Anthony Bourdain pojawił się w moim życiu za sprawą swojego słynnego tekstu opublikowanego w 1999 roku w New Yorkerze „Don’t Eat Before Reading This” – cudownym eseju, który ujawnia przed czytelnikami filozofię i mechanizm działania restauracji. Potem oczywiście widywałam go w programach telewizyjnych, doskonale pamiętam jak wieloma osobami wstrząsnęła informacja o jego śmierci. Moja pełna sympatia do Bourdaina ukształtowała się jednak po lekturze „Kitchen Confidental” – książki łączącej wątki autobiograficzne, ale też – głębszą refleksję nad jedzeniem i pracą kucharza. Nic więc dziwnego, że gdy tylko nadarzyła się okazja pobiegłam do kina na film „Tony”, inspirowany biografią Bourdaina.
„Tony” koncentruje się na młodości bohatera, który chce być pisarzem (startuje po prestiżowe stypendium przyznawane przez Vassar) ale kończy pracując jako pomywacz w nadmorskiej knajpie w Provincetown, Massachusetts. Trafia tam po tym jak stypendium nie dostał i jedyny plan jaki ma na wakacje to znaleźć ładną koleżankę ze studiów i może jej nieco zaimponować. Bo Tony to chłopak przedsiębiorczy, ale przede wszystkim – pozostający w trudnej relacji z prawdą. Kłamie, konfabuluje i udaje przed światem, kogoś bardziej cool niż jest. Lubi mówić o sobie, że jest pisarzem, ale prawdziwa energia budzi się w nim w kuchni. Chce być traktowany jak dorosły, ale sporo w nim bezczelnego dzieciaka, który nie wie, ile piw to za dużo.

Na całe szczęście – knajpa, w której zajmuje się zmywaniem naczyń jest prowadzona przez doświadczonego szefa kuchni, który staje się jego mentorem. I tak na młodego bohatera wpływają dwie siły. Szef pokazuje mi dyscyplinę i piękno gotowania dla innych, a Sal – kolega pracujący przy otwieraniu małż – wprowadza go w świat ratowania się kokainą, kupowania narkotyków od rybaków i podrywania wszystkich dziewcząt, które właśnie przyjechały na wakacje nad morze. Sam Tony jest nieco rozdarty, pomiędzy przyznaniem, że kuchni to jego miejsce, a próbą budowania wizji siebie jako pisarza, studenta i kogoś kto jest lepszy i ma większe perspektywy niż kucharzenie.
Muszę wam przyznać – rzadko, który film pozostawił mnie tak rozdartą. „Tony” to jest bardzo sprawnie zrealizowany i bardzo dobrze zagrany film o dorastaniu. Łapiemy bohatera w momencie, w którym musi zadecydować, kim chce zostać w życiu i jaka droga będzie dla niego najlepsza. Pozornie wydaje się bardzo niezależny, ale widać, że potrzebuje przewodnika i kogoś kto mu wskaże drogę rozwoju. Wszystko zaś ujęte w ramę tego jednego kluczowego lata, które zmienia wszystko i sprawia, że pojawiają się nowe możliwości, perspektywy i powoli kształtuje się osobowość bohatera. To film nakręcony bardzo dobrze, choć w zgodzie ze wszystkimi schematami takich narracji – kojarzymy momenty przełomowe, kolejne akty dorastania i ostateczne potwierdzenie zamknięcia pewnego etapu. Film tego nie ukrywa, wręcz na wstępie ujawnia od samego początku, że pragnie nam opowiedzieć taką historię (robi to w dowcipny sposób w ramach meta narracji).
