Home SerialeZnajomi nie przyjaciele czyli „Dorośli” i „Nie stworzeni do pracy”

Znajomi nie przyjaciele czyli „Dorośli” i „Nie stworzeni do pracy”

autor Zwierz

Można kochać „Przyjaciół”, można być do nich zdystansowanym, ale nie ulega wątpliwości, że twórcy serialu o grupie dwudziestoparolatków nawigujących razem przez jedną z najbardziej niespokojnych dekad swojego życia złamali sitcomowy kod. Wcześniej podstawą sitcomów były głównie rodziny, często współlokatorzy, ale taka grupa już nie dzieciaków, ale jeszcze nie w pełni ukształtowanych dorosłych – to była nowość. Okazało się, że ten schemat jest niczym kura znosząca złote jaja. Sprawdził się potem nie raz – czy to w „Jak poznałem waszą matkę”, „New Girl” czy w „Teoria Wielkiego Podrywu” (zwłaszcza późniejsze sezony, gdy grupa się powiększa). Nic więc dziwnego, że twórcy współczesnych produkcji komediowych szukają podobnego schematu by przyciągnąć widzów. Na Disney+ możecie oglądać dwa seriale, które na swój sposób próbują przepisać schemat „Przyjaciół” na współczesne realia. To „Dorośli” i „Niestworzeni do pracy”. Oba seriale są jednocześnie bardzo podobne i reprezentują zupełnie inne podejście do komedii.

„Dorośli’, stworzeni przez stację Hulu to podejście zdecydowanie bardziej nowoczesne. Tak mamy grupę dwudziestoparolatków, którzy dzielą razem mieszkanie w rodzinnym domu jednego z nich, ale nie są to typowy sitcomowi bohaterowie. Co prawda mamy tu sporo dynamiki, którą kojarzymy z takich klasycznych seriali komediowych (mamy parę, mamy przyjaciela geja, mamy niekoniecznie pewnego siebie chłopaka, mamy najlepszych przyjaciół itp.) ale cała narracja stara się osadzić naszych bohaterów w dużo bliższej realiom rzeczywistości. Pojawiają się więc problemy zdrowotne, rachunki medyczne, niebezpieczna okolica i nawet – temat aborcji, co niekoniecznie pojawia się często w serialach komediowych. Jednocześnie, nasza grupa ma chyba stanowić spojrzenie na pokolenie Z, które już nie ma większych zawodowych ambicji, nauczyła się jako tako wykorzystywać internetowe schematy i chce być bardzo otwarte choć nie za bardzo ma pojęcie jak.  Jednocześnie ich Nowy Jork nie wygląda jak z klasycznego sitcomu, jest brudniejszy, bardziej niebezpieczny ale też – zdecydowanie bardziej codzienny i niekoniecznie nastawiony na pokazywanie tylko najładniejszych ulic Manhattanu.

 

Przyznam szczerze, na plus serialu można poczytywać fakt, że zupełnie się w nim nie odnalazłam. Bohaterowie, raczej mnie denerwowali, męczyli i wydawali mi się w większości – niekoniecznie interesujący. Istnieje ten rodzaj serialowych bohaterów, którzy za wszelką cenę chcą nas przekonać, że są ciekawsi niż wskazywałby na to ich zachowania i zainteresowania i ten typ postaci zawsze mnie denerwował. Ale jednocześnie – jako osoba zdecydowanie od bohaterów starsza może powinnam być nimi zmęczona – ostatecznie znakiem młodości jest to, że ludzie od ciebie starsi na pewno cię nie zrozumieją. Jednocześnie, jestem w stanie docenić tą dość ponurą wizję współczesnych lat dwudziestych, gdzie nikogo nie stać na życie samemu, brak ubezpieczenia może cię zrujnować jeszcze przed trzydziestką, a rachunki są zbyt wysokie i skomplikowane by je płacić. Niewiele zostało z pięknych pokojów, w których żyli bohaterowie „Przyjaciół” bo dziś młodych stać by gnieździć się na kupie w domu rodziców – tyle mniej więcej mają kasy i perspektyw. Przy czym nie mówimy tu nawet o jakichś życiowych „przegrywach” – po prostu szanse, nadzieje i perspektywy rzeczywiście się przez ostatnie trzy dekady dość drastycznie zmieniły.

 

 

Jednocześnie sam serial naprawdę jest najzabawniejszy w tych momentach, w których jest zupełnie absurdalny – trochę przypominając kultowe „Broad City”. To takie krótkie przebłyski humoru, którzy przypomina bardziej skecze niż głębsze sitcomowe wątki i naprawdę – potrafi to być przezabawne. Mój ulubiony z takich absurdalnych watków dotyczy jednego z bohaterów, który dosłownie jest w stanie zaprzyjaźnić się z każdą osobą, którą poznaje – łącznie z lokalnymi przestępcami. To jest ten poziom absurdu, który mnie bawi. Dlatego mam trochę nadziei, że może w kolejnym sezonie, który dosłownie na dniach będzie miał swoją premierę, będzie tego więcej. Zwłaszcza, że stacja chyba rzeczywiście ma jakieś większe plany, bo niedawno na YT zupełnie za darmo wrzucili odcinek, który jest prequelem serialu, chyba po to by zachęcić więcej osób do oglądania (możecie go bez trudu znaleźć szukając po angielskim tytule produkcji).

