NIE kręćcie dalej ! czyli filmów niekochanych część ósma

06/09/2013

NIEudane adaptacje czyli filmów niekochanych część dziewiąta

06/09/2013

Zepsute Jabłko czyli ktoś tu skrewił panie Jobs

06/09/2013
empty image
empty image

Hej

Czasem słyszy się zdanie „Ta historia nadaje się na Hollywoodzki film”. To nadużywany frazes, z którego niewiele zazwyczaj wynika. Nawet jeśli historia czy czyjeś życie pełne jest triumfów i porażek niczym z filmowego scenariusza niekoniecznie oznacza to jednak że ich odtworzenie da nam w ostatecznym rezultacie wspaniałą historię. Wręcz przeciwnie wydaje się, że  bezmyślne odtwarzanie ciągu zdarzeń na ekranie, jest dokładnie tym czym kino nie powinno być. Kino zawsze powinno dawać nam coś więcej niż kolejne sceny ułożone w chronologicznym ciągu.  Ważniejszy od nich jest klucz dzięki, któremu wydarzenia z historii ludzkości czy z życia pojedynczej jednostki stają się jedynie metaforą czy punktem do rozważań nad problemem. Kino zawsze musi być o czymś więcej – tylko dzięki temu historia czy biografia nie straci na znaczeniu wraz z upływem lat a my sami wyjdziemy z kina choć odrobinę zmienieni – co przecież jest najważniejszym celem obcowania z jakąkolwiek formą sztuki. Dlatego nakręcony kilka lat temu Social Network był znakomitym filmem – Fincher z Sorkinem uciekli od opowiadania historii popularnej strony Internetowej i dali punkt wyjścia do znakomitej rozmowy o świecie, który nas otacza i ludziach, którzy go stworzyli. Dokładnie z tego samego powodu Jobs to jeden z najgorszych i najbardziej męczących filmów jakie zwierz kiedykolwiek widział.

Twórcy filmu skorzystali z biografii Jobsa z której wycięli ciekawe fragmenty (ot taki drobiażdżek że Jobs kupił Pixar oraz w sumie wiele innych ważnych wydarzeń) a całą resztę zekranizowali tak by na 100% nie była ciekawa.  Jeśli taki był zamiar – osiągnęli sukces.

Chyba nikt kto śledził historię pierwszych komputerów osobistych nie ma wątpliwości, że w dziejach powstania i sporów wokół pierwszych wynalazków ery komputerów, jak w soczewce odbija się zarówno ludzki geniusz jak i ludzka małość. Historie te można opowiadać na dwa sposoby – albo zachłysnąć się pięknem zbudowanej w garażu wizji, która porwała świat i zmieniła nasze codzienne życie, tak dalece, że sami nie jesteśmy już w stanie przypomnieć sobie tego, jak wyglądało przedtem. Albo też można skoncentrować się na ciemnej stronie historii i pokazać, że geniusze i wizjonerzy którzy jednocześnie chcą zyskać na swoim produkcie, rzadko grają czysto. Im dłużej człowiek przygląda się biografiom najważniejszych twórców dzisiejszych komputerów tym więcej widzi się tam raczej średnio przyjemnych typów. O dziwo twórcy filmu postanowili iść trzecią drogą i zanudzić nas na śmierć, jednocześnie nie pokazując nam ani dlaczego bohaterowie całej opowieści są genialni, ani też nie poświęcić zbyt wiele czasu na to by powiedzieć nam dlaczego zachowują się po świńsku. W ogóle wydaje się, że nikt wśród twórców filmu nie przewidział co tak właściwie chce powiedzieć. Film sprawia wrażenie jakby wszyscy twórcy doszli do wniosku, że zrobią film  o Jobsie i jakoś to będzie.

