I tu pojawia się problem, bo sam film nie ma pomysłu na jakąś specjalnie ciekawą zagadkę kryminalną.
Enola poszukuje porwanego Sherlocka (Henry Cavill w roli, która pozwala mu przez 90% filmu siedzieć – być może żeby się nie zmęczył na drugim planie) łącząc tropy, ale te tropy, jak i powód porwania jak i osoba porywająca – nie budzą jakichś większych emocji. Cała zagadka wydaje się conajmniej nie przemyślana, zaś narracja zza kadru pojawia się i znika w sposób, który pokazuje bardzo mało dyscypliny nad wybranymi narzędziami narracyjnymi.
Muszę powiedzieć, że wiem iż grająca Enolę Millie Bobby Brown zaprzeczała, że zrobiła sobie operację plastyczne twarzy. Nie jestem specjalistką, ale nic nie poradzę, że jej twarz w tym filmie – czy to za sprawą operacji a może charakteryzacji, wygląda na tragicznie „zrobioną” – do tego stopnia, że trudno mi było nie myśleć o tym jak bardzo nie pasuje do historycznych dekoracji. Nie wiem czy zwalać winę na obecnie panujący w Hollywood wyśróbowany ideał piękna, który sprawia, że wszyscy poprawiają sobie twarze, co narusza najważniejszy element aktorstwa – mimikę, czy na trendy w charakteryzacji, która obecnie każdą aktorkę maluje tak jakby się szykowała na letni festiwal a nie szła na plan filmu historycznego. Ktokolwiek jest winny – mam wrażenie, że powoli dominacja współczesnych ideałów piękna wyrzuca z narracji niekiedy bardziej niż słaby scenariusz. I nie chodzi o samą Millie Bobby Brown, ale o większość aktorskiej braci (panowie sobie też przy twarzach majstrują), która zapomina, że jednak zmarszczenie czoła czy uniesienie brwi aktorowi się przydaje.
Na koniec mam taką refleksję, że ponownie film aby pokazać wyjątkowość naszej bohaterki ocenia cicho kobiety z przeszłości, które porzucały swoje panieńskie nazwiska i przyjmowały nazwiska mężów. Ale w XIX wieku istniały już jak najbardziej nazwiska podwójne i można było z nimi wiele w życiu z działać. Łącznie z walczeniem o prawa kobiet do głosu. Bo nie nazwisko czyni z kobietę niezależną
PS: Mam też refleksję, że to jest ciekawe, jak w sumie Henry Cavill pasuje do roli Sherlocka Holmesa i nieźle sprawdza się jako człowiek wycofany emocjonalnie, mówiący niewiele i jak możemy podejrzewać polegający głównie na swoim rozumie. Przyznam, że w tej odsłonie przygód Enoli chyba podobał mi się najbardziej – do tego stopnia, że trochę zrobiło mi się żal, że nigdy nie dostaniemy go więcej. Zwłaszcza, że też udało się dobrze zarysować jego relacje z filmowym Watsonem.
