Home FilmZ pomysłów nie wychodzi żaden czyli filmowa „Lalka”

Z pomysłów nie wychodzi żaden czyli filmowa „Lalka”

autor Zwierz

W filmowej „Lalce” żadne przekleństwo nie opuści ust bohaterów, sklep przy Krakowskim Przedmieściu zmieni właściciela a nie wybuchnie, a Izabela nie napisze ani jednego słowa, które nie byłoby towarzyskim liścikiem. Poloniści i maturzyści mogą spać spokojnie, nikt po tym seansie nie powinien zaliczyć błędu kardynalnego na maturze. Nareszcie! Chciałoby się krzyknąć. Ale zamiast okrzyku „Prusie toś ty!” wydobywa się głębokie westchnienie. Bo właśnie taka jest ta filmowa „Lalka” – filmem westchnieniem.

Zacznijmy w miejscu nieoczywistym, bo od struktury filmu. Jak wiadomo, początkowo planowano dwa seriale, ale ostatecznie – dostaliśmy film i serial. Nie jestem w stanie powiedzieć na jakim etapie prac były scenariusze, gdy podejmowano tą decyzję, ale filmowa konstrukcja budzi podejrzenia, że były ona napisane pod serial. Otóż, co pewien czas w filmie można dostrzec jakieś pozostałości serialowych odcinków. Ot np. pod koniec ekspozycji, gdy Wokulski zdaje sobie sprawę, że nie odnajdzie się w towarzystwie Łęckich widzimy, jak opuszcza przedwcześnie przyjęcie. Ujęcie pokazuje nam jak wsiada do karety i pokazuje nam Łęcką, która także zniechęcona towarzystwem podgląda go z ciemności. Tu cięcie i zaczynamy w zupełnie innym momencie narracji.

 

 

Podobnie, gdy Wokulski decyduje się wyjechać do Paryża. I tu nie chodzi jedynie o przeskoki czasowe czy przestrzenne. W momentach poprzedzających te cięcia (pojawia się wtedy na chwilę czarny ekran) widzimy przyśpieszenie narracji, charakterystyczne dla końca odcinka serialowego, po czym film powoli wprowadza nas w inny wątek. Ta struktura jest tak powtarzalna i przejrzysta, że po seansie byłabym w stanie bez większych problemów podzielić ten film na serial. Więcej – na serial, którego każdy odcinek ma narracyjną i emocjonalną puentę.

Ta konstrukcja narracji sprawia, że filmowa „Lalka” jest filmem rwanym. Co chwilę się rozpędza tylko po to by ktoś zaciągnął hamulec i spowolnił. Jazda nie jest więc gładka – są momenty, kiedy można się zachwycać, cieszyć, wchodzić w tą opowieść i chwile, kiedy wszystko spowalnia, rozpływa się i wychodzi duży problem tej adaptacji, która o czymś chce opowiedzieć ale niekoniecznie jest pewna – o czym dokładnie. To przedziwny seans, gdzie momenty, w których czujemy, że wszystkie elementy są na swoim miejscu przeplatają się z jakimiś fragmentami w totalnym zagubieniu i męczącą wręcz teatralnością. Nie pomaga fakt, że mówimy o produkcji trwającej dwie godziny czterdzieści dwie minuty – tak długie filmy muszą bardzo mocno trzymać widza w swoim świecie by nie poczuł ani przez chwilę znużenia.

 

Skupmy się na tym co wychodzi doskonale, bo są w tej produkcji momenty błyskotliwie i przyjemne. Doskonałe są niewielkie komediowe fragmenty – coś czego wielu twórców się boi w kinie poważniejszym czy historycznym, a tu wypada naturalnie i przede wszystkim, odciąża nieco narrację. Kawalski mam doskonałe wyczucie komediowe i tam, gdzie nasza „Lalka” uderza w lżejsze tony narracja nagle ożywa i kusi widza interpretacją, która niekoniecznie musi się traktować śmiertelnie poważnie. Niestety im dalej w narracji tym tych momentów oddechu zdecydowanie mniej. Ale początek (albo w mojej głowie „pierwsze odcinki”) bardzo na tej lekkości zyskują. Zwłaszcza, że z bohaterów „Lalki” można bez trudu lekko się śmiać.  Bardzo cenię tą komediowość, bo wiele polskich filmowców, nie umie dostrzec, że lekko komediowe sceny zawsze działają na korzyść tych dramatycznych.

