Sławy w niesławie czyli jak rozsądnie bojkotować

02/11/2017

Tu chyba jest trup! czyli Zombie vs Zwierz vs Kryminały

02/11/2017

Poeta i inni czyli o Nerudzie

02/11/2017

Nie być poetą znaczy nie być wcale. Tak przynajmniej można pomyśleć, czytając biografię Pablo Nerudy, chilijskiego poety, którego za jednym razem potrafiło słuchać nawet 100 tysięcy obywateli zebranych by usłyszeć słowa poety i polityka. W swoim cudownym, przewrotnym i przepięknym filmie Pablo Larraín, cudowne odkrycie chilijskiego kina, pokazuje, że być poetą to być kimś więcej niż się nam wydaje.

Teoretycznie film opowiada o powojennym okresie, kiedy Pablo Neruda, jako komunista był zmuszony ukrywać się przed władzami, które zdecydowały się na antykomunistyczny zwrot. Korzystając ze swoich znajomości, Neruda ukrywa się w całym Chile, jednocześnie nie przestaje tworzyć, wychodzić na miasto i żyć życiem powszechnie poważanego – choć trochę zamkniętego w klatce, poety. Jego tropem podąża narrator naszej opowieści – zawzięty strój prawa Óscar Peluchonneau, który zawsze depcze poecie po piętach choć zwykle przybywa na miejsce ukrycia za późno. W tle zaś obserwujemy przemiany jakie zachodzą w Chile – na trzecim planie już patrzy swoim przenikliwym wzrokiem Augusto Pinochet, więźniowie polityczni trafiają do obozów, a w pałacach politycy ulegają presji Stanów Zjednoczonych.

 

Kto gra tu postać pierwszoplanową trudno powiedzieć – Neruda czy policjant który podąża za nim krok w krok

Neruda to opowieść która wychodzi daleko poza granice filmu biograficznego. Bo i nie w prostą biograficzną opowieść chce się bawić Larrain (co doskonale pokazał też w swojej Jackie, nakręconej nieco po Nerudzie). Film przypomina bardziej poemat (taki ton przyjmuje też narracja Peluchnneau, który zdecydowanie ma poetyckie wyczucie frazy) o poecie i policjancie. Zresztą prawda jest taka, że dość szybko orientujemy się, że granica pomiędzy tym co w tym filmie prawdziwe, a co jest elementem poetyckiej narracji o rzeczywistości jest bardzo płynna. To nie zmienia jednak faktu, że Larrain porusza w filmie tematy jak najbardziej poważne – stawiające istotne pytania o znaczenie Nerudy i jego  miejsce w chilijskiej historii.

 

To jest film biograficzny ale też zupełnie nie. Prędzej to film o miejscu poety w społeczeństwie i pytanie o to czy można być kochanym przez tłumy a jednocześnie pisać o czymś innym niż wściekłość i polityka

Z jednej strony można dostrzec w filmie element swoistego oskarżenia. Na samym początku filmu mamy scenę ekscentrycznego, artystycznego balu, na której bawi się artystyczna, komunistyczna elita kraju. Nasz narrator podpowiada nam, że kiedy ci politycy nie pochylają się nad losem biednego chilijskiego robotnika czy człowieka z ludu, to są w sumie szczęśliwi i dobrze ustawieni. Ten motyw powraca, zwłaszcza w odniesieniu do samego Nerudy. Ten komunistyczny książę, korzysta wszak z całej siatki pomocników, którzy ukrywają go przed więzieniem. W tym samym czasie, ludzie – których miała z nim łączyć wspólna sprawa i komunistyczna równość, trafiają do więzień. Nie mogą liczyć na taką pomoc, na międzynarodowe oburzenie. Kiedy w jednej scenie Neruda w konspiracji podpisuje swoje tomiki wierszy, jego wielbicielka, sprzątaczka (w partii komunistycznej o 14 roku życia) pyta go z wyrzutem – czy kiedy nadejdzie ten komunizm, to wszyscy będą równi jemu – wielkiemu poecie, czy jej – sprzątaczce która spędza dni czyszcząc łazienki burżuazji.  Milczenie jakie potem wypełnia przez chwilę przestrzeń podpowiada, że tej różnicy nigdy się nie zniweluje.

