Słodki smak melodramatu czyli Poldark w stanie czystym

02/05/2015

25 złośliwych uwag czyli wino, Hobbit i majówka

02/05/2015

A czy twój Kubrick nie żyje? czyli o przywileju wiedzy

02/05/2015

Zwierz odkrył, że ostatnio Internet się oburza. Źle. Internet zawsze się oburza (ulubiona rozrywka ludzi w nim przebywających). Ale tym razem oburza się kulturalnie – oto bowiem zupełnie niezależnie dziennikarka telewizyjna i pewna celebrytka wykazały się niewiedzą. Kulturalną. Więc oczywiście powód do oburzenia jest. A może nie?

trinity-college-old-library

Zwierz wybrał na ilustracje dzisiejszego wpisu zdjęcia bibliotek. W nagłówku biblioteka z Baltimore a tu z Trinity College w Dublinie. Biblioteka to doskonałe miejsce by zdac sobie sprawę że nic sie nie wie. 

Zacznijmy od wprowadzenia w sprawę osób, które jednak mają jakieś życie i nie śledzą afer z udziałem ludzi znanych tylko tym którzy śledzą afery. Dziennikarka telewizyjna Anna Wendzikowska zgodziła się (wkręcana przez radiowych dziennikarzy) zrobić wywiad z Charlesem Bukowskim, z kolei w programie Kuby Wojewódzkiego telewizyjna celebrytka (naprawdę znana tylko z tego, że jest znana) Natalia Siwiec wyraziła chęć współpracy z Kubrickiem. Jak sami rozumiecie obie sprawy są dość kłopotliwe bo zarówno Bukowski jak i Kubrick nie żyją. Jeden dłużej, drugi krócej ale jak wieść gminna niesie – nawet jak człowiek jest od godziny martwy to współpraca jest trudna.

abbey-library-of-saint-gall-2

Biblioteka w St. Gallen w Szwajcarii

Internet zapałał gniewem. Jakże to tak – Siwiec jeszcze można wybaczyć, że jej się ten Kubrick podniósł z grobu bo to wszak istota znana z tego, że nie reprezentuje intelektualnej strony narodu (znaczy Siwiec nie Kubrick). Ale Wendzikowska! Dziewczyna której zadaniem jest rozmawiać z gwiazdami w czasie press junket (czyli takich masowych wywiadów dla prasy w czasie których aktorzy w kółko odpowiadają na te same pytania) – ona już absolutnie musi wiedzieć że Bukowski nie żyje. Wszak w rubryce zawód ma wpisane dziennikarka. Jakże to tak, żeby nie wiedziała. Co prawda – jak można się domyślić – wielu z internetowych komentatorów właśnie w chwili czytania newsa dowiedzieli się o istnieniu Bukowskiego, ale nie zmienia to faktu, ze brak tak podstawowej wiedzy jest wprost oburzający. Łatwe to oburzenie bo nie trzeba do niego obejrzeć Odysei Kosmicznej ani nawet zajrzeć do Faktotum.   Wystarczy tylko napisać, że to wstyd i hańba i że społeczeństwo schodzi na psy i głupieje i jak to tak.

France_Paris_Bibliothèque_nationale_de_France_site_Richelieu_salle_ovale

A tu proszę francuska Biblioteka Narodowa.

Ze wszystkich tych komentarzy bije jedno. Pewne rzeczy trzeba wiedzieć. Nie ma przebacz. Zwierz ma jednak do was pytanie. Zastanawialiście się kiedyś skąd trzeba je wiedzieć? Widzicie obie informacje – których brak tak bezlitośnie wyśmiewamy – nie należą do wiedzy przekazywanej nam w tradycyjnym toku edukacji. O Bukowskim w szkole nie usłyszycie (trochę szkoda) i spokojnie możecie przejść przez studia też się nim nie zaczytując (zwierz przyzna bez bicia, że sam czytał z olbrzymią przyjemnością wiersze autora ale np. w kwestii prozy ma braki). Z kolei Kubrick powinien się obić o uszy, chyba że ktoś nie jest zainteresowany filmem. Wtedy ponownie można przejść przez całą edukację, nigdy ani jednego filmu reżysera nie obejrzawszy. Więcej – nadal można iść na imprezę i wśród swoich wykształconych znajomych oświadczyć z uśmiechem że nie widziało się Odysei Kosmicznej 2001 i nie spotkać się z ostracyzmem.  Skoro informacje nie pojawiają się w toku edukacji musimy je pozyskać inaczej. Sami, na własną rękę. Co wcale nie jest takie łatwe jak się wydaje.  Problem w tym, że rzadko poświęcamy czas na refleksje – jakim niesamowitym przywilejem jest posiadanie wiedzy związanej ze światem kultury.

Biblioteca-Joanina

A to Portugalska biblioteka Joanina w Coimbrze

Po pierwsze do tego czy będziemy coś z zakresu kultury wiedzieć czy nie wiedzieć przyczynia się dom w którym się wychowaliśmy. I nie chodzi tylko o to czy rodzice posuwali nam do lektury książki (albo sami nam czytali). Zastanówcie się – kiedy i czy – rodzice czy inni krewni zabrali was po raz pierwszy do teatry, opery, filharmonii czy w końcu do najbliższej biblioteki by wyrobić wam kartę czytelnika.  Drugie pytanie z tego zakresu – co wam pokazywano – czy filmy wybierane na wieczorny seans były po prostu kolejną propozycją która pojawiała się na pierwszym lepszym kanale czy przemyślaną decyzją? (to pytanie do tych którzy mogli wybierać między kanałami). A wyprawy do kina? Czy tylko na filmowy poranek, animację czy może były wśród nich wybory poważniejsze? Tego wpływu rodziny na to co wydaje nam się powszechne i normalne – nie tylko w kwestiach kultury – nie można lekceważyć. Zwierz jest taki jaki jest między innymi dlatego, że w od dzieciństwa musiał zgadywać jaką operę właśnie grają, mógł nie iść spać kiedy w telewizji było arcydzieło światowej kinematografii (albo adaptacja Szekspira) i pojęcie „dużo książek” rozumiał przez pryzmat mieszkania swoich dziadków gdzie nawet w kuchni jest regał z książkami.  Choć większość wiedzy filmowej zwierz zdobył na własną rękę to ten pierwszy impuls wyszedł z domu rodzinnego.

Admont Abbey Library, Austria

Biblioteka w opactwie w austruackim Admont

No dobra ale przecież nie wszyscy pochodzą z takich szalonych rodzin jak ta zwierza. Przechodzimy więc do punktu drugiego czyli kwestii zdobywania wiedzy kulturalnej na własną rękę. Tu oczywiście zakładamy że w kimś wcześniej czy później obudziła się chęć zdobycia takiej wiedzy. W bardzo wielu ludziach chęć się budzi – na całe szczęście nie jesteśmy całkowicie skazani na powielanie zainteresowań naszych rodziców i bliskich. To jednak nie jest proste – przede wszystkim trzeba na własną rękę nadrobić to co inni – uprzywilejowani dostawali na tacy. To zajmuje czas a w świecie kultury popularnej wcale nie jest proste. W ogóle nie jest proste. Jeśli w pewnym wieku nikt nam nie powie których utworów z zakresu muzyki klasycznej mamy wysłuchać, które filmy obejrzeć, komiksy przeczytać to spędzimy sporo czasu trochę po omacku szukając tego co inni po prostu wiedzą. Kolejna kwestia to pieniądze. Bycie kulturalnym człowiekiem kosztuje. Kino kosztuje, książki kosztują, nawet głupie połączenie z Internetem które daje nam dostęp do całkiem sporych zasobów wiedzy kosztuje.  Sam zwierz widzi, że choć najdrobniejsze zanurzenie stopy w przepastnym oceanie kultury jest rozrywką jedynie dla tych, którzy nie musza się martwić o rachunki i są całkiem pewni że starczy im do pierwszego. Choć oczywiście koszty można ciąć (choć np. zaopatrzenie bibliotek spada więc jak chce się być na bieżąco to mogą być problemy) to nadal – trzeba to rozpatrywać w kategorii przywileju.

