się – w bardzo wielu rozmowach jedno zdanie „Pierwszy Thor to był gniot” albo „Nareszcie dobry film o Thorze, po dwóch porażkowych”. Zwierz postanowił pochylić się nad tą kwestią. Bo pamięta czasy kiedy Thor był dobrym filmem. Więcej, nadal jest dobrym filmem.

Na początku dwa zdania wyjaśnienia. Ważne, bo potem Zwierz nie chce do nich wracać. Pierwsze – tak Zwierz lubi filmy Kennetha Branagha bardziej niż przeciętny śmiertelnik, ale nie jest ślepy. Wie, że jego filmy mają sporo wad – i je widzi. Mimo, to nadal je lubi. Nie mniej Thora nie lubi za reżysera (albo inaczej – lubi za to co reżyser zrobił a nie kim jest). Po drugie – Zwierz UWIELBIA drugiego Thora. To powiedziawszy – Thor: Dark Word to jest groch z kapustą, film tak naprawdę średni z czarnym charakterem który ma mniej cech charakteru niż krzesło. To, że lubię film nie znaczy, że tego nie widzę. Od razu piszę bo nie chcę bronić Thora jako filmu, który lubię ale raczej – jako naprawdę dobrego filmu MCU.

 

Nie da się ukryć, że postać Lokiego i Thora stała się dużo ważniejsza dla MCU niż można było zakładać w chwili premiery

 

Dobra zacznijmy od początku. Bo to jest pierwsza rzecz o której trzeba sobie przypomnieć. Pierwszy Thor pojawił się na samym początku MCU. Wtedy kiedy mieliśmy już za sobą Hulka czy dwa Iron Many ale w sumie… tyle. Co to znaczy? A no tyle, że w sumie MCU dopiero miało zaistnieć (zapowiedziano już Avengers) ale jeszcze raczkowało. I potrzebowało mocnego kopa by móc wyjść poza serię filmów o super bohaterach a wejść „filmowa próba odtworzenia uniwersum komiksowego”. Jakkolwiek może się wydawać, że jedno nie różni się od drugiego tak bardzo to jednak prawda jest taka, że nigdy wcześniej nie mieliśmy sytuacji w której ekranizacje komiksu próbowały oddać to przenikanie się różnych historii, różnych bohaterów – tak jak się dzieje w komiksach. To przygotowanie MCU na wielki skok jakim byli Avengers wziął na siebie właśnie Thor. Wprowadził historię w kosmosie (nigdy wcześniej kosmosu w MCU nie było), wyjaśnił zasadę funkcjonowania świata (jakim cudem może istnieć i Ziemia i Thor itp.) i wprowadził magię (w pierwszym Thorze dość jasno dostajemy podstawy tego co w pełni zagra w Doktorze Strange). Gdyby Thor był naprawdę złym filmem to dla MCU byłby to problem. Widzowie mogliby nie zaakceptować kosmicznego wymiaru uniwersum. Ale zrobili to bez zastanowienia.

 

Ta baśniowa, przesadzona estetyka Asgardu nie musi się podobać, ale wyznaczyła pewien kierunek dla innych twórców. Niekoniecznie trzeba było ją powtarzać ale już było wiadome – nie musi być realistycznie, można iść tak daleko jak tylko się chce.

Druga sprawa to estetyka filmu. Thor jak wszyscy pamiętają jest filmem pod względem estetyki bardzo odważnym. W sumie pomijając sympatyczne retro w Kapitanie Ameryce aż do Strażników Galaktyki nie było filmu w MCU który by tak jednoznacznie odcinał się od „realizmu” ziemskich filmów o super bohaterach. W sumie kiedy patrzymy na późniejsze filmy takie jak Strażnicy czy Doktor Strange to można dostrzec, że Thor w pewien sposób otworzył drzwi do takiego kolorowego, nierealistycznego, nawiązującego do dawnej estetyki komiksowej świata ekranizacji komiksów. Zresztą zdaniem zwierza – sukces Thor: Ragnarok który zrywa z tą przyjętą na początku estetyką Asgardu wynika z tego, że jest równie odważny co jedynka w uznaniu, że może zaproponować coś co jest specjalnie przestylizowane i zdobyć sympatię widzów. Zresztą ten ociekający złotem Asgard w sumie odgrywa fabularnie ważną rolę w Thor: Ragnarok. Zwierz pamięta (a także ma na piśmie) swój zachwyt tym, że Asgard jest taki świecący się kolorowy – przerysowany tak jak tylko się da. Co przecież było ważne, biorąc pod uwagę, że już wtedy mówiło się o tym, że ekranizacje komiksów boją się materiału wyjściowego, i pragną być mroczne i poważne.

