Bez komentarza czyli Imdb zaczyna dyskusję

09/02/2017

Wtem sezon 5 czyli Zombie vs Zwierz vs Sherlock

09/02/2017

Wyjść poza momenty czyli zwierz o „Sztuce Kochania”

09/02/2017

Kiedy w prywatnej skrzynce mailowej zwierza zaczynają się pojawiać wiadomości czy zwierz jakiś film już widział to znaczy, że zapewne mamy w kinach jakąś bardzo reklamowaną polską premierę filmową. W tym przypadku chodziło o „Sztukę Kochania”, film o Michalinie Wisłockiej. Zwierz poszedł więc do kina. I wyszedł z kilkoma problemami.

Film ma dwa plany fabularne. Pierwszy – rozgrywający się w latach siedemdziesiątych to historia działania na rzecz wydania książki „Sztuka kochania”. Poznajemy Wisłocką jako pewną siebie, chodzącą w barwnych strojach panią doktor przed której gabinetem ustawiają się kolejki. Ona sama wespół z dziewczyną zatrudnioną w wydawnictwie robi wszystko by przepchnąć przez partyjny beton swoją książkę – poradnik.  Drugi plan fabularny to opowiedziane w kawałkach życie prywatne bohaterki – od jej małżeństwa, przez życie w trójkącie po romans który otworzył ją na nowe seksualne doznania ale zostawił ze złamanym sercem. Te dwa plany teoretycznie powinny ze sobą korespondować. Niestety – to dwa różne pomysły na film.

Film najlepiej się sprawdza tam gdzie opowiada historię wydania książki. Bo autorzy scenariusza dobrze znają schemat i wiedzą które elementy w takiej opowieści pojawić się muszą i jak muszą wybrzmieć.Foto: Jarosław Sosiński

Historia walki o publikację ma w sobie ducha Bogów. Oto mamy w tym szarym PRL wybitną (tak się Michalinę Wisłocką w tym filmie kreuje) kolorową, niezależną w myśleniu jednostkę. Jednostkę, która w tym PRL chce nas pchać do przodu. No i rozbija się o opór władzy. Ale zamiast dać się przezeń pokonać to walczy, żyje i lawiruje pomiędzy absurdami, sprzeciwami i problemami życia codziennego. To dobrze nakręcona część filmu. Wisłocka z tej opowieści jest taką dobrą babcią seksualnej rewolucji. Wiadomo, że już nie najmłodsza, najlepsze lata ma za sobą, ale za to o wszystkim porozmawia, podpowie i w ogóle niczego się nie wstydzi. Każda kobieta  i mężczyzna bez osądzania może jej o swoich problemach opowiedzieć a ona sama jest chodzącą encyklopedią wiedzy i porad, która zawsze gotowa jest kogoś naprowadzić na jedyne słuszne seksualnie szlaki. I nie ważne czy problem jest z przemocą domową, sadystycznymi skłonnościami męża czy bezpłodnością, zawsze znajdzie się podpowiedziana dziarsko rada jak sobie z problemem poradzić. A na końcu czai się szczęśliwe pożycie małżeńskie i trochę komediowych scen z cenzorem w tle.

Gdy film chce opowiadać o życiu prywatnym autorki to się gubi. Trudno się dziwić. Tematów tam na trzy produkcje. Foto: Jarosław Sosiński

Tą część ogląda się całkiem miło choć jest ona poprowadzona w prosty narracyjny sposób. To ten nasz kolorowy PRL trochę pachnący Bareją, trochę zakochany w modzie retro. Kolorowe ubrania, koniecznie muzyka z dawnych lat i siermiężność która stała się gdzieś vintage. Jednocześnie to – rzadko u nas praktykowana – historia jednak społeczna. Niewiele tu polityki, jeśli już to w tle, wszak to czasy Gierka więc nic złego się nie dzieje, mała stabilizacja, można pogadać o seksie, napić się alkoholu i ogólnie jest przyjemnie. Gdzieś tam pojawiają się problemy – jak np. za mała edukacja seksualna Polaków czy źle wykonane aborcje ale to wszystko jest tylko zaznaczone i nie przerywa dobrego samopoczucia widza, który widzi jak bohaterka walczy o swoje. Gdyby taką historię troszkę podrasować – chociażby dodając więcej historii jej pacjentek, czy rozszerzyć nieco historię zmagań o nieco szerszy kontekst społeczny to kto wie czy nie dostalibyśmy takich Bogów II. Dobrze i sprawnie opowiedzianego filmu biograficznego po którym człowiekowi zostaje uśmiech na twarzy i chęć na przeboje Czerwonych Gitar.

