Życie rodzinne z elementami walki ze złem czyli Zwierz o Iniemamocnych 2

11/07/2018

W porównaniu do mojego kota jestem bardzo pracowita czyli kilka uwag o lenistwie

11/07/2018

Słowa, melodia i rytm czyli o Zimnej Wojnie

11/07/2018

W pierwszych scenach „Zimnej Wojny” bohaterowie filmu jeżdżą po polskiej wsi zbierając od lokalnych mieszkańców piosenki i melodie. Nagrywają tych którzy śpiewać umieją, dziewczynkę z ładnym głosem, trochę fałszujący zespół z rozstrojonymi instrumentami. Potem zaaranżują je na piękne głosy ludowego chóru. I choć „Zimną wojnę” wszyscy niemal opisują jako historię o miłości, to zdecydowanie lepiej sprawdza się jako opowieść o muzyce.

Nie da się ukryć, że najładniejszą klamrą narracyjną filmu są przemiany jakie zachodzą w muzyce wykonywanej przez bohaterów. Zaczynamy więc o tych prostych, niezbyt czystych wiejskich wykonań. Te są prawdziwe – wychodzą z lokalnego folkloru ale też – sposób ich wykonania jest nie zmanierowany, nie dostosowany do naszego ucha. Potrafią być nie miłe w brzmieniu, drażniące, mało melodyjne, złamane.  Nie wychodzą z tradycji muzyki klasycznej, to muzyka ludowa w najlepszym, choć najtrudniejszym wydaniu.

 

Jednak nadchodzą nowe czasy – a nowe powojenne czasy, wiązały się – między innymi z zebraniem i odpowiednim przetworzeniem muzyki ludowej. Powołany zespół muzyki ludowej „Mazurek” (wyraźnie inspirowany Mazowszem), śpiewać będzie już ludowe pieśni inaczej. Czyściej, bardziej harmonijnie, w aranżacji która wyszła spod pióra zdolnego kompozytora. Muzyka straci też swoje pierwotne miejsce i zakorzenienie, wyląduje na scenie, będzie kolejnym symbolem dla nowej władzy. Choć w filmie widzimy jak wykonawcy Mazurka, śpiewają pieśń na cześć Stalina, to w sumie jest to element trochę nadmiarowy. Już to jak śpiewają muzykę ludową jest ukłonem w stronę nowej władzy i nowej kultury, zagarniającej to co może się przydać w propagandzie. Melodie i tańce „Mazurka” – wykonywane przez młodych, ładnych, umalowanych ludzi powoli wypierają to skąd muzyka się wzięła.

 

Upływa czas, losy się gmatwają, Tym razem ludowa melodia wykonywana jest w jazzowym barze gdzieś w Paryżu. Doskonały zapis niemożności opuszczenia własnego kraju. Niby już inny świat, z dala od żelaznej kurtyny, niby już nowa muzyka, improwizowany jazz. A jednak to wariacja na temat tej samej ludowej melodii. Zagubionej z dala od domu, brzmiącej egzotycznie. Jeszcze bardziej egzotycznie zabrzmi, gdy do melodii dołączą słowa, śpiewane już nie tradycyjnie białym głosem, ale głosem lekkim nieco może tylko zachrypniętym. Będzie to tak egzotyczne jak gdyby przybyła śpiewać piosenkarka z Mozambiku, tak dalekie, że nie do zrozumienia. Ładne ale oderwane od źródeł.

 

I na koniec ostateczne zrozumienie, że tak nie można – nagranie piosenki z nowymi słowami. Tłumaczeniem po francusku. Proste słowa podmienione na ładne metafory. Melodia niby jeszcze ta sama, ale już zaaranżowana tak by się spodobała, słowa inne, głos inny – i tak wszystko staje się puste. I smutne w tej pustce. Życie melodii się kończy – wiejska piosenka nie jest już sobą, jest tylko cieniem , skorupą, za wszelką cenę pragnącą się przypodobać wyrobionej francuskiej widowni palącej papierosy w mieszczańskim salonie.  Ta melodia ma tam miejsce tylko wtedy kiedy nie jest już sobą, jest tylko udawaniem. Pozostaje więc tylko jedno – wrócić do źródeł. Bo choć nie ma tam ani dobrobytu ani uznania, można jeszcze znaleźć coś prawdziwego. Choć oczywiście ten powrót jest trochę niemożliwy, bo to już nigdy nie będzie dokładnie ta sama melodia. Może więc zacząć śpiewać coś innego. Tylko wtedy można się zorientować, że nic już nie ma swojego pierwotnego brzmienia i wszystko jest puste.

