Niewybuch czyli zwierz czyta Bombę i bawi się w sapera

10/05/2013

Luther. Odcinek Zero czyli nie potrzebujesz kamery by zobaczyć film.

10/05/2013

Tony i jego zbroja czyli szukając Człowieka z Żelaza

10/05/2013
empty image
empty image

    Zwierz ma wrażenie, że czasem robi sobie krzywdę pisząc o pewnych produkcjach dokładnie w momencie w którym pokazują się na ekranach. Dlaczego? Cóż, oprócz filmów, o których czytacie drodzy czytelnicy by zadecydować się czy wybrać się do kina czy nie są też takie o których wiecie, że raczej je obejrzycie, na długo przed premierą. Wtedy opinia zwierza nie jest wam potrzebna do  decyzji czy kupić bilety na seans. W  takich przypadkach wczesne recenzje szkodzą zwierzowi bo właściwie nie może wam za wiele powiedzieć i rozważyć wspólnie kluczowych elementów fabuły. Z drugiej strony skoro zwierz obejrzał natychmiast chce się podzielić wrażeniami. Ale ze względu na przyzwoitość wpis będzie nie spoilerowy – a przynajmniej taki, który nie ujawnia zbyt wiele z fabuły. I chyba w tym momencie zwierz nie musi dodawać, że mówimy o Iron Manie 3. Przy czym uwagi zwierza są dość luźne, bo aby naprawdę wdać się w szczegółowe rozważania trzeba byłoby skoncentrować się przede wszystkim na ostatnich pięciu minutach filmu (zawierające zdaniem zwierza najbardziej kontrowersyjny pomysł scenarzystów).  Jak sami rozumiecie, nawet gdyby zwierz  pisał ze spoilerami to ostatnie pięć minut każdy musi obejrzeć na własną rękę.

 Facet i zbroja. Który z nich jest Iron Manem, a który tylko udaje.

 

 

            Po pierwsze trzeba  coś jasno zaznaczyć. Iron Man to show jednego aktora. Przez lata grania Tony’ego Starka Robert Downey Jr przekonał cały świat, że granica między aktorem i postacią jest trudna do dostrzeżenia. Choć przy całym swoim talencie Downey nie ma geniuszu Starka (ani jego pieniędzy, choć zbliża się w tym kierunku z każdym nowym kontraktem na filmy o Iron Manie) to jednak obu panów cechuje ekscentryczność, skłonność do formułowania bardzo dowcipnych wypowiedzi oraz odrobina nonszalancji. No i obaj panowie są do siebie podobni z wyglądu. Oczywiście jest to aktorska iluzja (zwierz nie ma wątpliwości, że Downey gra Starka dużo bardziej niż nam się wydaje) ale doprowadzona do perfekcji. Tu nie ma już mowy o budowaniu ekranowego bohatera od podstaw, jest za to pełna swoboda, która czyni postać niesłychanie wiarygodną i pozwala ją prowadzić w dowolnym kierunku. Przy czym ponownie – Downey Jr. najlepiej wypada w tych scenach gdzie na drugi plan schodzi geniusz, dowcip i akcja a wychodzi przerażony człowiek. Strach bierze się tu jednak nie z obecnego zagrożenia lecz tego zażegnanego. W Avengersach Tony spojrzał poza granice naszej rzeczywistości i nie może o tym zapomnieć. Zwierzowi bardzo się ten wątek spodobał, bo w sumie Tony Stark nie jest typowym super bohaterem. Tzn. jest odważny, genialny i ma zbroję ale właściwie nie przeszedł szkolenia „jak zostać obrońcą świata i okolic”. A właśnie kimś takim się stał. Bezsenne noce po wydarzeniach z Nowego Jorku wskazują , że tam gdzie zaczyna się kosmos, tam kończą się możliwości swobodnego żartowania z ryzyka i spoglądania śmierci prosto w twarz (powiedzmy sobie szczerze do dziś łza spływająca po policzku Tony’ego w Avengersach pozostaje najlepszym symbolem człowieczeństwa superbohaterów we wszystkich filmach Marvela na podstawie komiksów) . Co innego ścigać terrorystów po Świecie co innego stanąć twarzą w twarz z ogromem wszechświata. Co prawda zwierz życzyłby sobie by ten wątek zajął więcej miejsca, ale już samo pojawienie się stanów lękowych u super bohatera jest  ciekawym dodatkiem. Zwłaszcza, że jak już zwierz pisał, w takich scenach Downey błyszczy aktorsko.

 

 W filmie mamy obraz trudnego związku gdzie jest ekscentryczny On, stanowcza Ona i jeszcze ta trzecia – obsesja, a może pasja. W każdym razie coś co nie pozwala spać.

