Wesołego Life Day! czyli Zwierz, święta, Gwiezdne Wojny i konkurs dla draki

17/12/2018

Wszystkie godziny Cleo czyli o „Roma” Alfonsa Cuaróna

17/12/2018

Nic, tylko siedzi i ogląda czyli 7 seriali które oglądałam w ostatnich tygodniach

17/12/2018

Ostatnie dni spędziłam w domu i powiem szczerze – początkowo wydawało mi się, że taka konieczna przerwa w życiu zawodowym sprawi, że obejrzę miliony rzeczy. Tymczasem prawda jest taka, że wcale nie znalazłam tak dużo czasu na oglądanie. Zwłaszcza nowych rzeczy. Większość czasu spędziłam śpiąc. Ale trochę jednak widziałam. I mogę wam napisać co myślę.

Rise – serial poleciła mi jedna z czytelniczek. Pamiętam, że jakiś czas temu serial – po polsku tytuł „Podnieść głos” wpadł mi w oko, ale nie miałam czasu się nim bliżej zainteresować. Teraz jednak leżąc w łóżku postanowiłam go nadrobić. To historia nauczyciela w szkole średniej, który po wielu latach nauczania postanawia coś zmienić w swoim zawodowym życiu. Zostaje szefem szkolnego kółka dramatycznego i postanawia, że odmieni życie swoich podopiecznych wystawiając „Przebudzenie wiosny”, musical który z jednej strony opowiada o trudach bycia nastolatkiem (czy nastolatką) z drugiej znajdziemy tam poważne wątki jak samobójstwo, aborcję, nastoletnie ciążę i problemy życia w opresyjnym społeczeństwie.

Rise to serial który pod pewnymi względami jest niesamowicie podobny do Glee, ale przede wszystkim jest śmiertelnie na poważnie.

Cały serial przypomina trochę Glee. Z jedną różnicą – Glee było wyprodukowane jako lekka zabawna produkcja która tylko co pewien czas traktowała siebie na poważnie. Tymczasem w Rise wszystko jest śmiertelnie poważne. Uczeń zmienia szkołę bo jego wierzący rodzice nie pochwalają treści jakie niesie w sobie musical? Wątek jest równie poważny jakby ów uczeń zaraz miał umrzeć. Szkoła nie chce dać dofinansowania na taki musical? Dramat jakby nagle nie było ważniejszych wydatków. Przy czym są w tym serialu wątki poprowadzone bardzo dobrze – jak np. fakt, że syn głównego bohatera zmaga się z alkoholizmem. Alkoholizm młodzieży nie jest tematem bardzo często podejmowanym, i serial dość dobrze pokazuje bolesną bezradność rodziców wobec takiego zachowania dzieci. Z drugiej strony – najbardziej irytujący wątek serialu to pokazanie tego wielkiego konfliktu pomiędzy szkolnym trenerem a dyrektorem kółka dramatycznego. Walka o to kto będzie miał czas uzdolnionego futbolisty (zawsze musi być jakiś sportowiec, który okazuje się mieć talent aktorski) jest tak straszliwie dramatyczna, że aż trudno się ją ogląda.

 

Oczywiście w serialu jest utalentowany muzycznie sportowiec który musi wybierać boisko czy śpiewanie. Schemat od High School Musical ma się świetnie

Choć serial dość dobrze pokazuje jak bardzo amerykańskie szkoły średnie mają obsesję  na punkcie sportu, i jak bardzo uzależnia się przyszłość sportowców od tego czy poświęcą się rzeczywiście tylko kopaniu a właściwie rzucaniu piłki. To system który zupełnie stracił z oczu młodych ludzi a koncentruje się tylko na tym co jest dobre dla świata wielkiego sportu. Nie zmienia to jednak faktu, że cały serial jest niesamowicie dramatyczny i choć ma dobre momenty, to jednak pokazuje, że problemów szkolnej trupy teatralnej nie można traktować zbyt poważnie bo wtedy – trochę wbrew intencjom serial staje się miejscami śmieszny. Jestem ciekawa czy będzie drugi sezon (jeszcze nie sprawdzałam), choć nie ukrywam – w takiej konwencji jeden sezon moim zdaniem wystarczy.