Niezamierzenie komiczna scena dla wszystkich, którzy mają podejrzenie, że dla twórcy Apple liczyła się tylko ładna czcionka

Jobsa poznajemy kiedy rzuca studia i błąka się boso po terenie college’u. Jak wiadomo z jego przemowy jaką wygłosił na uniwersytecie Stanforda rzucenie studiów było w jego opinii najlepszą decyzją jaką kiedykolwiek w życiu podjął. Jednak tu dostajemy parę obrazków w tym absolutnie koszmarny wyjęty jak z produkcji Lifetime montaż przetykany naćpanym Jobsem biegającym wśród zboża. Zanim zdążymy się przyzwyczaić akcja biegnie w przód i już za chwilkę Jobs pracuje w Atari oraz zachowuje się jak koszmarny dupek i znów akcja przeskakuje i razem z Woznikaiem budują Apple I. Ponownie przeskok i już jesteśmy przy klęsce Apple Lisa, jak się spodziewacie tu następuje cięcie  i Jobs buduje Mackintosha, kolejny montaż i Jobs zatrudnia Johna Sculleya z Pepsi. Przesuwamy się do przodu i zgadliście Jobs zostaje wyrzucony z firmy, ponowny przeskok wraca do firmy. Cały film budowany jest na zasadzie takich urwanych scen, z których niemal wszystkie mają być kluczowe. Co to oznacza? Przede wszystkim produkcji brakuje płynności – odosobnione sceny sklejają albo obrazki Jobsa jeżdżącego co raz lepszymi autami,  albo piękne zdjęcia krajobrazów Kalifornii i od czasu do czasu wizje samotnego Jobsa, golącego się Jobsa lub Jobsa wyrywającego marchewkę z grządki. Wszystko zaś ilustrowane znakomitą ale zdecydowanie zbyt podniosłą do większości scen muzyką. Zwierz naliczył w filmie z tuzin scen które w każdej innej produkcji byłby podniosłym ostatnim ujęciem.Do tego kilka ważnych elementów historii (kwestie podziału akcji, spór z Gatesem, rozstanie z współpracownikami) załatwiono jednym ujęciem pozbawiając historię naturalnych elementów dramaturgii.

Problem z filmem jest taki, że interesują nas w nim wszyscy poza Jobsem.

Co więcej w niemal wszystkich dialogach pobrzmiewa przekonanie scenarzysty, że ludzie odpowiedzialni za rozwój komputerów nie rozmawiali tylko przerzucali się sentencjami, zaś sam Jobs przeszedł przez całe swoje życie wygłaszając wyłącznie przemowy motywacyjne lub inspirujące ludzi. Co jak połączenie korporacyjnego speca od couchingu z hinduskim guru. Aż dziw, że nikt mu w całym filmie nie przyłożył Co więcej – gdyby zwierz z racji bycia dość naturalnie dziwnym nie interesował się historią marek i komputerów (a właściwie marek komputerów bo techniczne kwestie zwierza mniej obchodzą) to mógłby po seansie dojść do wniosku, że jedyną zaletą Jobsa była jego gadatliwość. Serio – film nie jest w stanie przekazać widzowi na czym polegał geniusz Jobsa – zarówno ten marketingowy jak i te,n który pozwalał dostrzec mu kierunki rozwoju rynku wcześniej niż innym. Tu cała jego innowacyjność w filmie polega na tym, że niczym rozwydrzone dziecko kłóci się z radą nadzorczą i wszystkim powtarza, że musi być niezależny. Średnio zorientowanemu widzowi trudno uwierzyć dlaczego w ogóle nie wyrzucą go z firmy wcześniej.

Nie pokazano nam piękna garażowego biznesu podbijającego giełdę, nie pokazano nam też wielkich ambicji i upadku marzeń, w sumie jeśli chodzi o emocje to nic nam nie pokazano.

Twórcy filmu zdecydowanie nie chcieli nakręcić hagiograficznego obrazka. Niestety nie wiedząc dokładnie co chcą postawić w miejsce wyidealizowanego Jobsa stworzyli postać nieprzyjemną, nieracjonalną i której się nie lubi ale nie zrekompensowali tego odpowiednią dawką geniuszu (zwierz wie, że nie wszyscy uważają Jobsa za geniusza, ale z punktu widzenia narracji konieczna jest wyraźna kontra) byśmy w ogóle byli zainteresowani postacią. Innymi słowy cały czas musimy wierzyć scenarzystom na słowo, że Jobs jest ciekawszy od wszystkich innych ludzi w swoim zespole – ale nie dostajemy nic do by pokazywało dlaczego. Jobs nie programuje, nie konstruuje, nie wygrywa – jedynie sporo mówi o misji ale wydaje się, że większość jego mów została przepisana z folderów reklamowych i trudno się go słucha. Zresztą najlepszym przykładem jest fakt, że na końcową mowę Jobsa wybrano nie passusy z jego własnych bardzo dobrych przemówień ale sowa z reklamy – które jak zwierz mniema napisał ktoś z agencji reklamowej nie zaś sam Jobs (a nawet jeśli napisał je on sam to jednak są to po prostu reklamowe slogany). Prawdę powiedziawszy zwierz wolałby już obraz wychwalający Jobsa pod niebiosa niż taki, który nie umie o nim nic konkretnego powiedzieć.