Boczarska i Lubos mają w tym filmie znakomitą chemię. Tak dobrą że aż szkoda że nie dostali osobnego filmu tylko po to by ją spożytkować w nieco lepiej napisanym wątku. Foto: Jarosław Sosiński

Problem jednak w tym, że film próbuje do tego wszystkiego dorzucić jeszcze historię życia Wisłockiej zgodnie z zasadą, że skoro autorka pisała o seksie to jej życie seksualne musiało być ciekawe. Tu twórcy wybierają tylko dwa epizody – pierwszy to małżeństwo z Wisłockim i życie w trójkącie z mężem i najlepszą przyjaciółką. To cofa nas do lat wojny (zwierz powoli zaczyna się zastanawiać czy w Polsce da się nakręcić film bez cofania się do czasów wojny) ale przede wszystkim zamyka w bardzo melodramatycznej narracji. Twórcy niestety rozgrywają ten wątek na samych wysokich nutach a że związek zostaje streszczony i podrasowany względem rzeczywistości to nagle stajemy w środku dramy zagranej na najwyższych emocjach, która trochę do tego lekkiego dowcipnego tonu filmu nie pasuje. Co więcej, wprowadzenie tego wątku niesie za sobą pewne konsekwencje. Np. dowiadujemy się że Boczarska ma córkę. Ponieważ pojawienie się dzieci jest kluczowe to trzeba im trochę miejsca poświęcić. Problem w tym, że film na córkę nie ma czasu i tak widz może się przez większość seansu zastanawiać gdzie to dziecko, gdzie to życie samotnej matki. Tego nie uświadczymy – a szkoda bo Wisłocka jako matka się nie sprawdzała i to byłby dobry kierunek odbrązowienia jej postaci – wstawionej przez ten film na piedestał.

Problem z bohaterką jest taki, że w pewnym momencie filmu bardziej niż postacią jest chodzącymi rozdziałami swojej książki.Foto: Jarosław Sosiński

Drugi wątek biograficzny to historia pierwszego romansu Wisłockiej po rozwodzie, który otworzył ją na seksualne doznania.  To ładnie nakręcony wątek. Rozegrany w scenerii pięknego polskiego lata, napędzany fenomenalną chemią między aktorami. Ale też rozbija się o potrzebę kreowania dramatu w sposób najbardziej łopatologiczny. Bohaterka po raz drugi znajduje się w miłosnym trójkącie – teraz zdając sobie sprawę, że to ona jest niepotrzebna. Romans staje się wielkim niespełnieniem a że twórcy właściwie wykreślili jej kolejnych kochanków to można dojść do wniosku, że tu życie seksualne bohaterki się skończyło. Do tego, jakoś zabrakło tu subtelności i ostatecznie dostajemy sceny typu on macha ona odjeżdża w dal autobusem czy ona mdleje na wieść o jego śmierci (wiele lat później). Omdlenia na ulicy na wieść o śmierci ukochanego powinny być zabronione jeśli się nie jest bohaterką XIX wiecznej powieści. Ewentualnie bohaterem. Oni tacy wrażliwi byli. W innych przypadkach to taka bolesna dramatyczna klisza bez której spokojnie można się obyć – zwłaszcza że gra aktorska w filmie jest doskonała więc, nie trzeba się bać że aktor nie zagra.

Film jest tak pocięty, że wyraźnie to widać nie tylko na ekranie ale także przeglądając fotosy z filmu. Są na nich kadry z wyciętych scen. Scen które coś tłumaczą. Tzn. w filmie widzimy, że bohater szyje bohaterce spódnice ale scena w której wpada na ten pomysł jakoś wypada Foto: Jarosław Sosiński

Jednak tym z czym zwierz ma największy problem to seks. Otóż przez cały film słuchamy o tym jak seks jest rzeczą zwykłą, codzienną, potrzebą człowieka, czyś co robią wszyscy i czego nie należy się wstydzić. Seks ma dawać radość, zbliżać ludzi i być po prostu jednym z elementów naszej egzystencji. Te powtarzane hasła aż się proszą o uzupełnienie w filmie, gdzie scen seksu nie brakuje.  Problem w tym, że seks w „Sztuce Kochania”  jest przefiltrowany przez chyba wszystkie możliwe kinematograficzne klisze. Mamy więc maratony łóżkowe w milionie pozycji, mamy walące się sklepienie niebieskie po cudownym orgazmie, mamy w końcu seks dramatycznie podkręcony gdy Ona przyjeżdża niespodziewanie się z nim spotkać On wchodzi do jej pokoju i zanim ruszy to buduje się między nimi napięcie. Plus jeszcze mnóstwo scen seksu na dworze bo wiadomo, że nigdzie nie jest lepiej tylko na polu czy na łódce czy nad jeziorem. Jednocześnie tych scen nic nie rozładowuje – choć są odważne (to znaczy widać więcej niż pół uda) to kompletnie nie pasują do tego – wciąż głoszonej seksualnej codzienności.

