12
Obejrzałam z pewnym opóźnieniem nową komedię romantyczną od Netflixa czyli „Wiadomości dla Isabelle”. Przyznam, że powoli zaczynają mnie męczyć Netflixowe komedie romantyczne, ale też nie ma wielu innych, więc oglądam je trochę z poczucia obowiązku. Zwłaszcza, że ta miała w sieci całkiem niezłe opinie.
Punkt wyjściowy przypomina nieco „Masz wiadomość” czy „Sklepik za rogiem” – czyli bohaterka zostawia wiadomości głosowe swojej zmarłej siostrze, które trafiają do przypadkowego chłopaka, który „odziedziczył” jej numer telefonu. Chłopak słucha wynurzeń dziewczyny i zakochuje się na odległość. A kiedy dwójka się w końcu spotyka zaczyna iskrzyć, choć jak wiemy – nasz bohater ma pewną przewagę i pewną tajemnicę. Znamy ten schemat i mniej więcej wiemy jakie są jego założenia. Np. jednym z podstawowych założeń takiej historii jest to, że zwodzący dziewczynę facet może ją pocałować ale nie może się z nią przespać, bo to już byłoby niemoralne. Jest to nie pisana zasada takich filmów, która nieco mnie bawi.
Wracając jednak do samej fabuły, to jest to film, który cierpi na problem bardzo wielu dzisiejszych komedii romantycznych. Otóż trwa dwie godziny bez dwóch minut. I to jest po prostu za dużo. Spokojnie można z tego filmu wyciąć z pół godziny, co dałoby mu większą dynamikę, ale też skupiłoby się na najważniejszych fabularnie sprawach – żałobie za siostrą i uczuciu które się w bohaterce rodzi. Wiele tu jest wątków pobocznych, które są moim zdaniem zupełnie zbędne, albo nawet jeśli nie zbędne to rozwleczone (jak mobbing bohaterki w popularnej cukierni). Film, zaczyna się z dobrą energią ale w pewnym momencie miałam wrażenie, że postanawia zastąpić wszystkie ciekawe rozwiązania tymi najbardziej ogranymi. Ostatnie pół godziny filmu nie ma chyba ani jednej oryginalnej sceny. Szkoda też, że wątek dostawania tych wiadomości głosowych zajmuje w filmie jakieś kilkanaście minut, choć jest chyba najlepszym i najoryginalniejszym pomysłem tej produkcji.
Tym co towarzyszyło mi przez cały seans to refleksja, czy miasto San Francisco zapłaciło reżyserce filmu za promocję. Bo to jest film, który naprawdę skupia się na tym by przekonać nas jak wspaniałe jest San Francisco, jak bardzo wciąż ma swoją alternatywną twarz, jakie ma super zabytki, świetne knajpy, prześliczne miejsca, do których można pójść. Nasza przybywająca z Teksasu bohaterka początkowo narzeka, że nie może się w mieście odnaleźć tylko po to by się w nim zakochać. I żeby było jasne – rozumiem promocję miasta w filmie czy może bardziej portret miasta w filmie, ale autentycznie to jest tak pokazane, że pod koniec spodziewałam się napisu „Ten film mógł powstać dzięki dotacji miasta San Francisco”.
Na koniec przyznam, że chyba powoli wyrastam z bohaterek, które są tak cool jak nasza główna bohaterka. Wiecie tych co kochają jeść tłuste rzeczy i desery ale nigdy nie tyją, zasypiają w makijażu i budzą się nie tylko w tym samym perfekcyjnym makijażu ale równie doskonale ułożonych włosach, które zawsze są dowcipne, wiedzą co powiedzieć i oczywiście mają szafę rzeczy, w których fantastycznie wyglądają. Męczy mnie powoli to, że mam uznać, że są „niemożliwe do pokochania” i tylko obniżają swoje standardy.
W każdym razie obejrzeć można ale chyba pod koniec raczej smutno, że dobry punkt wyjścia został tak w sumie średnio wykorzystany. Bo tam jest potencjał ale niestety przygniata go jakieś pół godziny do czterdziestu minut filmowego banału.
PS: Wśród refleksji o filmie znalazłam taką, z którą niezwykle się zgadzam, że współczesne filmy romantyczne, zwłaszcza ten produkowane przez platformy streamingowe zupełnie zapomniały o znaczeniu postaci drugoplanowych. W większości filmów są teraz albo bardzo słabo zakreślone, albo stereotypowe albo właściwie nieobecne. A to właśnie one często decydują o tym czy film zapada w pamięć i pozwalają pogłębić nawet prostą narrację.
