Peleryny, pożegnania i powtórki czyli zwierzowe podsumowanie roku cz. II popkulturalna

02/01/2017

Poezja życia czyli idźcie do kina na Patersona

02/01/2017

Spotkanie w Samarrze czyli zwierz recenzje (ze spoilerami) ” The six thatchers”

02/01/2017

Wdaje się niemożliwe oglądać serial od tylu lat i zasiadać dopiero do jego jedenastego odcinka. Ale to w sumie cały Sherlock dla was – serial który wchodząc w siódmy rok swojego istnienia był w stanie wyprodukować mniej odcinków niż pół sezonu Glee. Dlatego każdy odcinek jest wydarzeniem i dlatego każdy musi być rozczarowaniem. Poniżej – pełna spoilerów recenzja pierwszego odcinka czwartego sezonu Sherlocka.

Zacznijmy od pozytywnych stron odcinka – zdaniem zwierza należy do tego zbioru włożyć pierwsze czterdzieści pięć minut. Wydarzenia z końcówki trzeciego sezonu zostają szybko zamiecione pod dywan i Sherlock, Watson oraz Mary mogą zająć się tym co robią najlepiej. Rozwiązywaniem spraw kryminalnych. Kolejni klienci przetaczają się przez salon na Baker Street, Lestrade ciężko wzdycha a Watsonowie próbują połączyć asystowanie genialnemu detektywowi z wychowaniem małego dziecka. Choć mamy tutaj kilka ukłonów w stronę życia codziennego, oraz problemów Sherlocka z zachowaniem się przy ludziach to mamy tu też to za co serial i bohatera w tym wydaniu pokochaliśmy. Szybkie przemowy, zbytnią pewność siebie, poczucie humoru i urocze sceny łączące geniusz detektywa z wydarzeniami życia codziennego. Wszystko jest całkiem przyjemne i wydaje się jak najbardziej tym na co publiczność czekała – pewnym mentalnym powrotem do pierwszych sezonów gdzie było mniej szpiegów, genialnych morderców i wszechobecnej symboliki. Do tego nawet ładnie wygląda tytułowa sprawa – sześciu popiersi Margaret Thatcher, które po kolei znikają.

Zacznijmy od stwierdzenia jednego. Sherlock jako serial nadal jest doskonale zagrany. Głównie za sprawą widocznej na zdjęciu trójki aktorów

Do pozytywnych stron odcinka zwierz zaliczyłby też sposób w jaki wprowadzony został motyw powrotu Moriarty’ego. Sherlock decyduje się nic ze sprawą nie robić, tylko czeka i ma nadzieję, że w pewnym momencie przemyślny plan jego arcywroga sam się ujawni. Fakt, że się nie ujawnia, zaś Sherlock co chwila jest pewien, że już załapał o co chodzi – jest jednym z największych plusów odcinka. Przypomina trochę początek pierwszego sezonu gdzie Moriraty i jego plan pojawiali się gdzieś na marginesie całej historii. Tu właśnie tak mamy – Moriraty jest niczym ten pojawiający się symbolicznie w niektórych scenach rekin – czający się, czekający i nie atakujący nim nie nadarzy się odpowiednia chwila. Fakt, że główną przeciwniczką Sherlocka w całej tej historii okazuje się zwykła sekretarka dodaje wszystkiemu smaku. Zwłaszcza, że reprezentuje ona wszystko to czego Sherlock zwykł nie zauważać – przeciętność, normalność, ciszę. Sherlock który musi robić wokół siebie mnóstwo szumu i cały czas wypatruje wielkich planów dociera do niej ostatecznie za późno. Nikogo nie udało mu się ocalić – tylko rozwiązał kolejną zagadkę.

Lestrade to postać o której zwierz zawsze ma jedno do powiedzenia. Jest jej za mało.