Jak wspomniałam – film jest bardzo dobrze zagrany. Dominic Sessa jest fantastyczny w graniu chmurnych i durnych młodych ludzi (udowodnił to w świetnym „Przesileniu zimowym”) i rzeczywiście – przypomina wizualnie młodego Bourdaina. Ma w sobie też wystarczająco dużo charyzmy byśmy uwierzyli, że w przyszłości stanie się i znanym kucharzem i zdolnym pisarzem. W roli kuszącego rozrywkowym życiem kolegi zobaczymy Leo Woodalla, którego bohater jest amoralny, ale na tyle uroczy, że rozumiemy, dlaczego mimo wszystkich występków – współpracownicy nadal darzą go sympatią. Zaś szefem kuchni jest tu Antonio Banderas, który świetnie znajduje się w roli mentora, który stara się wprowadzić bohatera nie tylko w świat pracy w kuchni, ale też podstawowej etyki pracy. Naprawdę ogląda się tą obsadę doskonale i z taką przyjemnością jaką dają na ekranie aktorzy dobrze obsadzeni, doświadczeni i odpowiednio prowadzeni.

Skoro jest dobrze (bo też wizualnie film przypadł mi do gustu – idealnie udało się w nim oddać ciepłe, letnie miesiące w nadmorskiej miejscowości) to skąd moje rozdarcie? Otóż to jest bardzo fajna historia, ale to nie jest to opisywał w swoich wspomnieniach Bourdain i to co było w tych jego narracjach najbardziej pociągające. Choć film bierze, niektóre fragmenty z książki (jak np. zażywanie kokainy czy uwodzenie panny młodej na zapleczu kuchni) to wszystko w tej narracji jest takie grzeczne, nawet uporządkowane i osadzone w tych schematach kina o dorastaniu. Nawet jeśli nasz bohater czasem się upije czy wciągnie z kolegami kreskę, to film unika tego co mroczne, niepokojące, być może – dalekie od pogodnej w sumie narracji o dorastaniu przy zmywaniu naczyń. Cały czas miałam wrażenie, że to co Bourdain opisywał tak doskonale – ten mroczny hedonizm, połączony z wytężoną pracą, powtarzalnością, zmęczeniem, ale też – zanurzeniem się w gotowaniu – w ogóle się tu nie pojawia. To jest trochę tak jakby twórcy bardzo chcieli nakręcić film o dorastaniu, ale sam Bourdain niekoniecznie ich w tym interesował. A szkoda, bo to co pisał i jak pisał było fascynujące i myślę, że dla wielu osób – zmieniające sposób myślenia o kuchni i gastronomii (na wiele lat zanim zaczęła się tym fascynować telewizja). Nie jestem też wielką fanką tego, że motywacją bohatera staje się podróż za dziewczyną. To takie spłaszczenie ciekawej historii, która akurat z romansem nie miała nic wspólnego.
Nie mogę powiedzieć by twórcy filmu „Tony” zrobili zły film, choć kiedy tłumaczą, że nie chcieli robić filmu biograficznego zadaję sobie pytanie – po co sięgali do niektórych faktów i nazwisk realnych ludzi. Cały film pełen jest szczegółów (w tym takich naprawdę drugoplanowych) wziętych prosto ze wspomnień kucharza. Ale jednocześnie – można dojść do wniosku, że budowanie tła bardziej twórców interesuje, niż oddanie nastroju historii opowiadanej przez autora. I tu pojawia się kwestia -skoro Bourdain tak realnie ich nie interesuje – pewnie mogliby pozmieniać nazwiska, i wtedy – nie wychodziłabym z kina z poczuciem, że jednak jest pewien niedosyt. A ten niedosyt jest przede wszystkim w tym mroku, który pojawił się w życiu Bourdaina wraz z pracą w kuchni. Jak sam pisał – wyjeżdżał z Provincetown nie tylko z wiedzą kulinarną, ale też w bliskiej relacji z rekreacyjnymi narkotykami. Wiedząc, że uzależnienie będzie się potem pojawiało w jego życiu – trochę trudno przejść nad tym do porządku dziennego, a samą opowieść traktować wyłącznie w kategoriach – budowania nowych ambicji młodego człowieka. Mam wrażenie, że gdzieś po drodze twórcy tego filmu, nie dostrzegli, że Bourdain fascynował nie tylko pewnym hedonizmem, ale też tym mrokiem, który się za nim skrywał. Bez tego, dostajemy niezły film o dorastaniu, który jednak chyba bardziej zafascynuje tych, którzy niekoniecznie interesowali się samym bohaterem w realnym życiu.