Strahov Theological Hall - Original Baroque Cabinets, Prague

Biblioteka w klasztorze na Strahowie w Pradze

No i jeszcze kwestia trzecia. Naprawdę bardzo niewiele osób zdobywa wiedzę kulturalną jedynie dlatego, że stoi za nimi zainteresowanie czy fascynacja daną dziedziną kultury. Bardzo dużo wiemy bo „nie wypada nie wiedzieć”.  Problem w tym, że ta motywacja pojawia się tylko wtedy kiedy przebywamy w środowisku, w którym istotnie nie wypada czegoś nie wiedzieć. Tymczasem nie wszędzie taki zewnętrzny nacisk występuje. Zresztą można się kłócić czy w kwestii kultury naprawdę jest coś czego nie wypada nie wiedzieć. Biorąc pod uwagę bogactwo tego świata wszyscy jesteśmy koszmarnymi ignorantami (poza niewielką liczbą niesamowicie wykształconych jednostek). Chociażby dlatego, że większość z nas porusza się swobodnie jedynie w sieci odniesień własnej kultury nie mając zielonego pojęcia o tym jak wygląda ona w innym kraju a czasem nawet w innym środowisku. Innymi słowy – zwłaszcza w kwestiach kulturalnych – trudno wskazać kogoś kto naprawdę się zna. I to na wszystkim.

osaka-library1

Biblioteka w Osace mieszcząca się w odpowiednio przerobionym dla jej potrzeb domu pisarza Shiba Ryotaro (to się chyba powinno jakoś odmienić ale przez szacunek zwierz nie będzie próbował)

Wróćmy jeszcze na chwilę do naszych dwóch pań nekromantek. Zwierz nie osądza (jest na to za stary, za bardzo spracowany i za bardzo nie zainteresowany) czy powinny znać twórców czy nie. Nie znały. Może powinny znać. Cholera wie, zwierz dowiedział się o istnieniu Bukowskiego w 2004 roku czytając że ma być ekranizacja jego książki. Może i późno, może wcześnie. Nie wie zwierz kiedy dowiedział się o istnieniu Kubricka ale z pierwszego seansu Odysei Kosmicznej 2001 nic nie zrozumiał. Być może dlatego, że wtedy wciąż był to film futurystyczny.  Ale właściwie nie jest problemem to, że dwie panie tego nie wiedzą. Serio to nie jest coś co wpłynie na ludzi, którzy też jeszcze tej wiedzy nie posiadają albo nie przyszło im do głowy, że powinni ją posiąść. Tym co naprawdę na nich wpłynie to pełna pogardy reakcja Internetu. I nie będzie to wcale oznaczało, że zaraz zasiądą do dzieł wszystkich Bukowskiego czytanych na przemian z seansami Kubricka.

16041258487_f3e93c05e0

Biblioteka w Rijksmuseum

Widzicie w naszej kulturze (nie wiem czy to nasza cecha krajowa czy bardziej ogólna, choć mam wrażenie że jednak krajowa) do perfekcji dopracowaliśmy budzenie w ludziach poczucie winy, że czegoś nie wiedzą. Nawet zwierz – który reprezentuje w sumie dość ograniczony zakres wiedzy, w bardzo wybranym kawałku kultury – dostaje często maile od ludzi którzy czują się głupio, że wiedzą mniej. Wstydzimy się nie wiedzieć. Problem w tym, że to wstyd paraliżujący. Sprawiający, że nie zadajemy pytań, udajemy że wszystko widzieliśmy i czytaliśmy. Nie ma w tym poczuciu niczego motywującego. I trudno żeby cokolwiek było, skoro właściwie z każdej strony czeka możliwość kompromitacji. Czy naprawdę – z ręką na sercu – możecie zwierzowi powiedzieć, że data śmierci Bukowskiego należy do zbioru faktów które powinny być powszechnie znane? Zwierz na tyle bezpiecznie czuje się w swoim świecie,  że może powiedzieć – dajmy spokój nikt nie wie wszystkiego, a Bukowski w ogóle jest w Polsce średnio znany. Tylko, że zwierz ma komfort wynikający z faktu, że został wychowany w takim środowisku,  gdzie wolno było czegoś nie wiedzieć, a odpowiedzi były na wyciągnięcie ręki. Ale gdyby nie miał takiego komfortu? Wtedy cała ta sprawa pewnie byłaby paraliżująca. Bo jak – samemu – ogarnąć cały kulturalny wszechświat bez przewodnika, jedynie z mnóstwem szyderców gotowych wytknąć każde potknięcie.

2216057516_9147ba32d4

Budynek biblioteki w Yale nie ma okien tylko przepuszczający światło marmur. Dzięki temu można ochronić książki przed szkodliwym działaniem światła. (wybór bibliotek znacznie ułatwiło zwierzowi korzystanie z tej strony)

Zwierz zapewnia was, że to nie jest wpis przemawiający za ignorancją. Naprawdę zwierz podejrzewa, że jak mało kto otarł się o kult wiedzy niepotrzebnej i zbędnej. Ale może właśnie dlatego, jest świadom jak bardzo można pewnych „oczywistych” rzeczy nie wiedzieć. Jak bardzo trudno jest zadawać pytania kiedy wszyscy zachowują się tak jakby wszyscy posiadali ten sam poziom wiedzy. Jak cholernie trudno zrozumieć, że wiedza jest przywilejem, jej brak problemem a dążenie do niej – jednym z największych wysiłków jakie można podjąć. Dlatego też braku wiedzy nie powinno się wyśmiewać. Brak wiedzy jest do nadrobienia. Tym co powinno zawsze stanowić przedmiot niechęci jest BRAK CHĘCI zdobywania wiedzy. Innymi słowy – nie ważne czy ktoś wie kiedy umarł Bukowski i Kubrick. Być może nigdy nie przyszło mu to do głowy. Co więcej – być może nigdy nie znalazł się w sytuacji by zapytać czy wpisać do Internetu (wiecie żeby coś wpisać do Internetu trzeba wiedzieć o tego istnieniu ). To wszystko jest zdaniem zwierza uzasadnione. Tym co naprawdę powinno nas obchodzić i tym o co naprawdę powinniśmy zadbać to by jeśli pytanie padnie mieć przygotowaną odpowiedź. I udzielić jej tak by padło pytanie następne. To jest szacunek do wiedzy. Wytykanie kogoś palcami że nie wie, jest czymś wręcz przeciwnym.

Ps: Zwierz naprawdę nie chce czytać jak to kiedyś wszyscy znali datę śmierci Bukowskiego. Umarł w 1994 więc naprawdę wcześniej cale pokolenie nie mogło uznawać tej wiedzy za powszechną

Ps2: Ojciec zwierza pytany niekiedy skąd zna jakiś wielce niszowy fakt zwykł odpowiadać „nie mam przypisów” to doskonałe podsumowanie tego, że część rzeczy wiemy nie wiedząc skąd. Ale jeśli się nad tym zastanowmy to zwykle – ta nasza powszechna i oczywista dla nas wiedza, wcale taka nie jest. Nikeiedy dobrze (zwierz chyba by nie zmieścił w głowie tyle wiedzy ile posiada jego ojcec).

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • jips

    Zwierzu, mądrze piszesz (nic nowego), ale jedna rzecz – widziałam program Wojewódzkiego z Siwiec, gdzie powiedziała, że chciałaby zagrać u Kubricka i z jej wypowiedzi wcale nie wynikało, żeby nie wiedziała, że on nie żyje. To była wypowiedz w stylu: „Jeszcze chciałabym zagrać u Kubricka, ale to już wiadomo, że się nie uda.” (parafrazując). Media to przekręciły.

    • Sherlock Sherlockista

      Siwiec jest ładną kobietą, która w dodatku zarabia na urodzie. Tego system nie trawi. Dopóki kobieta nie spełnia wymogów – można po niej jeździć, że brzydka. Jak stara się spełnić nieudolnie i wydaje kasę oraz znosi sporo bólu, żeby poddać się operacjom plastycznym – można jeździć traktorem, taka głupia, taka płytka, taka wciąż brzydka co gorsza. Ale jak spełni perfekcyjnie i coś z tego ma – no to ewidentnie kretynka i trzeba jej dopiero pokazać, gdzie jej miejsce.

      • jips

        Dokładnie. Nic dodać nic ująć.

  • Gypsy_Danger

    Jestem w stanie się z pewnymi rzeczami zgodzić – każda wpadka Wendzikowskiej jest pretekstem do festiwalu poprawiania sobie samopoczucia (i samooceny) jej kosztem i rozmiar tego zjawiska przekracza granice przyzwoitości. Niejasny jest też kontekst drugiej „wpadki”. Wendzikowska skomentowała sprawę, mówiła, że rozmawiała przez telefon jadąc w aucie, rozmowa miała mieć ton pół żartem, pół serio. Media i internet mogły więc rozdmuchać coś, co pierwotnie było czymś zupełnie innym i nie miało zbyt wielkiego znaczenia. A rozdmuchało się tym szybciej, bo wszyscy wciąż pamiętają sprawę z Grotowskim.

