Zostawcie to lato w spokoju czyli o Wet Hot Amercian Summer: Ten Years Later

10/08/2017

Stara maleńka czyli wszystko co jest nie tak z karierą Jennifer Lawrence

10/08/2017

Valerian i film pełen problemów czyli zwierz o Valerian i miasto tysiąca planet

10/08/2017

Przed seansem Valeriana zwierz śmiał się, że to film który ma tylko dwie recenzje. Jedna z nich brzmi „to bardzo piękny, magiczny film o kosmosie” a druga mówiła „Besson oddawaj moje dwie godziny życia”. Trzeciej nie stwierdzono. Teraz powróciwszy z seansu zwierz doskonale rozumie dlaczego są tylko te dwie recenzje. I sam zwraca się ku tej drugiej. Bo „Valerian i miasto tysiąca planet” to film który ma tyle problemów, że aż trudno je zliczyć. Ale spróbujmy. Miłościwie bez spoilerów.

Tysiąc planet białego człowieka – otóż film zapowiada, że będziemy oglądali historię która powinna rozbudzić w naszych sercach nadzieję na pokojową egzystencję nie tylko ludzi ale też planet. Pierwsze minuty filmu pokazują, jak przez setki lat od połączenia dwóch pierwszych statków na orbicie, stacje kosmiczne rozwijały się przyjmując przedstawicieli kolejnych ziemskich narodów aż w końcu przyszedł czas na kosmitów. Kiedy przedstawia się nam już zupełnie samodzielnie funkcjonującą w przestrzeni Alphę – miasto tysiąca planet dowiadujemy się o mnogości żyjących w nich stworzeń. Każdy rozsądny widz oczekiwały historii w której ludzie są całkowicie przemieszani z innymi istotami. Tymczasem wizja tego wielkiego, zróżnicowanego miasta-stacji kosmicznej, jaką oferuje nam Besson jest po prostu nudna. Tak tu gdzieś będzie wielka ryba, tam wiadomości przekażą dalecy kuzyni Kaczora Howarda, w tle będą biegać dalecy krewni kosmitów z Avatara i jakieś podobne do goblinów stwory o kanibalistycznych skłonnościach. Jednak lwia część bohaterów to ludzie. Zwykli biali faceci. Komandor, Generał, obsługa stacji, żołnierze, pomocnicy. Obiecuje się nam kosmos ale większość czasu spędzamy w takim dość nudnym ziemskim towarzystwie. Społecznie zresztą to spotkanie z innymi kulturami też za wiele nie zmieniło o czym świadczą pokazywane w filmie stosunki damsko męskie. Besson miał szansę pokazać kosmos inaczej, może odważniej niż to się robi w amerykańskich produkcjach. Ale ostatecznie jego kosmos jest po prostu nudny. Jak chce oglądać ludzi goniących ludzi to mogę sobie włączyć film sensacyjny. Jak mam przygodę w kosmosie to chcę zobaczyć kosmitów. A tu są w sumie bardzo drugoplanowi (z małymi wyjątkami). Także sama wielka stacja kosmiczna pokazywana nam jest głównie w migawkach i tak właściwie nie mamy szansy obejrzeć jak żyją zupełnie inne rasy, jak się komunikują ci którzy nie korzystają ze słów, jak np. dostosowują przestrzeń – wszystko co widzimy to migawki które wcześniej pokazano nam w zwiastunach. Czyli bardzo niewiele.

 

W zwiastunie jest mnóstwo kosmitów. No i przez pierwsze pięć minut filmu. Potem zaczyna być bardzo ludzko

 