Seks w tym filmie jest filmowy. A powinien być właśnie taki w poprzek filmowych schematów. BTW – to kolejna scena która jest na fotosach a w filmie się nie znalazła. Przynajmniej nie w takim kształcie.Foto: Jarosław Sosiński

O ile lepiej wypadłby film gdyby bohaterowie choć raz się roześmiali, pokazując że seks może być też – jako sama czynność  – śmieszny. O ile lepiej by wszystko wypadło gdyby zamiast porywów namiętności pokazano seks który rodzi się w sposób taki naturalny w życiu dwójki osób obok siebie. O ile to wszystko byłoby lepsze gdyby zamiast iść w nagość twórcy poszliby w tą postulowaną bliskość. Jest taka scena w której bohaterka mówi, że chętnie widziałaby żeby ludzie po lekturze tej książki więcej się przytulali. Jednocześnie kiedy obserwujemy autorkę z jej kochankiem w łóżku to w jednym z takich najbardziej „otwartych” kadrów oboje leżą od siebie daleko (z nogami splecionymi tak jak marzy sobie każdy cenzor obyczajowy – nic zdrożnego poza biustem nie widać). Kadr filmowo ładny ale właśnie marnujący szanse by może pokazać tą związaną z seksem bliskość – także fizyczną. O ile to byłby lepszy kadr gdyby bohaterowie sobie po prostu leżeli przytuleni.  Wszystko co z seksem związane z tym filmie jest w jakiś sposób niecodzienne – tymczasem bohaterowie cały czas mówią o codzienności seksu. Jedna prawdziwie codzienna rzecz związana z seksem w tym filmie to moment kiedy Wisłocki dobiera się do żony a ta mówi „Daj spokój czytam”. Właśnie trochę takiego przekomarzania się brakuje. To znaczy, w ogóle brakuje by sceny seksu były w jakimkolwiek stopniu scenami w których bohaterowie do siebie mówią. W filmowej kliszy kto z kim w łożu legnie ten zamienia się w kłąb kończyn i westchnień. W filmie który pokazuje jak bardzo seks ma być współpracą i komunikacją brakuje sceny w której przełamano by ten schemat i pojawiłoby się jakiekolwiek zdanie świadczące o tym, że kochankowie ze sobą rozmawiają. Zwykłe „bardziej w lewo” wiele by tu zmieniło.

Film jest zakładnikiem pewnego sposobu pokazywania seksu. Musi być albo namiętnie, albo akrobatycznie albo szokująco. Brakuje w tym tej przywoływanej w dialogach codzienności. Foto: Jarosław Sosiński

Szukając jakichś wizualnych porównań zwierzowi przyszły do głowy kolejne ekranizacje Kochanka Lady Chatterly. Zwierz widział kilka a jedyną która jakoś ujęła ducha opowieści była ta francuska. Z jednej strony dużo odważniejsza obyczajowo, z drugiej – dużo weselsza, mniej emocjonalna, naturalniejsza – w sposobie pokazywania seksu. To podejście – wcale nie łatwe do osiągnięcia sprawia, że nacisk sceny przechodzi z „Widzu jesteś podglądaczem cudzego życia seksualnego” na „Oto dwoje ludzi którzy są ze sobą blisko. Ciesz się ich szczęściem”. Niestety wydaje się, że tego francuskiego podejścia nie ma nie tylko z powodów niezrozumienia. Zwierz ma wrażenie, że mimo wielkiej rewolucji seksualnej wciąż jednak film bardziej kieruje nas ku postrzegania seksu jako rzeczy jednak wstydliwej, którą podglądamy, która na ekranie jest akrobatyką prowadzącą do pokazania czegoś bez pokazywania niczego. W filmie o Wisłockiej nie powinno być odważnych scen seksualnych, bo odważność powinna być przykryta atmosferą codzienności. Tego niestety nie ma.

