Home SerialePoza Westeros nic nas nie łączy czyli „Ród Smoka” sezon 3

Poza Westeros nic nas nie łączy czyli „Ród Smoka” sezon 3

autor Zwierz

Drugi sezon „Rodu Smoka” był tak żaden, że kiedy usiadłam oglądać sezon trzeci, uświadomiłam sobie, że właściwie to nie tylko mało co pamiętam, ale też – niewiele mnie obchodzi. Wystarczyły jednak dwa pierwsze odcinki nowego sezonu, bym przypomniała sobie, jak ważne jest mieć regularny dostęp do smoków w moim życiu. Problem w tym, że ośmioodcinkowa dawka jaką był sezon trzeci, rozpaliła pragnienia, ale niestety nie zaspokoiła apetytu.  Co niekoniecznie wynika z samej treści serialu co raczej z jego struktury. Post zawiera umiarkowane ilości spoilerów.

 

Jak wiele osób wie, dwa pierwsze odcinki sezonu trzeciego, tak naprawdę stanowią logiczną i spektakularną konkluzję sezonu drugiego. Ich przeniesienie na kolejną odsłonę serii uzasadnia się przede wszystkim strajkiem aktorów i scenarzystów, który utrudniał pracę nad poprzednią odsłoną „Rodu Smoka”. Zaczynamy więc wspaniałą wojenną potyczką, mamy bitwę morską, smoki, postaci, które darzymy sympatią giną (jak to się dzieje w Westeros) a układ sił ulega gwałtownemu przetasowaniu. Po prostu cudowna telewizja, przy której nie sposób się nudzić.

 

Zdjęcie: Ollie Upton, HBO

 

Kiedy jednak dym (bo smoki były tam czynne) opada musimy się zająć tym co najpewniej sezon trzeci miał robić od samego początku – czyli pokazanym nam co się dzieje kiedy Rhaenyra wstąpi na tron i spróbuje ustabilizować swoja władzę. Co nie jest proste, bo w kasach nie ma złota, poprzedni król jest prawdopodobnie martwy (z naciskiem na prawdopodobnie), no i jej dawni oponenci nie złożyli broni. I jasne, jak się ma sześć smoków jest łatwiej terroryzować okolicę, ale nie da się nimi wypełnić skarbca, ustabilizować gospodarki ani wzbudzić głębokiej sympatii społecznej. Innymi słowy – łatwo nie będzie.  I tu muszę wam powiedzieć, że akurat ten wątek mi się od początku podobał. Wiele osób narzekało, że Rhaenyra wydaje im się nieporadna, bo przecież powinna wiedzieć jak rządzić, ale moim zdaniem serial dobrze pokazuje, że jest olbrzymia różnica czy rządzisz z boskiego nadania, czy jesteś postrzegana jako uzurpatorka.

 

Do tego dochodzi znany problem wszystkich pretendentów do tronów – kiedy walczą o swoje miejsce, mogą obiecywać swoim sprzymierzeńcom i poplecznikom złote góry. Gdy konflikt się kończy – przychodzi czas rozliczeń. No i jak się często okazuje – nie tylko skarbiec jest pusty, ale też obietnica. Rhaenyra nie pierwszy raz pokazuje, że łatwo jej przychodzi wykorzystywanie swoich sojuszników, do momentu, kiedy nie są jej potrzebni. I to właśnie jest najprostszy sposób narobienia sobie wrogów. Jednocześnie, nie ukrywajmy – nie pomaga fakt, że królowa właściwie nikomu nie ufa. Bo trudno nazwać jej związek z Daemonem – pełną zaufania relacją. Daemon chętnie wesprze swoją żonę w zdobyciu tronu, ale niekoniecznie będzie się chciał na tym zatrzymać. Zresztą ich relacja dlatego jest taka ciekawa, że oboje sprawiają wrażenie, jakby zawsze balansowali na granicy obopólnej zdrady albo całkowitego zaufania. Ilekroć rozmawiają mam wrażenie, że albo się do siebie więcej nie odezwą albo dojdą do wniosku, że mogą ufać tylko sobie nawzajem.