Bohaterowie niczym gazy szlachetne – to jest największa zagadka tego filmu. Otóż w samym centrum stoi tu teoretycznie romans pomiędzy Valerianem a jego partnerką Laureline. Problem w tym, że to najbardziej pozbawiona chemii para jaką zwierz kiedykolwiek widział na ekranie. Aktorzy mówią do siebie różne rzeczy, wyznają miłość, proszą się o rękę, zapewniają o przywiązaniu i poświęceniu ale wszystko obok siebie. Oglądanie tego wątku romantycznego to takie przedziwne uczucie bo trudno powiedzieć jak to się stało, że nikt nie zauważył, że ten wątek zupełnie nie gra. Ale nie tak, że musisz się wysilić by zrozumieć motywacje bohaterów. To się jeszcze da czasem usprawiedliwić. Nie to jest wątek romantyczny który jest wyłącznie na papierze. Nic w grze aktorów go nie uwiarygadnia, żadne spojrzenie, gest czy sposób wypowiadania kolejnych kwestii. Teoretycznie nasi bohaterowie mają trochę flirtować i się przekomarzać ale w istocie trudno nie odnieść wrażenia, że tych dwóch osób naprawdę nic nie łączy. Im bardziej film idzie w kierunku „miłość zwycięża wszystko” tym bardziej film staje się przedziwną pantomimą gdzie wszyscy zapewniają się o uczuciach jednocześnie zupełnie ich na ekranie nie okazując. Zwierz który widział już wiele obsadowych wpadek jeszcze nigdy nie miał wrażenia by tak przestrzelono. Aż miał się ochotę rozejrzeć po Sali i zapytać ludzi czy widzą to samo co on. Ogólnie to jest ciekawe, bo film strasznie cierpi na przymusie koniecznego wątku romantycznego. Ponieważ nie znamy za dobrze bohaterów to historia ich uczucia w sumie nie jest dla nas ciekawa. Gdyby zastąpić tą wielką miłość rodzącą się przyjaźnią czy partnerskim zaufaniem dałoby się to jeszcze jakoś przełknąć. Ale jako opowieść o miłości film zdumiewa nieudolnością i brakiem emocji.

 

Takiego braku romantycznej chemii to zwierz nie widział nawet w Polskich komediach romantycznych

 

 

 

Ja nie zabrałem z domu charakteru, a ty? – Valerian w komiksie przechodził przez wiele lat przemiany ale ostatecznie miał jakiś charakter podobnie jego partnerka Laureline, w filmie jednak odnosi się wrażenie, że ktoś przy pisaniu scenariusza zgubił tą kartkę na której miał zapisane „koniecznie dopisz bohaterom cechy charakteru”. Ostatecznie Valerian sprawia wrażenie trochę scojopaty bo zachowuje się zupełnie bez wyczucia chwili i jest głównie przejęty sam sobą, zaś Laureline – cóż kiedy jej jedynym komentarzem do raczej średnio udanej akcji w której zginęło sporo osób jest „zepsułam sobie sukienkę” to nie trudno spojrzeć na nią jak na psychopatkę. Oboje nie są szczególnie sympatyczni ani ciekawi. Ale też nie ma  w nich nic niezwykłego. Niekiedy autentycznie przypominają postacie z gorszych gier komputerowych, bo w dobrych grach postacie mają mnóstwo charakteru. Do tego ich wzajemne interakcje nie tylko nie są szczególnie romantyczne ale też nie świadczą o tym, że mamy do czynienia z zupełnie innymi ludźmi z przyszłości. W jednej ze scen Laureline naśmiewa się z Valeriana gdy ten tłumaczy jej że czuje w sobie obecność innej istoty – kobiety. Laureline strasznie się śmieje bo wiecie – kobieta w facecie. Zwierz przyzna szczerze, że jest przekonany, że jeśli kiedykolwiek spotkamy inne rasy albo lepiej zrozumiemy ludzi to w tym nie będzie nic śmiesznego. Ogólnie prawda jest taka, jeśli lepszą osobowość i zaplecze dla swojego charakteru ma w filmie zmiennokształtny blob niż twoi bohaterowie to masz problem.

 

No i jak tu oglądać bohaterów mało ciekawych i niezbyt przyjemnych?

 

Wielka, usypiająca tajemnica – teoretycznie film proponuje nam śledzenie bohaterów którzy próbują rozwiązać skomplikowaną sprawę która zawiera w sobie mieszkańców zniszczonej planety, perłę, skażony fragment stacji kosmicznej i stworzonko mogące pomnożyć dowolny przedmiot. Teoretycznie brzmi to ciekawie. W praktyce, widz dość szybko domyśla się na czym polegała intryga i musi całe wieki czekać aż bohaterowie dojdą do tego samego wniosku. Pomiędzy głównie obserwujemy jak najpierw ona gania za nim, potem on za nią. Nudne to jest niemożebnie podobnie jak rozciągnięte zakończenie, w czasie którego mówią nam właściwie wszystko co już wiemy. Teoretycznie mamy tu problem moralny, który powinien nas angażować ale ponieważ na tym etapie emocje są zerowe, nie ma nic poza czekaniem aż wszyscy dadzą nam spokój to nic nas za bardzo nie rusza. Zwłaszcza, że scenarzyści zdecydowali się na takie dość proste potraktowanie  moralnych wątpliwości i ostatecznie wracamy do prostego schematu gdzie są po prostu dobrzy i źli i nie ma za bardzo się czym przejmować i nad czym myśleć. Troszkę szkoda bo w sumie problem o którym mówi film dałoby się pociągnąć i zrobić z tego niezły trzeci akt gdzie nie ma dobrych i złych. No ale właśnie taki jest ten film – nie ma w nim za bardzo czasu na cokolwiek pogłębionego bo produkcja chce być bardziej komiksowa (w złym tego słowa znaczeniu) niż komiks z którego się wywodzi.