No właśnie przejdźmy teraz do tego co zwierzowi w odcinku przeszkadzało i zdaniem zwierza – niezbyt dobrze wpływało na jego strukturę. Historia Mary. Zwierz z Mary w wydaniu Moffata i Gatissa ma problem od momentu ujawnienia jej biografii. Szukając porównania – Mary jest jak atak ninja w Daredevilu – ten jeden zbyt fajny, zbyt popkulturalny element który sprawia że całą historię szlag trafia. Tak jest właśnie z tą super Mary. Z jednej strony – scenarzyści mogą ją posłać gdzie chcą, z drugiej – postać ta należy do jakiegoś innego świata i to świata dużo gorzej przemyślanego i napisanego niż detektywistyczne sprawy ze środka Londynu. Zwierz musi przyznać, że historia tajnej agentki za którą ciągnie się kryminalna przeszłość sprawiała – w tym ale i w poprzednich odcinkach wrażenie takiej schematycznej historyjki która mogłaby spokojnie zasilać jakiś amerykański thriller sensacyjny ale nie za bardzo jest na nią miejsce w serialu o genialnym detektywie. Wątek Mary ciągnie się więc dość długo i staje się w pewnym momencie chaotyczny a przede wszystkim – umiarkowanie ciekawy. Zwłaszcza, że zwierz nie może się pozbyć wrażenia, że twórcy chcieli z Mary zrobić najciekawszą postać kobiecą jaką się dało, przez co zapomnieli napisać jej w tym sezonie jakiegoś rozsądnego charakteru. Mamy bowiem lubić Mary i uważać ją za doskonały dodatek do całej grupy ale niestety ma ona jedną poważną wadę – nikt jej do końca nie zna. To, że Sherlock jej do końca nie zna nie powinno aż tak bardzo boleć, ale to że jej mąż nawet nie wie jak Mary naprawdę ma na imię sprawia, że zwierz nie był w stanie zapałać jakąś większą sympatią do bohaterki. Zwłaszcza kiedy w pewnym momencie opuszcza Johna i swoją córkę. Nie chodzi o porzucanie rodziny ale raczej o sytuację w której ma się tak dobrze przygotowaną drogę ucieczki, która świadczy że brało się pod uwagę konieczność zniknięcia z pola widzenia. Jeśli człowiek ma taką biografię powinien się dwa razy zastanowić zanim założy rodzinę. A druga osoba powinna dokładnie wiedzieć w jakiej sytuacji się znajduje. Przynajmniej zdaniem zwierza tylko wtedy taki związek jest uczciwy. Niezależnie od tego czy mówilibyśmy o bohaterze czy bohaterce.

Zwierz ma problem z Johnem I Mary bo to para której związek oparty jest na takiej ilości kłamstw niedopowiedzeń i tajemnic że trudno im szczerze kibicować

Oczywiście najwięcej emocji budzi zakończenie. Niestety dla zwierza – było ono jasne mniej więcej od chwili kiedy okazało się, że główną bohaterką odcinka będzie Mary a nie Moriarty. Dlaczego zwierz wiedział jak się wszystko skończy? Nie tylko ze względu na znajomość tekstu źródłowego gdzie Mary znika z pola widzenia. Chodzi przede wszystkim o możliwe zakończenia w przypadku wykreowania pewnej sytuacji na ekranie. Zwierz nie jest Sherlockiem ale widział w swoim życiu wystarczająco dużo filmów i seriali by móc zawęzić ilość możliwych zwrotów akcji a potem po wywnioskować co będzie najlepsze dla twórców. Zabicie Mary było logiczne – stanowiła zdecydowanie zbyt angażujący element historii, jednocześnie wprowadzając do serialu wątek którego nikt tak naprawdę nie potrzebował – wspomnienie o tym, że istnieje życie poza niewielką bańką w której John i Sherlock rozwiązują swoje zagadki kryminalne. Jakkolwiek zwierz uważa że wprowadzenie Mary było niezłym pomysłem – chociażby po to by w poprzednim sezonie wprowadzić pewne emocjonalne napięcie,  to jej wyprowadzenie było swoistą koniecznością. W ostatecznym rozrachunku wydaje się, że Sherlock jako serial ciągle musi prowadzić do tego samego momentu – Johna i Sherlocka rozwiązującego zagadki kryminalne w duecie. Kolejne sezony starają się właściwie zawsze robić to samo – zniszczyć ten idealny stan równowagi a potem ustanowić nowy układ. Wprowadzanie Mary niszczyło go w sezonie trzecim, jej wyprowadzenie zniszczy go w sezonie czwartym. Niestety inaczej niż w przypadku „zgonu” Sherlocka w sezonie II ten jakoś nie poruszył zwierza. Może dlatego, że spojrzał na to rozwiązanie nie jako rozwiązanie zgodne z naturą świata bohaterów, ale zgodne z pewnym rozwojem fabuły. Zresztą to chyba należy doliczyć do problemów zwierza z Mary – zawsze wydawała mu się raczej narzędziem scenarzystów niż postacią samą w sobie. To zawsze jest problem kiedy widzisz mechanizm opowieści. Zwykle znaczy że został za słabo przykryty emocjami.