 

Przy czym oglądając film zwierz miał bardziej wrażenie, że trafniejszym tytułem filmu były „Tony Stark” niż Iron Man. Filmowcy najwyraźniej w porę dostrzegli, że tak naprawdę cuda zbroi (zarówno pojedynczej jak i zbiorowej) to temat właściwie już wyczerpany. Zakuty w żelazo Stark był fajny w jedynce, w dwójce nie robił już takiego wrażenia, dlatego w trójce zbroja schodzi trochę na drugi plan (choć wciąż jest bardzo ważna ale w nieco innym kontekście) a na pierwszy plan wysuwa się bohater, którego wprost nie sposób nie lubić choć można czasem zastanawiać się, czy na pewno jest przy zdrowych zmysłach.  Ma to przełożenie też na wizualną stronę filmu – więcej w nim Downey’a biegającego w zwykłych ciuchach ze swoją zwykłą poobijaną twarzą. To zdecydowany plus filmu, który w ten sposób bardzo trafnie wskazuje gdzie leży super bohaterstwo – które jest chyba bardziej postawą, czy cecha charakteru niż super zdolnościami. No i dodatkowo jednoznacznie odpowiada na pytanie – Kim jest Iron Man. Czy Tonym Starkiem, czy Tonym Starkiem zakutym w swoją super zbroję.

 Zwierz był prawie pewien, ze rola Mandaryna będzie dla Kingsleya kolejną chałturą. Wyszła prawdziwa perełka. 

 

 

Co do pozostałych bohaterów historii to właściwie wszystkich poznajemy i oceniamy w relacji do Tony’ego. Najważniejsza okazuje się Pepper Potts, która jest postacią trudną do rozgryzienia. Z jednej strony mająca wszystkie atrybuty bardzo niezależnej samodzielnej kobiety. Z drugiej etatowa dama w opałach, kochająca swojego faceta nawet wtedy kiedy ewidentnie nie znajduje z nim żadnej platformy porozumienia. Przy czym dynamika tej pary bardzo się zmieniła i aż trudno przypomnieć sobie czasy kiedy To Pepper słuchała Tony’ego a nie na odwrót. Choć zwierz ma do niej mniej sympatii po scenach pokazujących jak odnosi się ona do stanów lękowych ukochanego.  Zwierz ma problem z ta postacią (nie pomaga grająca bardzo przeciętnie Gwyneth Palthrow), i właściwie jest ona ciekawa o tyle o ile bierzemy ją za głównego sędziego postępów Tony’ego na drodze do stania się lepszym człowiekiem. Do tego w portretowaniu jej związku bardzo widać, że za film wziął się Disney, Palthrow i Downey dobrze się bawią, ale mało między nimi chemii a nawet scen, które by pozwoliły tak na 100% uwierzyć w wielką miłość. Trochę niewykorzystana w filmie jest Rebecca Hall grająca Mayę najinteligentniejszą kobietę w zasięgu wzroku. Jak pokazało Parade’s End Rebecca Hall ma wszelkie środki by grać inteligentną i złośliwą piękność, która jest o dwa kroki przed pozostałymi bohaterami. Tu jej postać wypada płasko i trochę szkoda tak dobrej aktorki. Natomiast w pełni wykorzystano potencjał Bena Kingsleya, jako Mandaryn – jest idealny i udowadnia, że należą mu się wszelkie nagrody. Rozkręcił się tez Don Cheadle jako War Machine (a właściwie Iron Patriot) – w Iron Manie 2 zwierz nie był przekonany co do tego castingu – tu udowodnił, że doskonale się do roli nadaje i umie dotrzymać kroku RDJ. Co do Guy’a Pearce to zdaniem zwierza jest to casting trochę za bardzo oczywisty i w ostatecznym rozrachunku może nie rozczarowujący ale trochę bezbarwny. Przy czym jego postać jest dość sztampowa i zwierz miał wrażenie że już go nie raz na ekranie widział.

 Don Cheadle bardzo dorósł do swojej zbroi zaś jego postać z jednej strony dostarcza elementów komicznych z drugiej pokazuje jak dojrzałe jest to już uniwersum.