 

Niby film spina wątek śledztwa ale jest dość nudny

 

Łobsada – są filmy które mają obsadę i filmy które mają łobsadę. Ten zdecydowanie należy do drugiej kategorii. Dane DeHaan jest młodym zdolnym aktorem ale tragicznie źle obsadzonym. Jakby jego bohater ma być takim trochę Hanem Solo – tu potrzebny jest właśnie taki facet co to może polegać na swoim uroku, urodzie i charyzmie, stąd bierze się jego nadmierna pewność siebie, która byłaby irytująca gdyby facet był mniej uroczy. No i DeHaan żadnej z tych cech nie ma albo raczej nie prezentuje ich na ekranie. Urodziwy jest tak specyficznie, uroku też za wiele nie ma o takiej charyzmie, kosmicznego przystojniaka czy zawadiaki nie mówiąc. Ostatecznie człowiek się strasznie dziwnie czuje, bo DeHaan doskonale nadaje się do grania niepokojących typów, czy ludzi którzy mają coś na sumieniu, ale do tego konkretnego typu postaci się nie nadaje. I nawet nie dlatego, że nie wygląda ale dlatego, że nie umie swoją grą przekonać nas byśmy zapomnieli o tym jak wygląda. Z kolei Cara Delevingne ma dość ograniczone zdolności aktorskie i przez większość filmu wygląda jakby była na wszystkich zła. Nie ma też za bardzo umiejętności odpowiedniego dobrania tonu głosu więc jej bohaterka właściwie cały czas mówi tak samo. Na koniec zwierz musi powiedzieć, że ku jego zaskoczeniu w filmie najlepiej grał nie Clive Owen (który wyraźnie umiejętności aktorskie zostawił w domu) czy Etha Hawke (ten z kolei trochę przesadził) ale Rihanna. Serio jej rola jedyna ma w sobie trochę serca.

 

Coś tu obsadowo bardzo poważnie nie wyszło. Niby aktorzy są nieźli ale nie pasują za bardzo do przypisanych im ról.

 

Po co tam to wszystko było? – największym problemem tego filmu jest fakt, że im dłużej trwa tym bardziej widz zadaje sobie pytanie po co właściwie siedzi i ogląda jak niezbyt sympatyczni bohaterowie grani przez niezbyt zaangażowanych aktorów, biegają po stacji kosmicznej i w dość chaotycznej i rwącej się fabule rozwiązują zagadkę którą myśmy już dawno rozwiązali w głowie. Teoretycznie powinniśmy się zachwycać widoczkami ale zwierz odkrył, że chyba już wyrósł z tych zabawnych scen z grubiutkimi, głupimi kosmitami którzy chcą jeść ludzi. Głównie dlatego, że kiedy dorósł zaczął sobie zadawać całkiem sporo pytań dlaczego by nie pokazywać kontaktów ludzi i kosmitów patrząc na to trochę mniej hmm…. Kolonialnie? To znaczy dlaczego zawsze miarą wszystkiego musi być człowiek. Inna sprawa – ten film nakręcony wyraźnie pod efekty specjalne i okulary 3D nieco za często przyśpiesza tylko po to by stworzyć iluzję tego, że przez świat biegniemy czy lecimy. A to znaczy że niczemu nie można się lepiej przyjrzeć. No może poza idiotycznymi mundurami ludzkich generałów i oficerów, które przypominają, że to jednak jest ekranizacja komiksu bardzo retro.  Choć nic w tym filmie nie jest tak retro jak stosunki damsko-męskie.  Serio jakby zwierz oglądał jeden z tych filmów sprzed dwóch- trzech dekad gdzie kobieta niby samodzielna, ale wymaga ratowania, niby inteligentna ale wszystko wymyśla tak naprawdę facet i niby naukowiec ale ostatecznie mówi o miłości silniejsze od wszystkiego. Ech…

 

Szkoda że Besson nie pokazał innego kosmosu, różnorodnego, pięknego, ciekawego, zmienionego przez spotkania ras. Z wymian mądrości chyba niewiele zostało skoro wszyscy zachowują się tak bardzo ziemsko.