 

 

Nie będę chyba oryginalna, jeśli dołączę się do głosu tych, którzy chwalą obsadowy drugi plan. Film wygrywa, kradnie i nie oddaje nikomu –  Agata Kulesza jako Pani Meliton – dowcipna, złośliwa, pewna siebie, ale przede wszystkim – pozbawiona jakichkolwiek złudzeń co do mechanizmów społecznych. Można dojść do wniosku, że Warszawa XIX wieku to świat pani Meliton a bohaterowie są w nim tylko gośćmi. Genialna rola. Świetny jest Andrzej Seweryn jako Łęcki, typ żałosny i bucowaty jednocześnie, zapatrzony w siebie, traktujący córkę jako kolejne aktywo do upłynnienia. Byłam pod wrażeniem Mai Komorowskiej jako prezesowa  Zasławskiej. Wiem, że aktorzy mogą grać długo, ale zbliżać się do dziewięćdziesiątki i stworzyć rolę tak emocjonalną i kluczową dla bohaterów – nie mogło być łatwo. Błyszczą na drugim tle Maria Dębska jako Wąsowska (czy zbiorowo ustaliliśmy, że odziedziczy wszystkie role po Jędrusik?), Andrzej Chyra jako Geist (no pasuje do szalonych naukowców) czy w końcu duet Szyc – Ostaszewska jako Krzeszowscy, którzy mają tą świetną chemię toksycznego związku. Jest też Marek Kondrat, który moim zdaniem nie został w pełni wykorzystany w filmie, ale nie widać by wziął sobie przerwę od aktorstwa. Pod względem aktorstwa ogląda się ten film często jak klasyki polskiej kinematografii, gdzie można było usiąść spokojnie i skupić się na świetnym aktorstwie.

 

Nie da się też ukryć, że po tym filmie jak to mówią „widać pieniądz”. Co prawda można odrobineczkę kręcić nosem na to, że Krakowskie Przedmieście to jednak jest nasze Krakowskie po modernizacji (oki może nie wszyscy mają obsesję na punkcie śledzenia krawężników w filmach, ale niektórzy z nas mają takie słabości) tylko przykryte trochę błotkiem, ale nie będziemy kręcić nosem. Bo poza tym film ma zachwycające kostiumy (Katarzyna Lewińska i Tomasz Ossoliński moim zdaniem wykonali robotę na poziomie światowym), przepiękne zdjęcia, doskonałą muzykę i świetne lokacje. Jest to najpewniej najpiękniejsza „Lalka” jaką dotychczas nakręcono, taka która ma swoją własną estetykę, nie czerpie ze współczesnych trendów w kinie kostiumowym, ale raczej idzie wizualnie we własną stronę. I moim zdaniem wychodzi to na dobre, bo nie budzi skojarzeń z innymi produkcjami, nie jest „polskimi Bridgertonami” co mogło się przydarzyć. Mam też wrażenie, że ta estetyka ma szansę przetrwać dużo dłużej bez starzenia się.

 

 

Skoro tyle mi się podobało, to dlaczego nazywa tą adaptacje – westchnieniem? Cóż wszystko co w filmie dobre jest na marginesach. Natomiast w centrum mamy poważne problemy. I tym problemem jest Wokulski i Izabela. Od razu chcę powiedzieć – niezwykle cenię aktorstwo zarówno Marcina Dorocińskiego jak i Kamili Urzędowskiej. Nie uważam, by była to para źle dobrana. Nie uważam, że to są źli aktorzy. Ale coś tu nie zagrało w pomyśle na te postaci. Nie wiem co chcieli mi powiedzieć o Wokulskim twórcy filmu. Miałam wrażenie, że gdzieś ciążyła im wizja, że może – jeśli tylko przesunie się trochę konteksty, to zrobi się z Wokulskiego romantycznego kochanka. Gdy w jednej ze scen mówi wprost, że nie będzie wywierał na Izabeli presji ekonomicznej, uniosłam brew ku górze. Bo kimże jest nasz Wokulski bez owej ekonomicznej presji, którą zdecydowanie wywierał.