 

Zdjęcie: Ollie Upton, HBO

 

Nie mniej, nie dziwię się tym, których wątek królowej w tym sezonie nie pociągał najbardziej, choć Emma D’Arcy rzeczywiście daje występ godny nagrody Emmy (oraz najlepsze przedstawienie w kinematografii, co to znaczy mieć okres pierwszego dnia pracy) to jednak – widać, że twórcy wkładają więcej serca, w wątki które dzieją się z dala od Królewskiej przystani. Być może dlatego, że to właśnie na marginesach głównego wątku mogą sobie pozwolić na najwięcej własnej inwencji i przemeblowań względem tego co napisał Martin. W trzecim sezonie idealnym przykładem jest oczywiście główny czarny charakter tego sezonu Ormund Hightower.

 

Ormund Hightower jest postacią zapewne przepyszną do pisania i miłą do oglądania. Zadufany w sobie rycerz, szlachcic, miłośnik pięknych zapachów i człowiek przekonany o swojej kulturalnej i intelektualnej wyższości. Jego plan – by ogłosić najmłodszego syna Alicent nowym królem. Początkowo może się wydawać, że Ormund, który zamknął się ze swoją wierną armią w niewielkim mieście Tumbleton ma naprawdę przemyślny plan jak obalić a przynajmniej utrudnić rządy królowej. Jednak im dalej w las, tym bardziej widzimy, że to człowiek zdecydowanie mniej bystry i zorientowany niż mogłoby się wydawać. Co więcej jego plan wcale nie jest tak przebiegły, jego sojusznicy tak wierni, a jego wizja – co będzie dalej – tak jasna. Ormund jest jednym z tych bohaterów, którzy podejmują się rzeczy niezwykle ryzykownej – chcą grać o tron a nawet smoka nie mają (to znaczy mają malutkiego i jeszcze nie dorosłego). Widz wie, że to się nie może dobrze skończyć, ale ogląda z przyjemnością wyczekując jaka to będzie piękna katastrofa. I spora w tym zasługa Jamesa Nortona, który wskoczył do świata „Rodu Smoka” by pokazać jak pięknie mu w zbroi, ale też by przypomnieć, że ten serial, podobnie jak „Gra o Tron” stwarza doskonałym aktorom świetne pole do popisu na drugim planie.

 

Zdjęcia: Theo Whitman, HBO

 

Przy czym w ogóle w tym sezonie moje serce skłaniało się zdecydowanie bardziej ku stronnictwu Hightowerów, głównie dlatego, że moją głęboką sympatię budzi Gwayne Hightower brat Alicent, którzy w tym sezonie jest jedyną rozsądną osobą. Tylko on widzi, że umieranie za sprawę absolutnie nie ma sensu, dostrzega jak bardzo Ormund nie docenia swoich przeciwników a wcześniej próbuje desperacko przekonać szlachetnego Cristona Cole’a że naprawdę trzeba wracać do domu. Westeros byłoby dużo spokojniejszym miejscem, gdyby wszyscy słuchali co ma do powiedzenia Gwayne Hightower. Niestety jednak jest to świat, w którym ludzie mają więcej smoków niż zdrowego rozsądku. Na całe jednak szczęście bohater przeżywa ten sezon, co znaczy, że w kolejnej odsłonie znów będziemy mogli patrzeć jak grający bohatera Freddie Fox jest zawiedziony wszystkimi wokół siebie. Przynajmniej będę miała komu kibicować.

 

Skoro mówimy o pretendentach do tronu, to na marginesie naszych głównych sporów i walk smoków mamy jeszcze wątek dwóch synów Alicent. Aegon po tym jak został poparzony ucieka z Królewskiej przystani i przez większość sezonu błąka się po Westeros robiąc sobie krótkie przerwy na narzekanie na swój los. Przyznam, gdyby trafiła go w oko jakaś strzała wcale bym nie płakała. Z drugiej strony, to jest trochę taka postać jak Joffrey w „Grze o Tron”. Wkurza cię ten chłopak niepomiernie, ale bez takich postaci, ten świat wydaje się pusty. Natomiast Aemond w tym sezonie spędza dużo czasu … w łóżku. Głównie sam lecząc swoje rany. Ale też ma sporo czasu by przeanalizować dlaczego jak każdy Targaryen tak dużo myśli o swojej matce. Obaj funkcjonują trochę na marginesie fabuły co ma swoje plusy (mogą trochę rozwinąć swoje charaktery) i minusy (ma się wrażenie, że są w fabularnej przechowalni, w której muszą przesiedzieć do następnego sezonu). Gdzieś na tym samym marginesie znajduje się Helaena, która jest przetrzymywana w niewoli. Największym problemem Helaeny jest to, że powinna mieszkać na wsi i hodować kurczaki a jest w samym centrum królewskich sporów. Żal mi jej bardzo.