Film teoretycznie jest feministyczny ale trochę na zasadzie „Jak się babeczki swoim chłopom postawią i nimi pomanipulują to się panowie na wszystko zgodzą”. Foto: Jarosław Sosiński

I tak „Sztuka Kochania” jest filmem złożonym z dwóch nierównych elementów. Co więcej, ponownie wydaje się, że jest to film który krzycząc o rewolucji seksualnej pozostaje dość konserwatywny. Wisłocka np. nie mówi w filmie o tych aborcjach które przeprowadziła – testując różne metody antykoncepcji. Szkoda że ten wątek pominięto, zwłaszcza że jej własna córka nie ukrywała, że dla matki nie było to zupełnie obojętne. Jednocześnie sama Wisłocka jest pokazana tylko w dwóch rolach – kobiety w nieudanym choć ekscentrycznym związku i kobiety nieszczęśliwie zakochanej. Trochę brakuje tu tego co mogłoby wypełnić obraz – któryś z kilku kochanków, jakieś potwierdzenie że jej życie seksualne nie było naznaczone tylko przez poważne związki (jest jedna scena która to sugeruje ale taka trochę wyrwana z kontekstu). Jednocześnie wydaje się, że można byłoby pozwolić bohaterce samej opowiedzieć o swoim życiu, wspomnieniami to tu to tam w dialogach. Bo niestety Wisłocka taka jaką ją kreuje film jest bohaterką która w jednej części mówi głównie cytatami ze swojej książki, a w drugiej bliżej jej do heroiny romansów. Zresztą niestety o ile dialogi jeszcze są niezłe to film dopada ta sama przypadłość co większość polskich produkcji. Ta konieczność wypowiedzenia puenty.  Dobrze to widać w scenie gdzie Wisłocka rozmawia z profesorem na uczelni w Białymstoku o kontynuowaniu badań. Wszystko co jej profesor mówi wskazuje jasno, że miejsce kobiety widzi raczej w domu. Widz nie potrzebuje puenty ale ją dostaje kiedy Wisłocka mówi z ekranu „To dlatego, że jestem kobietą”. Takich niepotrzebnie spuentowanych z ekranu scen jest więcej.

Trójkąt w którym żyje bohaterka jest przedstawiony w taki koszmarnie stereotypowy sposób. Zamiast pokazać jaka to jest codzienność, film koncentruje się na takim strasznie sztampowym ujęciu gdzie można odnieść wrażenie, że każdy sypia z każdym. I chyba gubi naturę związku gdzie dwie kobiety były związane z jednym mężczyzną ale niekoniecznie oni wszyscy troje byli ze sobą seksualnie otwarci. Tzn. ze wspomnień córki wynika że to raczej bardziej przypominało jakby żona i kochanka mieszkały razem i się lubiły. Foto: Jarosław Sosiński

Nie jest jednak „Sztuka kochania” filmem pozbawionym zalet. Pierwszą i największą jest Magdalena Boczarska w głównej roli. Gra koncertowo, zarówno w jednym jak i w drugim wątku. Udaje się jej sprzedać zarówno Wisłocką młodą i rządną sukcesu naukowego, jak i kobietę która odkrywa seksualność, jak i panią w średnim wieku walczącą o swoje. Nie przechodzi drastycznej metamorfozy fizycznej ale poprzez  gesty i sposób mówienia dobrze pokazuje upływ czasu. Wygląda przy tym – co nie jest proste – fenomenalnie we wszystkich strojach w jakie wciskają ją filmowi twórcy. To jedna z tych ról, która sprzedałaby się pod każdą szerokością geograficzną bo jest w niej swoboda i naturalność, które pozwalają się przebić nawet przez mielizny scenariusza. Dobry jest Piotr Adamczyk jako Stanisław Wisłocki. Jest w nim odpowiednio dużo egocentryzmu i skoncentrowania na sobie a jednocześnie – da się uwierzyć, że był na tyle uroczy (chwilowo), że kobiety mogły za nim szaleć. Natomiast cudownie na ekranie sprawdza się duet Boczarska – Lubos. Coś jest takiego między nimi jak się ogląda ten wątek letnio romantyczny że trochę szkoda że nie oglądamy filmu tylko o tej parze. Bohater Lubosa zostaje w tym filmie nazwany brzydkim ale jakby zwierz nie patrzył Lubos mu brzydki nie chciał być. Co może wskazywać że zwierz ma w ogóle problem z nazywaniem ludzi brzydkim. Warto też wspomnieć o niewielkiej drugoplanowej Karoliny Gruszki która też bardzo fajnie się w konwencji filmu odnajduje. Dobrze zagrany polski film to niemal święty Graal więc może zwierz nie powinien za bardzo narzekać.