 

Dax Shepard to dobre uzupełnienie obsady The Ranch. Ale jednocześnie sam serial zrobił się tak ponury że aż irytujący

The Ranch (sezon 6) – swego czasu poświęcałam temu serialowi całe wpisy ogłaszając go jednym z najlepszych sitcomów jakie są. I problem z The Ranch jest taki, że to wciąż doskonały serial. Ale zupełnie odjechał od swojej komediowej konwencji. Do tego stopnia, że właściwie komediowe momenty wydają się trochę nie na miejscu, a śmiech z offu zupełnie nie pasuje do nastroju produkcji. Inna sprawa – twórcy chyba założyli, że absolutnie nic w życiu bohaterów nie może iść dobrze. I choć niektóre rzeczy zrobili fenomenalnie np. konieczność odejścia aktora z serialu została rozegrana tak, że gdyby człowiek nie wiedział, że twórcy zrezygnowali ze współpracy z powodów poza fabularnych, to mógłby przysiąc że taki był plan od dawna. Ale jednocześnie – jeśli w tym serialu ma się urodzić dziecko, to oczywiście produkcja skoncentruje się na lękach, problemach z porodem i wiecznym zmęczeniu młodych rodziców. Jeśli pojawia się nowy kuzyn który ma zastąpić brata którego z serialu wykreślono, to będzie to kuzyn cierpiący na zespół stresu pourazowego. Właściwie niemal każdy wątek ma w sobie jakiś mroczny fragment, który sprawia, że życie bohaterów zdaje się być beznadziejną walką z niesprzyjającym losem. I jasne – to nie jest zły pomysł na produkcję, ale przy szóstym sezonie ma się poczucie pewnego zmęczenia powtarzalnością i wszechobecnością nieszczęść spadających na rodzinę. Wciąż to jest serial z doskonałymi fragmentami ale mam wrażenie, że twórcy powoli powinni zacząć się zastanawiać nad jego końcem. Bo teraz mam wrażenie grają bingo, co jeszcze może się przydarzyć rodzinie Benettów, która przeżyła naprawdę wystarczająco dużo.

 

Bardzo trudno ogląda się serial w którym wszystkie postacie są irytujące.

Kamping – serial którego istnienia zupełnie nie rozumiem. Internet poinformował mnie co prawda że to amerykańska wersja brytyjskiej produkcji więc może to tłumaczy dlaczego obejrzałam coś co moim zdaniem ma potencjał ale jest bez sensu. Wiecie bardzo często bywa tak że amerykanie biorą coś co wymyślili Brytyjczycy i jakoś zupełnie nie umieją tego przepisać na swoje realia. Tu mamy taką obyczajową historię – bohater grany przez Davida Tennanta ma urodziny i w ramach świętowania jego żona sprasza wszystkich znajomych na kilkudniowy wypad na pole kampingowe. Ma być przyjemnie i zabawnie, ale kiedy wszyscy znajomi i ich partnerzy oraz partnerki zbierają się w jednym miejscu to ani nie jest przyjemnie ani zabawnie. Nie ukrywam, spodziewałam się po tym serialu czegoś ciekawego. Po pierwszych dwóch odcinkach bohaterowie wydawali się strasznie egocentryczni i irytujący dla pomyślałam – może gdzieś tam dalej coś się zmieni i pojawi się ciekawa puenta. Niestety po obejrzeniu wszystkich odcinków mogę powiedzieć, że nie znalazłam w tym serialu nic szczególnie ciekawego. Wszyscy w serialu zachowują się w przerysowany sposób a ich racje są wyłożone tak że trudno powiedzieć komu człowiek miałby kibicować. Może gdybyśmy znali bohaterów lepiej można byłoby się z nimi jakoś utożsamiać, ale poznajemy ich wtedy kiedy wszyscy wzajemnie mają do siebie pretensje. Jakbym chciała oglądać ludzi, którzy mają do siebie wzajemnie pretensje to zawsze można zrobić spotkanie rodzinne. Oczywiście o tym że obejrzę serial zadecydowało się pojawienie w obsadzie Davida Tennanta (zresztą całkiem sporo ciekawych ludzi jest w obsadzie tego serialu) – niestety – jakoś zupełnie nie ma tu nic ciekawego do zagrania. Może to bywa tak, że w amerykańskich wersjach brytyjskich seriali Tennant się po prostu nie sprawdza. Może dlatego, że każą mu mówić bez szkockiego akcentu. Trzy czwarte osobowości wylatuje przez okno. W każdym razie nie polecam. Chyba że lubicie oglądać seriale w których nikogo nie lubicie, nie za bardzo rozumiecie motywacje bohaterów i jest wam zupełnie obojętne co się z tymi ludźmi stanie. Ale muszę przyznać – oglądałam serial bardzo uważnie, cały czas w nadziei, że tam jest jakiś powód dla którego go wyprodukowano. Ale nic ciekawego nie znalazłam.