 

 

O ile „Dorośli” sprawiają wrażenie serialu, który próbuje się jakoś odbić od klasycznego schematu „ludzie koło dwudziestki mieszkają razem” to „Niestworzeni do pracy” są już zdecydowanie bardziej klasyczną narracją, choć co ciekawe też stworzoną dla Hulu (co każe mi się doyślać, że ktoś w zarządzie rozpisał spory przetarg na serial, który wypełni jakąś lukę wśród widowni). Mamy tu trzech przyjaciół i dwie przyjaciółki mieszkających drzwi w drzwi w Nowym Jorku. Wszyscy są młodzi, ambitni i chcą osiągnąć zawodowy sukces. Przy czym, jeśli przyjrzymy się bliżej bohaterom to dostrzeżemy, że wiele ich łączy z postaciami z „Jeszcze nigdy”. Nie powinno to dziwić – za obiema produkcjami stoi Mindy Kaling, która lubi recyklingować swoich bohaterów. Mamy więc np. sympatycznego syna niesłychanie zamożnego biznesmena, czy zdolną i ambitną bohaterkę, której na drodze do sukcesów zawodowych stoi jej własne serce. Znajdzie się też oczywiście bohater, który musi ukrywać przed swoimi rodzicami zmianę ścieżki zawodowej i nie zabraknie zdolnej amerykanki indyjskiego pochodzenia. Jeśli lubi się postaci Mindy Kaling to ten serial oferuje bardzo sympatyczną wersję ich przygód w zawodowym i romantycznym świecie.

 

O ile „Dorośli” sprawiają wrażenie, jakby scenarzyści za wszelką cenę chcieli mówić językiem i doświadczeniem współczesnych dwudziestoparolatków, o tyle w „Niestworzeni do pracy” mamy raczej taką perspektywę – jak starsi Millenialsi czy Gen X chcieliby postrzegać młodych. I jest w tym coś do miesza pewne zrozumienie i czułość wobec młodszego pokolenia, które musi się nauczyć nawigować w świecie dorosłości, ale też niekiedy lekka irytacja tym jak bardzo się od nas różnią. Jednocześnie, nie ma tu zbyt wielu prób tworzenia serialu, który będzie wybitnie aktualny. Jasne, nawiązania popkulturowe będą czytelne, ale więcej tu klasycznych tropów – podpowiedzi, że romans ze swoim szefem to nie jest dobry pomysł, przestrogi przed sławami, które mają nas gdzieś czy nauka, że rodziców trzeba w pewnym momencie zobaczyć łącznie ze wszystkimi ich wadami. To jest dokładnie taki serial, który z przyjemnością ogląda się, gdy jest się starszym i można kiwać głową i kibicować bohaterom by jak najszybciej podłapali te wszystkie ważne życiowe lekcje.

 

Nie ukrywam „Niestworzeni do pracy” bardzo mi się podobali. Chyba dlatego, że lubię obyczajowe seriale Mindy Kaling. Ma ona dobrą rękę do prowadzenia bohaterów tak, że nawet jak robią coś głupiego to wciąż ich lubimy. Jednocześnie, nawet jeśli pakują się w zawodowe czy finansowe kłopoty to nigdy nie przekraczają pewnej granicy, kiedy są to problemy bliskie rzeczywistości. Zawsze jest tam takie bardzo typowe dla sitcomów zawieszenie prawdopodobieństwa, które sprawia, że raczej nigdy nie pomyślimy, że mogłoby się naszej grupce stać coś naprawdę złego. Wizualnie też „Niestworzeni do pracy” są bliżej tym ładnym telewizyjnym przestrzeniom, które zwykle zupełnie nie mają sensu, jeśli zaczniemy sobie zadawać pytania, ile naprawdę zarabiają młodzi ludzie po dwudziestce w Nowym Jorku (choć trzeba przyznać, że prace mają raczej dobre). W każdym razie to zdecydowanie bardziej tradycyjny serial komediowy i chyba przypadł mi bardziej do gustu. Może dlatego, że bardzo lubiłam „Jeszcze Nigdy” a ten serial naprawdę sprawia wrażenie jakby po prostu podjął część tych samych bohaterów parę lat później.

 

Choć obie produkcje są na swój sposób przyjemne, to jednak żadna z nich nie ma większej szansy na takie kulturowe znaczenie jak dawne sitcomy o grupie przyjaciół. Po pierwsze – w tym schemacie z pewnością nie ma już nic świeżego, więc każda nowa produkcja automatycznie jest porównywana do wszystkich poprzednich. Połowa recenzji to wyliczanie do jakich seriali obie produkcje są podobne. Jednak ważniejsze jest chyba to, że oba seriale – niezależnie od tego jak mogą być ciekawe, padają ofiarą tego samego problemu co wszystkie współczesne opowieści komediowe. Obie produkcje mają w sezonie zaledwie kilka odcinków. To zdecydowanie za mało, gdy mówimy o półgodzinnych produkcjach komediowych opowiadających o kilkorgu bohaterach, Nie ma miejsca by naprawdę lepiej poznać postaci, wejść w ich świat, zobaczyć więcej scen, które niekoniecznie mają większe konsekwencje dla fabuły. Mam wrażenie, że o ile skrócenie sezonów niekoniecznie zaszkodziło serialom dramatycznym, o tyle w przypadku komedii po prostu się nie sprawdza. Jak serialowa grupa znajomych ma się stać naszymi znajomymi, kiedy widzimy ich dosłownie na chwilę raz na rok albo dwa lata. Dlatego choć widzowie wciąż pragną takich produkcji, to od dłuższego czasu nie udało się stworzyć żadnej, która naprawdę rezonowałaby z szerszą widownią. Ale to szerszy problem streamingów, którym seriale komediowe wychodzą dużo rzadziej niż dramatyczne. Na razie dostajemy więc produkcje, które choć nieźle się zapowiadają i mają fajne wątki sprawiają, że tylko jeszcze bardziej się tęskni za tymi dawnymi czasami dwudziestu dwóch komediowych odcinków, które potrafiły wpływać na miliony widzów. Ale to się już nie wróci.

Powiązane wpisy