 

Moment w którym zwierz przestał lubić Jobsa (przynajmniej filmowego)

Do tego właściwie film nie powinien nazywać się Jobs ale prędzej Apple. O Jobsie z tego filmu dowiadujemy się bardzo niewiele – fakt, że został adoptowany wychodzi w jednym zdaniu, dowiadujemy się, że nie chciał przyznać się do ojcostwa swojej pierwszej córki ale gdy postać powraca ona do historii jest już przez ojca uznana. Innymi słowy dowiadujemy się, że coś tam się w życiu prywatnym Jobsa działo, ale twórcy filmu traktują je jako przerywnik czy mało ważny dodatek. Można wręcz odnieść wrażenie, że twórcy posłużyli się stroną o Jobsie na Wikipedii i postanowili nie wychodzić poza to co jest na niej zwarte. O ile zwierz może uznać, że wrzucanie wątków prywatnych (zwłaszcza o osobach jeszcze żyjących) jest nietaktowne o tyle wydaje się, że kwestia poruszana przez niego w przemowie w Stanford – owo wymaganie jego rodziców (biologicznych) by skończył studia i to że studia rzucił – jest w jakiś sposób ważne a przynajmniej daje dobre tło by pokazać jak wiele razy Jobs robił coś wbrew. Zresztą ciekawe jeśli przejrzycie stronę na Wikipedii – znajdziecie tam cytat, że jedną z największych zalet Jobsa była jego umiejętność zmiany zdania (zwierz także podziwia ludzi obdarzonych tą umiejętnością) tymczasem filmowy Jobs to uparciuch z manią prześladowczą – człowiek niemal czeka aż zacznie nam wszystkim wmawiać, że prześladują go obcy.

Jobs biega po polach – biorąc pod uwagę jakość filmu – winien tam zostać.

Ale film ma jeszcze jeden problem – kto wie czy nie kluczowy. Wybrany do roli Jobsa Ashton Kutcher nie jest dobrym aktorem. po prostu. Nie jest jakoś tragicznie drewniany ale brakuje mu zdolności by unieść cały film. Oczywiście od czasu do czasu pojawia się na ekranie wyglądając i poruszając się od czasu do czasu jak Jobs jednak zdecydowanie częściej jak on sam (plus aktor się garbi ewidentnie starając się ukryć, że jest wyższy od większości ekipy). W ogóle zwierz ma wrażenie że pewnym błędem współczesnych filmów biograficznych jest dobieranie aktorów według klucza – który będzie najbardziej podobny do pierwowzoru zamiast – kto umie grać czy ma pomysł na rolę. Tu mamy trochę powtórkę z Żelaznej Damy – Mery Streep wyglądała tam jak Thatcher ale nie miała pomysłu na rolę. Kutcher na dodatek nie umie grać, sceny płaczu czy wściekłości w jego wydaniu są niezamierzenie komiczne. I to jest problem – bo Jobs co powtarzają wszyscy był charyzmatyczny i przykuwał uwagę jako najinteligentniejsza osoba w pokoju. Tymczasem Jobsa Kutchera biją na głowę wszyscy inni – zwłaszcza Josh Gad jako znakomity Steve Wozniak i Dermot Mulroney jako Mike Markkula (zdecydowanie przystojniejszy od swojego pierwowzoru). Widzicie to jest spory problem jak film ma tytuł Jobs a facet grający Jobsa jest jego najsłabszym punktem to produkcja nie może się udać.