Pierwsza połowa odcinka która bardzo przypomina pierwsze serie jest najlepszym kawałkiem Sherlocka od dawna

Pod względem aktorskim mamy tutaj to czego zawsze można oczekiwać. Cumberbatch gra swojego Sherlocka jak z nut, najlepiej jednak wyrywając tym razem nie sceny popisu intelektualnych możliwości (choć przyznajmy sobie szczerze, nigdy nie jest piękniejszy niż wtedy kiedy z szybkością światła recytuje kolejne niesamowite teorie) ale te sceny w których Sherlock łapie się na tym że przeżywa jakieś emocje. Scena w której orientuje się, że nie udało mu się obronić Mary przed jej własną przeszłością, moment w którym prosi panią Hudson o to by była łaskawa mu przypominać że czasem nie może być zbyt pewny siebie (moment cudowny ale tez jeden do jednego nawiązanie do Conan Doyle’a) czy sama końcówka kiedy okazuje się, że nie będzie łatwo uratować Johna Watsona. Można wiele rzeczy mówić o aktorskich talentach Cumberbatcha i zastanawiać się czy są przeceniane ale jego Sherlock jest w tym odcinku absolutnie fenomenalny. Czyli taki jak zwykle (poza kilkoma momentami w trzecim sezonie).

Zwierz nie wie jak wygląda obecna klasyfikacja aktorów pod względem tego jak dobrze wyglądają wpatrując się w mikroskop ale Cumberbatch musi być gdzieś w czołówce

Inna sprawa to rola Martin Freemana – wydaje się, że w tym odcinku John Watson znalazł się na drugim planie, ale rzeczywiście im bliżej końca odcinka tym więcej ma scen i tym ważniejsze jest jak zostaną zagrane. Freeman jest takim aktorem, który potrafi niesamowicie dużo pokazać poza dialogiem. Zwierz czytał zachwyconych reżyserów, którzy wspominali, że mogli od niego w każdym ujęciu spodziewać się innego gestu, spojrzenia, czy nawet kroku. Kiedy oglądamy Johna Watsona który wcale nie jest tak szlachetnym człowiekiem jak może się wydawać (zwierz jest bardzo przeciwny romansom ale podoba mu się, że twórcy dość konsekwentnie zauważyli, że jego związek z Mary nie miał podstaw by być idealnym) dostrzegamy, że jest on trochę inny niż wtedy kiedy wydawał się nam tak dobry i skory do poświęceń. Trochę dyskusji w sieci wywołała reakcja Johna na śmierć Mary. Sama śmierć Mary była jednym z tych serialowych zgonów w którym ludzie umierają dopiero wtedy kiedy skończą mówić swoje ładnie napisane kwestie. Ale reakcja Johna – właśnie taka bez doskonale napisanej kwestii – podzieliła Internet. Zwierz uśmiechnął się na widok tych wszystkich tweedów które twierdziły, że John był o krok od zamiany w Hulka, bo był to komentarz który usłyszał zwierz dokładnie w tym momencie odcinka. Jednak zdaniem zwierza to nie taki złe skojarzenie – ból Johna manifestuje się bowiem nie w płaczu a złości. Złości którą kieruje na Sherlocka bo na kogoś musi. To zdaniem zwierza doskonale rozegrana scena.

Zwierz może nie jest zachwycony końcówką odcinka ale jest bardzo ciekawy tego jak Freeman zagra tego (po raz kolejny) złamanego żałobą Watsona

Oczywiście jak to zwykle bywa zwierz czuje pewien niedosyt postaci drugoplanowych. Zwłaszcza Lestrada (i to nie tylko dlatego, że zwierz jest zdania że w serialach zawsze jest za mało Ruperta Gravesa – wszystkich serialach) i Molly – postaci bardzo wykorzystywanych wcześniej, teraz zepchniętych nieco poza nawias. Molly prawie w tym odcinku nie ma. Jest nieco więcej Mycrofta – zwierz lubi jego sceny z Sherlockiem, zwłaszcza te w których scenarzyści przypominają że w porównaniu ze swoim bratem Sherlock jest w pełni zsocjalizowany. Dialog z Wikipedią stanie się zaś jednym z ulubionych zwierza w historii. Głównie dlatego, że nie jeden raz taki w życiu prowadził. Inna sprawa, że ten odcinek potwierdza mitologicznego trzeciego brata. Zwierz musi wam przyznać, że to chyba wzbudziło w tym odcinku jego największe emocje. Ma nadzieję, że trzeci z braci Holmes się zjawi. Byłoby przepysznie. Niezależnie od tego kto by go zagrał. Pod względem obsadowym więc jak zwykle bez wpadek choć trzeba przyznać, że przez te kilka lat powinna się pojawić chociaż jedna nowa postać, aż trudno uwierzyć że nikt nie poznał nikogo nowego.

