Home Film Enfants Terribles czyli biegnijcie do kina na Florida Project

Enfants Terribles czyli biegnijcie do kina na Florida Project

autor Zwierz
Enfants Terribles czyli biegnijcie do kina na Florida Project

Rzad­ko zdarza mi się obe­jrzeć film o poważnym prob­lemie społecznym, który biorąc bohaterów w bard­zo pato­log­icznej sytu­acji odnosi się do nich z miłoś­cią, ciepłem i zrozu­mie­niem. Być może dlat­ego „Flori­da Project” jest pro­dukcją, która poruszyła mnie jak mało który film.

His­to­ria roz­gry­wa się na Flo­ry­dzie – tuż obok Dis­ney­lan­du. W rozsianych po okol­i­cy kolorowych (kosz­marnie wręcz kolorowych) motelach żyją dwa rodza­je goś­ci. Pier­wsi to turyś­ci, którzy zatrzy­mu­ją się za parę dolarów w nędznym motelu tylko po to by oszczędz­ić i nie nocow­ać bliżej Dis­ney­lan­du. Turyś­ci mają się świet­nie, wyda­ją set­ki dolarów na wejś­ciów­ki do parku rozry­w­ki, a ci którzy mieszka­ją w nieco lep­szych ośrod­kach są do Dis­ney­lan­du prze­wożeni helikoptera­mi. Tuż obok turys­tów mieszka­ją jed­nak zupełnie inni loka­torzy. To ludzie, którzy tanie motele wyna­j­mu­ją jako zami­en­nik droższego czyn­szu za mieszkanie. Gnieżdżą się w niewiel­kich poko­jach, opła­ca­ją co tydzień swo­je nędzne lokum i jakoś żyją, gotu­jąc na małych kuchenkach, śpiąc na poje­dynczych łóżkach i cza­sem korzys­ta­jąc z hotelowego basenu. Część z nich jest za bied­na by wyr­wać się z tego przedzi­wnego świa­ta. A jest ich całkiem sporo o czym świad­czy cho­ci­aż­by fakt, że pod mote­la­mi parku­ją ciężarów­ki katolic­kich orga­ni­za­cji chary­taty­wnych które raz na jak­iś czas roz­da­ją niezamożnym rezy­den­tom jedze­nie.

 

 

W takim właśnie miejs­cu mieszka­ją sześ­ci­o­let­nia Moonee ze swo­ją matką Hal­ley. Nie wiemy dokład­nie jak znalazły się w tym miejs­cu, ale początkowo wyda­je się, że obie są całkiem dobrze ustaw­ione. Moonee ma wśród okolicznych dzieci­aków dwójkę najlep­szych przy­jaciół – Scooty i Jancey to dzieci w podob­nym wieku, których podob­nie jak małej Moonee nikt nie pil­nu­je. Hal­ley nie ma stałej pra­cy ale jakoś sobie radzi – sprzeda­je podra­bi­ane per­fumy na parkingach lep­szych hoteli, niekiedy uda­je się jej opch­nąć jakieś kradzione wejś­ciów­ki do Dis­ney­lan­du. Do tego ma dobre układy z matką Scooty’ego która pracu­je jako kel­nera w barze z gofra­mi i daje dzieciom i koleżance dar­mowe jedze­nie. Życie w hotelu obser­wu­je­my głównie z per­spek­ty­wy Moonee – rezo­lut­nej i bezczel­nej dziew­czyn­ki, której świat jest jed­nocześnie pato­log­iczny i zaskaku­ją­co uporząd­kowany. Wie gdzie może od turys­tów wyże­brać pieniądze na lody, które zje z przy­jaciół­mi, wie gdzie jest naj­fa­jniejsze zwalone drze­wo i opuszc­zone domy wypoczynkowe w których moż­na się baw­ić. Dziew­czyn­ka nie wyda­je się nieszczęśli­wa. Jest w wieku w którym możli­wość zabawy z przy­jaciół­mi czy spędze­nie cza­su z matką całkowicie ją satys­fakcjonu­je. Jed­nocześnie widać, że środowisko w którym się wychowu­je już ją uksz­tał­towało – zarówno w kwestii języ­ka (dziew­czyn­ka cud­own­ie naśladu­je niepozbaw­iony wul­gar­yzmów język dorosłych) jak i swois­tej bezczel­noś­ci, która każe pod­ważać auto­ry­te­ty. Moonee jest jed­nocześnie dzieck­iem zanied­banym – pod wzglę­dem jakoś­ci opie­ki al. Też zad­banym – dosta­je bowiem wszys­tkiego czego potrze­bu­je emocjon­al­nie i nie do koń­ca zda­je sobie sprawę z tego w jakiej  sytu­acji się zna­j­du­je.