OK na tym zdjęciu Ashton Kutcher jest niesamowicie podobny do Jobsa – ale kiedy nie siedzi tak samo i nie ma tych samych ciuchów (oraz grzywki i zarostu) to nie jest do niego podobny – a skoro nie spełnia żadnego ze stawianych wymagań – fizycznego podobieństwa i talentu to co na boga robi w pierwszoplanowej roli w tym filmie?

No właśnie czas powiedzieć coś co zgra się z jękiem jaki wydał z siebie zwierz jeszcze na sali kinowej. Jobs to nie jest dobry film. Prawdę powiedziawszy mniej więcej od połowy albo właściwie od jednej trzeciej zwierz marzył o tym by zwiać z kina. Wiecie dlaczego zwierz nie zwiał z kina? Bo w wielkiej dyskusji czy wolno recenzować film, którego nie widziało się do końca zwierz jest zdania że swoje trzeba odcierpieć. I zwierz cierpiał. Dla was cierpiał, bo strasznie chciał was przestrzec a nie mógł póki nie przekonał się, że produkcji nie towarzyszy żaden końcowy plot twist. Nie cierpiał samotnie – na sali razem z nim cierpiało sporo osób plus jakiś mężczyzna który ewidentnie oglądał inny film i śmiał się co chwilę, powiedzmy sobie szczerze – zwierz chciałby oglądać ten sam film co on ewentualnie być pod wpływem tej samej ilości alkoholu co on. Czy wiecie, że kiedy film się skończył zwierz nie tyle poczuł ulgę co radość. Bo prawdą jest że nie ma chyba nic gorszego niż zdać sobie sprawę gdzieś w połowie seansu, że ogląda się nudny, źle zagrany i nieprzemyślany film, z którego nie można zwiać. I nawet nie był na tyle zły by można go było wyśmiać. Zwierz nagle zrozumiał adwokatów obecności alkoholu w kinie – gdyby można było kilka razy pociągnąć z flaszki w trakcie trwania seansu być może zwierz też by się dobrze bawił.

Czy nie zakrawa na ironię, że zamiast posłużyć się takim ładnym minimalistyczny plakatem zdecydowano się na ten tęczowy koszmarek który straszy  w kinach.

Zwierz jak zwykle w przypadku produkcji tak złych że aż chce się zażądać zwrotu kasy za bilety przychodzi do głowy jedna myśl. Dlaczego nikt się wcześniej nie zorientował. Dlaczego nikt czytając scenariusz nie dostrzegł, że jego konstrukcja opiera się na ciągłym otwieraniu nowych rozdziałów życia Jobsa ale nie ma tam żadnej puenty czy żadnego domknięcia kolejnych wątków. Dlaczego spec od castingu nie poddał pod wątpliwość zatrudniania średniego aktora komediowego do roli, która wymaga olbrzymiej charyzmy, dlaczego ktoś odpowiedzialny za montaż nie wskazał, że film jest trochę komicznie powtarzalny w swoich sekwencjach jazdy samochodem, Dlaczego autor znakomitej muzyki nie zabrał partytury i nie wybrał się gdzieś gdzie jego znakomita ścieżka dźwiękowa nie będzie zestawiona z wyrywaniem marchewki. To jest biznes gdzie nad jednym produktem pracuje tyle osób i nikt nie zauważył, że robią taką straszną kichę? Zwierz wie, co powiecie – że nikogo nie obchodzi jakość i wszyscy chcą zarobić. No ale czy to nie Jobs był perfekcjonistą, który nie chciał wypuszczać na rynek niczego co nie jest idealne. I czyż nie jest ironią, że coś co jest dalekie od ideału podpisano właśnie jego imieniem?

Puentą filmu mają być słowa tej reklamy. Obejrzyjcie reklamę. Wzbudza więcej emocji.

Ps: Zwierz nie jest fanem ani anty fanem produktów Apple czy też samej firmy ani też wielbicielem – zwierz wie, że to drażliwa sprawa dla wielu użytkowników nowych technologii i choć zwierz sprzedał swe serce komputerom HP i telefonom z oprogramowaniem Windows to jednak nie jest na tyle płytki by oceniać kogokolwiek po telefonie jaki posiada. Choć oczywiście lubi bardziej tych z najnowszym modelem. Ale to chyba oczywiste.

