Home FilmPająki mają się dobrze czyli „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”

Pająki mają się dobrze czyli „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”

autor Zwierz

Dawno straciłam serce do nowych filmów ze świata Marvela, ale na nowego „Spider-Mana” czekałam z zaskakującym nawet mnie entuzjazmem. Chyba to moja słabość do Człowieka Pająka a może fakt, że w przeciwieństwie do moich znajomych i krytyków lubię wszystkie filmy z serii, w których główną rolę gra Tom Holland. Choć lata mijają to wciąż uważam, że jest to casting właściwie idealny i bardzo bliski temu jak wyobrażam sobie bohatera. Moje oczekiwanie zostało nagrodzone, bo film oglądało się zaskakująco miło i udało się ominąć jeden z największych problemów Marvela ostatnich lat, czyli nudnawy ostatni akt historii i brak interesujących przeciwników.

Twórcy filmu dość słusznie uznali, że trzeba nas trochę przesunąć w czasie, więc zaczynamy opowieść kilka lat po tym jak Spider-Man został zapomniany przez cały świat. Jego znajomi pokończyli studia a sam Peter Parker radzi sobie całkiem nieźle łapiąc złoczyńców i współpracując z policją. Co prawda jego życie to głównie praca zawodowa, ale nie wygląda na bardzo nieszczęśliwego, choć może nieco samotnego. Wszystko zaczyna się zmieniać, kiedy napotyka na przeciwnika, którego nie widać, bo to tajemnicza istota skacząca z umysłu do umysłu, co pozwala jej przejąć kontrolę dosłownie nad każdą osobą, którą spotyka Peter. Co więcej, on sam zaczyna przechodzić przez kolejne stadium swojej mutacji, które daje mu większe moce niż dotychczas, ale jednocześnie – spycha na drugi plan jego ludzkie odruchy. Bohater jest więc osamotniony, skonfundowany i niepewny tego komu może ufać i co właściwie ma zrobić. Zwłaszcza, że zachodzące w nim zmiany wcale nie budzą entuzjazmu, wręcz przeciwnie, głęboką potrzebę by jak najszybciej je zatrzymać.

 

 

Tym co się twórcom udało to postawienie na problem na tyle emocjonalny i niejednoznaczny, że film ma jakąkolwiek duszę. Tu niestety trudno powiedzieć cokolwiek bez spoilerów, ale mogę chyba napisać, że jest taki rodzaj przeciwników, który podnosi jakość narracji. Bo istnieje spora różnica pomiędzy przeciwnikami, którzy działają z pobudek egoistycznego pragnienia władzy a tymi, którzy mają coś prywatnego do załatwienia. Od dawna nie udało się produkcji z MCU wywołać u mnie jakichś szczerych emocji, ale tu pojawiła się jedna scena, która jest kluczowym plot twistem opowieści, w której naprawdę poczułam coś czego dawno na seansach adaptacji komiksów nie czułam. Prawdziwy żal. Wiem, dlaczego tak się stało i mam taką myśl, że gdyby ktoś uważnie przyjrzał się historii wydawnictw komiksowych wpadłby dużo wcześniej na to dlaczego MCU tak szybko straciło swoje serce. Z powodu bardzo istotnego braku, który jak mniemam będzie teraz nadrabiać.

Co do samej historii Petera Parkera, to jak zwykle opowieść o Spider-Manie jest opowieścią o tożsamości i odpowiadaniu sobie na pytanie – nie tylko jak pomagać innym, ale czy na pewno jest się super bohaterem i ile można poświęcić walcząc ze złem. Tak już jest z tym bohaterem, że ilekroć pojawia się na ekranie przechodzi jakiś egzystencjalny kryzys. Niby powinno to już na tym etapie trochę męczyć, ale zaskakująco – nadal gra. Zwłaszcza, że Tom Holland może nie sprawdza się w każdej roli, w której został obsadzony, ale Spider-Mana gra naprawdę fantastycznie. Bardzo spodobało mi się jak rozwiązano problem tego, że jego dziewczyna i przyjaciel nie pamiętają o jego istnieniu. To jest wątek, nad którym się zastanawiałam. I bardzo nie chciałam by rozwiązanie było zbyt proste i magiczne. Moim zdaniem wybrano całkiem w porządku ścieżkę – i dobrze, bo ta trójka na ekranie (Peter, Ned i MJ) to jest serce tej odsłony przygód Człowieka Pająka.