Zwierz był zawiedziony skromną ilością psa w odcinku więc ma nadzieję że jego genialny węch jeszcze powróci

Jak na pierwszy odcinek serii ten zapewne plasuje się wyżej niż ostatnie otwarcie. Być może dlatego, że widać po twórcach że pragnąć zacząć trochę od nowa i zrzucić z siebie część ciężaru metaplotu. Inna sprawa – wygląda na to, że w kolejnych odcinkach serii chcą nieco zamienić role. Dotychczas John emocjonalnie ratował Sherlocka teraz może być na odwrót. Zwierz nie jest pewien co sądzić o Sherlocku w gabinecie terapeuty – wydaje się, że to ładna klamra narracyjna ale nie koniecznie działanie spójne z charakterem bohatera. Nie mniej taka zamiana ról – może być ciekawa. Zwierz musi powiedzieć, że choć nie przeżywał tego odcinka tak emocjonalnie jak niektórzy widzowie już zaciera ręce na kolejne. Zwłaszcza jest ciekawy jaki będzie „ten zły” Toby’ego Jonesa (widzieliście plakat w tle?). Jak to kiedyś zdarzyło mu się rzec „Sherlock to doskonała cotygodniowa rozrywka. Przez trzy tygodnie. Raz na dwa lata”.

Ps: W najbliższych dniach deszcz recenzji  bo zwierz zdążył już w tym roku obejrzeć w kinie cztery filmy.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Ola

    mam podobne odczucia co do śmierci Mary, tzn. że bardziej twórcom *potrzebne* było usunięcie jej postaci i tym samym odcięcie jednego wątku i wprowadzenie po raz kolejny rozdźwięku pomiędzy Sherlockiem a Johnem, niż że był to przemyślany rozwój postaci, do której miałam dużo sympatii, ale której tak naprawdę nie poznałam.

    Zaskoczył mnie wątek rozwijania znajomości z rudowłosą przez Johna, ale po namyśle przyznaję, że miał on sens. Ponieważ jednak nikt w świecie Sherlocka nie jest przypadkowy (a w szczególności partnerzy Molly….), to obawiam się, czy rudowłosa nie będzie odgrywała ważniejszej roli w kolejnych częściach (wolałabym, żeby tak się nie stało).

    Z dialogów wyłapałam, że Mycroft dzwonił do Sherrinforda (lista dialogowa podpowiada: „Put me through to Sherrinford, please. Yes, I’ll wait.”).

    Pytanie do zwierza i czytelników – internety piszą, że była „scena po napisach”, w której Mary mówi z ekranu do Sherlocka „Go to hell Sherlock”, mój live stream niestety tego nie uwzględnił, jakieś pomysły?

    • Była taka scena, ale osobiście nie doszukuję się w niej więcej ukrytego sensu poza taką szczerą odzywką Mary do Sherlocka, kumulującą jej stosunek do bohatera. Raczej nie widzę w tym zapowiedzi czegoś bardziej demonicznego (typu zemsta Mary zza grobu czy coś).

      • A to dla mnie to brzmi jak wskazówka i jednocześnie powtórka z Doktora, gdzie było: – Go to hell. – Fair enough. – No, I’m telling you what we’re going to do. We’re going to hell. (Pozostaje tylko pytanie, czym mogłoby być to piekło w „Sherlocku”.)

        • Ria

          Mam nadzieję, że masz rację. I że Sherlock zorientuje się, że chodzi o Hel… a wątek polski wykroczy poza mapę i napisy na ścianie budynku :-)

          • Wtedy zostanie mi już tylko emigracja wewnętrzna :D

          • (przytyka drżącą dłoń do ust, które otworzyły się już do krzyku)

          • JP

            Rety, tak. Ktoś na Twitterze rzucił Hell, gdzieś w Skandynawii jako kandydata, ale u mnie też wyskoczyła ta ściana z Solidarnością i pomyślałam że w Polsce też są i Piekła i Piekiełka. Ale Hell pasuje nawet lepiej.

          • JP

            No nie wiem, Mark był w zeszłym roku w Krakowie i Oświęcimiu. Możliwe :-)

          • Ria

            Wiem, że był. Zajrzałam na jego twittera, kiedy zobaczyłam kogoś bardzo do niego podobnego – w Gdańsku… I okazało się, że rzeczywiście był w tym czasie w Polsce :-)
            A tyle razy słyszałam obcokrajowców zachwyconych dwuznacznością frazy „go to Hel”, że nic nie poradzę na takie podstawowe skojarzenie :D

      • Albo to, co Artur Nowrot, albo Mary – podobnie jak ja na przykład – cały czas wiedziała, że zginie własnie konkretnie przez niego, wbrew wszystkim pretensjonalnym vows i pysznym zapowiedziom.