 

Wyłaniający się z filmu portret Nerudy jest cudownie niejednoznaczny. To ani męczennik, ani święty ani też człowiek godny na potępienie. Ot po prostu poeta, albo aż poeta

Ale jednocześnie film jest daleki od prostego potępienia Nerudy. Wręcz przeciwnie – pokazuje jak olbrzymie znacznie mają jego wiersze. Chociaż nie wynikają z takiej opresji, z jaką spotykają się więźniowie, czy robotnicy to jednak dają im głos, nadają im znaczenie, pozwalają wierzyć, w to, że ich doświadczenia mają sens. Sam Neruda choć pokazany jest jako człowiek niepozbawiony wad – lubiący kobiety, alkohol i dobre życie, jest też poetą którego wszyscy pragną – w mniejszym lub większym stopniu – poetą którego chcą słuchać na wiecach, ale też chcą by szeptał im do ucha. Chcą być mu równi, stawiać go na pomniku, chcą być z nim, być nim, być tacy jak on. Lorrain tworzy obraz tego poety idealnego, który mówi głosem tych którzy nie mogą powiedzieć własnym głosem i który dostaje za to największy zaszczyt – miłość ludu.  Zresztą film dobrze oddziela Nerudę poetę od Nerudy człowieka. W pewnym momencie gdy zaczyna czytać swój wiersz, żona prosi go „przeczytaj głosem poety”. Więc Neruda zmienia głos i rytm. Tekst z poematu staje się przemówieniem, wezwaniem, hasłem.

 

Reżyser filmu znany jest z tego, że przywiązuje dużą uwagę do tego jak sposób kręcenia filmu koresponduje z czasami o których opowiada fabuła, tu z latami czterdziestymi

Ponownie jednak – Lorrain przypomina nam, że ta miłość ma swój koszt. „Będą pamiętać wiersze gniewu, a nie wiersze miłości” mówi nasz narrator. Bo to umiłowanie niekoniecznie zawsze jest zrozumieniem, nie zawsze oznacza wyróżnienie tekstów najlepszych. Cudowny jest motyw powracającego przez cały film jednego miłosnego utworu, o którego recytowanie proszą po kolei wszyscy – artystyczna bohema, transwestyta śpiewający w burdelu, szanowne zgromadzenie.  Wciąż ten sam jeden wiersz o miłości i tęsknocie – symbol poety uwięzionego we własnych najlepszych utworach, we własnym wizerunku publicznym. Tym co Nerudę różni jednak od innych filmowych poetów to fakt, że on bardzo chce być popularny. Chce być kochany przez lud, chce mieć swój kawałek cierpienia. Neruda jest łapczywy – ale ta łapczywość uchodzi mu na sucho. Bo w końcu jest wielkim poetą.

 

Film ma też bardzo ciekawe podejście do kwestii komunistycznego zaangażowania poety. Trochę pytając czy można być sławnym komunistycznym twórcą czy to wywyższenie zupełnie zaprzecza głoszonej idei.

Pablo Larraín znany jest z tego, że prowadzi swoją narrację w bardzo specyficzny sposób, jednocześnie – często sięgając do takiego sposobu filmowania jaki był charakterystyczny dla epoki o której opowiada. W „No” (absolutnie przecudowny film o referendum w Chile – bardzo polecam!) mieliśmy film nakręcony tak by przypominał filmy kręcone kamerą w latach siedemdziesiątych. Z kolei w Nerudzie mamy nawiązania do metod kręcenia z lat czterdziestych – jak np. ilekroć bohaterowie jeżdżą samochodem mamy za oknami bardzo wyraźne „ruszające się” tło – które zostało doklejone. W ogóle sporo jest klasycznych ujęć w samochodzie – takich jakie kojarzą się nam właśnie z filmów kręconych pod koniec lat czterdziestych. Narracyjnie intrygującym pomysłem jest wprowadzenie narratora – zwierz uwielbia filmy z narratorami, bo to zawsze prowadzi nas do świata który ujawnia przed nami fakt, że jest fikcją i nie naśladuje rzeczywistości. Tu sprawdza się to na dwóch poziomach – niestety zwierz nie może do końca zdradzić jakich bo byłby to spoiler.