Muszę tu też dodać kilka uwag na temat samego gotowania i kuchni. Bourdain pisał o jedzeniu tak jak mało kto. Z sensualnością, niemal pożądaniem, hedonizmem, ale też głęboką świadomością jak bardzo ludzką i ciężką pracą jest jego przygotowanie. Strony jego tekstów pachną jednocześnie najlepszymi potrawami i potem przygotowujących je kucharzy. A nie mówimy o pięciogwiazdkowych restauracjach tylko raczej nadmorskiej tawernie. Jest w tym co Bourdain pisał i pokazywał w jedzeniu coś bardzo fizycznego, społecznego – nie instagramowego, jakbyśmy dziś powiedzieli. I tego aspektu trochę mi w filmie brakowało. Jedzenie w ogóle odgrywa tu nieco drugoplanową rolę, a to jak wygląda na ekranie jest moim zdaniem zbyt przefiltrowane, niemal jałowe – brakuje tu takich elementów, które rozpalałyby zmysły. Ostatecznie, mimo że to film całkowicie skupiony na gotowaniu, kuchni i restauracji – jedzenie jest w nim bardzo wizualnie nieciekawe, nie ma tu pomysłu na pokazanie jego przygotowania, na oddanie tej dusznej atmosfery restauracyjnego zaplecza. Co moim zdaniem dobrze pokazuje, że ten temat niekoniecznie twórców interesuje, a to ponownie oddala nas od fenomenu pisarstwa i osoby Bourdaina. Jak zwróciła uwagę recenzentka „New York Timesa” – to film, który prawi przyjemność, tym którzy inspiracji dla historii nic nie wiedzą, a zainteresuje ich tylko historia o dorastaniu. I można to uznać za wielką zaletę produkcji, a może to być też jej największa wada.

Problemem z filmami, które chcą opowiadać o realnych postaciach, zawsze jest to napięcie pomiędzy wymogami filmowej narracji (zwłaszcza gdy bierzemy na warsztat kino gatunkowe) a realiami. I nie chodzi jedynie o dokładne odtworzenie faktów (na tym etapie wiemy, że to nie możliwe) ale raczej o pewien nastrój opowieści i odpowiednie ułożenie akcentów. Mam poczucie, że „Tony” to idealny przykład tego co się dzieje, kiedy wygrywa bardzo określona filmowa konwencja. Dostajemy dobry film o dorastaniu, młodości i szukaniu siebie, ale jednocześnie – to nie jest dobry film o Bourdainie, nawet jeśli nie tym prawdziwym, to takim na jakiego się kreował. I mam poczucie, że to rozdarcie wynika z faktu, że to co doskonale sprawdza się w prozie i często bywa stałym elementem życia – nie zawsze zmieści się w filmowym schemacie. Także – jeśli chcecie naprawdę przyjemnego i dobrze zrealizowanego filmu o dorastaniu to „Tony” przypadnie wam do gustu. Ma zresztą wyśmienite recenzje, które podkreślają, że to opowieść ciepła, przyjemna i doskonale wpisująca się w założenia narracji o dojrzewaniu. Ale jeśli fascynuje was Bourdain to jednak sięgnęłabym po jego teksty, co jest coraz prostsze, bo niedawno wyszło w Polsce „Kitchen Confidental” a już niedługo pojawi się antologia pozostałych tekstów autora. Bo tam jest jednak coś więcej, co sprawia, ze mam nadzieję, że „Tony” nie będzie ostatnim filmem o tym pisarzu i kucharzu. Bo są tu jeszcze ciekawe narracje do poprowadzenia i historie do odkrycia.
PS: Byłam na pokazie specjalnym, gdzie wszystkim uczestnikom dano… mule z pieczywem czosnkowym jako przekąskę. Było to doznanie olifaktoryczne. Można się przez chwilę poczuć jak nad morzem.