Film jest miejscami nieco zbyt nonszalancki. Kiedy pojawiają się kwestie innych niż standardowe preferencji seksualnych to film jest trochę zbyt nonszalancki. To znaczy trzeba brać pewną odpowiedzialność za to co widzowie usłyszą. Np. zanim się zacznie udzielać rad co zrobić kiedy mąż okaże się seksualnym sadystą warto jednak dorzucić choć jedną linijkę o tym że na nic co nam się nie podoba nie trzeba się w seksie godzić.

Na koniec zwierz musi jednak stwierdzić, że największe zastrzeżenia ma do końcówki. Oto bowiem w ostatniej scenie filmu widzimy jak drukuje się w drukarni najnowsze wydanie „Sztuki Kochania”.  Wydanie które zresztą trochę nam już wcześniej sygnalizowano bo np. w jednej scenie pojawiają się w gabinecie redaktora firanki w dokładnie taki sam wzorek jak na okładce książki. W następnej scenie w takiej sukience (uszytej z firanek) chodzi Wisłocka. Mamy więc sprzedaż wiązaną – bo widzimy jak drukuje się książka z okładką nawiązującą do tego co widzieliśmy w filmie i z plakatem filmowym na skrzydełku. Ta scena jest tak meta że można dojść do wniosku, że właściwie przez dwie godziny oglądaliśmy reklamę nowej edycji książki wydanej – a jakże przez współproducenta filmu czyli Agorę. Zwierz przyzna szczerze, że poczuł się nieco zniesmaczony. Jest bowiem w tym coś strasznie  nie filmowego – ta konieczność dorzucenia elementu reklamowego. Zwłaszcza, że bardzo wyraźnie pokazuje się nam tą okładkę i całkiem długo możemy się przyglądać procesowi drukowania. Tak by nie było wątpliwości, że pójdziemy po nią do sklepu zaraz po seansie.

Byłoby dużo lepiej gdyby film skoncentrował się na samej historii wydawania książki pozostawiając przeszłość Wisłockiej jako coś co pojawia się tylko w dialogach

Zresztą to chyba ostatnia uwaga na koniec. Film zachowuje się tak jakby książka Wisłockiej była dziełem którego wartość jest ponadczasowa. Tymczasem każdy kto rzucił na nią okiem dostrzeże, że współcześnie jest to pozycja po prostu przestarzała a nawet szkodliwa. Autorka pisze w oparciu nie tylko o nieaktualną wiedzę na temat seksualności ale także w świecie zupełnie innych norm obyczajowych i społecznych dotyczących obu płci. Powszechnie cytowany rozdział o gwałtach jest najlepszym przykładem, że książkę Wisłockiej można dziś czytać co najwyżej jako ciekawostkę historyczną – krytycznie i raczej jako świadectwo epoki niż poradnik seksualny. To trochę tak jakby wydawać dziś dzieła bohaterów Master of Sex i twierdzić, że ponieważ ich praca była przełomowa to można ją drukować dalej w jej pierwotnej formie – bez opracowania czy wskazówki, że to tylko praca historyczna.  To jest problem bo niestety – to co było w latach siedemdziesiątych ważne i przełomowe dziś może być szkodliwe. Niestety wydaje się, że tu wydawcą rządziła raczej chęć zysku (łatwego bo napędzanego filmem) niż odpowiedzialność za to co drukuje. Wydanie krytyczne byłoby ciekawym przewodnikiem po tym co się w naszej wiedzy zmieniło.

Ale Polska latem to jest taki piękny kraj. Foto: Jarosław Sosiński

Ostatecznie „Sztuka Kochania” to film, który mógłby być zdecydowanie lepszy gdyby lepiej wiedział o czym chce opowiadać i lepiej umiał to robić. Zamiast produkcji porywającej wyszła taka historia, która nieco za często ślizga się po tvnowskim banale tylko że w wersji retro. Dzięki dobremu aktorstwu i dobrym zdjęciom nie boli. Przydałby się dużo lepszy montaż, scenariusz i wiara w widza. No ale niestety to można powiedzieć po większości polskich filmów. Nie mniej film nie odrzuca, ale też nie zachwyca. Jest trochę jak seks na kajaku. Można ale po co.