 

Zwierz przyzna szczerze – po Valerianie spodziewał się więcej niż po zwykłej kosmicznej przygodzie. Miał nadzieje, że mimo anglojęzycznej obsady w filmie zobaczy inne – nie hollywoodzkie spojrzenie na kosmos. Zwłaszcza, że Valerian był swego czasu komiksem angażującym się, politycznym, powiązanym z określonymi ideami. Poza tym po prostu byłoby miło co pewien czas wyrwać się z matni hollywoodzkiego kosmosu i spojrzeć w gwiazdy nieco inaczej. Niestety tym razem się nie udało. Więcej, zwierz miał wrażenie, jakby oglądał w sumie nieudolną próbę nakręcenia typowej hollywoodzkiej produkcji przygodowej – tylko pozbawionej czaru i samoświadomości oryginału. To tym smutniejsze że przecież Piąty Element Bessona dokładnie to robił. Brał te amerykańskie kosmosy i dodawał do nich trochę europejskości, luzu, innego spojrzenia. Tu jednak tego nie ma. Co zostało? Zbrodnia na kosmosie. Straszliwa nuda. Serio lepiej się ubawisz jak dasz kotu walerianę i popatrzysz.

Ps: Zwierz musi powiedzieć, że ma problem z ludźmi chwalącymi wyobraźnię twórców – bo jasne można sobie wyobrazić miliony ras ale póki nie pokaże się jak naprawdę żyją, myślą, wchodzą ze sobą w interakcje to nie tyle ma się wyobraźnie co dobry program graficzny.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Martyna Konikiewicz

    Ej, Zwierzu – program graficzny grafikowi nie zastępuje wyobraźni, nie bardziej niż malarzowi farby ;)
    A Valerian jest faktycznie rozczarowujący. Mam wrażenie – i to się chyba potwierdza w kilku wywiadach z Bessonem – że Luc Besson nie bardzo ogląda współczesne filmy fantastyczne, bo się po nich za wiele nie spodziewa. I przez to nie uczy się na cudzych błędach. Tylko na własnych :>Strasznie taki… niedzisiejszy ten film. W akurat złym znaczeniu.

    • zpopk

      Tak ta wiem, to skrót myślowy ale twoja uwaga słuszna. W każdym razie – efekty nawet najlepsze nie zastąpią emocjonalnego zaangażowania się w fabułę

    • Sas

      Też mam wrażenie, że to niedzisiejszy film, tylko, że w dobrym sensie, dla mnie to oldskoolowa przygodówka nie zawracająca sobie głowy dobrym aktorstwem, przekonywującym wątkiem miłosnym czy w ogóle dobrze rozpisaną fabułą, ma być chłopak i dziewczyna, ma być miłość, dużo biegania, skakania i ładnych widoczków, jeśli te ostatnie trzy są udane (a tutaj jak najbardziej są), to film jest udany.
      Tego zarzutu o brak kosmitów nie rozumiem, na dobrą sprawę to ostatnia rzecz jaką bym zarzucił Valerianowi. Ja czułem, że jest to część większego świata, bo na inne rasy natykamy się co chwila, a że film jest opowiedziany z perspektywy ludzi (niespodzianka!), to i ludzi jest najwięcej. Ludzie również są wszelkich ras, ba, największa szycha na stacji to Murzyn!