Ps2: Jutro zwierz powraca z hejterskim cyklem choć jak sami widzicie hejterski nastrój unosi się nad blogiem.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • no w końcu jakaś prawdziwa recenzja tego gniota! Miałam dokładnie takie same odczucia podczas seansu – czułam się jakbym oglądała zlepek scen, a nie film. Dawno nie byłam w kinie taka wkurzona, że mi się wciska tak nieprofesjonalny produkt. wszyscy w niego zaangażowani zawiedli. Aż dziw, że w dzisiejszych czasach robi się tak słabe filmy…

  • Sherlock Sherlockista

    Ja kiedyś zacznę sobie prowadzić taki żartobliwy dzienniczek, ile bym musiała wziąć, żeby coś obejrzeć. Filmy polskie, zwłaszcza te co ponursze nie schodzą poniżej stówki za moje trzy godziny życia. Filmy biograficzne zaczynają się w ogóle od dwóch stówek, bo nie trawię całego gatunku. „Wałęsa” to będzie mała kumulacja, bo polski, biograficzny plus współczesne polityczne sprawy, myślę, że poniżej 600 złotych nie spojrzałabym w stronę kina. Ale film będący objawem jakiegoś absurdalnego i bardzo osobiście mnie odrzucającego kultu faceta, który zrobił fortunę na robieniu ludziom wody z mózgu i wciskaniu im ipadów (po drodze zachowując się jak świnia wobec realnych współautorów swojego sukcesu)… Żyłabym potem z tego ze dwa miesiące. Muszę powiedzieć, że fakt, że jest taki zły trochę mnie nawet ucieszył :D

    • zpopk

      No właśnie problem polega na tym, że Jobs to coś więcej niż człowiek robiący wodę z mózgu i wciskający Ipady. Jobs nie był najmilszym człowiekiem ale naprawdę ma odrobinkę więcej zasług.

      • Sherlock Sherlockista

        Jobs jest odpowiedzialny za kult marki jako „stylu życia”, są inne dobre komputery, byli inni ludzie wymyślający technologie. Apple to jest dla mnie symbol bezrozumnego kultu gadżetów, nie dlatego, że jestem jakimś „antyapple’owcem”, cała ta „wojna” to jest coś tak głupiego, że można wyłysieć na samą myśl, ale dlatego, że taka właśnie była „wizja” tej marki…

        • zpopk

          O sorry – Jobs na samym początku tworzenia marki dostrzegł potencjał całego mnóstwa wynalazków, plus jednak mimo wszystko Windows jest ukradzionym oprogramowaniem z Makintosza więc jak masz ikonki na pulpicie to min. dzięki Jobsowi. Plus taka drobnostka jak dostrzeżenie przyszłości animacji komputerowej (zakup Pixara czy drukarek laserowych). Plus – umiejętność sprzedania nowej technologii też prosta nie jest.

          • Sherlock Sherlockista

            …ja serio lubilam DOSa :D W kwestii zakupu Pixara nie mam zdania, nie mam w ogóle zdania w kwestii animacji komputerowej, widzę tylko, że gość zrobił dobry biznes i nie znajduję w sobie tej naturalnej dla Amerykanów skłonności, żeby traktować go w związku z tym jak proroka.

          • zpopk

            Wydaje mi się, że przenosisz uwielbienie części fanatyków na postać człowieka naprawdę inteligentnego – plus jego mowa w Stanfordzie naprawdę była dobra. Brakuje nam niewojennych nie politycznych bohaterów współczesności. Jobs lukę dobrze wypełnia. Plus nie bądźmy hipsterami, ikonki są OK.

          • Sherlock Sherlockista

            Nie chodzi mi o to, że nie są okej, po prostu „bohater współczesności” to ma być człowiek, który dobrze sprzedawał komputery, początkowo nowatorskie, stopniowo coraz bardziej zbędne? Który wymyślił udany marketing i doprowadził do sytuacji, w której ludzie wierzą w kompletne bzdury, a moje gazety piszą o tym, ile centymetrów ma nowy ipad? JOBS i jego rodzina ma z tego kolosalne zyski, ale z mojego punktu widzenia to jest szkodnik.