Ps: Przed filmem pojawiła się zapowiedź niesłychanie śmiesznego jak twierdzą twórcy filmu PolandJa. A w nim Radziwiłowicz. W tym momencie do Zwierza nachyliła się jego przyjaciółka z pytaniem „To jaki zamek Radziwiłowicz musi pomalować na różowo”. To taki nasz kod na aktorów którzy przyjmują role bo potrzebują kasy (źródłem jest Jeremy Irons który ma zamek. Musi go malować na łososiowo więc grywa w podłych filmach). Cóż jedyna odpowiedź jaka mi przychodzi do głowy to Zamek Królewski.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Kama

    Na film chyba nie pójdę, bo na zbyt wiele filmów koniecznie ostatnio chcę iść (na najbliższe 2 weekendy zostały jeszcze „Lego” i „Moonlight”). Ale za to przypomniałam sobie, że nadal nie widziałam „Bogów”…

    Zwierzu, jakby Zwierz miał czas i ochotę na kolejny wpis społeczny, to może warto coś o tym, jak to pewien profesor chce odciąć ludzi z problemami psychicznymi (w tym autyków) od możliwości studiowania? Bo już jakiś czas temu się dyskusja rozpętała, ale sądziłam, że to jednorazowy wyskok. A dziś na gazeta.pl wywiad, w którym ten profesor idzie w zaparte.

  • Andżelka Sztos

    Tak, dokładnie, zgadzam się z każdym zdaniem. Ostatnia scena wywołała na pokazie przedpremierowym szepty zniesmaczenia i niezadowolenia. Na początku była reklama viagry, jako jednego ze sponsorów, a na końcu reklama książki. Słabe to strasznie. Z racji, że jestem rocznikiem, który się nie załapał na boom na poradnik Wisłockiej, to zaczęłam go czytać przed premierą filmu. To co ja tam przeczytałam o gwałtach i antykoncepcji, to aż mi się nie chciało wierzyć, że Agora wznowiła tę książkę. Potem myślałam, że może książka została wydana, nie przymierzając, jak „Mein Kampf”, czyli z pełnymi komentarzami. Czytałam wydanie z 1984 roku, więc nie wiedziałam, jaki kształt ma to wznowienie. Powiedzmy sobie szczerze, gdyby tę książkę przeczytał dzieciak, który nie ma żadnej wiedzy ze wcześniej przeczytanych rzetelnych i współczesnych publikacji, to mogłoby mu to przynieść więcej szkody niż pożytku. Producent mówił, że na pokazach focusowych, to młodzież była bardziej pruderyjna np. w związku ze scenami seksu. Jeżeli zatem edukacja seksualna jest w odwrocie i do tego robimy film, który Wisłocką podaje jako osobę, która dobrze radzi, a młodzi ludzie bez żadnego przygotowania będą się brali za czytanie „Sztuki kochania”, no to ja nie chcę myśleć, gdzie będziemy za 5-10 lat. Gdyby nie aktorstwo i taki przyjemny lekki, letni klimat, to to by był film ciężkostrawny. Im dalej od pokazu, tym bardziej zaczyna mi zgrzytać ta produkcja.

  • Urszula Poszumska

    A mi sie bardzo podobalo. Zabawnie czasem, wzruszajaca czasem. Kino popularne alena dobrym poziomie. Dynamiczne i wciagajace. Nie mialam problemow z przeskokiem akcji i montazem- nietrudno sie odnalezc bo to jednak inne realia i wislocka zupelnie inaczej wyglada. W kazdym razie ja swietnie sie bawilam i wcale tych drobnych niedociagniec sie nie zauwaza. Takich lekkich komediowodramatycznych filmow w dalszym ciagu u nas brakuje- jest albo denna komedia albo pompatyczng patos. Piza tym uwazam ze w dzisiejszej politycznej sytuacji film brzmi smutnie i zaskakukaca adekwatnie. Poziom wiedzy o antykoncepcji jest dalej slaby, aborcje niedlugo beda calkowicie zakazane, a w rzadzie zasiadaja gardzacy kobietami i seksem panowie.Nowa wislocka na nasze czasy zdecydowanie by sie przydala…

  • Zgadzam się ze Zwierzem chyba w każdej kwestii i dziekuję. I nie wiem jak to się stało, ze przeczytany wcześniej reportaż w WO był dla mnie ciekawszy od tego dwugodzinnego filmu który mógł tyle rzeczy pokazać a ostatecznie nie pokazał nic do końca a do tego mnie znudził. A i bez tego reportażu mam wrażenie że nie zrozumiałabym połowy historii pokazanej w filmie. Zbitek scenek bez myśli przewodniej i tyle. Ale ludziom się podoba, bo taki piekny PRL i retro, a dla mnie to nawet te elementy były w tej produkcji przeszarżowane, bo jak impreza to koniecznie trzeba pokazać zbliżenie na pana wokaliste obalającego kieliszek wódki przed śpiewaniem. To było aż nachalne w moim odczuciu. Do „Bogów” nie ma startu, skoro już tak często są te dwa filmy porównywane.

