Mam wrażenie, że ostatnimi czasy bardzo modne stają się narracje – serialowe czy dokumentalne, które wchodzą w głąb mniej lub bardziej ortodoksyjnych społeczności religijnych. Podejrzewam, że jest to odbicie naszych czasów, gdzie czujemy, że pewien rodzaj religijnego nacjonalizmu staje się coraz bardziej unormowany a zjawiska, które były właściwie tylko dla zamkniętych społeczności, dzięki social mediom są nam sprzedawane jako pewien styl życia. Poza tym, jak zwykle rządzi nami zainteresowanie – jak żyją ci „inni”, którzy wybrali egzystencję w poprzek tego co nas otocza. Im bardziej chaotyczny jest nasz świat tym bardziej wszelkie hasła o „powrocie do korzeni” wydają się aktualne. Netflixowy serial „Niewybrani” wydaje się idealnie wpisywać w ten trend. A jednocześnie pokazuje – ograniczenia takiej narracji.
„Niewybrani” to opowieść o zamkniętej, głęboko pobożnej, protestanckiej wspólnocie, która żyje w Anglii. Nie znamy dokładnie historii tej społeczności, ale możemy sobie wyobrazić, że wygląda to podobnie jak w przypadku wielu amerykańskich sekt. Wszyscy mieszkają obok siebie, uczą się razem, modlą się razem, pracują razem. Dostęp do technologii jest zakazany – nie ma telewizorów, telefony są tylko stacjonarne, technologia taka jak komputery – dopuszczalna tylko w pracy. Społeczność jest nieufna wobec policji i choć widzimy, że w krytycznej sytuacji skorzystają z opieki zdrowotnej, to jednocześnie – jak możemy się domyślać – także tu polegają głównie na tradycyjnych metodach. Podział ról jest tradycyjny – kobiety mają zajmować się domem i rodzić dzieci, mężczyźni pracują razem w tartaku. Są sprawy męskie i kobiece. Przy czym dla kobiet kluczowa jest rodzina i dzieci, których powinno być dużo. Niewiele wiemy o tym jaka jest zasada zawierania małżeństw, ale możemy podejrzewać, że raczej są one choć częściowo aranżowane pomiędzy młodymi w podobnym wieku.

Do społeczności wchodzimy obserwując młode małżeństwo – Rosie i Adama. Pozornie, to bardzo zgoda i szczęśliwa para. Rosie wychowała się już w tej społeczności, więc to dla niej bardzo normalne życie. Z kolei Adam ma swoje własne ambicje, ale przynajmniej na początku wydaje się kochać żonę i córeczkę, która ma problemy ze słuchem. Do pozornie uporządkowanego świata szybko jednak wkrada się burza – dosłowna i metaforyczna. Uciekająca przed deszczem córka pary wpada do jeziora i zaczyna się topić. Ratuje ją niespodziewany przybysz – Sam, o którym dość szybko dowiadujemy się, że uciekł z pobliskiego więzienia. Jednocześnie Adam decyduje się wydać społeczności, że jego brat nie tylko ma telefon komórkowy, ale też – nawiązał romans z kobietą spoza sekty. To wszystko razem narusza codzienność i sprawia, że wszystko powoli zaczyna się rozpadać. Zwłaszcza dla Rosie, która poznawszy Sama powoli zaczyna chcieć od życia czegoś więcej.
Teoretycznie – wszystko brzmi tu dobrze. Zamknięta społeczność, tajemniczy przybysz, wychowana pod religijnym kloszem kobieta, która sięga po to co zakazane. I przynajmniej na początku serial dość dobrze buduje atmosferę napięcia, zamknięcia i religijnej opresji (a czasem dosłownej przemocy). Naruszenie elementów znanego wszystkim porządku prowadzi do coraz większego rozkładu, na wierzch wychodzą emocje i resentymenty a także głęboko skrywane tajemnice. I właśnie gdzieś w tym momencie serial zaczyna się załamywać pod własnym ciężarem. Na przestrzeni zaledwie sześciu odcinków próbuje on bowiem zmieścić zarówno bardzo różnorodne narracje o religijnej opresji, jak i historię Sama, który wchodzi do wspólnoty zupełnie zewnątrz, jak i jeszcze – dynamiczny thriller psychologiczny, który ma nas wciągnąć. Co prowadzi do mnożenia wątków – moim zdaniem ponad miarę. W pewnym momencie, miałam wrażenie, że twórcy grają w jakieś specyficzne bingo – ile tropów związanych z zamkniętymi społecznościami, sektami, religią i opresją zmieszczą w jednym serialu. I chyba odfajkowali jakieś 90%.