 

 

Jed­nocześnie film, który obe­j­mu­je kil­ka tygod­ni z życia Hal­ley i Moonee pokazu­je jak krucha się względ­na równowa­ga w której żyją. Mała dziew­czyn­ka wita się i żeg­na z nowy­mi przy­jaciół­mi, pod­czas kiedy goś­cie motelu albo decy­du­ją się poszukać szczęś­cia w innej częś­ci stanów, albo właśnie rozpoczy­na­ją swo­je życie na mar­gin­e­sie społeczeńst­wa. Zaw­iązu­ją się i roz­pada­ją przy­jaźnie, pewne pomysły na zaro­bi­e­nie parę groszy się uda­ją inne okazu­ją się klapą. Oglą­da­jąc życie Moonee nie mamy wraże­nia byśmy oglą­dali his­torię z natu­ry trag­iczną (w pewien sposób odpowiada­ją za to jaskrawe kolory świa­ta dziew­czyn­ki) ale mamy poczu­cie, że ten pozorny ład  jest tylko chwilowy i gdzieś tam za rogiem cza­ją się kon­sek­wenc­je takiego życia na krawędzi. Film doskonale pokazu­je tą specy­ficzną sytu­ację ludzi, którzy są zbyt ubodzy i zbyt zmar­gin­al­i­zowani by po pros­tu zacząć życie od nowa i wyr­wać się z biedy i braku pra­cy. Zresztą sama Hal­ley jest oso­ba która chy­ba nie umi­ała­by się odnaleźć w nor­mal­nej pra­cy – niegrzecz­na, pyska­ta, niezbyt odpowiedzial­na, dale­ka od wiz­ji szla­chet­nych bied­nych – szuka­ją­ca łatwych sposób na przekręt czy zarobek. Co nie czyni jej postacią złą – zwłaszcza że jak­by w tym wszys­tkim nie ma wąt­pli­woś­ci, że jest to też w sum­ie dziew­czy­na zagu­biona, pozbaw­iona rodzin­nego czy społecznego wspar­cia, nie radzą­ca sobie z agresją, i pewnie – sama wywodzą­ca się z nieciekawego środowiska.

 

 