      • Beryl Autumnramble

        No właśnie, żeby tam był jakiś chłopak, jakaś dziewczyna i jakaś miłość, to by może nawet dało się oglądać, tyle że zamiast chłopaka i dziewczyny mamy parę manekinów bez odrobiny charakteru którzy coś tam mędzą o miłości, ale w sumie wypadają jak trochę nielubiące się rodzeństwo zmuszone do mieszkania w jednym pokoju. Gdyby to był inny film, to dałoby się może coś z tego wyciągnąć, jakąś historię o ludziach z przyszłości, z wygaszonymi uczuciami, ale którzy kojarzą ziemską kulturę i uważają, że powinni być parą i próbują odtworzyć ten schemat, którego zupełnie nie czują. Ale to ma być właśnie szybka przygodówka, więc bohaterowie powinni być od razu ludzcy i sympatyczni, tymczasem serwuje się nam film, w którym w ogóle nie da się nikogo lubić – nawet ten generał w końcu okazuje się świnią i w scenie, w której powinien osłaniać podwładnych sam siedzi w kącie i tylko ich bezczelnie pogania, kiedy oni jednocześnie ściągają na siebie ogień i próbując rozbroić bomby.
        Ta, jeden Murzyn od czasu do czasu pojawi się na ekranie, tymczasem niebiali astronauci są stawiani w jednym rzędzie z obcakami, nie potrafią podawać ręki i nawet w kosmos podróżują w strojach narodowych, humor i satyra najwyższych lotów.

  • Robert

    mnie trochę zmartwiło, że komiks był „Valerian and Laureline”, a film jest po prostu „Valerian”; za to co do wyobraźni, to czytam:
    There are 200 different alien species in this movie. Luc Besson
    wrote a 600 page book describing in details all the species. The actors
    had to read that book prior to filming so they can adjust their acting
    depending on the species they were interacting with. (choć nie wiem czy to widać w filmie, szczerze mówiąc; zaraz idę trzeci raz, to sobie to przemyślę)

  • Lilith

    -mnie trochę zmartwiło, że komiks był „Valerian and Laureline”, a film jest po prostu „Valerian”- Też miałam tę myśl! Ale w komiksach najwyraźniej też funkcjonowały różne wersje, jeszcze nie znalazłam klucza xD

    Tam dalej mogą być spojlery:
    .
    .
    .
    .
    .
    Muszę przyznać, że tak jak na początku film mi się podobał (pierwszy seans był w 3D i po angielsku, co oznacza, że zachwycałam się widokami i i nie do końca skupiałam na dialogach, bo ja nawet po polsku przy pierwszym seansie wielu rzeczy nie wychwytuję, kina mnie za to kochają) ale potem zadałam sobie pytanie – a co by było, gdyby Perły nie były tak miłe, żeby chcieć tylko zbudować sobie statek i odlecieć? Gdyby domagały się procesu i ukarania winnych? Film bardzo poszedł na łatwiznę, w sumie nawet nie dbając o dopowiedzenie tego, co mogło być naprawdę ważne. No bo czy główny zły odpowie za zniszczenie planety – a za zbrodnię takich rozmiarów sankcje dosięgłyby przecież nie tylko jego – czy wojskowi dla dobra ludzkości zdecydują się jednak zastępczo oskarżyć go o jakieś mniejsze malwersacje, albo w ogóle całą sprawę wyciszyć? Im dłużej o tym myślę, tym bardziej film zawodzi. Podobnie bezsensowne sceny z kanibalami – oni łamią zasady, więc powinni zostać ze stacji wywaleni, a gdyby nie byli kanibalami, to Laureline i Valerian powinni stanąć przed sądem za królobójstwo. Osobiście byłam też zawiedziona, bo myślałam, że tym największym przysmakiem rzeczywiście okaże się cytryna, a to by było bardziej zaskakujące niż ograne do bólu „zapraszamy na obiad, w roli deseru”. Nie wspominając o tym, że jeżeli wydostali się, zabijając króla, to fabuła całkowicie przestaje uzasadniać przejście Valeriana przez dom rozpusty.

    Podobał mi się pomysł, że poznajemy naszych agentów na dalszym etapie związku – bardziej rozważania nad zrobieniem ostatniego kroku niż pierwsze zauroczenie – w dodatku, w przeciwieństwie do zwierza, od początku byłam zafascynowana agentem, który nie jest jednoznacznie przystojny i w sumie samym Valerianem zawiedziona nie byłam – ale po całkiem miłych pierwszych scenach rzeczywiście więcej tego rozwiniętego związku było w mojej wyobraźni, niż w samym filmie.
    No i rzeczywiście okropnie postanowiono się nad niczym nie zastanawiać – agenci totalnie nie przejmują się stratami w ludziach, a film uważa, że przedłużone ujęcie na spadające stworzenie będzie szalenie zabawne… (zabawne to by było, gdyby Valerian uparł się, żeby biec na armię z krzykiem, a armia zrobiłaby potem to samo Valerianowi, co przedtem spotkało Laureline, kiedy myślała, że wrzask pomoże). Uh, idę, bo im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi szkoda…

  • wazon

    Szalenie podoba mi się określenie „Łobsada” . Pasuje mi do wielu sztuk, urzędów , itp.Ciągle się z taka łobsadą w zyciu szarpię. Ale w 99% bez skutku.

