11
Dziś do kin wchodzi „Chronologia Wody”. Większość z was może kojarzyć ten film jako debiut reżyserski Kristen Stewart co dodaje produkcji, takiego hollywoodzkiego sznytu, bo jak to bywa przy debiutach reżyserskich znanych aktorek, wszyscy są ciekawi jak poszło.
Ale gdyby nie nazwisko Stewart, to pewnie sam film znalazłby się tam gdzie wskazuje przyjęta przez reżyserkę forma i sposób narracji – w amerykańskim kinie niezależnym, któremu bliżej do europejskich festiwali niż czerwonych dywanów. Zresztą nie powinno to dziwić, ostatecznie w Polsce można było pierwszy raz „Chronologię Wody” obejrzeć na Nowych Horyzontach, gdzie jak wiadomo – blockbusterów nie pokazują, a im dziwniej tym lepiej.
Skoro już wiemy czym „Chronologia wody” nie jest to pozostaje kwestia czym jest. A jest filmem bardzo udanym, choć wymagającym dla widza. Obserwujemy główną bohaterkę – pływaczkę Lidię Yuknavitch ( świetna Imogen Poots). Film jest ekranizacją jej książki pod tym samym tytułem. To zapis wspomnień – do dzieciństwa, przez lata nastoletnie i studenckie – wspomnień często trumatycznych, urwanych i fragmentarycznych. W centrum narracji znajduje się nie tylko płynny i urywany charakter wspomnień i przeżyć ale też ciało bohaterki – będące w zależności od tego kto na nie patrzy, do czego go potrzebuje, źródłem bólu, cierpienia, triumfu, dyscypliny czy upadku. Jest to więzienie i jedyny sposób by się z niego wydostać.
Tym co imponuje w „Chronologii wody” to narracyjna dyscyplina debiutującej reżyserki. To film, który wręcz faluje, jest jak woda, przez którą płynie bohaterka, co pewien czas unosząc głowę nad jej powierzchnię. Wszystko tu jest rozchwiane (przypomina mi to wodę odbijającą się od brzegów basenu), kręcone w zbliżeniach, urywkach – tak by stworzyć poczucie, że jesteśmy jak najbliżej spojrzeń i wspomnień bohaterki. Nie przepadam za zdaniem „widać, że to film kręcony przez kobietę” bo to zbyt prosty klucz interpretacyjny, nie mniej – owa intymność spojrzenia na kobiece ciało jakie znajdziemy w filmie Stewart moim zdaniem czyni ją reżyserką nie tylko początkującą ale bardzo dobrze się zapowiadającą.
Nie obiecuję po „Chronologii wody” łatwego seansu, ale to jest jak przepłynięcie kilku basenów. Cóż, że po wyjściu z wody przypominamy sobie, że te mięśnie istnieją i pracowały skoro ogarnia nas też to przyjemne poczucie, że była to praca dobra dla naszego ciała. I tak jest z oglądaniem tego filmu – z kina wychodzi się z dobrym uczuciem, że popracowały nasze filmowe mięśnie.
Bardzo was zachęcam do seansu i bardzo czekam na kolejny film w reżyserii Stewart bo jeśli to ma być jej droga, to oczekuję, że za dwie dekady, będzie się o niej czytało jako o reżyserce, która wyszła z aktorstwa.