Jednocześnie – bardzo brakowało mi chwili na przyjrzenie się temu życiu społeczności zanim zaczyna się zmieniać i dezintegrować. To jest zwykle najciekawsze – przyglądaniu się jak religijność i wiara wchodzą w każdy aspekt egzystencji, jak go kształtują, jak też stają się oczywiste. Ludzie strzegą istniejącego systemu nawet jeśli jest dla nich opresyjny, bo często innego nie znają. Tu pojawiają się tego przebłyski, ale ponieważ akcja musi gnać do przodu i ponieważ co chwilę musimy ujawnić kolejną tajemnicę czy element nie pasujący do układanki, to nie ma chwili na oddech, na przyjrzenie się nieco głębiej tej społeczności. Sama Rose, jest postacią, która aż prosi się o trochę więcej charakteru, jakiegoś tła, które sprawiłoby, że moglibyśmy się lepiej dowiedzieć kim jest i dlaczego – ma w sobie nieco inne potrzebny i pragnienia. Jako opowieść emancypacyjna to jest taka urywana narracja, która ani nie ma ciekawego na początku i niekoniecznie ma coś bardzo ciekawego do zaoferowania na końcu. Zresztą ostatnie dwa odcinki moim zdaniem są już gatunkowo z trochę innego porządku niż początek serialu, bo zaczyna się robić … trochę za dużo wszystkiego.
Przyglądając się produkcji, cały czas myślałam, że gdyby ta narracja była prowadzona wolniej i spokojniej – nie na sześć odcinków tylko na dwa- trzy sezony, to może udałoby się wyjść poza schematy a kolejne dodawane elementy fabuły nie sprawiałby wrażenia nadmiaru. Bo tam jest potencjał – głównie aktorski. Bardzo dobra jest Molly Windsor jako Rose, gra swoją bohaterkę jako dziewczynę, która ma swój charakter i spojrzenie na życie, ale jest jednak mocno osadzona w tych religijnych schematach. Dobrze obsadzony jest Fra Fee jako Sam, człowiek, który przyciąga do siebie ludzi i szybko dostosowuje się do tego co chcą usłyszeć. Jestem w stanie zrozumieć, że pojawienie się takiej osoby może rozsadzić pewien ustalony porządek. Zawiódł mnie natomiast Asa Butterfield – bo jego bohater jest ciekawie pomyślany, ale miałam wrażenie, jakby aktor grał takimi najprostszymi środkami. Ma jedną czy drugą dobrą scenę, ale tam było dużo więcej do wyciągnięcia.

Ostatecznie – mam wrażenie, że dostaliśmy serial, który ni jest w stanie wykorzystać swojego potencjału. Być może dlatego, że samo umieszczenie historii w zamkniętej społeczności i nasycenie serialu wszystkim co może pójść nie tak – niekoniecznie jest bardzo wciągające, zaskakujące czy niejednoznaczne. Mam wrażenie, że dużo bardziej poruszające są dokumentalne produkcje, które są w stanie osadzić pewne zjawiska w szerszym kontekście, albo te produkcje serialowe, które bardziej skupiają się na pokazaniu mechanizmów religijnej władzy, i tego jak manipuluje ona bohaterami. Pod tym względem „Niewybrani” mają problem, bo niby pokazują rozdarcie pomiędzy naukami a tym jak ludzie żyją, ale jednocześnie – nie są w stanie chyba w pełni dotknąć mechanizmów tej religijnej opresji i wszystkich jej wymiarów. Sporo jest w tym serialu scen wspólnych modłów czy kazań – ale one są bardzo schematyczne, mało odsłaniające dokładne działanie niektórych mechanizmów.
Jednocześnie pod sam koniec można się zastanawiać – co właściwie serial chce powiedzieć. Życie bohaterów rozpada się, bo wpuścili pomiędzy siebie przybysza zewnątrz, który zaburzył ich ład. To dokładnie potwierdza religijne nauki takich sekt, które mówią, że nie należy dopuszczać do żadnych kontaktów ze światem zewnętrznym, bo wtedy pojawi się szatan w owczej skórze i wszystko zniszczy i zmusi do grzechu. Serial trochę przyznaje racje temu mechanizmowi izolowania się, pokazując, że wystarczy jedna „inna” osoba, by wszystko co budowano przez lata uległo całkowitej przemianie. Nie podejrzewam by taki był pomysł scenarzystów, ale niestety do takich wniosków trochę ten serial prowadzi. Zamknijcie drzwi przed Irlandczykami, bo wszystko zepsują.
PS: Obejrzałam serial, bo trafił niezwykle wysoko na listę najchętniej oglądanych produkcji w Polsce. Mam wrażenie, że w Polsce jesteśmy bardzo zainteresowani tymi narracjami o religijności, bo choć mamy mniej takich społeczności to jednak religia i związane z nią wybory życiowe wciąż jest bardzo obecna w naszym społecznym myśleniu i postrzeganiu rzeczywistości.