 

Zdjęcie: Theo Whitman, HBO

 

Wracając do struktury całego sezonu- zaczyna się emocjami i walkami, potem rozstawia nam bohaterów po całej planszy, ustala, że wiemy kto jest kim i kończy kolejną konfrontacją i zabiciem „pomniejszych przeciwników”. Jeśli spojrzymy na to, że sezon znów ma osiem odcinków, to przy takim tempie narracji jakie przyjmują twórcy – zanim zdążymy się zadomowić w świecie „Gry o Tron” przypomnieć sobie kto jest kim, sprawdzić kto żyje, kto z kim knuje i ustalić kto jest zagrożeniem – sezon już się kończy. I to moim zdaniem jest problem. Jeśli spojrzymy na najlepiej oceniane sezony „Gry o Tron: czy na pierwszy sezon „Rodu Smoka” rzuci się nam w oczy, że miały po dziesięć odcinków. Dziesięć odcinków pozwala na to, by zachowując nie tak znowu bardzo dynamiczną narrację, rozegrać wszystkie wątki i obowiązkową kulminację i jeszcze zostawić miejsce na to by widz, poczuł się w Westeros jak w domu. Tymczasem osiem odcinków to po prostu za mało. Zwłaszcza w tym sezonie, który musiał jeszcze unieść puentę sezonu poprzedniego. Akcja jest jednocześnie zbyt wolna i zbyt dynamiczna. Końcowa konfrontacja – długo zapowiadana, ale bardzo szybko rozegrana. Serial ma dobre pomysły, dobrą obsadę i ciekawe momenty, ale potyka się o swój rytm. Moim zdaniem dlatego, że po prostu nie ma dość czasu by wyegzekwować wszystko w takim tempie w jakim powinien.

Co powiedziawszy – kurde jak ja się dobrze bawiłam przez te osiem tygodni. Jednak wiecie co – nawet jeśli „Ród Smoka” nie jest tak fajny jakby mógł, to jest coś niezwykle przyjemnego w cotygodniowych wyprawach do Westeros. Można narzekać i kręcić nosem, ale nawet mając na Prime Video „Pierścienie Władzy” to wciąż najlepszy serial fantasy jaki mamy w telewizji. Taki, który kształtuje ten swój świat przedstawiony w spójny i wciągający sposób. Na przestrzeni lat seriale dziejące się w Westeros niemal za każdym razem robiły to samo – dawały nam mnóstwo bohaterów, którzy budzili emocje. Albo nas tak wkurzali, że chcieliśmy, żeby już zginęli (Christianie Cole patrzę na ciebie), albo nas irytowali, albo budzili sympatię. To wciąż jest pierwszorzędna rozrywka i radocha. I wciąż, między innymi dzięki systemowi dystrybucji odcinek po odcinku – serial, który przyciąga widzów. Wystarczyło raz na tydzień wrzucać jedną uwagę poświęconą serialowi na Fanpage by to zobaczyć. Takich statystyk nie wykręca właściwie żaden inny serial. Czy chcemy czy nie wciąż żyjemy tym Westeros bardziej niż innymi nieznanymi krainami. I teraz tylko czekać powrotu „Rycerza Siedmiu Królestw” bo bez opowieści z Westeros naprawdę nie ma o czym gadać.

 

Zdjęcie: Ollie Upton, HBO

 

PS: Smoki w tym sezonie były naprawdę super, widać było, że twórcy przyjęli uwagi o tym, że za mało smoczych scen w tym smoczym serialu i w tym sezonie naprawdę można było poczuć, że to bardzo zróżnicowane istoty o bardzo skomplikowanym charakterze.

PS2: Najlepszym podsumowaniem tego sezonu „Rodu Smoka” jest hasło jednej z moich czytelniczek „Kocham tą postać, nie mogę się doczekać kiedy umrze”. To jest dokładnie przeżycie oglądania seriali ze świata Westeros.

Powiązane wpisy