 

Tęczowy, mądry, dowcipny, równościowy i na dobrej drodze do stania się kultowym. Te wszystkie cechy posiada serial Netflixa She-Ra

She-Ra – właściwie nową animację Netflixa obejrzałam tuż przed tym jak położyłam się do łóżka, ale nie zmienia to faktu, że jeszcze o niej na blogu nie pisałam. A powinnam bo to jest dokładnie ta produkcja którą wszyscy powinni obejrzeć. Ostatnio pojawiło się trochę nowych animacji na podstawie ukochanych klasyków. W przypadku She-Ra mamy do czynienia z doskonałym pomysłem by wziąć pewne zręby historii, pomysł na konflikt i oczywiście – moc głównej super bohaterki, ale wszystko napisać od nowa. Dzięki temu postawał jeden z najbardziej uroczych i dowcipnych seriali animowanych od dawna. She-Ra to produkcja, która z jednej strony na pewno spodoba się młodszej widowni (przez pewien czas mamy tam szukanie księżniczki tygodnia!), z drugiej – pełno w niej nawiązać, dowcipów i treści które na pewno zrozumie raczej starszy widz. Poza tym serial ma fenomenalne podejście do swoich postaci – bo rozbudowuje zarówno bohaterów pozytywnych jak i tych którzy są ich przeciwnikami. Przy czym bohaterowie negatywni tak naprawdę nie są do końca negatywni, raczej są po drugiej stronie konfliktu. Mimo, że historia rozgrywa się w świecie pełnym księżniczek to doskonale rozprawia się zarówno z wizją tego co robić może księżniczka jak i tego jak ma wyglądać. Poza tym bohaterowie występują tu w cudownych przyjacielskich i romantycznych kombinacjach, choć trochę jak w małych kucykach – najważniejsza jest przyjaźń. Do tego w tym serialu jest jednorożec który cały czas chce robić rewolucję i biega od stajni do stajni uwalniając konie w myśl hasła „Równość, Wolność i Owies dla wszystkich”. Naprawdę fenomenalny kawałek telewizji. No i od razu mogę powiedzieć, że nie musicie oglądać oryginalnego serialu by dobrze się poczuć w świecie tej animacji. Choć oczywiście możecie spróbować. Ja wytrwałam jakieś pół odcinka. Jednak od lat osiemdziesiątych sporo się zmieniło. Jedyny powód żeby oryginalny serial zobaczyć – można się przekonać jak fenomenalnie wymyślono na nowo istniejące wcześniej postacie.

 

W świątecznym odcinku Sabriny wszystkiego było trochę za dużo ale ciotka Zelda zawsze na propsie

Sabrina (odcinek świąteczny) – nie będę ukrywać bardzo czekałam na to świąteczne spotkanie z Sabriną, bo serial o nastoletniej czarownicy, mimo wielu wad sprawił mi w tym roku olbrzymią frajdę. I teraz nie wiem do końca co myśleć. Niektóre pomysły były całkiem niezłe – jak pojawienie się demonów w domu Sabriny, ale cały czas miałam wrażenie, że trochę za dużo w tym jednym odcinku było wątków. Na przykład cały wątek z demonicznym Mikołajem i porwaniem przyjaciółki Sabriny jest tak drugoplanowy, że po prostu nie ma za bardzo na niego miejsca w tym jednym odcinku. Można byłoby to sobie spokojnie darować, zwłaszcza że nic nie wnosi do całej historii. Zdecydowanie chętniej obejrzałabym po prostu odcinek o takich satanistycznych świętach, gdzie lepiej poznałabym tradycję nietypowej rodziny Sabriny. Poza tym wydaje mi się, że odcinek zadziałałby dużo lepiej gdyby był zupełnie oderwany od fabuły pierwszego sezonu np. nie nawiązywałby do sercowych potyczek bohaterki. Bo wtedy funkcjonowałby sobie jako taki typowy odcinek specjalny, który nie ma większego wpływu na cały sezon. Nie mniej mimo narzekania, ten jeden odcinek uświadomił mi jak bardzo chciałabym zobaczyć więcej. I niestety, muszę na więcej czekać aż do kwietnia, który co prawda nie jest AŻ TAK daleko ale wciąż – z perspektywy grudnia wydaje się, że tego czekania będzie jeszcze tygodnie. Ostatecznie ten odcinek jest trochę jak sama Sabrina – nie jest idealny ale w sumie cieszę się że go obejrzałam i całkiem dobrze się bawiłam.