 

Zwierz przeczytał kilka recenzji z których wynika że widzowie nie wiedzieli kim był Neruda i co wydarzyło się w ogóle w XX wieku w Chile. Sam Zwierz poleca nadrobić choć hasło o Chile i Nerudzie w Wikipedii

Nerudę fenomenalnie gra Luis Gnecco – chilijski aktor, którego zwierz kojarzy przede wszystkim z roli w „No”.  Fizycznie podobny do Nerudy (który w okresie kiedy rozgrywa się historia raczej urodą nie grzeszył) doskonale oddaje na ekranie charyzmę poety. Ani przez moment nie zastanawiamy się dlaczego to postać tak fascynująca – zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn, dlaczego ludzie się dla niego poświęcają, dlaczego mu wybaczają, dlaczego chcą go słuchać. Właściwie na wiarygodności tej postaci w dużym stopniu opiera się cała koncepcja filmu. Bo Neruda musi być postacią która jest pełna wad ale jednocześnie – jest ponad wszystkim. I to wszystko Gnecco w swojej roli pokazuje, jednocześnie łącząc swoistą grubiańskość z delikatnością. Jest w filmie taka scena w której Neurda wkłada rękę pod bluzkę sekretarce która właśnie przepisuje jego kolejny rewolucyjny wiersz. I trudno o lepsze podsumowanie tej postaci.

 

To jeden z tych filmów biograficznych który nie chce dać się wcisnąć w ramy gatunku. I dobrze bo ostatnio gatunek się tak skonwencjonalizował że stał się nieznośny

Osobną perłą jest rola Gaela Garcii Bernala. To rola podwójna, z jednej strony gra on policjanta – bohatera niczym z powieści policyjnej, z cienkim wąsem i szerokim rondem kapelusza. Czujny, bystry, zawzięty, zawsze na tropie, zawsze zadający sobie pytania o motywacje przestępcy. Zaczytany w powieściach które w każdym miejscu pozostawia mu poeta, coraz bardziej zafascynowany zbiegiem. Ale przede wszystkim Bernal gra tu narratora całej historii – porządkującego rzeczywistość, mówiącego poetycką frazą, nadającego ton opowieści. To dzięki temu w jaki sposób opowiada nam o tym świecie zaczynamy rozumieć, że widzimy tak naprawdę jedynie przetworzoną przez literackie tropy interpretację zdarzeń i ludzi. Pewną wizję tego jak by to mogło wyglądać. Wizję która zrodziła się niekoniecznie w głowie zawziętego policjanta. Bernal gra swojego śledczego doskonale – niewiele w tej roli mimiki – najwięcej aktor gra tu oczami – pokazując nam zmiany jakie zachodzą w jego nieugiętym bohaterze. Och jaka to jest cudowna rola -absurdalna, komiczna i tragiczna jednocześnie.

 

Choć pod względem konstrukcji narracji film pewnie nie przypadnie wszystkim do gustu to aktorsko jest bez jednej pomyłki.

Warto zresztą zauważyć że aktorsko to film właściwie bezbłędny. Doskonała jest Mercedes Morán, jako żona Nerudy – dobrze urodzona, wykształcona, zdolna artystka która zdecydowała się na życie w cieniu poety który nigdy nie ograniczył się do jednej kobiety. A jednak nie jest to postać słaba, wręcz przeciwnie – jest w niej niezachwiana pewność siebie, klasa i styl. Kiedy w końcu do niej przychodzi nasz policjant z nakazem aresztowania odpowiada mu wprost „Nie należę do osób które siedzą w więzieniach”. Mimo, że film pokazuje nam że mamy tu pewien konflikt pomiędzy dwójką artystów, między zdradzaną żoną a niewiernym mężem, to jednocześnie nie ma wątpliwości, że mamy też do czynienia z prawdziwym uczuciem – takim które czerpie też z tego iż chce się być obok siebie – chociażby po to by być świadkiem artystycznych triumfów.

Okej jedną z licznych zalet filmu jest bardzo wiele ujęć z moim ulubionym kieszonkowym aktorem meksykańskim.