  • /h.

    a ja się zupełnie nie zgadzam :). nie chcąc pisać długich i nudnych wypowiedzi, dlaczego, muszę stwierdzić, że większość wątków odebrałam całkiem inaczej (choćby to, że ten pokazany tu seks wcale nie jest wydumany, moim zdaniem on jest celowo sobie przeciwstawiony: seks nudny, nieudany, wtedy kiedy coś nie gra i seks z kimś, z kim doświadczanie go przypomina burzę i sufit walący się na głowę. no nie bądźmy pruderyjni – czy nikt tego nie robił na dworze, w jakieś pachnące lato? to jest właśnie czysta namiętność początku związku, a zwłaszcza związku romansowego). poza tym uważam, że każda nuta dydaktyzmu zabrzmiałaby tu fałszywie. może ja w ogóle nie cierpię dydaktyzmu. może też jestem naiwna, ale nachalnej reklamy na nowo wydanej „Sztuki kochania” w ogóle nie odebrałam jako reklamy; ba! w ogóle jej nie zauważyłam.
    albo po prostu niech będzie, że lubię TVN-owskie banały retro; w sumie – czemu nie.
    albo po prostu kocham Lubosa <3.

    • zpopk

      A nie można po takim seksie na dworze pokazać że to nie tylko akrobatyka sportowa na każdej powierzchni ale też katar sienny, atak komarów czy miła refleksja że jak się kamczyki nie wpijają w tylną część ciała to przyjemniej. Tego brakowało. I to byłoby przełamanie schematu bo seks na dworze tak jak pokazuje go film jest jednym wielkim schematem

      • /h.

        hmmmm, być może. jakkolwiek w moim odczuciu brak tego typu wtrąceń nie przeszkadzał, może po prostu przesłoniła mi te potencjalne braki chemia buchająca z ekranu, o której piszesz.

  • Kayleigh90

    Film mi się podobał, ale z Twoimi przemyśleniami się zgadzam. W ogóle film przyciągnął nawet u mnie tłumy – wszystkie sale pełne. Ale nawet dzisiaj, dyskutujac w pracy widzę, że dla niektórych porady z książki Wislockiej to nie tylko historia, niestety. Chciałoby się rzec, że potrzeba nam kolejnej Wislockiej – z mniej konserwatywnym podejściem.

  • Peter Wimsey

    Mnie jest strasznie smutno dokładnie z tego powodu, że to taka kolorowa reklama książki. Było wiadomo, że ludziom się spodoba, jest straszna moda na PRL w takiej formie pokazywany i samo w sobie to nie jest złe. Ale jak faktycznie kobiety się zarzekają, że już córkom tę książkę kupują, to chcę walić czołem w ścianę. Kto ciekaw szczegółow, jest sążnista recenzja książki właśnie na Krytyce Politycznej, w której jest naprawdę mnóstwo straszliwych fragmentów zacytowanych, porady jak z tych memów o tym, jak kobieta ma się przygotować na powrót spracowanego męża z lat 50, upiorny zupełnie rasistowski passus o obrzezaniu kobiet, no i to, co przeniknęło odrobinę do świadomości o tym gwałcie… Nawet wartość czysto merytoryczna czy techniczna jest wątpliwa, z uwagi na wątpliwe tezy Wisłockiej o orgazmie pochwowym itp…. To jest naprawdę fatalne, bo Polacy mają okropną potrzebę, żeby wreszcie coś dobrego, wreszcie ktoś fajny, wreszcie się dało coś pochwalić, nasza rewolucjonistka seksualna w kolorowych sukienkach i jej fajna książka o seksie, która wyzwoliła nas z okowów, rozumiem tę potrzebę. I rozumiem, dlaczego ktoś chce na tym strasznie zarobić. Ale naprawdę nie chcę, żeby dziewczynki to czytały.

    • Magdalena Patrykiejew

      Problem w tym, że za chwilę to będzie bardzo postępowa książka, jak tak popatrzeć na to, co się wyprawia.

      • Peter Wimsey

        Ja jestem ciekawa – nie interesowałam się tym jakś bliżej, więc kieruję się wyłącznie wrażeniem z kontaktów z mediami – czy w ogóle mieliśmy jednego albo jedną naprawdę postępową seksuolożkę, kiedykolwiek. Teraz jest w ogóle taki okres, kiedy tracimy, i my w Polsce, i na świecie, mnóstwo już wywalczonego terenu na wielu polach. Ale na tym akurat polu, w Polsce, chyba naprawdę nigdy zbyt wiele nie wywalczyliśmy. Chyba szczytem możliwosci polskiej seksuologii po prostu zawsze byli zatroskani seksuolodzy opowiadający, jak to kobiety nie mogą łazić w dresie po domu, bo przestają być ponętne. A że za chwilkę postępowa będzie antykoncepcja, to inna sprawa.