 

 

„Zimna Wojna” rysuje los melodii i bohaterów równolegle. Oni też błąkają się po świecie coraz bardziej oderwani do tego kim są, coraz bardziej zagubieni.  Niby mają siebie, ale jednocześnie – z dala od domu coraz mniej czują się sobą. Zwłaszcza Zula – główna bohaterka – zadziorna, pewna siebie dziewczyna, która w związku z Wiktorem – światowym kompozytorem, wciąż czuje się gorsza. Zresztą oni oboje – wyrwani z Polski stają się jacyś nie przystający, mogą tańczyć, śpiewać  i grać ale wszystko wydaje się jakieś takie pozbawione sensu. Zwłaszcza, że ich związek to jeden z tych tragicznych związków, w których zawsze trwa jakaś wojna. I choć film podążając tropem melodramatu stawia ich w obliczu wielkiej przeszkody, jaką jest granica pomiędzy komunistyczną Polską, a zachodnią Europą, to tak naprawdę jest to przeszkoda niepotrzebna. To jedna  z tych smutno prawdziwych romantycznych historii gdzie dwie osoby się kochają, ale związku z tego nie będzie.  Przesuwając swoich bohaterów na planie wschodniej i zachodniej Europy Pawlikowski tylko udowadnia, że kto nie jest się w stanie dogadać w miłości na Mazowieckiej wsi ten i w Paryżu będzie się kłócił. Z tym, że w Paryżu dochodzi do wszystkiego poczucie zagubienia, nieprzystawania, ten tragiczny los polskiego emigranta, który przebywa pół świata po to by nucić polskie pieśni ludowe.

 

Pawlikowski korzysta w filmie nie raz z ujęć z lustrami i z ujęć z bohaterami na tle widowni. Wszystko zdaje się mieć dwie strony – niekiedy tak że trudno dostrzec lustro i dopiero po chwili orientujemy się, że nie patrzymy na to co się nam wydaje ale na odbicie. Czasem dość jasno widzimy, że nasi bohaterowie, choć rzuceni na tło tłumu czy publiki są sami – na scenie, na podium dla dyrygenta. Bo to też przecież historia indywidualistów w świecie który z indywidualistami ma problem. Ludzi zawsze trochę samych, trochę w kontrze, trochę wybranych przez światło z tłumu. Ale czy z tego wyobcowania może być coś więcej? Wydaje się że tak, prawda jest taka, że niekoniecznie. Być może wszyscy byliby szczęśliwsi akceptując że nie ma drugiej strony, że granice są nie do przekroczenia, że zdrad się nie wybacza. Tylko, żeby to zrobić bohaterowie musieliby się zmienić. A ich dramat polega na tym, że choć bardzo się starają, i uczą nowych języków, i na nowo zaczesują włosy, to zmieniają się bardzo mało. A lata mijają.

 

„Zimna Wojna” nie jest filmem politycznym. Jasne to tu to tam pojawią się sceny przypominające że mówimy o okresie stalinowskim (i krótko po) ale prawda jest taka, że to co polityczne jest w tym filmie najsłabsze, zaś w ogóle – gdybyśmy mieli przyłożyć do tego miarę realiów historycznych pewnie trzeba byłoby porozmawiać o tym co jest możliwe a co nie. Na pewno to film z najsympatyczniejszym komunistycznym urzędnikiem w polskiej kinematografii. Ale ta ucieczka od polityczności wydaje się zamierzona. Nie dlatego, że Pawlikowski nic do powiedzenia nie ma, ale dlatego, że spogląda na los swoich bohaterów z premedytacją wybierając inne momenty niż można się spodziewać. To intymna historia dwójki ludzi więc czas jest ważny tylko wtedy kiedy są oboje. To wszystko co dzieje się kiedy się nie widzą, jest tylko watą, wypełniaczem prawdziwej historii. Więc Pawlikowski wycina sceny przesłuchań, szantaże, śluby, pojmania, więzienia. To nie jest historia o państwie totalitarnym. Raczej o zawłaszczającej miłości. Tu w ogóle zastanawiam się do jakiego stopnia Pawlikowski korzysta z przeszłości jako z przeszłości opresyjnej a do jakiego stopnia robi to co melodramaty robią od zawsze – przesuwa bohaterów w czasie od współczesności by przeszkody jakie napotykają były wyraźniejsze i z punktu widzenia współczesnego widza – tworzyły ciekawe napięcie. Zwróćcie uwagę, że charakterystycznym elementem melodramatu jest przesunięcie w czasie w przeszłość – tak by widz oglądał ciekawszy związek bo obwarowany problemami które dziś mu nie towarzyszą. To czyni każde uczucie bardziej wzniosłym.