    Jest jednak pewien aspekt tej sprawy, który potrafię zrozumieć jako osoba interesująca się kulturą i filmem (także z wykształcenia) oraz uważnie czytająca wszelakiej maści publicystów, dziennikarzy, blogerów itd. Przez krytykę niewiedzy Wendzikowskiej przebija się rozczarowanie dewaluacją etosu dziennikarskiego, nawet jeśli jest to dziennikarka telewizyjna, zajmująca się press junkets (co, na marginesie, robi bardzo dobrze – Wendzikowska potrafi zadawać pytania tak umiejętnie, żeby w tym okrutnym, kilkuminutowym formacie wydobyć z rozmówcy nie tylko wypowiedź na temat promowanego filmu, co pewnie wszyscy mają przykazane kontraktem, ale i by dorzucił jakieś osobiste refleksje od siebie). Ale wróć, odpływam od tematu. Uważam, że wiedza jest przywilejem w coraz mniejszym stopniu i coraz więcej wytworów kultury jest dostępne za naprawdę niewielką cenę lub za darmo. Żyjemy w czasach, gdy w kieszeniach nosimy urządzenia, które dają nam dostęp do niewyobrażalnie potężnych zasobów, a większości z nas służą nam one do przeglądania zdjęć kotków. Wendzikowskiej to trochę mniej dotyczy. Rozbija się ona o wyobrażenie o dziennikarzu, który z racji swojej profesji, powinien mieć szerszą wiedzę niż tj. przeciętny człowiek (nie żeby była to figura krzywdząca, ale tutaj jest mi ona potrzebna do porównania), zwłaszcza, że zajmuje się kulturą, a teatr i literatura to dziedziny przyległe do kina. Dlatego argument, że „ona powinna wiedzieć więcej” uważam jednak za uzasadniony.

    • Zwierz

      Wyobrażenie o dziennikarzu. Tymczasem Wendzikowska jest dziennikarką bo to po prostu bardzo szerokie pojęcie. jej zadaniem naprawdę jest zadanie pięciu przygotowanych wcześniej pytań aktorm. Tyle – nie wszyscy dziennikarze zajmują się tym samym – są dziennikarze śledczy, felietoniści, ludzie piszący o kulturze w sposób krytyczny, ale dziennikarzem nazywamy też pana czytającego wiadomości, człowieka który pisze o kredensie do Faktu. To, że pojęcie jest szerokie nie jest wona wykonujących zawód. Poza tym – gdyby ludzie zaczęli czytać stare gazety to by zrozumieli, że ich wizja super rzetelnego dziennikarza erudyty rzadko w historii była zbieżna z rzeczywistością.

      Co się tyczy przywileju wiedzy – co staram się podkreślić – on wcale nie zależy tylko od pieniędzy. Duzo bardziej zależy od przekazywanego kapiału kulturowego. A ten niestety – jest naprawdę trudny do nadrobienia. Wiedza z zakresu kultury jest jednym z największych przywilejów jaki mamy – bo znaczy, że zapewniliśmy sobie już na tyle dużo dobrobytu że możemy nie tylko pieniądze ale i czas poświęcić na kulturę.

  • piaxie

    Mi się zrobiło po prostu smutno, że osoba taka, jak Pani Wendzikowska, która jest dziennikarką i podobno interesuje się kulturą i sztuką, nie wie kim jest Grotowski i Bukowski. W takim razie, wypadałoby zapytać, czego uczą na tych studiach. Zaznaczyć trzeba, że nie są to niszowi twórcy, a bardzo znani. Koniec, kropka.
    Co do Pani Siwiec, nie wypowiem się, bo nie jest żadnym autorytetem, i żadna jej wypowiedź mnie już nie zaskakuje. Programu nie oglądałam, więc nie wiem, co dokładnie powiedziała, ale jeśli było tak, jak przestawiają to media, to tylko ten biedny Stanley Kubrick, którego swoją drogą kocham miłością wielką, się w grobie przewraca.

    • Zwierz

      Piszę w komentarzu poniżej – uznawanie Wendzikowskiej za dziennikarkę pełną gębą jest swego rodzaju ignorowaniem tego jaka jest naprawdę jej funkcja. Bliżej jej do prezenterki niż do dziennikarza który pisze i tworzy własne treści.

      • piaxie

        Tak, do dziennikarki jej zdecydowanie daleko, ale powszechnie tak się ją nazywa, bo skończyła dziennikarstwo i przeprowadza wywiady z gwiazdami dużego formatu. Wydaje mi się to strasznie naciągane i śmieszne, takie trochę na wyrost, ale okej – niech będzie. Osobiście, bym ją raczej nazwała kolejną celebrytką, ale jak kto woli. W takim razie, możemy o niej powiedzieć, jako o osobie, która powinna znać się na sztuce i być „na czasie” w tej dziedzinie. Tymczasem pokazała, że jest straszną ignorantką.

        • Zwierz

          Po prostu pojęcie dziennikarstwa jest bardzo bardzo szerokie. Większość z nas kiedy myśli dziennikarz ma na myśli dziennikarza prasowego, na dodatek społecznego albo reportażystę. tymczasem w tym określeniu mieści się całe mnóstwo w sumie dość różnych zawodów prowadzących razem do dostarczania materiałów mediom

    • zla.m

      Ale – jak rozumiem – Wendzikowska wiedziała, kim jest Bukowski, nie miała tylko wiedzy, że człowiek nie żyje (z Grotowskim to inna bajka, faktycznie trudniejsza do usprawiedliwienia). Też mam wykształcenie „w kierunku kultury”, Bukowskiego coś tam czytałam, nie chwyciło… Jakbyś mi powiedziała, że on wciąż żyje, tylko przestał pisać, to bym uwierzyła, dlaczego nie.

      Powiem więcej – można lubić czyjąś twórczość, ale nie wiedzieć, czy ta osoba żyje – w końcu nie każdy ma potrzebę „poznawania” autorów, niektórym wystarcza dorobek. Pewnie jest wiele osób, które, mimo że znają i lubią „Sto lat w samotności”, nie mają pojęcia, że Marquez zmarł zaledwie rok temu itp. No nie da się mieć w głowie biogramów wszystkich ważnych ludzi.

      • piaxie

        Moim zdaniem, Bukowski jest na tyle popularny, ba, teraz wręcz modny, że większości osobom coś tam się o uszy obiło. W dobie internetu i swobodnym dostępie do informacji, nie jest żadnym problemem wygooglować sobie jego nazwisko i się czegoś dowiedzieć. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby ktoś nie wiedział, kiedy zmarł autor Jan Kowalski czy John Smith, ale gdy twórca jest znany, bardzo ceniony, o którym się trąbi na lewo i prawo, to jednak się słyszy, że gość zmarł, i to nie wczoraj, rok, czy dwa, a ponad 20 lat temu. Co do autorów, którzy zmarli niedawno – mylę się mówiąc, że każda osoba, która chce mieć jakiekolwiek pojęcie o świecie, obejrzy Fakty, Wiadomości czy jakieś inne informacyjne kanały, a jak nie, to otworzy ten Onet, Interię, itd., a nawet mniej ambitnego Pudelka? Tam zawsze podają wiadomość o śmierci jakiejś znanej osoby. Poza tym, tak na chłopski rozum, skoro wiadomo, że człowiek tworzył lata temu, to raczej marne szanse, żeby był jeszcze z nami na tym świecie. Nie trzeba lubić czyjejś twórczości, aby się orientować. Też nie lubię wielu autorów, zwłaszcza poetów – poezja do mnie nie przemawia, ale podstawową wiedzę mam, bo się zainteresowałam. I tu właściwie tylko o to chodzi, o zainteresowanie. Tak samo z historią, ale to odrębny temat. A jeśli ktoś jeszcze siedzi w temacie, to tym bardziej nie rozumiem takiej ignorancji. Dlatego, choćby z ciekawości, żeby zobaczyć co to za facet, co tworzy, kim jest – warto wejść na tą wikipedię i poczytać nawet te 2 pierwsze zdania. Skłamałabym mówiąc, że znam wszystkich autorów, biografie, miejsce urodzenia, ewentualnej śmierci, wzrost, numer buta, etc. – bo nie. Ale na jakiegośboga – toż to znany człowiek był! ;))

        • Scarlet Dragon

          Jak to mówią w moich stronach – nie ma bata we wsi, żebyś kojarzyła śmierć każdej znanej osoby. To jest zwyczajnie niemożliwe. Wyżej wspominałam, że nie dalej jak wczoraj musiałam poszukać informacji o tym czy Marlon Brando żyje czy zmarł, bo zwyczajnie nie byłam w stanie sobie tego przypomnieć. Tu nie chodzi o brak zainteresowana, ale o możliwości. Poza tym to, że dla jednych ktoś jest osobą znaną, nie oznacza zaraz że inni kojarzą go choćby szczątkowo. Na przykład śmierć Terrego Pratchetta przeszła kompletnie niezauważona dla osób, których nie interesuje fantastyka. Jasne, zobaczyły nazwisko, którego nie kojarzyły, artykuły i następnego dnia zapomniały. Na kiszkę im magazynować tą informację?