 

 

Nie było problemu by zabrać Thora w komediowe rejony bo już pierwszy film położył podstawy pod to by nie traktować Thora zbyt poważnie

Teraz czas na kwestię trzecią – niekoniecznie związaną z fabułą. Thor trzeci dał nam Thora i Lokiego. A dokładniej Chrisa Hemswortha i Toma Hiddlestona. W 2009 roku w czasopiśmie Vulture ukazał się artykuł, o tym że Marvel postanowił zaryzykować i zaangażować do filmu dwóch właściwie nie znanych aktorów. Zaoszczędzona kasa miała iść na efekty specjalne. Hemsworth miał wówczas na koncie występ w Star Treku – grał ojca Chrisa Pine i ginął w pierwszej scenie. Hiddleston grał w niszowych brytyjskich filmach i na scenie. Jego jedyną kartą przetargową był fakt, że grał na tej scenie razem z Branaghem. Obaj właściwie byli nie znani. Do chwili premiery Thora. Od tego czasu ich kariery nie tyle poszybowały do góry co przerosły wszelkie oczekiwania. Hemsworth stał się tym wymarzonym aktorem Hollywood który potrafi być jednocześnie zabawny, sprawdza się w kinie akcji i jeszcze do tego ma całkiem sporo talentu dramatycznego. A i jest olbrzymimi, pięknym blondynem – coś czego w Hollywoood nigdy dość. Z kolei Hiddleston wstrzelił się w falę umiłowania dla brytyjskich aktorów. Choć pod względem ról wcale nie ma na koncie samych zwycięstw pod względem fandomu może w sumie konkurować wyłącznie z Cumberbatchem. Jednak nie chodzi tylko o to, że film wyniósł dwóch mało znanych aktorów do sławy. To, że był tak dobrze obsadzony (także w rolach drugoplanowych – Anthony Hopkins czy Idris Elba też grają tu świetnie) zaważyło na kształcie MCU. Bo gdyby Thor nie był filmem dobrze odebranym to cały pomysł na to by fabułą Avengers toczyła się wokół Lokiego by nie wypalił. Tymczasem Loki jest tak naprawdę centralną postacią filmu i dla wielu osób – już wtedy – głównym powodem by czekać nań nie tylko ze względu na „spotkanie” bohaterów.

 

 

To chyba jest mój ulubiony przykład na to jak czytanie wiadomości z przeszłości może wywołać na twarzy szeroki uśmiech

Chwalenie Thor:Ragnarok za poczucie humoru twórców ma wiele sensu – trzeci Thor to najlepsza komedia z filmów Marvela. Ale jednocześnie – nie można byłoby tak szarżować z humorem w Thorze gdyby nie fakt, że już w pierwszym filmie było go całkiem dużo. Komediowe przedstawienie spotkania Thora z ziemią sprawiło, że od samego początku byliśmy gotowi traktować Thora trochę mniej poważnie. Zresztą czego by nie mówić o drugim Thorze to właśnie tam posunięto humor jeszcze dalej dając po części podstawy tego co widzimy w trójce (przekomarzanie się Lokiego i Thora kiedy ten wyprowadza statek z Asgardu jest żywcem wzięte z trzeciej części). A jednocześnie – nie sposób odmówić pierwszemu Thorowi odpowiedniego rozegrania emocjonalnych scen. Scena rozmowy Lokiego i Odyna spokojnie mogłaby znaleźć się w jakimś z Szekspirowskich dramatów. Co więcej – ponieważ wiemy kto film wyreżyserował – doskonale widać, że to nie przypadek – ostatecznie historia z pierwszego Thora koncentruje się na tym na czym zwykły się koncentrować dobre dramaty. Rywalizacji, odrzuceniu, władzy i rodzicielstwie. Thor jest przy tym filmem w którym tak naprawdę nie ma „tego złego” – coś do czego po latach się przyzwyczailiśmy a tu jednak wciąż było w uniwersum MCU pewną nowością.