      • Ola

        ale właśnie Mary traktowała Sherlocka z sympatią (swoją drogą bardzo podobała mi się chemia pomiędzy nimi w tym odcinku), stąd taki tekst wydał mi się raczej „out of character”. @Artur Nowrot, bardziej podoba mi się Twoja wersja :D

        • JP

          Mnie się bardzo podobała chemia między nimi od samego początku, nawet kiedy Amanda nie wiedziała jeszcze o przeszłości Mary. Wydawało mi się, że Mary to jedyna osoba na poziomie Sherlocka, że doskonale sobie z nim radzi i że Sherlock ją szanuje i lubi. Co w ostateczności przyczyniło się do całej tragedii – sentyment przysłaniający wzrok, to małe „kłamczucha”, które Sherlock zobaczył w niej ale zdecydował się zignorować z sympatii do niej i z miłości do Johna.

    • xx

      Autobusowa „E” musi mieć jakiś dalszy rozwój – podpowiedzią może być plakat promocyjny IV sezon Sherlocka, ten ze skrzypcami. Skrzypce, wiadomo, ważny element Sherlocka, aczkolwiek te mają pękniętą jedną strunę. Struny, od lewej do prawej, określamy: G D A oraz ta, która jest urwana – „E”. Zerwana struna to również symbol straty, no ale to już takie naprawdę zagłębianie się. W każdym razie nie jest to przypadek.

      • Ola

        ooo, ciekawa rozkmina, dzięki!

      • Sasha

        Głęboko! Mam też niejasną koncepcję tego, że Mary mogła wiedzieć coś o rudej. „Save John Watson” – Mary zna swojego męża i wie że zawsze wpakuję się jakieś nienormalne relacje, nawet gdy ten bidok myśli,że zarywa go normalna kobitka z autobusu

    • JP

      Rudowłosa to ta sama aktorka, którą zwano Lady in Red (2. epizod) Ale
      wygląda trochę inaczej. Więc może jednak bliźnięta? (Tak sobie żartuję
      po cichu, że „it’s never twins” może okazać się parą bliźniąt o nazwisku
      Never)
      Związek Johna z rudowłosą może okazać się czymś zupełnie
      innym niż autorzy sugerują. Już teraz widzieliśmy niemal dwie odmienne
      historyjki, ale tylko we fragmentach. Może to przynęta?

      Sherrinford? Moja pierwsza reakcja – Sherrinford Pizza Service. :D Mycroft był głodny.

    • Maria Mor

      Go to Hel – czyli jednak będzie misja Sherlocka w Polsce ;-D (choć Ugly Duckling miało być gdzieś w okolicach Radomia,o ile pamiętam :D )

      • JP

        A, prawda. Moja pierwsza myśl to Azoty w Puławach – objekt niegdyś bardzo ważny strategicznie. Gdzieś tam w okolicy jest jeszcze wyższa szkoła lotnicza. Obydwa miejsca dobrze by się nadawały na jakiś numer dla agenta.

    • Megapodius

      Jeszcze też jakoś może być związane to też z ammo i I love you z Trailera

      • JP

        Nie ammo. Amo. Po łacinie.

        • Megapodius

          Wiem, tylko że biorąc pod uwagę resztę rzeczy w odcinku oraz hel/ hell z restzy dyskusji to może być coś jeszcze innego

  • Holo

    Ah, jak to miło, ze zgadzamy się ze Zwierzem w kwestii Lestrade’a.
    Było go więcej niż do tej pory, aczkolwiek ciągle za mało.
    Nowy silver fox-sidekick Sherlocka?

  • Kinoman1

    Znowu zgadzam sie ze Zwierzem.Od siebie dodam, ze nie do końca uwierzyłem w niezwykłe umiejętności żony Watsona, za co po części obwiniam aktorkę grającą tą rolę.
    p.S.
    Dziś wybieram się do kina na Patersona. Czy jednym z tych 4 nowych filmów jest własnie Paterson?

  • Scena w której Sherlock pokazuje bratu zdjęcie dziecka ❤

    • i_am_keyser_soze

      Nie powiem, że nie rozumiem Mycrofta hyh.