  • Scarlet Dragon

    Jest różnica pomiędzy ignorancją i tym, że się czegoś nie wie. Nie można wiedzieć wszystkiego, no nie da się, nawet w temacie w którym ktoś może się uważać za eksperta. Sama wczoraj sprawdzałam czy Marlon Brando jeszcze żyje a to przecież nie był jakiś niszowy aktor, tylko legenda kina. Ignorancja natomiast to IMO świadome wypowiadanie się na temat o którym się nic nie wie i brak zamiaru zdobycia tej wiedzy, opieranie się na plotkach czy anecdata.

    • Zwierz

      Akurat doskonale pamiętam dzień kiedy umarł Marlon Brando. Byłam wtedy na łódkach i jeden z naszych instruktorów był aktorem. Wieczorem przy ognisku opowiadał nam dlaczego Brando był takim wielkim i ważnym aktorem. Jako żywo nigdy tego nie zapomnę choć daty rocznej pewnie bym nie podała bez chwili refleksji.

  • Mnie też wychowywano w poczuciu, że niewiedza to nic złego (oraz, że encyklopedia to cudowna książka, zawierająca wiele odpowiedzi), zła jest dopiero niechęć do zdobywania informacji, takie bycie wilfully ignorant.
    Inna sprawa, że jeśli ktoś się nie interesuje teatrem i nie lubi poezji (a zdaje się, że poezję czyta 5% społeczeństwa?), to może spokojnie nie wiedzieć kto to Grotowski i Bukowski. Bo nigdy się z tymi nazwiskami nie zetknął.

    • Zwierz

      2% Polaków kupuje regularnie tomiki poezji. Np. zwierz dziś kupił jeden.

      • Czyli jeszcze mniej niż myślałam. Mam trochę wrażenie, że z jednej strony jesteśmy społeczeństwem meritokratycznym, ale z drugiej nadal mamy inteligenckie przekonania, że człowiek wykształcony i kulturalny, powinien pewne rzeczy znać i cenić. No chyba, że jest inżynierem, im się dużo wybacza.

  • spirit

    rezygnując z łatwego hejtowania w/w pań, za Grotowskiego, Kubricka i Bukowskiego pozostaje mi tylko odnotować, że można czegoś nie wiedzieć, niezależnie od tego, czy się człowiek podaje za eksperta w jakiejś dziedzinie czy nie, takie jest życie… natomiast żyjemy w czasach, gdzie powiedzenie na głos „przykro mi, nie wiem” traktowane jest jako największa z możliwych kompromitacji… dlatego ludzie wolą kreować siebie i wymyślać czego to oni nie wiedzą, zamiast po ludzku przyznać się do niewiedzy… sprawa bardziej rozbija się o to, czy z dumą powiesz „nie wiem, nie czytałem Krzyżaków” (co jednak jest kompromitacją i nie jest powodem do dumy), czy dasz radę wymówić” nie wiem kim jest Bukowski, ale dzięki za info, nadrobię zaległości”;

    jest gdzieś granica między skromnością i świadomością własnych ograniczeń, a pychą, która zazwyczaj na końcu kompromituje :)

    • Zwierz

      No własnie, mam wrażenie że paradoksalnie strasznie oduczamy ludzi mówić – bez dumy a z pokorą – „nie wiem powiedz mi jestem ciekawy”. Oducza tego szkoła, w której jak powiesz „nie wiem” to dostajesz złą ocenę ale nie dostajesz informacji. W sumie cały nasz system polega na łapaniu człowieka na niewiedzy. I w końcu uczymy się że od pytania latwiejsze jest belfowanie że wie się wszystko

    • Scarlet Dragon

      Osobiście nigdy nie przeczytałam „Krzyżaków” w całości (irytowała mnie ta powieść od pierwszej strony a jeśli chodzi o łupanie się z Krzyżakami, daleko bardziej podobała mi się w tamtych czasach powieść „Zbój Świętokrzyski”, choć to inny okres historyczny), ale jest to ciekawy przykład tego że choć czegoś nie czytałeś to i tak to znasz, bo jest tak wrośnięte w kulturę w której wyrosłeś. Innymi słowy, nawet jak nie czytałeś, trudno być ignorantem w tym temacie.

    • Magda Meteora

      No widzisz i teraz mam ciekawy dylemat. Bo interesuję się literaturą, nadrabiam masę klasyków dla własnej satysfakcji znania ich, ale przez Krzyżaków nie przebrnęłam. Dałam sobie spokój po 3 stronach i odłożyłam nigdy więcej nie chcąc wracać do tego czegoś. Zaś kocham Quo Vadis, nigdy nie zapomnę, ile się wypłakałam przy tej książce. Ale to jedyna pozycja Sienkiewicza, jaką byłam w stanie przeczytać. Całej reszcie mówię nie, mimo licznych prób. I teraz pytanie, czy jestem ignorantką, czy może jednak mam prawo odmówić sobie znajomości czegoś?

      • Scarlet Dragon

        Wkraczamy na terytorium kanonu – też mnie interesuje na ile się powinno a na ile można „to mi tak kompletnie nie pasuje/ nie podoba się/ wnerwia, że nie dam rady”. Przy czym IMO są to często pozycje, które i tak z grubsza kojarzysz, bo trudno ich uniknąć.

        • Magda Meteora

          Ano własnie. Przy czym naprawdę rozumiem, że ze względu na jakiś stopień trudności możemy sobie odmówić styczności z czymś. I jasne, jest sporo tworów kultury, których nie poznaliśmy bezpośrednio (czytając, oglądając czy słuchając ich) ale orientujemy sie w nich niejako.

        • Ja mam silnie rozwinięte poczucie obowiązku i uważam, że pewien „kanon” wypada zna (bez wnikania w dyskusję, co konkretnie jest tym kanonem). A jeśli cos mi się „nie podoba”, to zawsze uważam, że to mój problem, a nie kanonu.

          • Scarlet Dragon

            W tej dyskusji raczej nie chodzi nam o skład kanonu, lecz o to, że nie wszystko co jest w kanonie każdemu się podoba. Zachowania w typie ” to jest ważne i wielkie, bo jest ważne i wielkie i musisz to lubić” jest dla kultury zabójcze. Kanon to ważny kod, ale ludzie mają prawo wybrać co z kanonu cenią a co jest nie dla nich.

          • Oczywiście, z tym się zgadzam – ale żeby wybrać i zdecydować, trzeba się najpierw zapoznać, a przynajmniej uczciwie spróbować. Kanon jest też ważny obiektywnie, bo wpłynął na późniejsza kulturę, stanowi jakiś punkt odniesienia – więc zwyczajnie wyoada wiedzieć, o co w nim chodzi.

        • Karola

          A może życie jest za krótkie, żeby poświęcać je na sprawy, które nas nie interesują? To, że będziemy wszystkich zadowalać, „bo wypada znać / wiedzieć” nie sprawi że będziemy zadowoleni z życia. Lepiej zadowalać siebie i realizować swoje listy niż innych ludzi, co?

          • Scarlet Dragon

            Jest tu taki pewien problem, że kanon to kod, którym posługują się ludzie by się porozumieć nie tylko w kwestiach kulturalnych. Jeśli nie znasz kodu będzie ci trudniej się porozumieć z ludźmi którzy go znają.