          • Sherlock Sherlockista

            Zeby nie było: ja go o nic nie obwiniam, bardzo sprytny, bardzo skuteczny człowiek, ale JA mam go traktować jak bohatera?!

          • zpopk

            Źle to widzisz – po pierwsze Jobs był człowiekiem który dostrzegał, że ludziom można sprzedać komputery – co dziś jest powszechne wtedy było niezbyt powszechne. Po drugie dostrzegł, że ludzie od lepszego sprzętu wolą ładny, konsekwentny, tworzący silną wizję – dla ciebie to hochsztaplerka ale marketing to też sztuka, przy czym inni też to robią ale mniej skutecznie. Bohaterem? Każdy sobie dobiera własnych – Jobs z pewnością robił to co chciał i jak chciał. Niektórym to imponuje. W sumie dlaczego by nie. Plus – od kiedy ludzie mający zyski nie zasługują na szacunek? Gates też ma zyski olbrzymie – i wszystko właściwie rozdał. A i jeszcze jedno – rodzina z filmem nie ma nic wspólnego.

          • Sherlock Sherlockista

            No właśnie tego rodzaju marketing uważam za maksymalnie szkodliwy, wszyscy to robią, wymaga to talentu, oczywiście, ale jest to generalnie zajęcie, które na mojej liście godnych szacunku zajęć plasuje się, delikatnie powiedziawszy, dość nisko. Służy wyłącznie osobie, która tym zajęciem się para, o to mi chodzi. Jeśli Jobs komuś wmawia, że ma kupić nie dobry komputer, a ładny i taki, który symbolizuje określony styl życia, to on i wyłącznie on ma z tego zysk. No, nie wpisuje się to w moje rozumienie tego, kim jest bohater i już. Generalnie ludzie, którzy sprytnie pozyskali wielką kasę mi nie imponują, to znaczy nie imponują mi tylko z tego powodu, że zarobili pieniądze – i chyba nigdy nie zrozumiem, czemu mieliby mi imponować. No, dobrze dla nich i ich rodzin, ale co mnie to ma obchodzić? Czy zasługują na szacunek, to pytanie, na które odpowiedź nie bardzo zależy od odpowiedzi na pytanie, czy mają zyski, po prostu.

          • zpopk

            Oj Sherlocku – jeśli piszesz swój komentarz na komputerze osobistym, który nie jest brzydką szarą masą i ma ikonki na pupicie to Jobs miał w tym swój udział. Znam twoje podejście do marketingu ale nie zgadzam się by traktować ludzi zajmujących się nim tak ostro. I tyle. Natomiast mam wrażenie, że masz bardzo jednostronne postrzeganie Jobsa i jego osiągnięć. Najlepsze – o tej epoce działania Apple o której mówisz nic w filmie nie ma.

          • shalick

            Technicznie zarówno Apple jak i MS podkradli ikonki od Xeroxa.

          • Sherlock Sherlockista

            Zwierzu, Edison też miał w tym swój udział, może nawet większy, Newton, Tales ;) Ikonki nie są dla mnie warte takiego kultu, przejście z wpisywania komend na klikanie w obrazki po prostu aż tak mnie nie uderza jako wzlot ludzkiego ducha, gdyby nie te wszystkie ułatwienia czułabym się pewnie dzisiaj mniej uzależniona od technologii, których nie potrafię rozkręcić.

          • zpopk

            Trudno mi z tym polemizować bo serio w ten sposób nie da się rozmawiać o wynalazcach którzy zawsze bazują na czymś kto odkrył ktoś przed nimi. Dla mnie stworzenie systemu komputerów osobistych dzięki któremu możemy się kłócić o Jobsa jest wzrostem ludzkiego ducha – nie chcesz być uzależniona od technologii? walcz z tym, natomiast nie wiń tych którzy ją dostarczyli.