  • Chaos

    Nam się tam film w sumie podobał, choć mogliby jednak pokazać trochę więcej kosmitów, kosmosu i kosmicznych stosunków dyplomatycznych. No ale, my to my. Jedyne czego nam jednak NAPRAWDĘ brakowało, to wycięcia wątku podróży w czasie. Przecież Laureline w oryginale pochodzi z bodajże XI wieku! No i jakoś tak po zwiastunie to myśleliśmy, że będzie więcej time-travel mumbo-jumbo in space, a tu nic….

    • Jeszcze ten tekst do Milo, że uczyła się o takich zwierzaczkach w szkole… Tjaa, w średniowieczu. (;

      • Alex T

        średnio kojarzę komiks ale dziękować bardzo że jednak mi ten film poleciłaś.. narzekania na super widowiska są podobne do narzekania na sens opery i baletu :P … no bo fakt pewne primadonny po 40 tce grające wiotkie i młode gęsiareczki moga troszkę zdenerwować :P

        • Alex, Ty znasz chyba wszystkie zakamarki internetów!
          Nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie. (:

          • Alex T

            net jest wielki, z wujka google to mamy 3-5% treści z tych dostępnych, ściągnij sobie TOR i sama obejrzyj świat „cebulek” tam dopiero jest zabawnie

          • Zaintygowales mnie tymi cebulkami. Chyba coś tam o nich słyszałam w liceum, ale wiedza uciekła razem z tą z chemii – nadrabiam. (:

          • Alex T

            poszukaj, kiedyś to był problem , teraz to prosta przeglądarka i mocno anonimowa, przy przeglądaniu znajdziesz po zainstalowaniu „dziwne adresy” typu weer45dfg.onion (ten to akurat fake) poszperaj a sama zobaczysz co ludzie myślą jak bardzo są dziwni oraz to że handlują wszystkim :P

  • Ja w sumie się troszkę wyłamię. Daleko mi bowiem od okrzyków zachwytu, ale nie jestem też w obozie absolutnych krytyków. To jest film z problemami. Ale gdzieś poza tymi problemami jest całkiem przyjemna produkcja rozrywkowa i pomysłowa adaptacja. Besson oparł scenariusz na „Ambasadorze cieni”. Nie jest to najlepszy komiksowy „Valerian” i reżyser to czuł, bo trochę rzeczy w nim poprzepisywał. Czasem wyszło to opowieści na dobre (intryga, mimo że przewidywalna, to napisana o niebo lepiej niż w komiksie i zdecydowanie bardziej umiejętnie rozwiązana), czasem nie (ta część komiksu skupiała się głównie na Laurelinie ratującej tyłek Valerianowi, tutaj bohaterowie tyłki ratują sobie nawzajem, ale w największe tarapaty wpada niestety Laurelina). Wątek miłosny jest zupełnie od czapy, ale nie winiłbym aktorów, tylko scenariusz. To było po prostu dodane na siłę, jakby ktoś na szybko dopisał kilka drętwych dialogów. Generalnie rzecz ujmując — choć chyba jestem w mniejszości — aktorzy mi przypasowali. Delevingne zaskoczyła mnie szerszym niż zwykle wachlarzem min, DeHane był zaś całkiem sympatyczny i wpisujący się w taki typ nieco innej niż ta tradycyjnie pojmowana męskości (jak to zwykle u Bessona). Podobało mi się kilka pomysłów realizatorskich (scena otwierająca, targowisko w wielu wymiarach, niektóre przejścia montażowe). Nie wyszło 3D — raczej kiepskie i niewykorzystujące potencjału technologii.
    Generalnie mogę powiedzieć w skrócie, że „Valerian” kupił mnie początkiem w rytm Bowie’ego (mimo że „Space Oddity” to takie oczywiste skojarzenie do tego rodzaju scen), ale skonfundował i nieco zniesmaczył finałową sceną, który zawodziła równie mocno, co zakończenie komiksowego pierwowzoru (mam na myśli konkretnie „Ambasadora cieni”).