 

Gdzieś po dwudziestu minutach filmu Zwierz spauzował i poczytał trochę o historii Chile. To już nie pierwszy raz bo wcześniej do podobnego zachowania zmusiło zwierza „No”. Rzeczywiście jeśli nie znacie postaci Nerudy albo przynajmniej nie znacie podstawowych faktów dotyczących historii Chile w XX wieku to warto sobie poczytać. Zapewniam was że to historia (podobnie jak cała historia Ameryki Południowej i Środkowej – o której wciąż sporo osób wie zaskakująco mało, jeśli w ogóle cokolwiek) ciekawa – i poruszająca. A jednocześnie – zwierz spokojnie może sobie wyobrazić oglądanie filmu zupełnie bez znajomości kontekstu historycznego – bo to jest właśnie taka biografia, która z jednej strony zakłada że wszyscy wiemy o czym mowa, a z drugiej – dopuszcza dużo szerszą interpretację niż takie typowe odniesienie się do kontekstu historycznego. Prawdę powiedziawszy – zdaniem zwierza, jeśli dziś kręcić biografie – to tylko takie. Wzruszające hagiografie podrasowane kilkoma faktami z życia prywatnego to już zgrana płyta. Zaś film taki jak Neruda zmusza do myślenia  w szerszym kontekście niż po prostu życie poety.

 

Jeśli szukacie filmu który po prostu będzie nieco inny to Neruda to film dla was.

Pablo Larraín szybko wyrasta na jednego z moich ulubionych reżyserów. Być może stoi za tym jego bardzo charakterystyczny styl reżyserii, może słabość do obsadzania w swoich filmach Gaela Garcii Bernala – dla którego zwierz obejrzy wszystko (i zwykle będzie czerpał z tego przyjemność, bo meksykanin jest naprawdę doskonałym aktorem), a może chodzi o to, że to reżyser który doskonale pokazuje, że ciekawe pomysły na kino są też poza Hollywood. Być może właśnie to – kino jednocześnie bliskie i dalekie, inne ale jeszcze zrozumiałe – najbardziej pociąga zwierza w kinie Larrina, który jak na razie jeszcze go ani razu nie zawiódł.

PS: Zwierz widział film na DVD które dostał na urodziny ale widział, że Netflix – nie w Polsce, miał Nerudę w ofercie więc film być może niedługo trafi też do nas bo jak na razie chyba nie ma dystrybutora

Ps2: Jest ten magiczny moment kiedy ogląda się hiszpańskojęzyczny film z angielskimi napisami i rozumie się znacznie każdego słowa w taki pokrętny sposób bo czasem mózg lepiej rozumie hiszpański niż angielski. Ale ogólnie – filmy o poetach powinny być po hiszpańsku.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • hanka

    „strój prawa” nominuję do literówek, gorąco pozdrawiam!
    ania

    • CDR

      „zawzięty strój prawa” ;-) sam strój prawa nie oddaje całego piękna tej literówki.

  • Hersychia

    „Cudowny jest motyw powracającego przez cały film jednego miłosnego utworu, o którego recytowanie proszą po kolei wszyscy – artystyczna bohema, transwestyta śpiewający w burdelu, szanowne zgromadzenie. Wciąż ten sam jeden wiersz o miłości i tęsknocie – symbol poety uwięzionego we własnych najlepszych utworach, we własnym wizerunku publicznym.”

    Zwierzu, o który wiersz chodzi?

    Dziękuję w ogóle za wpis, mam sentyment do jednego z utworów Nerudy. Muszę obejrzeć ten film.

  • Kinoman1

    Nie wiedziałem, że „Neruda” jest dostępny w Polsce na dvd. Teraz poszperam w necie, gdzie można kupić płytę z tym filmem.
    Mnie Neruda zawsze będzie się kojarzyć z uroczym, trochę zapomnianym ” Listonoszem”, w którym Nerudę świetnie zagrał Philippe Noiret.

    • Nerudę pięknie grał w operowej wersji „Listonosza” Placido Domingo, ma po temu odpowiednie umiejętności i charyzmę.

  • Nerudę uwielbiam. Muszę sprawdzić ale na szwedzkim Netflixie też mi się nie rzucił w oczy…