          • Sherlock Sherlockista

            Ale to się zaczęło przed nim, trwało też równolegle z nim na innych frontach, to, że możemy o nim teraz dyskutować to akurat bardziej kwestia Internetu niż komputerów osobistych, trudno powiedzieć, jak by się to potoczyło bez Jobsa, ale nie był to samotny kolos, który przeprowadził nas od maszyn Babbage’a do tego, co właśnie stoi na naszych biurkach…

          • zpopk

            Oczywiście, że nie ale ty postrzegasz go wyłącznie jako faceta który sprzedawał ci Ipoda na co się nie zgadzam, plus – Internet bez komputera osobistego troszkę nie miałby sensu. Serio nie wiem skąd u ciebie niechęć by przyznać, że ludzi nie miłych też można niekiedy podziwiać. Nie musimy człowieka akceptować w całości by dostrzec jego zalety.

          • Sherlock Sherlockista

            Ja nie mam pojęcia, czy on był miły, czy niemiły, czytałam, że był niemiły dla Wozniaka, ale to nie mój problem, tylko Wozniaka ;) Po prostu nie rozumiem powodów, dla których każe mi się go podziwiać, większości z nich w ogóle nie postrzegam jako zasługi. Kiedy zważę to, co mi się w nim podoba i to, co nie, to system wypluwa odpowiedź „nie imponuje” :)

          • Sherlock Sherlockista

            To nie ma w ogóle wiele wspólnego z moim uczuciami wobec niego, wśród uczuć dominuje jednak współczucie z powodu koszmarnej choroby, tak po ludzku patrząc.

        • zpopk

          Plus – Apple postawił na inny format sprzedaży – też jest to sztuka, która nie pozostała bez wpływu na resztę rynku.

    • lstelmach89

      Zasługą Jobsa jest rynek smartphonów, tabletów, odtwarzaczy mp3, a przede wszystkim rewolucja na rynku cyfrowej dystrybucji muzyki (a potem też aplikacji). Nawet jeśli Apple niekoniecznie wymyśliło wszystkie te rzeczy, to dzięki wizjonerstwu Jobsa udało się te produkty tak przedefiniować, że rozwiązania Apple przyjęły się jako wzorzec dla konkurencji i popchnęły cała branże elektroniczną do przodu. iPody stały się synonimem odtwarzacza muzycznego, boom na smartphony zaczął się zaraz po sukcesie iPhone’a, podobnym wzorem stał się iPad, a już nie muszę chyba mówić, jakim zbawieniem dla rynku muzycznego stał się iTunes. Do tego stworzono cały spójny ekosystem, nie mówiąc już o kapitalnym wręcz marketingu, ale to materiał na cały elaborat. Umniejszanie zasług Jobsa to po prostu zwykła ignorancja – niezależnie od tego, jakim był człowiekiem prywatnie.

      • Sherlock Sherlockista

        Ale czemu ja – JA, Maja Białek, nie: akcjonariuszka Apple – się mam specjalnie cieszyć z iTunes (jakie zbawienie :D) albo z popularności ipodów (miałam jednego, mam teraz inny odtwarzacz mp3, też fajny…) ?! Albo z boomu na smartphony, kórych nie cierpię pod każdym możliwym względem (poza żadną funkcjonalnością m. in. zwiększone możliwości bombardowania ludzi stargetowanymi reklamami i ich śledzenia) :D Serio, pisanie takich rzeczy świadczy głównie o tym, że Jobsowi pranie mózgu klientów się udało i za to właśnie go nie cierpię.

        • lstelmach89

          „Nie znam się, to się wypowiem”
          Dziękuje, ja już skończyłem – kontynuowanie tego nie ma sensu.

          • Sherlock Sherlockista

            Ale na czym się nie znam, na tym, jak kolosalną rolę dla mojego życia – bez mojej wiedzy – odgrywa iTunes i iPod, na tym? Widzę, że szaleństwo na punkcie Jobsa przybrało o wiele groźniejsze i bardziej niepookjące rozmiary niż sądziłam. Serio, no obłęd w ciapki.

          • Sherlock Sherlockista

            W ogóle powszechne używanie słowa „wizjonerstwo” w kontekście projektowania gadżetów i zabawek elektronicznych to jest dla mnie coś trochę absurdalnego.