 

 

Nie będę ukrywać wychodząc z kina zadawałam sobie kilka istotnych pytań odnośnie do tego jak film wpasowuje się w szersze Uniwersum (jeśli to ten sam Nowy Jork, w którym dzieje się „Daredevil: Odrodzenie” to jak działalność Spider-Mana ma się do rządów burmistrza Fiska) i dlaczego Punisher w tym wydaniu jest bardziej komediową postacią, która niewiele ma wspólnego z bohaterem, którego znaliśmy. Niestety, tu jedyna odpowiedź jaką znajduje, to ta, że już na tym etapie nikt za bardzo się nie przejmuje czy wszystko idealnie do siebie pasuje, a jak nie pasuje, zawsze można powiedzieć, że ci się tylko wydaje i te dwie produkcje dzieją się w dwóch równoległych rzeczywistościach. Także zadawanie sobie skomplikowanych pytań, chyba na tym etapie nie ma większego sensu, bo nikt do końca nie ogarnia tej kuwety. Zresztą najsłabsze elementy narracji moim zdaniem wychodzą z próby powiązania filmu z szerszym MCU. Kiedy pojawia się nowa Czarna Wdowa i tłumaczy Peterowi, że jego problemy nie interesują nowych Avengers, bo to za mały problem, to nijak się to ma do tego co widzimy w kinie. Ale czy będę się nad tym dłużej zatrzymywać? Chyba już nie. Jednym z plusów mniejszego przejmowania się światem Marvela jest spokojne przyjmowanie, że wiele rzeczy nie będzie miało sensu, a inne są w narracji głównie dlatego, że fajnie wyglądają.

 

Nie mam zamiaru przekonywać was, że „Spider-Man: Całkiem nowy dzień” to jakieś filmowe arcydzieło, odrodzenie gatunku, produkcja, która przywróci wam wiarę w Marvela i sprawi, że znów poczujcie się jakby był 2012 i pierwsi „Avengers” wchodzili do kin. Ale to był miły film, który mnie nie zmęczył (a wielu produkcjom Marvela się to w ostatnich latach niechlubnie udawało) i nie znudził. Dobrze się bawiłam, kilka razy się zaśmiałam i nawet odrobinę wzruszyłam. Dokładnie tego oczekuję wyjściowo od wszystkich adaptacji komiksu i cieszy mnie, że tym razem było dobrze. Ale też nie ukrywam – może przemawia przeze mnie niesamowite zmęczenie czy niekiedy zniesmaczenie ostatnimi produkcjami ze świata MCU. Inna sprawa – kiedyś chodziłam na wszystkie do kina a teraz tak naprawdę może mnie wyciągnąć do niego w pierwszy weekend tylko Spider-Man. Co dowodzi, że są bohaterowie Marvela i jest Spider-Man.

 

 

Ps: Przed filmem pokazywano zwiastun „Avengers: Doomsday” i nie jestem w stanie uwierzyć jak bardzo NIC mnie w nim nie interesuje, emocjonuje czy pociąga. I mówię to jako osoba, która jak najbardziej miała w swoim życiu momenty, w których oglądała nałogowo po kilkadziesiąt razy zwiastuny filmów z MCU. I jasne, trochę ja się starzeję, ale przede wszystkim – mam wrażenie, że twórcy tego Uniwersum zapominają, że jeśli każdy bohater może powrócić to zasadniczo rzecz biorąc – jaka jest stawka. Wiem, że w świecie Marvela tylko wujek Ben umiera na zawsze, ale żaden aktor nie może odjeść a żaden wątek się nie kończy, to w sumie – skąd brać emocje?

Powiązane wpisy