    • Robert

      Ja nie pisałem, ale mi i znajomym film się bardzo podoba. Ma milion wad, ale z czasem człowiek się uczy żyć z wadami :)
      Odbierany życzliwie daje się oglądać z dużą przyjemnością. Dla samego Bowiego i witaczy bym oglądał. Zaraz idziemy trzeci raz.
      Odbieram go jak ciepły, sentymentalny film zrobiony przez reżysera z ogromną słabością do tematu. Trochę może jak Jupiter (który uwielbiam).

  • Lakhy

    A dla mnie (osoby, która nigdy nie czytała komiksu i nie przygotowała się przed filmem) – jeśli chodzi o obsadę – największym zaskoczeniem było, gdy okazało się, że Valerian i Laureline nie są rodzeństwem. Przecież grający ich aktorzy z powodzeniem mogliby udawać brata i siostrę.

  • Wiedzma Jesienna

    Tak szczerze, to mi wlasnie gra aktorow bardzo pasowala. Powiem od razu ze nie czytalam komiksu, ale jak dla mnie scena poczatkowa idealnie wyjasniala czemu maja takie a nie inne interakcje.

    Ogolnie to w mojej glowie powstala cala historia, lacznie z tym ze raz mu prawie uwierzyla w wyznania a potem wpadla na niego z jedna z dziewczyn z playlisty. A teraz takie bardzo ochlodzone stosunki panuja na statku. Nie skupianie sie na milosnej historii tez lubilam, bo moglam sobie dopowiedziec co sie stalo ze teraz sa w tym miejscu w jakim sa, no i wolalam sie skupic na akcji a nie na czy beda/nie beda razem.

    Film mi sie bardzo podoba, jak dla mnie bardzo przyjemny i z checia bym obejrzala caly serial w tym universum. Potencjal na tyle historii tam jest a ten film wydawal mi sie tylko wprowadzeniem.

  • Alex T

    mnie to się podobało, żonie też :|) , ogólnie najbardziej widowiskowy film ostatnich kilku lat i na pewno najlepiej zrealizowanie 3D od czasów Avatara , akcja , gra aktorska, głębia psychologiczna schodzą na bok.. jednak to tak jak z operą czy baletem – liczy się przestrzeń i medium , nie da się tego filmu pozytywnie ocenić z pozycji 14 calowego ekranu i kiepskiej kopii :P

  • Beryl Autumnramble

    „W jednej ze scen Laureline naśmiewa się z Valeriana gdy ten tłumaczy jej że czuje w sobie obecność innej istoty – kobiety. Laureline strasznie się śmieje bo wiecie – kobieta w facecie.”
    Mnie zdziwiło, że ze swoją wrodzoną delikatnością nie poruszyła tematu tego, że w pewnym momencie Valerian robił za wkładkę kanapki, bo i miał w sobie kobietę i na sobie kobietę. Tę, co tak wygodnie zeszła przed chwilą jak tylko stała się im zbędna – czy to nie szalenie zabawne?

  • Klaudia

    spoiler alert.
    płakałam się ze śmiechu na scenie śmierci Rihanny. uznaję to za wyczerpującą recenzję filmu. coś mocno poszło tam nie tak.

  • Lashana Elvenbane

    Taka uwaga z cyklu „komiks vs film”. Niestety z „Ambasadora Cieni”, który chyba był punktem wyjściowym niewiele zostało. A szkoda bo trzymanie się oryginału sprawiłoby że problemów byłoby mniej. I o dziwo – nie było by tak retro.
    Po pierwsze – w komiksie to Laurelina jest postacią wiodącą (i ratującą Valeriana) przez co całość można uznać za wyjątkowo feministyczną
    Po drugie: nie ma wątku romantycznego… (znaczy jest, ale to watek typu – stare kłócące się małżeństwo)
    Po trzecie: kosmos jest zdecydowanie mniej kolonialny – ludzie są tylko mało znaczącą rasą – jedną z wielu
    Po czwarte: nie ma nudnego wątku z dziurami logicznymi i pseudo Avatarem..
    A poza tym co Besson zwinął z Avatara i własnych pomysłów wszystkie rasy są wymysłem twórcy komiksu i zostały przeniesione na ekran jeden do jednego (z wyjątkiem Buble).