  • i_am_keyser_soze

    Mnie się scena z terapeutką spodobała – ostateczne podkreślenie, że Sherlock jest tak bardzo poza znanym sobie polem działania, że posuwa się naprawdę do dość desperackich kroków a jednocześnie coś co wcale nie jest niezgodne do końca jego charakterem czyli uzyskanie opinii eksperta.

  • Iza

    Psa jest mało, bo totalnie nie współpracował (nie chciał się ruszyć) na planie i musieli przepisać sceny na nowo. Na jakimś panelu o tym opowiadali stażysta musiał ciągnąć smycz za psa w scenach gdzie Mary „idze z psem” :P

  • Kama

    Nigdy nie rozumiałam fenomenu tego serialu, przyznaję (wolałam „Elementary”, a teraz mi wszystko jedno, bo „Elementary” w 5 sezonie oglądam tylko z przyzwyczajenia). Odcinki dzieliłam na takie, które sprawiały mi przyjemność (ten z Adler i ten ze ślubem) oraz na pozostałe – mniej lub bardziej udane, ale raczej niezapadające mi w pamięć lub nawet irytujące („Pies Baskerville’ów” czy niedawny odcinek specjalny). Ale w sumie przez 3 sezony uważałam, że serial jest niegłupi, z pomysłem na odświeżenie Doyle’a i po prostu widocznie to do mnie ten styl nie trafia.
    I komentując z tej pozycji nie fanki, lecz widza mało zaangażowanego emocjonalnie, stwierdzam, że przy 4×01 nie tylko się nudziłam (co zdarzało mi się przy „Sherlocku” wcześniej), ale i mocno zwątpiłam w sensowność kontynuowania przygody z serialem – nawet dla czystej rozrywki lub orientacji, co jest na topie. Odcinek postrzegam mniej więcej tak: dowcipny, ale recyklingowy dialog/bijatyka/drętwa przemowa o przyjaźni lub zdradzie/”zaskakujący” twist -> powtórzyć sekwencję parę razy (w szybkim tempie, żeby widz nie mógł się nad sensownością zastanowić). Dodać „subtelne” przejścia montażowe lub dodatki wizualne, które pokażą, jacy to twórcy są „oryginalni”.
    Właściwie ruszyły mnie trochę tylko małżeńskie problemy (i żart, czy nie za wcześnie na rozwód) – ale nie dlatego, że Mary i John, tylko dlatego, że aktorzy…

    Wiem, że dla fanów pewnie wygląda to trochę inaczej, zwłaszcza jeśli zaangażowani są w relacje między postaciami. Ale jako rozrywka na zasadzie „niezły, niegłupi serial” przestało mi się to sprawdzać.

    • JP

      Może rzeczywiście serial jest trochę za bardzo „dla wybranych”.

      Dla mnie osobiście szukanie powiązań i ukrytych szczegółów to niemal większa frajda niż oglądanie fabuły. Dla ludzi obeznanych z Doylem to uczta, jeśli lubią tego rodzaju zabawy. Ja czytam oryginały właśnie dla znajdowania cytatów z filmu.

      Osobiście wciąż mam nadzieję, że przynajmniej niektóre ze wspomnianych dziwactw znajdą swoje miejsce. Nie był by to pierwszy raz, kiedy następujące wydarzenia stawiały cały odcinek w zupełnie innym świetle.

  • Wazon

    Jak zwykle, nie oglądałam serialu, ale oznajmiam wszem wobec, że będę miała niesłychaną przyjemność oglądania jutro zwierza. I spoiler – zwierz dostanie specjalność domu, czyli jajecznicę a’la wazon.

  • Magdalaena

    Strasznie mnie wkurzyła scena śmierci Mary – że gada i gada, a potem chmajt i nie żyje – zupełnie jak w operze ;-) A John jej nie ratuje , nie tamuje krwotoku, nie robi masażu serca itp.

    • Niepowiem

      Właśnie, jak na lekarza wojskowego strasznie nieprofesjonalnie się zachowywał.

    • JP

      Może wiedział od początku, że sprawa jest beznadziejna? :D

    • the_p

      Cała ta scena od momentu jak Sherlock wkurzał sekretarkę była tak na siłę pisana pod „Mary musi umrzeć” że to aż boli.