          • Karola

            Pewnie że tak, tego nie kwestionuję (choć i tutaj można podyskutować, bo należałoby się zastanowić nad, po pierwsze, tworzeniem się kodów i ich ciągłością w czasie oraz tak naprawdę subiektywnością kanonów, zależnych od środowiska w którym się obracamy). Chodzi mi raczej o to, że jeśli ktoś nie lubi Prusa czy Sienkiewicza, albo nie przepada za teatrem tylko woli np. francuskie filmy niszowe to niech nie traci życia na czytanie / poznawanie czegoś co go średnio interesuje. Osobiście uważam, że na wszystko jest czas i do wszystkiego należy dojrzeć (może przyjdzie moment i na Prusa). No i nie należy się bać, że ktoś Cię wyśmieje: niech wyjaśni, a jeśli nie chce, bo „Powinnaś to znać” to też nie najlepiej świadczy o takiej osobie. Sama jestem przewodnikiem w muzeum i bardzo się staram pamiętać, że nawet dla mnie coś jest jasne, „kanoniczne” i oczywiste to niekoniecznie jest dla wszystkich. Czyli innymi słowy, dla lepszego samopoczucia zwiedzających lepiej od razu wyjaśnić czym był barok :).

            PS. Co do kanonów: od paru lat prowadzę prywatne badania wśród znajomych Francuzów. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby którykolwiek przeczytał w swoim życiu coś A. Dumasa. Trochę szkoda, a oni uważają, że jest tyle innych wartościowych i bardziej współczesnych pozycji, że Dumas w ogóle ich nie interesuje.

      • Nie tylko Ty masz taki problem. Wiele osób – w tym poloniści – nie przebrnęło przez jakąś pozycje z kanonu, bo na przykład irytowała ich jakaś postać. Choć twierdzę, że kanon warto znać, nie można powiedzieć, że ktoś jest ignorantem. Są osoby znające kanon z liceum, a totalnie porzuciły potem czytanie, bo już od nich tego nie wymagano, ocen nie trzeba było łapać. Zresztą nikt z nas nie jest alfą i omegą. Sama nie dokończyłam „Lalki”;)

        • Magda Meteora

          Też nie dokończyłam Lalki. Nie ma w tej książce NIC co by mi się podobało lub zainteresowało. Chyba nie mam obowiązku się z nią męczyc dalej ;)

  • Magda Meteora

    Akurat wczoraj oglądałam ten odcinek z Siwiec u Kuby i jasno było widać, że ona wie, że Kubrick nie zyje, powiedziała po prostu, że ma takie marzenie, a marzyć można o rzeczach niemożlwiych (dlatego nazywamy to marzeniami). Tak więc w jej przypadku to mocno rozdmuchane.

  • Rusty

    Dla mnie Bukowski do końca życia będzie postać z Hair. Nie umiem przyjąć do wiadomości innej wersji informacji.

  • Wazon

    Ludzie często się oburzają, aby wykazać swoją wyższość.Żal mi tych dwóch pań, a wkręcanie jest dosyć wątpliwe. I chyba mało kulturalne. Wybaczcie, ale mimo wszystko daty śmierci nawet sławnych ludzi nie są wiadomością pierwszoplanową. Nawet błędy językowe, na które ja się strasznie oburzam, też nie są najważniejszym przejawem braku edukacji. Edukacji, nie kultury. Bo zwierz wyraził się chyba nieprecyzyjnie : bycie kulturalnym w zasadzie NIC nie kosztuje. Można być kulturalnym analfabetą i niekulturalnym człowiekiem, który np. zachwyca się Bachem, Odyseją w oryginale, a „Ulissesa” zna na wyrywki.
    Natomiast kosztuje poznawanie kultury. I racja, że dzieciństwo jest tu na bardzo bliskim planie. Dziecko, które z różnych powodów nie miało dostępu do muzyki czy sztuki, ma potem trudności z przyswajaniem sobie nawyku słuchania czy oglądania. Najłatwiej chyba nadrobić braki w literaturze.
    No, a poza dzieciństwem jest także późniejszy okres i wpływ otoczenia. Ktoś, kto nie ma w towarzystwie metalowców ( czy tak się nazywają ?) ten chyba w ten nurt muzyki sam nie wpadnie.

    • Scarlet Dragon

      Fakt, ale metal tak w ogóle jest strasznie zaraźliwy :-)

    • P

      Akurat jeśli chodzi o muzykę popularną, to można jeszcze się z nią zapoznać przypadkową rekomendacją na youtubie. Z muzyką poważną natomiast może być problem.
      Trudno zaczynać przygodę z pewnymi obszarami kultury nie mając przewodnika. Szczególnie, że w wielu obszarach wiedzy znawcy mają tak specyficznie snobistyczne pojęcie, że albo lepiej w ogóle się nie interesować, albo trzeba być specjalistą – zainteresowanie lekkie lub powierzchowne to grzech i obraza majestatu.

      • Krzysiek Simsak

        Przesadzacie z tą rolą kulturowego przewodnika. Rozumiałbym rozpacz kogoś, kto przed wiekiem odziedziczył ogromną bibliotekę i nie ma pojęcia od czego zacząć, ale w dzisiejszych czasach, gdy rankingów i zestawień wszelkich rodzajów sztuki jest od zatrzęsienie i zajmują się nimi zarówno szacowne instytucje, jak i blogerzy piszący dla samych siebie, to problem nie istnieje. Sam zacząłem poznawać kino bez żadnego udziału rodziny, dopiero będąc nastolatkiem i jakoś nie mam problemów z kojarzeniem (i wiedzą czy żyją) kluczowych kilkudziesięciu reżyserów filmowych, aktorów, pisarzy mających związek z kinem. Dla chcącego nic trudnego, a jak ktoś nie wie to tragedii i wstydu nie ma, po prostu jest się człowiekiem, który nie wie czy Kubrick, albo Bukowski żyją – tyle.

        • Ginny

          I co z tymi rankingami? One i tak pokażą ci tylko kawałek tego, co powinieneś (według kogoś) wiedzieć. A co z całą resztą świata? piszesz, że wiesz o „kilkudziesięciu kluczowych” twórcach kina? A co z innymi, równie kluczowymi?
          BTW łatwy dostęp do tej wiedzy i do blogerskich rankingów mamy od ilu to lat? 15 raptem?

          • Scarlet Dragon

            Nigdy nie lubiłam poradników w typie „100 obrazów które musisz koniecznie znać”.

          • Krzysiek Simsak

            Ja wiem, że świat kultury jest właściwie nieskończony, ale musimy kiedyś dojść do jakiegoś wartościowania i uznania, że np. Martin Scorsese miał większe znaczenie dla kina niż laureat Oscara John Avildsen, wiec żaden wstyd nie znać tego drugiego. Grono kluczowych twórców jest jednak skończone i według mnie (przejrzałem w życiu pewnie powyżej setki rankingów filmowych/rezyserskich) istnieje pewien konsensus kto jest ważny, a kto nie.

  • Drogi (droga ?) Zwierzu, dziękując za – jak zwykle – ciekawy tekst, odniosę się do podpisu pod zdjęciem z biblioteką w Osace. Otóż, nazwisko i imię Shiby Ryotaro jak najbardziej należy odmieniać. Tzn. tylko nazwisko, czyli pierwszy człon, bo imienia się nie da. Gdy piszesz w dopełniaczu „Shiba”, to sugerujesz, że człowiek w mianowniku nazywał się „Shib”, a to nieprawda. Więc odmieniajmy Shibę Ryotaro (właśnie przez szacunek do niego). Pozdrawia serdecznie wierny czytelnik, japonista :)

    • Albo w ogóle spolszczmy tego pana: Siba Riotaro. I oczywiście dom Siby … Jak się podoba?

    • Zwierz

      To teraz jak krowie na rowie – napisz mi jak poprawnie powinnam podpisać zdjęcie (a na pewno to szybko zrobię :) W ogóle to bardzo dziękuję za wiele wnoszący komentarz – może zapamiętam jak odmieniać japońskie imiona i nazwiska :)

      • Zwierzu, w tym konkretnym przypadku możesz spokojnie podpisać: „(…) w domu pisarza Shiby Ryotaro”. Albo: „(…) Ryotaro Shiby” (jeśli zmienisz NAZWISKO i imię na naszą, polską kolejność imię i NAZWISKO). Jeśli chcesz być bardziej ortodoksyjna, uzwględnij iloczas (w japońskim są długie i krótkie samogłoski) – w jego imieniu dwa ‚o’ były długie, co możesz oddać albo przy pomocy makronów („(…) Shiby Ryōtarō”), albo tak: „(…) Shiby Ryoutarou” (na komórkach, blogach jak nie ma możliwości wstawienia makronu, dodaje się ‚u’). A jak chcesz być mniej ortodoksyjna, to w ogóle spolszczyj pisownię jego nazwiska: „(…) Siby Riotaro”. To też jest zupełnie OK, na nikim bym za to psów nie wieszał :)
        Przepraszam za przydługi off-topic tutaj, ale to dopiero początek. Odmiana japońskich nazw własnych potrafi jeszcze więcej problemów sprawić. Pozdrowienia :)

  • A mnie to wszystko znowu skierowało na myślenie o tym, że będę się zmagać całe życie z wielką pustką, bo nie miałam okazji wynieść z domu takiej wiedzy i nawyków jak np. Zwierz. I inni ludzie. Którzy może i nie stanowią większości, ale zawsze jest to poczucie, że chciałoby się do nich należeć. Niby wiem, że można na własną rękę poszukiwać, dowiadywać się – wydaje mi się, że to robię, ale zawsze są te pretensje do siebie, że za mało wiem i za mało szukam. Kawałek dzieciństwa spędziłam w bibliotece, ale są takie rzeczy, których nie da się uzupełnić. To albo było w domu rodzinnym, albo tego nie było. To nawet nie jest do końca namacalne, trudno to określić.