 

Sama akcja filmu – bardzo luźno opartego na wydanym niedawno w Polsce komiksie Extremist przypomina te z dwóch poprzednich części – wyraźne oddzielone od siebie części przygody, różniące się sytuacją bohatera, jego położeniem i możliwościami. To dobry układ (co widać zwłaszcza w przypadku Iron Mana 3) bo nie pozwalający znudzić się historią, nawet w przypadku kiedy wpada ona na dość dobrze znane nam tory. Co prawda komiksowi puryści znajdą kilka momentów by rwać sobie włosy z głowy (im bliżej końca tym większymi garściami), ale trzeba przyznać, że to film dobrze skonstruowany, oraz bardzo dowcipny. I to dowcipny w sposób bardzo równomierny, bo elementy komiczne pojawiają się właściwie przez cały film, niezależnie od tego czy mamy scenę dramatyczną, komiczną , spektakularną czy kameralną. Tak jakby twórcy zdawali sobie sprawę, że pewne niedorzeczności fabuły można znieść tylko z uśmiechem na ustach. Słuszne to wnioskowanie bo w Iron Manie logika załamuje się kilka razy dość dramatycznie (choć jeśli znamy komiks mniej niż wtedy jeśli komiksu nie znamy).

 Zwierz cieszy się, że tak często odłączano Tonego od jego technologii. Dzięki temu było więcej okazji popatrzeć na znakomitą grę Downye’a.

 

Zwierz przyglądał się też filmowi jako pierwszej produkcji Marvela z tak zwanej fazy drugiej tzn. już po nakręceniu Avengersów. I tu dwie uwagi. Pierwsza bardzo pozytywna – Iron Man 3 nie jest zwiastunem żadnego innego filmu, żadnym wysoko budżetowym wstępem do czegoś jeszcze fajniejszego co kiedyś nam pokażą, to film stanowiący całość od początku do końca i nawet jeśli domyka jakąś wcześniej rozpoczętą historię, to jest w nim wystarczająco dużo treści na osobny film. To się zwierzowi bardzo spodobało bo za takim filmem na postawie komiksu zwierz tęsknił. Jednak, jest to film w budowanym już przez lata uniwersum Marvela – niestety niewiele z tego wynika. Skoro przyjmujemy, że świat bohaterów różnych filmów stanowi system naczyń połączonych to ich nieobecność na ekranie trzeba uzasadnić – pojawiające się to tu to tam nawiązania do wcześniejszych wydarzeń (zwłaszcza z Avengersów) cieszą, ale zdaniem zwierza powinno być ich więcej. Skoro żyjemy w świecie gdzie są pewne organizacje i procedury to ich nieobecność musi być wyjaśniona (choćby bardzo krótko) na ekranie. Ale to jest taka uwaga kogoś kto uważa, że w każdym filmie Marvela powinno nam się tłumaczyć dlaczego sprawą nie zajął się Nick Fury.

 To właśnie nieudolnie opisywana umiejętność patrzenia na rzeczy których nie ma wyróżnia Downeya, z reszty zamkniętej w zbrojach obsady.

 

Nie ma wątpliwości, że Iron Man trzy to produkcja udana. Nawet jeśli ma się wątpliwości to puchnący Box Office mówi co innego. Dowcipna, spójna (w przeciwieństwie do dwójki), dająca aktorom dość przestrzeni by dobrze poczuli się w swoich rolach, do tego nie pretendująca do bycia czymś więcej. Co prawda nie wywołał takich fanowskich dreszczy jak Avengersi, no ale zależy to od naszych prywatnych zachwytów. Pod koniec nie robi się z niej nudny film niemy co jest bolączką większości produkcji. Po raz kolejny potwierdza, że Downey Jr. jest znakomitym aktorem (widać to kiedy inni aktorzy grają w masce Iron Mana – tylko Downey tak naturalnie gra w warunkach – „przede mną green screen, za mną green screena ja tylko ruszam oczami”. Co prawda zdaniem zwierza scena po napisach powinna być po prostu ostatnią sceną filmu, a wprowadzenie pewnego młodego aktora jest tanią (choć rzeczywiście dobrze wykorzystaną) zagrywką to jednak  filmu trudno się czepiać, bo przypomina dlaczego zakochaliśmy się  w pierwszej części Iron Mana. Bo to był kawał dobrej rozrywki. I z całą pewnością taki jest Iron Man 3.

Ps: Kolejny przykład amerykańskiej fascynacji Downton Abbey! Zwierz naprawdę śledzi najważniejsze trendy.

ps2: Scena po napisach, która powinna być sceną przed napisami jest cudowna i w ogóle. A i trzeba powiedzieć, że Paul Bettany powinien jednak dostać choć malutką rólkę  w tle żeby fani zobaczyli twarz Jarvaisa (zdaniem zwierza to znakomita rola)

ps3: Przed filmem leciał zwiastun Thora. Miło kiedy od razu wiadomo na co czekać. Jej jak zwierz czeka na Thora 2 chyba bardziej niż na Iron Mana??

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...