 

Twórcy wyraźnie nie chcą byśmy myśleli o Wokulskim jako o stalkerze czy człowieku opętanym uczuciem. Stąd wypada on blado. Ani nie ma w nim okrucieństwa, ani złości, ani autodestrukcji. Jest taki… żaden. Patrząc na grę Dorocińskiego cały czas zastanawiałam się czy ktoś mu nie powiedział, że potem dogra się narrację zza kadru pokazującą myśli bohatera. Bo często miałam wrażenie, że mam po minie aktora wywnioskować dużo więcej niż ktokolwiek jest w stanie przekazać. Wiem, że Wokulski jest postacią trudną, do grania i interpretowania, ale staje się jeszcze trudniejszy, gdy twórcy bardzo się starają byśmy sobie o nim niczego złego nie pomyśleli. No nie, właśnie to jest magia Wokulskiego. Nie sposób go po prostu lubić.

 

Ale niezależnie od moich problemów z Wokulskim to prawdziwym problemem jest tu Izabela. Mam teorię, że twórcy nie wiedzieli zupełnie co zrobić z tą postacią. Podobnie jak twórcy serialowego Netflixa nie są w stanie znieść Izabeli, która nie ma żadnych ambicji. Dopisują więc arystokratce marzenia o scenie czy uniwersytecie, bo ponownie – boją się, żebyśmy mogli uznać ją za to kim była – przedstawicielką arystokracji, która nie musiała mieć żadnych dodatkowych ambicji. Izabela jest w tym filmie niemal przezroczysta. Wiemy, że czuje się uwięziona w swojej sytuacji społecznej, ale ponownie – ponieważ nie możemy sobie niczego złego o niej pomyśleć, to odpadają nawet te wątki, które pokazywały nam, że jest kobietą z krwi i kości. Chyba najbardziej poruszyła mnie scena w pociągu, którą zmieniono tak, że spokojnie można ją czytać w ogóle jako molestowanie seksualne (Izabeli przez Starskiego). Co ponownie – sprawia, że Izabela do końca pozostaje postacią zupełnie przezroczystą, delikatną, właściwie – nie istniejącą. I nie uważam by Urzędowska popełniła tu jakiś błąd – zagrała to co jej kazano.

 

 

No i tu pojawia się westchnienie – twórcy próbują kolanem docisnąć „Lalkę” do konwencji melodramatycznej, ale żeby im się zmieściła musieli pozbawić bohaterów, tych cech, które się w owej konwencji nie mieszczą. Czyniąc to z tekstem, który w żadnym stopniu melodramatem nie jest – przycięli dokładnie te elementy, które czynią postacie Prusa tak doskonałymi a samą narrację – tak porywającą. Dlatego drugi plan tak dobrze działa – jest bez porównania bardziej „Prusowski” w duchu niż nasza główna para. Ci zaś wypadają blado, bo nie dano im tej wolności bycia niedoskonałymi, którą dawał swoim bohaterom Prus. Ostatecznie dostajemy więc z jednej strony interpretację wierną tekstowi (oczywiście nie w całości – znów wypadła Stawska i proces o lalkę, nikt sobie nie umie z tym wątkiem poradzić) z drugiej – gubiącą ducha tego co czynił „Lalkę” Prusa tak pociągającą. Być może największym problemem adaptacji „Lalki” jest przywiązanie do stawiania Wokulskiego i Izabeli w samym centrum, podczas gdy najlepiej byłoby trochę jak Prus – pozwolić nam ich poznać też poprzez innych.

 

Po zakończonym seansie towarzyszyła mi myśl, że gdyby wzięto tego Wokulskiego, którego grał Schuchardt w „Lalce” serialowej i włożyć go do tego filmowego świata to pewnie – dostalibyśmy „Lalkę” idealną. Choć może wynika to z tego, że w mojej głowie, Schuchardt naprawdę jest idealnym Wokulskim i zdecydowanie bardziej pasuje mi jego gra niż ta Dorocińskiego. Nie mniej zgodzę się ze zdaniem, które znalazłam gdzieś w Internecie, że o tą filmową „Lalkę” kłótnie nie wybuchną, bo trochę nie ma o co. I teraz pytanie – kto to przyjmie jako komplement, a kto jako dowód, że pójście blisko prozy Prusa okazało się jednak w jakimś stopniu jałowe. Ja sama mam poczucie, że ten film jest jednak trochę za bardzo jak melodramatyczne westchnienie, dalekie od tego mocnego głosu pisarza.

 

I tak moi drodzy na końcu naszego maratonu z „Lalkami” przychodzi powiedzieć, że wybitna proza wciąż meandruje, wymyka się i domaga nowych interpretacji. Na razie Prus vs Polska 2026 – 2:0 dla pana z „Kuriera Codziennego”. Proszę się jednak nie przejmować – jeszcze będziemy do Pana wracać.

Powiązane wpisy