          • lstelmach89

            Och, i jeszcze jedno – wcale nie twierdze, że każdy ma uważać Jobsa za idola i guru – w żadnym razie. Sprzeciwiam się tylko sprowadzaniu jego roli do „gościa sprzedającego ładne rzeczy”, bo wpływ na rynek miał ogromny. Niektórzy powiedzą, że dobry, niektórzy, że zły – prawda jak zawsze leży gdzieś po środku. Ale jego „wizjonerstwo” nie sprowadza się do „projektowania gadżetów i zabawek elektronicznych”, dlatego polecam zapoznać się z tematem szerzej zanim zacznie się formułować wnioski.

          • Sherlock Sherlockista

            W Twoich wypowiedziach jednak do tego właśnie się sprowadza – jeśli nazwiemy to „wpływem na rynek” to wciąż nie zmienia sedna tego wpływu (i sedna tego rynku: rynku gadżetów).

            Bezpośredni wpływ Jobsa na rozwój istotnych technologii, czyli komputery osobiste jako takie jest cenny (i dyskutowany wyżej), ale po prostu nie jest wart takiego kultu, sam Jobs jako osoba pod tym względem nie był na tyle niezastąpiony ani nie był jedyną osobą, która pchała do przodu ten wózek. Natomiast po prostu odmawiam zachwytu nad jego pozostałymi „wizjami”.

          • lstelmach89

            Komputery osobiste przestały być „istotną technologią” dobre kilka lat temu, jeszcze sporo przed śmiercią Jobsa. Ja o nich nawet ani razu nie wspomniałem. Wspominałem o czym innym, ale mój komentarz najwyraźniej ciągle wisi w moderacji, może się tu jeszcze pojawi

          • Sherlock Sherlockista

            Metoda sprzedaży muzyki przez internet w ogóle mnie nie przekonuje jako dziejowe osiągnięcie – z artykułu wynika wyraźnie, że cyfryzacja muzyki nie była ani pomysłem ani zasługą Jobsa, reszta to kwestia wtórna. My się w ogóle nie rozumiemy: ja chętnie przyznam, że coś takiego jak iTunes, czy zdominowanie jakiegoś segmentu rynku, to w swojej kategorii jest wielki BIZNESOWY sukces. Ale tego rodzaju sukcesami powinni się cieszyć wyłącznie beneficjenci firm, które owe sukcesy odnoszą, ja chyba nie muszę. Tak jak nie cieszę się z sukcesu Biedronki w Polsce, bo to nie moja sprawa.

  • Łukasz Żurek

    ale zwierzowi nikt nie zabrania lyknac sobie w kinie:) wczesniej przygotowany drink i zwierz moze sie odurzac gdy film zacznie byc ponizej oczekiwan lub po prostu najdzie ochota:)

    sadzac po wszystkich glosach w internetach o tym filmie, idealnie poczekac na ripa, bo oczywiscie sama postac na tyle ciekawa by film zobaczyc.

    • Marta Mieszczanek

      O właśnie, moja znajoma bywa, że drinki przenosi ze sobą w kubku termicznym, dzięki czemu zachowują dłużej pożądaną temperaturę – w sam raz do kina! :D

  • Kayleigh90

    Nie widziałam tego filmu, ale właśnie mam takie przemyślenia, że chyba mało kto potrafi zrobić dobry film biograficzny. Moim zdaniem taki film powinien się skupiać na konkretnym aspekcie życia, na jakimś wycinku, aspekcie, który był ważny dla danej jednostki, a nie opowiadać całą historię życia, bo jest to zwyczajnie nudne. Dlatego podobał mi się film „King’s Speech”, bo nie opowiadał o całym życiu Jerzego VI, a właśnie o jego zmaganiach się z wadą wymowy (oczywiście film ma o wiele więcej zalet), a wszelkie inne wątki są poboczne. I właśnie „King’s Speech” u mnie ustawiło poprzeczkę, co do filmów biograficznych. Jeśli „Jobs” jest taki, jak opisujesz, to nie zachęca do obejrzenia. Biografia powinna mieć określony kierunek, a nie być też tylko zlepkiem „ważnych scenek z życia”.

  • lstelmach89

    Plakat powinien być w rzeczy samej biały, ale z szarym napisem fontem Myriad Pro jak za lat świetności ;)