  • JP

    Osobiście prześladowało mnie uczucie typu „co jest nie tak z tym obrazkiem”. Mam lekkiego świra na punkcie dekoracji (a spotkanie z Arwelem Jonesem nos w nos raczej nie przyczyniło się do uzdrowienia) i już przy przeciekach z planu kilka rzeczy wpadło mi w oko (okay, nie tylko mnie, są jeszcze inne świry na świecie) Teraz mnie to oko swędziało. Przecież akcja zostaje podjęta prawie natychmiast po powrocie Sherlocka z lotniska, a tu nagle Billy the Skull dostaje okularki, druga czaszka ląduje na półce przy oknie, i co gorsza, Mr Blue Skull na ścianie zostaje zamieniony na innego. (Nie, nie zgubiono obrazu. Spytałam) Przez lata niewiele zmieniło się pod 221b, a tu nagle tyle nowego. Intrygujące i przeszkadzające w oglądaniu ;-)

    Poza tym to niebiesko-zielone światło, które najwyraźniej nie najlepiej współgra z makijażem na twarzy BC. Jakieś inne perspektywy, te wszystkie montaże i przebłyski, niemożliwa wręcz architektura gabinetu psycholożki – ciągle wyskakiwało mi w głowie pytanie czy to aby nie jest następny trans.

    Dodatkowo ten epizod był jakiś taki za bardzo. Za śmieszny – to siłowanie się o telefon wydało mi się przesadzone, Sherlock zbyt wesoły, nawet jeśli był rzeczywiście pod wpływem. Jego przebłyski człowieczeństwa były zbyt… ludzkie, nawet jak na normalnego człowieka :-)

    I najgorsze naj: śmierć Mary (nie da się ukryć trochę mnie wzruszyły jej ostatnie słowa ale za dużo w tym teatru) i REAKCJA JOHNA. Mogę pogodzić się z faktem, że John obwinia Sherlocka (uważam go za emocjonalnego idiotę, niewiele lepszego niż Sherlock), ale sposób w jaki to zostało zagrane to moim zdaniem porażka. Tak, to porównanie do Hulka jest świetne, zwłaszcza po tych wszystkich wysoko-emocjonalnych momentach w serialu (scena po skoku, kiedy John skomli cicho: Let me come through, please. He’s my friend… czy to spojrzenie w restauracji, kiedy rozpoznaje kelnera, albo kiedy głos więźnie mu w gardle) i oszczędnego mistrzostwa, z jakim Martin Freeman jest w stanie je odegrać. Moim zdaniem wrażenie było by większe, gdyby swoją kwestię wyszeptał.
    Podsumowując epizod wydaje się namalowany ciężką ręką i grubym pędzlem, nawet tam gdzie przydało by się trochę subtelności. Nie wiem tylko czy winić za to scenarzystę czy panią reżyser.

    Pierwsze wrażenie po obejrzeniu było: „Narzeczona” miała więcej atmosfery Sherlocka niż ten „regularny” epizod.

    PS: piszę tyle o złych rzeczach, ale to narzekanie na bardzo wysokim poziomie. Bardzo. Bo w sumie dobrze się bawiłam, a po drugim obejrzeniu to poczucie obcości trochę osłabło.

    PS2: jak babcię kocham, Mycroft i ja jesteśmy bliżniętami rozdzielonymi po porodzie. Dokładnie ten sam stosunek do dzieci. Ręce, nogi, głowa – taki jakby trochę niegotowy człowiek. Co w tym fajnego? :P

    PS3: Rekiny jako motyw przewijały się już od dawna przez twity twórców. W filmie wydają się z jednej strony cholernie nachalne, z drugiej jednak jakoś nie potrafię znależć w tym sensu. Może rozwiązanie dopiero nastąpi.

    • Agness

      Zgadzam się 100% z tobą co do tych narzekań ;)

  • Maria Mor

    A czy ktoś z szanownych czytelników Zwierza, bądź sam Zwierz, rozkminił gdzie była nakręcona na dwusekundowa scena „..ACHWAŁD KIEŁBASKI” „SOLIDARNOŚĆ”?? Bo ciekawość mnie nieco zżera.

    • JP

      Trudno powiedzieć. Prawdopodobnie taniej było wrzucić ten napis na ścianę gdzieś w Cardiff. Może nawet digitalnie.

      • Maria Mor

        Też przeszło mi to przez myśl. Skoro umiejo spreparować nagranie tak, żeby wyglądało, że Sherlock nie zabija Magnussena, to co dopiero wklejenie kiełbasek na murze.

  • Ay

    Nie miałam nic przeciwko wprowadzeniu Mary do serialu ani też nie szokuje mnie specjalnie jej śmierć. Ale zirytowało mnie okropnie, że zabili ją w tak durny sposób.

    Po pierwsze tytuł matki i żony roku dla Mary, która zostawia Johna i swoje dopiero co urodzone dziecko i poświęca się, żeby uratować (bądź co bądź tylko) przyjaciela.