 

Warto też dodać że Thor jak na film Marvela dość dobrze radzi sobie z postaciami kobiecymi i z reprezentacją (warto podkreślić słowo „dość” bo Marvel nigdy jakimś super championem nie był). Mamy Jane i Darcy – dwie bohaterki, z który jedna jest bardzo bezczelna i niezależna, druga jest kompetentnym naukowcem (choć niestety jej też Thor musi wszystko tłumaczyć). W Asgardzie mamy Lady Sif – wojowniczkę, która jest równa swoim kompanom (i nie ma niedorzecznej zbroi) oraz Friggę, która jest postacią nie bez znaczenia. To sporo jak na film super bohaterski gdzie czasem zdarzają się maksymalnie dwie postacie kobiece. Do tego – za sprawą decyzji castingowych, mieszkańców Asgardu grają też aktorzy inni niż biali – mamy Idrisa Elbę jako Heimdalla i Tadanobu Asano jako Hoguna. Choć obaj aktorzy nie mają aż tak wiele do grania to ważne jest samo obsadzenie ich w Thorze – bo to otwiera drzwi do tego by potem nie przejmować się kolorem skóry Asgardczyków (Asgardian? Asgardów?) – co doskonale widać w Thor: Ragnarok gdzie nie tylko mamy czarnoskórą Valkirię ale też bardzo wymieszany tłum w tle. Biorąc pod uwagę, że wtedy decydowało się jaki będzie ten Asgard, czy szerzej – kosmos, Marvela nie sposób nie docenić tych decyzji.

Żeby było jasne – wiem, że Thor ma swoje wady. Ostatni akt – ten na ziemi – jest wręcz przeraźliwie nudny i przewidywalny. W ogóle póki Thor trzyma się Asgardu jest filmem zdecydowanie lepszym niż wtedy kiedy pojawiają się ludzie na ziemi. Ale jednocześnie – wciąż jest to film który wypełnia ramy produkcji super bohaterskiej całkiem dobrze i bez większego problemu omija największe mielizny. Jako produkcja z pierwszej fazy MCU – która tak naprawdę przygotowywała nas na więcej radzi sobie naprawdę bardzo dobrze – zwłaszcza w przygotowywaniu widowni na poszerzenie MCU i na wprowadzenie do niego takiej zupełnie komiksowej estetyki i konstrukcji świata przedstawionego. Jasne – Thor nie zarobił wiele, ale powód jest prozaiczny – Thor tak naprawdę był postacią średnio rozpoznawalną poza kręgiem wielbicieli komiksów. Fakt, że dziś wiele osób wymienia Lokiego jako jedną ze swoich ulubionych postaci Marvela należy uznać za swoisty fenomen – biorąc pod uwagę, że jeszcze niedawno można było usłyszeć śmiech na samą myśl, że Marvel ma w panteonie swoich bohaterów nordyckich Bogów. Dziś świadomość, że istnieje Thor (jako superboahter)jest bez porównania większa niż   6 lat temu. Co więcej – jest to postać która wzbudza raczej powszechnie pozytywne odczucia.

 

Lady Sif jest postacią niewykorzystaną ale to nie jest wina pierwszego Thora tylko tego, że potem tą postać zupełnie zmarnowano w drugiej odsłonie i w czasie wizyty na Ziemi

Tu należałoby zadać kluczowe pytanie – skoro Thor jest taki fajny to dlaczego ciągle Zwierz słyszy że to kicha? Zdaniem Zwierza mamy tu do czynienia z trzema mechanizmami. Pierwszy jest prosty – Thor miał premierę w 2011 roku i większość osób regularnie go sobie nie powtarzała. Zdecydowanie lepiej zapisał im się w głowie Thor drugi, który rzeczywiście był marnym filmem. Nastąpiło zrównanie opinii o Thorach i tak nagle oba filmy zostały kaszaną (mimo, że taką zupełną kaszaną nie jest żaden z nich). Druga możliwość wiąże się z upływem czasu – a właściwie z tym, że filmy super bohaterskie nie starzeją się dobrze. Dziś oglądając filmy z pierwszej fazy MCU często mamy poczucie, że odstają od tego co nakręcono później. Na trzech listach najlepszych i najgorszych filmów z MCU jakie znalazł zwierz na samym końcu był Iron Man. Tymczasem wszyscy pamiętamy jak wielki i niesamowity sukces odniósł Iron Man, stając się kołem zamachowym całego MCU. Tylko, że od tamtego czasu zmieniły się nasze wymagania odnośnie kina super bohaterskiego, a to co wtedy było nowe dziś wydaje się schematyczne i wtórne. No i jeszcze powód trzeci – zdaniem Zwierza ważniejszy niż poprzednie. Thor trzeci jest nazywany gniotem bo jest nazywany gniotem. W Internecie istnieje bowiem zasada, że opinie o filmach, książkach czy muzyce zaczynają żyć własnym życiem. Wiadomo co należy o czym myśleć i co pisać. Czasem opinię narzucają influencerzy, czasem po prostu kilka osób które się bardziej udzielają mają takie a nie inne zdanie. Opinia zaczyna żyć własnym życiem i co ciekawe – mało kto ją weryfikuje. I tak pierwszy Thor staje się po czasie słabym filmem. Nawet jeśli tak naprawdę nigdy nim nie był. Co więcej – ponieważ oglądając filmy szukamy raczej potwierdzenia popularnych opinii niż polemiki z nimi (taki mechanizm mamy wszyscy) to jeśli ktoś nam mówi że Thor jest słaby, to siadamy do seansu słabego filmu. I wtedy istotnie dostrzegamy w nim to co słabsze.