 

Choć sam powrót Murphy Brown nie dziwi, to nie będę ukrywać, że dla mnie to jest serial tylko dla absolutnych wielbicieli oryginału

Murphy Brown – nie oglądałam nigdy oryginalnego serialu o nieustraszonej dziennikarce, ale jakiś czas temu doszłam do wniosku, że jestem ciekawa jak wygląda jego powrót na antenę. Zwłaszcza, że Murphy Brown jako serial – tyle wiem, zawsze był bardzo przyklejony do wydarzeń politycznych a nie da się ukryć – w amerykańskiej polityce dzieje się teraz sporo. I muszę powiedzieć – mam bardzo mieszane uczucia. Serial jest zdecydowanie bardzo liberalny i krytyczny w stosunku do Trumpa. Z tym nie mam problemu. Tym co moim zdaniem jest problematyczne to pokazywanie rzeczy, które niekoniecznie miały miejsce. jest np. odcinek o tym jak w czasie wiecu zwolenników Trumpa zostaje pobity dziennikarz. Tak pobity że trafia do szpitala. Osobiście to moim zdaniem wątek niesamowicie problematyczny – bo rozumiem krytykowanie Trumpa i zwolenników za coś co zrobili. Ale wyobrażanie sobie co mogliby zrobić – mam wrażenie, niepotrzebnie prowadzi do jeszcze bardziej napiętej atmosfery. Poza tym serial jest bardzo statyczny i wydaje się, że poza pomysłem na krytykowanie Trumpa nie ma tu za bardzo innych pomysłów na to o czym miałby być ten serial. Większość dowcipów wypada płasko, aktorzy sprawiają wrażenie jakby nie za bardzo chciało im się grać. Co więcej nie wprowadzono zbyt wielu nowych postaci. Całość zaś jest kręcona jak taki wybitnie tradycyjny sitcom. Tak więc to chyba propozycja tylko dla absolutnych wielbicieli dawnych odcinków. Jestem bardzo ciekawa czy jest ich wystarczająco wielu żeby serial dostał drugi sezon.

 

Jest jakiś poziom słodkości serialu przy którym dostaję zupełnie realnych mdłości

Fuller House – nie wiem czy kiedykolwiek wam mówiłam ale jestem takim zapalonym „widzem hejterem” tego serialu. Ogólnie absolutnie nie rozumiem jakim cudem produkcja która jest tak straszliwie schematyczna doczekała się czwartego sezonu. Rozumiem sezon pierwszy – opierający się na sentymencie do rodzinnego sitcomu z lat 90. Ale trzy sezony później mam wrażenie, że to obecnie najbardziej niestrawny serial jaki można obejrzeć na Netflix. Dlaczego więc go oglądam? Nie wiem, chyba powoduje mną jakaś mordercza ciekawość tego jak można te same sceny, wątki i pomysły rozgrywać raz za razem. W przypadku najnowszego sezonu musiałam jednak po dwóch odcinkach spasować bo nadmiar słodyczy i zgranych scen i pomysłów rozłożył mnie na łopatki. Ogólnie ja rozumiem chęć stworzenia takiego programu, który będzie sympatyczny i trafi do dzieci i będzie można oglądać je razem z kilkulatkiem. Czego nie rozumiem to dlaczego aby to osiągnąć trzeba było stworzyć serial tak koszmarnie głupi. Najciekawsze jest jednak to, że w pierwowzorze mieliśmy teoretycznie nietypową sytuację wyjściową – trzech mężczyzn opiekuje się trójką dzieci. W obecnej wersji mamy historię o trzech kobietach które wychowują dzieci. Czyli to nawet nie jest żadna potencjalnie komediowa sytuacja. Nie wiem dlaczego w ogóle wam pisze o tym serialu. Chyba, żeby sobie przypomnieć, że autodestrukcyjne mechanizmy tkwią w każdym z nas. I u mnie objawiają się oglądaniem najbardziej cukierkowego sitcomu jaki można znaleźć w telewizji.

To tyle na dziś. Nie ukrywam – spodziewałam się, że nadrobię dużo więcej produkcji. Wydaje mi się jednak, że prawda jest taka, że jak się leży po szpitalu w domu to człowiek wcale nie ma tyle energii na oglądanie. Jednocześnie –  to dość dobrze odpowiada na pytanie czy jesteśmy w stanie oglądać dużo więcej rzeczy niż oglądamy zazwyczaj. Bo człowiek ma wrażenie, że na nic nie ma czasu bo tylko praca albo nauka. A tymczasem prawda jest taka, że po prostu nikt nie jest chyba  w stanie oglądać seriali czy filmów od rana do nocy. Więc nie przejmujcie się jak czegoś nie macie czasu nadrobić. Ja siedząc dwa tygodnie w domu i nic nie robiąc też nie miałam czasu. Więc nikt nie ma czasu.

Ps: Dziś odbył się live na Podsłuchane.pl na którym zbieraliśmy na … Walenie. Już się skończył ale jak chcecie wpłacić na naszą sprawę to możecie to jeszcze zawsze zrobić pod tym linkiem.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...