Jak pisałam – filmy opowiada­jące takie his­to­rie mają skłon­ność albo do nad­miernego uszla­chet­ni­a­nia ludzi żyją­cych w trud­nych warunk­ach, albo do opowiada­nia wszys­tkiego w ciem­nych i paskud­nych kolorach i nasy­ca­nia tego świa­ta prze­mocą. Tu patrząc na świat z per­spek­ty­wy sześ­ci­o­lat­ki – która jed­nak nie jest ani głod­na, ani pozostaw­iona zupełnie sama sobie (w najważniejszych chwilach zna­jdą się jed­nak jacyś dorośli do których moż­na pobiec, lub którzy obronią nawet przed nieuświadomionym niebez­pieczeńst­wem) widz­imy przede wszys­tkim ludzi. Doskonale napisaną postacią jest Bob­by – zarząd­ca motelu w którym miesz­ka Moonee z matką. Bob­by to postać napisana jak­by na przekór schematom wyz­nac­zonym jeszcze przez Dick­en­sa. Niby to on reg­u­larnie odbiera i przy­pom­i­na o czyn­szu ale jed­nocześnie – daleko mu od bez­dusznego wyzyski­wacza, którego pojaw­ie­nie się na progu wyna­j­mowanego poko­ju zwias­tu­je nieszczęś­cie. Bob­by ma do swoich stałych loka­torów mnóst­wo cier­pli­woś­ci – a jed­nocześnie nie tylko wybacza im przewinienia ale co ważniejsze i ciekawsze – widać że prag­nie ich chronić. Doskon­ała jest sce­na w której Bob­by zaczy­na pode­jrze­wać, że mężczyz­na który pod­chodzi do baw­ią­cych się samopas dzieci może mieć wobec nich złe zami­ary. Albo ta w której – aby chronić Hal­ley przed jej włas­nym trybem życia narzu­ca na nią dodatkowe obostrzenia. Bob­by to człowiek, który musi wiedzieć, że nie jest w stanie zmienić ludzi wyna­j­mu­ją­cych u niego poko­je. Ale jed­nocześnie jest w nim taka, trochę bez­nadziej­na, potrze­ba otoczenia ich opieką.

 

 

Oglą­da­jąc Flori­da Project – film który dość jas­no mówi o tym, że mit amery­ki jako kra­ju wiel­kich możli­woś­ci, nie doty­czy wszys­t­kich jest mieszkańców, Zwierz zała­pał się na tym, że po raz pier­wszy od daw­na spotkał się ze społecznoś­cią o której nie miał poję­cia. Ludzi, którzy są zbyt ubodzy na to by wyr­wać się z abso­lut­nej tym­cza­sowoś­ci zamieszka­nia a jed­nocześnie – częs­to płacą w ten sposób więcej niż gdy­by wyna­jęli jak­iś pokój w mieś­cie. Tylko, nigdy nie mają wystar­cza­ją­co dużo pieniędzy na raz. Jed­nocześnie – to wcale nie bard­zo nachalne zestaw­ie­nie biedy z pob­liskim Dis­ney­lan­dem przy­pom­i­na o kole­jnym trapią­cym zachod­nie społeczeńst­wie prob­le­my rozwarst­wia­nia się społeczeństw pod wzglę­dem finan­sowym. Bogat­si sta­ją się jeszcze bogat­si a ci którzy nie mają nic napo­tyka­ją coraz więk­sze trud­noś­ci by wyr­wać się z biedy. Co ciekawe – film, nakrę­cony za bard­zo małe pieniądze real­i­zowano w dzi­ała­ją­cym motelu (nie zamknię­to go na czas zdjęć) zaś w tle widz­imy zjawiska które naprawdę mają miejsce jak np. fakt że z tych obskurnych moteli część osób leci do Dis­ney­lan­du helikoptera­mi. Te odlatu­jące w tle helikoptery są na tle tej oglą­danej przez nas biedy zupełnie sur­re­al­isty­czne.

 

Reżyser Sean Bak­er obsadz­ił film właś­ci­wie niez­nany­mi aktora­mi, dając rolę Bobby’ego Wille­mowi Dafoe – pozwala­jąc temu znakomite­mu aktorowi, pier­wszy raz od daw­na – pokazać spek­trum tal­en­tu. Nic dzi­wnego, że posy­pały się nom­i­nac­je do najważniejszych nagród – jest coś w postaci Bobby’ego co spraw­ia, że prag­nęlibyśmy by na świecie było więcej takich osób. A jed­nocześnie to postać która zde­cy­dowanie nie jest czułostkowa czy nawet pokazy­wana jako świę­ta. To po pros­tu dobry człowiek. Jed­nocześnie film należy głown­ie do aktorów dziecię­cych. Widać, że reżyser poz­wolił dzieci­akom na sporo improw­iz­a­cji bo w ich roz­mowach sły­chać tą taką dziecięcą skłon­ność do przeskaki­wa­nia z tem­atu na tem­at, pow­tarza­nia pewnych zdań czy miesza­nia tego co bard­zo wysok­ie z zupełnie idio­ty­cznym. Zresztą nie trud­no dostrzec momen­ty w których poz­wolono dzieciom improw­iz­ować. Fakt, że mamy do czynienia z debi­u­tu­ją­cy­mi aktora­mi i reży­serem, który znany jest z tego, że krę­ci w bard­zo niein­wazyjny sposób (zarówno w jego poprzed­nim filmie Mandaryn­ki jak i we Flori­da Project zna­jdziemy sce­ny krę­cone… Iphonem) spraw­ia, że mamy poczu­cie, iż uda­je nam się dotknąć tego świa­ta zupełnie inaczej niż ma to miejsce, kiedy mamy do czynienia z pro­fesjon­al­ną ekipą, która budu­je swój włas­ny świat, zami­ast przyjść w gościnę do miejsc już ist­nieją­cych.