 

Heimdall nie jest najważniejszą postacią ale fakt że w czasie castingu padała decyzja że będzie go grał Idris Elba sprawiło, że mieszkańcy Asgardu od samego początku nie byli tylko biali.

 Żeby było jasne – zwierz nie polemizuje z tymi którzy Thora nie lubią. Sam nie lubi Strażników Galaktyki (pierwszych tak średnio, drugich bardzo) ale gdyby przyszło mu o nich rozmawiać, pewnie musiałby przyznać, że udało się Marvelowi trafić w odpowiedni ton filmu gdzie jest gadający szop i drzewo. Ale trochę go bawi, trochę intryguje jak bardzo opinia o filmie może się po pewnym czasie od samego filmu oderwać. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do wielu osób Zwierz ma cudowną możliwość zajrzenia do tego co sam czuł i myślał sześć lat temu i co myśleli jego czytelnicy. Wówczas nie ulegało wątpliwości – Thor był hitem, podbił serca i wprowadził do panteonu MCU nowych bohaterów zaś do serc fanów nowych aktorów (ej pamiętacie jaką popularność zyskał Loki? Kosmos). I jasne – z czasem patrzymy inaczej na filmy – Avengers byli kiedyś ukochanym filmem zwierza. Dziś widzę, że ta produkcja w sumie nie za bardzo ma sens. Ale wciąż – to nie znaczy że mamy do czynienia z kichą.  Zwłaszcza, że jak pisałam – jak będziemy długo pisać że jakiś film jest nieudany to będzie nieudany.

 

Branagh wszedł do MCU ale nakręcił od początku do końca swój film. Co sprawiło, że już od pierwszej fazy tworzenia uniwersum Marvela było jasne że reżyser nie musi być tylko rzemieślnikiem przy filmie – może też zaznaczyć własny styl

Na koniec Zwierz chciałby stwierdzić, że uważa iż Thor miał jeszcze jedną zaletę. Był filmem Kennetha Branagha. Miał kilka charakterystycznych „stempli” reżysera. Od bogatych dekoracji, przez skupienie fabuły na relacjach rodzinnych (oraz młodym księciu szukającym swojego miejsca) po muzykę Patricka Doyla (zdaniem Zwierza pierwszy Thor miał jeden z najlepszych soundtracków do filmów superbohaterskich w historii. Jeden z niewielu który pamiętam czego nie mogę powiedzieć o innych) czy zróżnicowaną obsadę. Jeśli zna się twórczość Branagha to nie ma wątpliwości, że to jest jego film w ramach MCU. Dlaczego Zwierz uważa to za ważne? Bo wcale nie było przy pierwszej fazie MCU takie pewne czy konkretni reżyserzy z określonym stylem będą mogli odcisnąć swoje piętno na filmie. MCU mogło pójść w stronę reżyserów rzemieślników. Branagh zrobił swój film, tak jak robi swoje filmy. Dzięki temu od samego początku ustaliło się, że reżyser może wnieść swój styl do produkcji. Nie zawsze było to widać ale w sumie Thor Ragnarok to trochę apogeum tego trendu. Bo przecież to jest nowozelandzka improwizowana komedia ubrana w super bohaterski strój. I za to też trzeba Thora cenić. A przynajmniej – jeśli cenić nie można – warto pamiętać.

Ps: Zwierz ma nadzieję, że nie czytacie tego postu jako pretensję że nie lubicie Thora tylko raczej jako pewne ostrzeżenie przed tym jak łatwo zapomnieć jaki film naprawdę był.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...