  • P

    Ja się w pewnym momencie życia nauczyłam przyznawać do niewiedzy i zadawać pytania. Często się to spotyka z konsternacją, ale nie dlatego, że nie wiem, tylko, że ludzie nie są przyzwyczajeni to tego, że ktoś się szczerze przyznaje i jeszcze chce wiedziec?! Czasem musze przekonywać ludzi, że nie, nie jest to sarkazm.

    Tak naprawdę problem w tym wszystkim taki, że u nas panuje straszny snobizm intelektualny. Ludziom wydaje się, że oh tak wiele wiedzą, ale tak naprawdę wiedzą tak mało, że nie zdają sobie sprawy z wielkości swojej ignorancji. Ja już dawno zdałam sobie sprawę z tego, że nie da się wiedzieć wszystkiego (taka moja dziecięca ambicja XD) i że trzeba starać się miec jako-takie pojęcie i wiedzieć gdzie wiedzy w razie potrzeby szukać. Moja głowa nie chwyta i nigdy nie chwytała imion nazwisk i dat (google calendar zmienił moje życie!) więc większość historii dawno uleciała z mojej głowy (choć nie mechanizmy historyczne i socjologiczne), z geografii dostałabym teraz 3 z łaski a kim jest Bukowski to tyle wiem ile wywnioskowałam z tego wpisu. Sytuacja polityczna… mnie w ogóle przerasta (od jakiegoś czasu szukam streszczenia kto co i dlaczego i nikt nie potrafi mi pomóc a wiadomości to ciągle tydzień 12 jakiejś kolejnej afery, ale nie wiadomo o co chodzi…) Krótko mówiąc z punktu widzenia takiej np. ankiety ulicznej jestem totalnym ignorantem. Ale zaletą obracania się w nerdowskich kręgach jest zrozumienie, że ZAWSZe jest się ignorantem w jakimś stopniu, trzeba tylko wiedzieć w jakich obszarach coś się wie, w jakich się nie wie i kiedy warto się więcej dowiadywać. Do tego posiadam dość dobrą umiejętność wyszukiwania potrzebnych wiadomości za pomocą google i znajomych – i w ten sposób mozna dowiedzieć się prawie wszystkiego (gdzie „prawie” obejmuje w dużej części „cokolwiek na temat polskiej polityki”).

  • Dziulkacrew

    Ja mam teraz taki czas w życiu, że mam dużo na głowie i mnóstwo wiedzy mi po prostu wyparowało. Ciągle mam coś na końcu języka i za nic nie mogę sobie przypomnieć. Oglądałam ten odcinek z Siwiec i coś mi zadzwoniło z tym Kubrickiem, ale nie byłam pewna, czy żyje czy nie. I tak sobie myślę, że nawet studiowanie czegoś czy bycie specjalistą od czegoś nie oznacza posiadania całej tej wiedzy zawsze i wszędzie, na wyrywki. Moja koleżanka nauczycielka angielskiego przygotowuje się przed lekcją z tematu, żeby nic jej nie zaskoczyło. Więc pewnie taka pani dziennikarka też odświeża odpowiednią wiedzę przed wywiadem. A taka zapytana na wyrywki i jeszcze wkręcona cos może zapomnieć, przekręcić, na coś ją naprowadzą, coś jej się skojarzy i plama. A teraz internet żyje jeszcze jedną aferą, nie wiem, czy Zwierz zna, ale Chajzer sprawdzał, ile osób skojarzy symbol SS, który miał na czapce Witkowski na jakiejś imprezie. No i 3/4 nie rozpoznało. I Wam powiem (nie oburzajcie się, błagam!), że na czapce Witkowskiego rozpoznałam od razu, na czarno białym zdjęciu, na czpace jakiejkolwiek choby też wiedziałabym od razu. Ale jakby mnie pędzącą do pracy przyłapał pan z telewizji i pokazał wielki symbol SS wydrukowany na kartce A4 to nie dam głowy, że bym rozpoznała. Bo normalnie się tego nie widzi w takim rozmiarze, bez kontekstu, bez czapki czy hełmu czy munduru jakoś to się nie umiejscawia w odpowiedniej szufladce w głowie. Tak mi się zkojarzyło po Zwierza bardzo dobrym wpisie.

  • Krzysiek Simsak

    Jak dla mnie to problem „nie wypada czegoś nie znać” jest wydumany, bo trzeba go rozpatrywać tylko w kontekście wąskiego kręgu kulturowego, towarzyskiego w jakim obraca się dana osoba. Gdy ktoś aspiruje do grona ludzi kulturalnych, obeznanych w artystycznym świecie, to oczywiste, że podczas rozmów konieczne jest znanie dorobku dziesiątek pisarzy/poetów/reżyserów/muzyków i tylko tam nie wypada kogoś nie znać, ale w ogromnej większości innych środowisk ludzie maja to gdzieś i tam wstydem będzie co najwyżej nieznajomość Szekspira i Sienkiewicza. W internecie próbuje się, nie wiadomo po co, wszystkich sprowadzać do jednej miary. Wendzikowska – gdybym z nią pracował i w rozmowie wyszło, że nie kojarzy Bukowskiego, to bym się trochę zdziwił, ale skoro jej pracodawcy to nie przeszkadza, to ja wzruszam ramionami.

    Tak BTW na temat Grotowskiego: nie interesuję się teatrem, nie słyszałem o nim przed tą „aferą”, poczytałem o nim trochę i nie mam pojęcia czemu ktoś nie będący wielbicielem teatru miałby go kojarzyć, skoro on jest twórcą jakiegoś zupełnie niszowego nurtu w teatrze. Dla mnie to zupełnie inna liga niż taki Stanisławski, którego słynna metoda jest ciągle na ustach nawet największych hollywoodzkich gwiazd.

    • Miętówka

      Odnośnie BTW, pozostając nawet w tematyce wpisu granic koniecznej wiedzy kulturalnej oraz kanonu, powiem, że ja na przykład mam zupełnie odwrotnie. Postać Grotowskiego kojarzyłam bardzo dobrze z rozmaitych opracowań, artykułów itp., bo interesuje mnie ten rodzaj teatru (i zapewne tylko dlatego). Za to Stanisławskiego wygooglałam własnie przed chwilą, metoda prezentuje się bardzo interesująco ;)
      Komentarze u Zwierza, wraz z bardzo mądrym wpisem, jak zawsze bawią, uczą, wychowują. :)

    • Ginny

      I teraz mogłabym się potężnie zdziwić, jak można nie znać Grotowskiego. Ten jego „niszowy nurt” był jednym z najważniejszych w polskim teatrze. Tu się właśnie przydaje jakiś „przewodnik”, który ci to wyjaśnia, a nie każe wierzyć, że to był ktoś mało istotny.

      • Krzysiek Simsak

        Mnie teatr ogólnie, a już w szczególności polski teatr i jego historia zupełnie nie interesują, więc żaden przewodnik mi nie potrzebny. Jeszcze kwestia, czy ten Grotowski to miał jakiś wpływ (trwający do dzisiaj) na światowy teatr? Bo Stanisławski, którego podałem jako przykład osoby związanej z teatrem, którą wypada znać to miał wpływ na teatr, film, telewizję na całym świecie.

        • Zwierz

          Tak miał i nadal ma. Nie widzę powodu podważać znaczenia Grotowskiego tylko dlatego, że nie interesujesz się teatrem. Nazwisko Stanisławskiego znasz bo jest ono medialne i kojarzone ze światem rozrywki ale nie znaczy to, że inni aktorzy i teoretycy teatru i kina nie mieli wpływu na sposób kształtowania się gry aktorskiej w XX wieku.