 

 

Flori­da Project bierze swój tytuł od nazwy pod jaką rozpoczęły się prace nad Dis­ney­lan­dem. Tytuł jest iron­iczny ale też prawdzi­wy – bohaterowie, choć nigdy sami nie mieli­by pieniędzy by przekroczyć granice parku rozry­w­ki żyją w nim w przedzi­wnej sym­biozie, korzys­ta­jąc z jego pop­u­larnoś­ci, lecz nigdy nie mając okazji sami jej dotknąć. Jed­nocześnie – mamy tu też rozd­wo­je­nie – dzieci które przy­jeżdża­ją na Flo­ry­dę baw­ić się pod opieką rodz­iców, oraz te z Flo­ry­dy które baw­ią się pomiędzy opuszc­zony­mi hoste­la­mi i plu­ją na samo­chody przy­jezd­nych. Reżyser trzy­ma te światy odd­ziel­nie by w końcu połączyć je w jed­nym długim porusza­ją­cym uję­ciu – które pokazu­je, jak daleko i niedaleko są te światy. Przy czym Flori­da Project jest filmem, który nie jest w swoim przesła­niu jed­noz­naczny, zostaw­ia widza z pewny­mi dylemata­mi, których rozwiąza­nia nie zna­jdzie. Nawet jeśli jak Bob­by chci­ał­by dla wszys­t­kich najlepiej, prob­lem w tym, że rozwiąza­nia prob­lemów nie kryją się tylko w dzi­ała­ni­ach jed­nos­tek – bardziej w tym jak dzi­ała sys­tem.

 

Trud­no się dzi­wić zach­wytom jakie kry­ty­ka wnosił ostat­nio nad Flori­da Project. To jeden z tych filmów które wnoszą powiew świeżoś­ci. Są aut­en­ty­czne, więc są inne. A jed­nocześnie – nie staw­ia­ją bari­ery między widzem a opowieś­cią. To nie jest kino artysty­czne, wzniosłe, szuka­jące brzy­do­ty, brudu, tego na co nie chce­my patrzeć. To kino, które wybier­a­jąc dziecko jako swo­jego bohat­era przyj­mu­je też do pewnego stop­nia jego per­spek­ty­wę. Jeśli mat­ka zamy­ka córkę w łazience, to widz­imy zabawę cór­ki, która się dobrze bawi – niekoniecznie to dlaczego drzwi są zamknięte a radio puszc­zone na najwyższy stopień głośnoś­ci. Jeśli pojaw­ia się zagroże­nie ped­ofil­ią to dzieci niekoniecznie umieją odczy­tać sytu­ację. Świat jest przez to zupełnie inny – jed­nocześnie – nigdzie nie będąc infantyl­ny. Koniecznie idź­cie na Flori­da Project, to taki szcz­ery film z którego się wychodzi z głową pełną pastelowego smutku.

 

PS: Zwierz nie dawno był w radio TOK FM. Tu macie link do audy­cji 

8 komentarzy
0

Powiązane wpisy