  • wazon32

    Sprawa Pani Wisłockiej powoduje, że czuję przytłaczający kamień wieku, i czułam to już wtedy, kiedy Wisłocka wypłynęła wraz ze sprawą seksu. Bo jednak jest to rzecz intymna i ta intymność jest ważna, a kiedy w tak zwanym trakcie człowiek przypomina sobie wskazówki z rozdziału X, paragraf Y, to jakby mu się robiło trochę chłodnawo. Poeta pisał że komuś ” wychłudło”. Na tak zwany brak chemii nie pomogą pozycje ani do góry nogami, ani zwis na żyrandolu, ani nawet czynna obecność kogoś trzeciego, nawet, jeśli to miałaby być koza.. Oczywiście wiem, że wulgaryzuję i upraszczam, ale rzecz wg mnie ,też nie jest aż tak skomplikowana, jakby to wynikało z rozważań filozofów. Chociaż nie przeczę, że wszelkie odstępstwa od zwyczajności ( np impotencja) mogą mieć czasem przykre skutki ( NIE MAM NA MYŚLI GEJÓW I LESBIJEK, nie uważam tego za skazę !).
    No trudno, nie lubię takich publikacji. Może czasem artykuł, może poradnia, ale raczej powinna być to rozmowa we dwoje np z psychologiem, a nie lekcja w szkole o np masturbacji. Mama lub ojciec powinni uświadomić dziecku, że to raczej powszechne i niech nie ma wyrzutów sumienia. Lekcja jest raczej obrzydliwa.
    Nie wiem, właśnie dlatego wydaję się sama sobie staroświecką staruszeczką , ale wydaje mi się, że ludzie przez wieki jakoś wpadali na różne sposoby bez lektur i filmów. No, może to zły argument, przeczą temu inne dziedziny działalności, może mniej fajne.

    • i_am_keyser_soze

      Już dowiedziono na wszelkie możliwe sposoby, że edukacja seksualna w szkole to dobry pomysł, więc naprawdę dajmy sobie spokój z gadaniem że jest inaczej. Intymne jest uczucie i związek między ludźmi, natomiast wiedza o własnym ciele i seksualności, usystematyzowana, jak największa i jak najlepiej przedstawiona, tylko pomaga a nie szkodzi.

  • Jenna

    Mnie generalnie się film podobał – bardzo dynamiczny, nie było dłużyzn i przynudzania, fajne stroje i kolory (inne od tej obowiązkowej szarości w polskich filmach o PRL). Ale trochę bolało mnie to, że tam jest wyraźnie jeden film o naukowcu-pisarzu i drugi o życiu osobistym jakiejś kobiety, czyli o „mężczyznach jej życia”. Skoro twórcy „Bogów” w filmie o Relidze prawie wywalili jego życie prywatne, czemu tu nie mogli zrobić tego samego? Ech, dobrze, że chociaż tego Lubosa dostaliśmy :)

  • buksy

    A mnie się wydaje że jeśli autorzy skupiliby się na jednym wątku, to wyszedłby im nudny gniot. i tak film traci rozpęd tak mniej więcej w połowie i zaczyna kręcić się w okół dwóch zagadnień (kłopoty miłością i kłopoty z książką) bez popychania akcji do przodu. A tak wyszło lekkostrawne oglądadło z pieprzkiem. na które walą tłumy :P

  • Magdalaena

    To szkoda, że autorzy nie dopasowali scen seksu do treści książki. Pewnie wyszło, jak w Masters of Seks, gdzie cały czas gadają o orgazmach, wytryskach itp. a na ekranie nie pojawia się ani razu pełna nagość ;-)

  • Pingback: 5 zmysłów: "Sztuka Kochania" czyli seks na kajaku, zupa doprawiona miłością i wspomnienie Danuty Szaflarskiej. – Mały Blond()

  • Pingback: Ale sz(t)uka kochania - czyli coś nie działa, Pani Michalino - EJ to my!()

  • Pingback: Ależ sz(t)uka kochania - czyli coś nie działa, Pani Michalino - EJ to my!()

  • Pingback: Kino letnie. Jakie filmy warto nadrobić latem? cz. 1 – Mały Blond()