          • Krzysiek Simsak

            Nigdzie nie podważałem zasług Grotowskiego, tylko grzecznie pytałem, bo tak jak pisałem, teatru nie lubię (chciałbym polubić, ale za każdym razem jak wracam z jakiejś sztuki to jestem rozczarowany), więc jestem ignorantem w tym temacie. Inna kwestia, że koncepcja teatru ubogiego budzi mój wewnętrzny sprzeciw, ale, że nic więcej niż notka na wikipedii o niej nie wiem, to powstrzymam się od złośliwości :)

  • Shetani

    Problem z tą dziennikarką nie wynika z tego, że ona nie wie (chociaż to z kolei każe się zastanawiać jaki poziom tzw. dziennikarstwa prezentuje), ale z tego, że nie wie, jednak udaje, że wie. Trochę inaczej by to wyglądało gdyby na wstępie zaznaczyła, że nie jest pewna, czy Bukowski żyje, ale bardzo by chciała z nim porozmawiać… A tak lawiruje na zasadzie ‚może się uda’, no niestety się nie udało. Trochę ta sytuacja podobna do tej z byłą minister sportu Muchą, jej kretynizm nie polegał na tym, że nie wiedziała że w Polsce nie ma trzecio- czy czwartoligowego hokeja (bo tego minister sportu wiedzieć nie musi tak naprawdę) tylko na tym, że skłamała i dała się na tym złapać.
    Ja tam uważam, że jest pewna podstawowa wiedza większości dziedzin, którą człowiek powinien posiadać, jeśli chce się nazywać człowiekiem w miarę wykształconym i kulturalnym, zwłaszcza jak się pewnymi obszarami ponoć interesuje.

    • verdana

      Ależ jak ktoś nas pyta „Czy porozmawiasz z panem X”, to nie włącza nam się tryb „Z przyjemnością, jesli on żyje”. Automatycznie uznajemy, że żyje, nawet jeśli wydaje nam się, że osobiście byliśmy na jego pogrzebie.

      • Shetani

        Kto uznaje, ten uznaje. Idąc tym tokiem myślenia spokojnie można uznać że to normalne uważać, że żyje jeszcze Sokrates, no bo ktoś o niego pyta.

        Jak pytają o pana z pokolenia bitników to raczej powinno się w głowie kołatać pytanie czy on żyje, zważywszy na to ile lat temu ten ruch się narodził. To nie chodzi o znanie konkretnych dat tylko chociaż w podstawowym zakresie przedziałów czasowych (dość długich w dodatku).

        • Scarlet Dragon

          Wiesz, jak ktoś mi proponuje z kimś rozmowę, to zakładam że ta osoba żyje, a nie że ktoś robi sobie jaja. A gdyby ktoś dziś mi zaproponował rozmowę z Sokratesem, pomyślałabym raczej o brazylijskim piłkarzu, ale jemu też się już zmarło, 4 lata temu.

        • Zwierz

          Ta bo oczywiście wszyscy jak jeden mąż znamy dokładną datę urodzenia Bukowskiego. Spokojnie gdyby urodził się kilka lat później mógłby jeszcze żyć (młody by nie był ale żyć by mógł). Gary Snyder też z pokolenia beatników (do którego przecież Bukowski nie należał) jeszcze żyje.

        • Lilith

          Urodzony dwa lata później Christopher Lee ciągle żyje (i oby jak najdłużej!), również o dwa lata młodszy Władysław Bartoszewski zmarł kilka dni temu. Jeszcze przed dwoma tygodniami można z nim było porozmawiać. Plus nie jestem pewna, czy zaczynanie rozmowy od „jeśli on jeszcze żyje” zrobi dobre wrażenie xD

          No i jest jeszcze kwestia automatycznych reakcji na pewien rodzaj pytań. Nie dalej jak tydzień temu współlokator zapytał, kiedy się wyprowadzam, na co automatycznie podałam mu datę. Problem polega na tym, że w międzyczasie sytuacja się zmieniła i powinnam była zacząć od „jednak się nie wyprowadzam” – ale nie byłam w stanie tego przeskoczyć, mózg znał odpowiedź, mózg podał datę.

  • Zwierzu, poruszyłaś bardzo ważną rzecz – boimy się pytać. Niech każdy z nas przypomni sobie, ile razy bał się zadać na lekcji w szkole, na wykładzie na studiach jakieś pytanie prowadzącemu, bo bał się, że zostanie skrytykowany, jak on może tego nie wiedzieć. Jestem strasznie ciekawska, lubię drążyć temat, więc dla mnie to był zawsze koszmar. Jaki szok przeżyłam, jak pojechałam na stypendium do Niemiec. Tam wszyscy pytali wykładowców! Jak ja im pozazdrościłam, ale blokada pewien czas była. Przecież musisz wszystko wiedzieć. Szkoda. Ten strach zabija w nas ciekawość świata. A biblioteka w Dublinie, przez miłość do Irlandii, najpiękniejsza ;)

  • Coriolania

    Tak się składa, że akurat czekają mnie matury, w tym jedna z historii sztuki. Przygotowująca nas nauczycielka opowiedziała nam ostatnio, jak była na wystawie prac Olgi Boznańskiej i tam sobie był jakiś pan koło pięćdziesiątki z żoną. Żona, trochę zdegustowana:”Te twarze takie rozmazane…Nie umiała malować i teraz my to mamy oglądać?” Mąż:”Bo ona pod koniec życia traciła wzrok, nie widziała, co maluje i to dlatego. Może nie mieli lepszych obrazów.” Rzecz oczywiście ma się tak, że Boznańska była jedną z lepszych polskich malarek, była postimpresjonistką, zupełnie celowo malowała w taki sposób i nigdy nie miała poważnych problemów ze wzrokiem, a „Dziewczynka z chryzantemami” to naprawdę udany obraz.

    No i właśnie, czy to jest takie oczywiste? Dla mnie tak. Tylko że gdzieś od dwóch lat. I tak samo teraz we wpisie zobaczyłam zdjęcie biblioteki z Rijksmuseum i od razu nasunął mi się Rembrandt, potem Vermeer, którego tam też mają, a na zdjęciu biblioteki w St. Gallen rzuciła mi się w oczy zdynamizowana linia balustrad (serio, tak pomyślałam). I nie sądzę, żebym jeszcze jakiś czas temu miała wiedzę i język, żeby opisać to, co widzę. „Miałabym wrażenie, że”, „wydawałoby mi się”, „podobałoby mi się, tylko nie wiedziałabym, dlaczego”, „to chyba nie jest dobry obraz”. Moi rodzice nie są WYBITNIE aktywni kulturalnie, ale dali mi takie poczucie, że kultura to jest coś, co może i powinno być obecne w życiu. Nie odpytywali mnie z autorstwa obrazów w Rijksmuseum, ale dali mi do zrozumienia, że to jest wiedza, której nabycie nie będzie kompletną stratą czasu. Nie ciągali mnie na Jarmuscha albo do teatru czy opery, bo myśleli, że będzie mi się nudzić, ale jak już sama chciałam gdzieś pójść, to kasę na bilet dawali z pełnym zadowoleniem i komentarzem, że też by chcieli, ale nie mogą, bo coś. U mnie na hasło „lektura” odpowiedzią rodziców było „Jeśli tego nie mamy, to mogę z tobą pójść do biblioteki”, a nie „Biedne dziecko, tak was tam męczą w tej szkole.” Po prostu nawet jeśli były jakieś elementy kultury, o których moi rodzice nie mieli wielkiej wiedzy albo się nie interesowali, to byli „wierzącymi niepraktykującymi”-uważali, że może nie znają się na teatrze kabuki, a z baletu wystarczą im dwa ulubione spektakle, ale prawdopodobnie jest w tym wszystkim coś wartościowego, co warto zgłębić, jeśli mnie to akurat interesuje.

    A zmierzam do tego, że chyba u nas poza pewnymi wąskimi grupami wiedza o kulturze jest wiedzą tajemną. Wiedzą wiązaną wręcz z tymi niewiadomymi, „wyższymi” kręgami, oderwaną od mieszkania w bloku albo domku w stylu „neosoplicowskim”, który ktoś sobie w końcu postawił pod miastem. I, posługując się w przykładzie jednym rodzajem sztuki, jak ktoś już się czuje na tyle bezpiecznie finansowo, że chciałby jakiś obraz, to trochę nie wie, jak to ugryźć-o ile już się pojawi myśl o kupieniu czegoś tylko o funkcji estetycznej. „Wiem, że jeleń na rykowisku uchodzi za obciach i oznakę złego gustu (chociaż nigdy nie myślałem, dlaczego), ale nie wiem, co jest „w dobrym guście.” W sumie chciałbym coś takiego mieć, ale boję się, że nawet jeśli trafię w „dobry gust” i będzie mi się podobało, to znajomi pomyślą, że się snobuję.” Albo ktoś nie wie, nie kupuje, nie czyta, nie słucha, albo unosi nad tym taka mgiełka „to jest dobry wzorzec, tak robi kulturalny człowiek.”