    Po drugie Sherlock, który myśli jakieś dziesięć razy szybciej niż normalny człowiek, stał jak zamurowany i nie zdążył zrobić uniku, podczas gdy Mary zdążyła go zasłonić? I w ogóle nie brał pod uwagę takiej możliwości, że złapana kobieta postanowi do kogoś z obecnych strzelić?

    Można co prawda założyć, że to wszystko było wcześniej jakoś przemyślane i opracowane i że ma to jakiś głębszy sens, który poznamy w następnych odcinkach. Ale tak czy inaczej mam dosyć rozgrzebywania przeszłości Mary i robienia z niej nie wiadomo kogo.

    • aana87

      oj tak, Mary jako matka totalnie do mnie nie przemówiła. Sama mam roczne dziecko i patrząc na ten odcinek miałam tylko w głowie – ona przecież kuźwa ma dziecko, czy o nim zapomniała???

  • Prioritaire

    „Zwierz nie jest pewien co sądzić o Sherlocku w gabinecie terapeuty – wydaje się, że to ładna klamra narracyjna ale nie koniecznie działanie spójne z charakterem bohatera.”
    Mi wydaje się to być bardzo spójne z jego charakterem. W trakcie rozmowy z terapeutką podkreśla, że jest tam tylko dlatego, bo nie wie jak postąpić w sprawie Johna – czyli standardowy Sherlock i jego problem z wyrażaniem i rozumieniem uczuć. Dlatego też (jak ktoś już wcześniej w komentarzach napisał), poszedł do eksperta, aby ten powiedział mu, jak powinien się zachować w tej sytuacji. Ale to tylko moje zdanie ;p Co do reszty recenzji, to zgadzam się całkowicie :)

  • Gabrysia Panika

    Moją pierwszą myślą po zakończeniu odcinka było to, że Sherlock się wreszcie przejechał na tej pogardzie dla zwykłych ludzi, którą tak chętnie i często prezentuje; szkoda tylko, że kosztem śmierci innej osoby. Jak można było pozwolić tamtej kobiecie trzymać ręce nie na widoku?! Ano można było, jeśli uważało się ją tylko za nudną, pełną zazdrości sekretarkę i musiało się wygłosić o tym mowę, upajając się własnym głosem.
    Do Johna natomiast, podejrzewam, będzie często wracać zdanie „Idź ty, lepiej znasz sprawę”.

  • Andżelka Sztos

    Tak naprawdę chyba bardziej od głównej intrygi zainteresował mnie wątek poboczny z Johnem i jego romansem. Zgadzam się w pełni z podsumowaniem dotyczącym rozegrania przez Martina ostatniej sceny.

  • JP

    Coś wam powiem – po trzecim razie robi się lepiej.
    My mamy cholernie wygórowane oczekiwania, a przez to asystowanie w produkcji każdy tworzy sobie w głowie jakiś scenariusz. Trzeba na nowo wyregulować percepcję.

  • JP
  • Not me

    Z większością rzeczy się zgadzam. Ale to już jest drugi raz, kiedy ktoś umiera i reakcja bliskiej osoby na jego śmierć jest recenzowana przez Zwierza i komentowana przez czytelników i nie umiem opisać jak bardzo się nie zgadzam. Mam pewne (niewielkie, bo nie jestem policjantem ani lekarzem, ale jednak) doświadczenie z ludźmi umierającymi mniej lub bardziej niespodziewanie i tak Watson, jak Jyn Erso z Rouge One zareagowali według mnie kompletnie prawdziwie. Wierzę w ryk „Hulka” Watsona, wierzę w to, że Jyn Erso zaangażowała się w rebelię żeby nadać sens śmierci ojca i spełnić jego jedyne życzenie (to jedyne co mogła dla niego zrobić, a spełnienie życzeń martwego rodzica to z mojego doświadczenia główny cel nastolatki, więc mogę uwierzyć, że ktoś też tak ma i to go napędza do działania). Jakby tak usiąść i się zastanowić, jak się reaguje na śmierć najbliższej osoby, to nie jest to ani poetyckie, ani subtelne i dlatego moim zdaniem tak bardzo prawdziwe. Powiem więcej, wydaje mi się że im reakcja na śmierć jest bliższa prawdy, tym wyglądałaby na gorzej zagraną (otępienie, brak reakcji spowodowany brakiem zrozumienia, brak możliwości przetworzenia faktów, niedowierzanie. Rozpacz dopiero po 5-10 minutach, po zrozumieniu informacji). I zastanawiam się na ile oceniamy prawdziwość reakcji a jej zgodność z naszym wyobrażeniem.

    • Maria Mor

      Popieram w 200%.