 

Nie jest film Pawlikowskiego idealnie udany. Najsłabiej wypada zakończenie. Kiedy już historia zbliża się do puenty twórcy pozostają dwa wybory – niedopowiedzenie albo ostateczne zakończenie historii. Wybiera raczej to drugie. A szkoda bo „Zimna wojna” to film który aż prosi się o otwarcie. Chociażby dlatego, że tak naprawdę  to historia której koniec rzadko bywa jednoznaczny, a częściej cała historia rozmywa się w innych wątkach biografii. Tu jednak takie zakończenie chyba byłoby zbyt mało poetyckie, zbyt życiowe. W sumie cały film kręcony jest kadrami wystudiowanymi, pojawianie się i znikanie muzyki wyliczone co do sekundy, światło pada na bohaterów dokładnie wtedy kiedy powinno, cień zasnuwa ich twarze jak na zamówienie. To taka produkcja w której nawet błoto wydaje się dokładnie przemyślane i wystudiowane. To nie ten typ filmów gdzie coś może się skończyć tak jak w życiu. Bo choć inspirowana prawdziwą historią życia rodziców reżysera – film przenosi tą historię na wyższy estetyczny i formalny poziom. Ostatecznie opowieść o miłości trudnej staje się opowieścią o miłości wielkiej.

 

Nie dziwi mnie Złota Palma za reżyserię. Pawlikowski doskonale prowadzi aktorów (Joanna Kulig rzeczywiście jest zachwycająca a Kot gra jak z  nut), fenomenalnie układa narrację (jego potknięcie pod koniec wynika raczej ze słabości scenariusza niż reżyserii) i tworzy atmosferę która wciąga i pozwala się całkowicie zanurzyć w świecie przedstawionym. Decyzja by kręcić w czerni i bieli może się wydawać nieco pretensjonalna, ale pasuje o tyle, że film ma pewne minimalistyczne zapędy – odrzuca w historii wszelkie ozdobniki, przerzuca kartki historii, pozostawia tylko bohaterów w czasie i miejscu. Pod tym względem zdecydowanie pozbycie się koloru sprawia, że wszystko jest wyraźniejsze. Z drugiej strony mam wrażenie, że autor wciąż gra z tym przekonaniem, że historie z przeszłości rozgrywają się w czerni i bieli. Już w przypadku jego poprzedniego filmu miałam poczucie, że to wybór trochę związany z tym jak przeszłość nie ma kolorów, bo mamy wciąż za mało kolorowych zdjęć by pamiętać ją kolorowo.

 

„Zimna wojna” jest moim zdaniem filmem słabszym od Idy. Być może dlatego, że choć podobnie jak Ida ucieka od dialogu i lubi długie ujęcia i powolną narrację, to konflikt jest tu bez porównania mniej interesujący. Największą siłę Idy stanowiło otwarte zakończenie, które było – biorąc pod uwagę sytuację, jedynym możliwym. Tu jednak otwartego zakończenia nie ma i wchodzimy – przynajmniej w moim odczuciu bardziej w rejon klasyki melodramatu czy nawet łzawego romansu. Jest w tym coś odrobinę za bardzo egzaltowanego. A szkoda, zakończenie mogłoby być lepsze. Wrócić do początku i zabrzmieć – nawet jeśli nie czysto to jakoś prawdziwe. Jak trudna do słuchania, niekiedy wykonywana nie idealnie do melodii piosenka, która w końcu wraca do domu.

Ps: Nagrody w konkursie na biografię Terry’ego Gilliama dostają : Pyrovatis i Drleseratte, proszę zgłoście się z adresami do mnie na maila (zwierzpopkulturalny@gmail.com), żebym mogła wam wysłać nagrody.

 

Ps2: Jest to chyba pierwszy ambitny film Polski z wątkiem romantycznym po 89 który nie ma osobnego ujęcia kobiecego biustu. Za co serdecznie dziękuję.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...