    Czasami mówię tak przy okazji, że chodzę do teatru, że czytam Szekspira, bo mi się podoba, że się uczę tej historii sztuki i że słucham muzyki klasycznej (oczywiście nie wszystko na raz i nie w celu zaszpanowania, tylko tak normalnie, jak się nasunie samo, i to też nie są jedyne rodzaje kultury, jakie dopuszczam)-i wtedy ludzie często patrzą na mnie albo jak na młodego członka jakiejś artystycznej bohemy, albo jak na kogoś z „wyższych kręgów” wtajemniczonych w misteria „znania się”, przed którym właśnie trochę nie wypada nie wiedzieć. A ja przecież sama mało wiem, wychodzę na uświadomioną bardziej przez porównanie. Czasami wręcz spotykam się z takim delikatnym szyderstwem, z którego wynika, że o ile nie jesteś księciem Lubomirskim-Lanckorońskim, to zainteresowanie kulturą jest przejawem intelektualnego życia ponad stan i próbą wkroczenia w zbyt wysokie progi. Bo sztuka to jest wręcz coś sakralnego, i ty, zwykły obywatelu, nie potrafisz w sztukę. I z tego zaprogramowanego szacunku do sztuki (i kultury, i wiedzy ogólnej) wynika z jednej strony przekonanie, że to coś strasznie trudnego i poważnego, a z drugiej, że jeśli ktoś aspiruje do jakiegoś statusu, to MUSI się na tym znać. I dopiero w liceum poznałam ludzi w swoim wieku, którzy nie uważali zainteresowania bardziej niszową kulturą ani za dziwaczne, ani godne wielkiego podziwu. Ale liceum jest w dużym mieście, należy do najlepszych iluś procent w kraju i chyba każdy w mojej klasie miał przynajmniej jednego rodzica z wyższym wykształceniem. Za to w rejonowym gimnazjum była tragedia. Taka prawdziwa.

    Pozdrawiam, nucąc denerwującą k-popową piosenkę na przemian z Chopinem, wygrzebując spod łóżka podręcznik do historii sztuki, a trzecią ręką malując paznokcie. :)

    • Scarlet Dragon

      Takie traktowanie sztuki owocuje też błędnym przekonaniem, że dawniej to sztuka była panie prosta, wszyscy wiedzą co jest na obrazie a teraz ta współczesna to taka skomplikowana i niezrozumiała. A jest odwrotnie.

  • aHa

    Mam szczęście wiedzieć kto to Grotowski (w szkole miałam teatrologię) i Bukowski (bo akurat jak byłam na studiach wchodziło do kin „Factotum”), ale nie rzucę kamienia w stronę pani Wendzikowskiej i w pełni podpisuję się pod tym, co Zwierz napisał a propos wynoszenia znajomości kultury z domu rodzinnego. Widzicie, książek zawsze u mnie było sporo, filmy się oglądało, ale nikt jakoś nie nauczył mnie słuchać muzyki. U mnie w domu rzadko słuchało się nawet radia! Mam więc zarówno gigantyczne luki w muzyce klasycznej, jak i współczesnej. A szczegóły z życia muzyków, imiona członków zespołów, tytuły albumów, daty śmierci (czy w ogóle sam fakt śmierci – no dobrze, Freddie Mercury i Kurt Cobain nie żyją, ale reszta? ;-))? Jezu, jak ja się zawsze wstydzę, kiedy rozmawiam z kimś kto się zna. I tak, czasem pokiwam głową, zamiast się spytać, bo zazwyczaj spotykam się z pełnym wyższości zdziwieniem „JAK TO MÓWISZ ŻE LUBISZ QUEEN A NIE WIESZ ŻE GITARA BRIANA MAYA NAZYWA SIĘ RED SPECIAL”. A mnie jakoś nigdy ta wiedza nie była potrzebna i nie miałam jej też skąd brać. Poskutkowało to też brakiem słuchu muzycznego – nawet najulubieńsze piosenki przesłuchane tysiąc razy rozpoznaję dopiero po tekstach :P Internet sporo zmienił, ale co z tego – nadgonienie braków jest bardzo, bardzo trudne ;-)

    • Scarlet Dragon

      Serio, można lubić Queen i nie wiedzieć nic o Red Special. Nie lubię fanów-snobów, to najgorszy gatunek na świecie.

  • Lilith

    Słusznie zwierz zauważa, że olbrzymią rolę pełni wpływ domu rodzinnego. U mnie na przykład i w domu rodziców taty i w domu rodziców mamy grzebanie w szafach/biurkach/zakamarkach w piwnicy oznaczało odkrywanie kolejnych książek, u nas w mieszkaniu też książki są wszędzie, do tego stopnia, że mamy z siostrą wieczny bałagan w pokoju, bo książki zajmują większość szafek. I ciągle przybywają. Pamiętam wstrząs smarkuli, którą byłam, kiedy w podstawówce koleżanka się pochwaliła, że ma mnóstwo książek w domu – i okazało się, że wszystkie mieszczą się na jednej półce.

    To sprawia, że jestem dość ogarnięta w literaturze – chociaż prowadzi też do świadomości, ilu książek jeszcze NIE czytałam, także z tych ważnych. Z drugiej strony – jeśli chodzi o muzykę i film, byłam dzieckiem, które nie oglądało we właściwym wieku Pokemonów, ani Czarodziejki z Księżyca, ani Spider-Mana. Mama uważała, że nie są dla nas odpowiednie. Bardzo długo wyrastałam w przekonaniu, że telewizja nie powinna mnie interesować i dopiero od kilku lat nadrabiam braki. Jeśli chodzi o muzykę z kolei – po prostu nikt w rodzinie się szczególnie nie interesował. I owszem, nadrabiam, ale rok temu jeszcze nie wiedziałam, co właściwie gra Pink Floyd.

  • W życiu nie widziałam żadnego z filmów Kubricka. Mam je w swoim potężnym backlogu, razem z Pulp Fiction, Lawrencem z Arabii i Sharktopus vs. Pteracuda. I całym mnóstwem innych rzeczy, którymi lubię szokować, bo JAK TO JESZCZE NIE OGLĄDAŁAŚ FAJERFLAJA?! To zdziwienie sprawia, że jeszcze mniej mi się niekiedy spieszy :)
    Dużo w dostępie do kultury robiła dla mnie telewizja, wielu filmów bym nie obejrzała gdyby akurat nie były emitowane. Co jest świetne, bo gdy coś kupię lub spiracę to może leżeć i leżeć, a w TV nie ma przebacz, jak się spóźnisz to przegapisz początek.
    No i spędzając życie głównie w internetach, mam megałatwo, bo jeśli czegoś nie wiem lub nie jestem pewna, mogę w każdej chwili sobie szybko sprawdzić, nie tylko czy ktoś już umarł czy jeszcze nie, ale nawet kiedy i na co. Można się oburzać, że komuś innemu się nie chciało wguglać, ale przecież podczas rozmowy IRL, zwłaszcza na antenie telewizji/radia/w sondzie ulicznej, nie ma takich ułatwień. Więc no, łatwo jest pisać oskarżycielskie komcie i posty gdy ma się szybkie łącze.

  • kasia

    Ludzie by sie tak Wedzikowskiej nie czepiali gdyby soba cos reprezentowala, niestety ona jest z tych malo inteligentnych, wystarczy posluchac wypowiedzi.

    • Scarlet Dragon

      Jasne. Ty tak na serio?

  • Klapserka

    Mnie smuci jeszcze jedna kwestia, a właściwie, niestety, już praktyka. Zadawanie takich pytań, które z góry zakładają możliwość ośmieszenia i zawstydzenia drugiej osoby. Nie byłoby niefortunnej wypowiedzi, gdyby nie padło złośliwe pytanie. Prowokacja? Chyba jednak złośliwość, którą tak lubimy się karmić. Nie twierdzę, że nie należy zadawać pytań, ale czy naprawdę trzeba to robić w taki sposób, by ktoś poczuł dyskomfort?

  • Pingback: Bardzo dobrze, że Pani Anna nie zna daty śmierci Bukowskiego. - OPALCZYNSKI()