Home FilmJuż im niosą suknię z welonem czyli o filmie „Drama”

Już im niosą suknię z welonem czyli o filmie „Drama”

autor Zwierz

Odbiór filmu „Drama” pokazuje, że studio A24 staje się nieco ofiarą swojego marketingowego sukcesu. Rozciągnięte w czasie kreatywne kampanie promocyjne kolejnych filmów budzą zainteresowaniem niekiedy większe niż sam film. Jednocześnie – ponieważ kampanię promocyjną trzeba oprzeć o coś co dobrze się sprzeda i wzbudzi emocje (jak w przypadku „Dramy” tematyka ślubna) łatwo zgubić po drodze realną tematykę filmu. Łatwo też przyciągnąć do kina ludzi, którzy spodziewają się czegoś zupełnie innego. A to przepis na recepcję, która choć szeroka – niekoniecznie sprzyja samemu filmowi. Bo choć bilety się sprzedają, to im większa luka pomiędzy oczekiwaniami a tym co widzowie dostają zwykle jest przyczyną sporych rozczarowań.

Ten wpis nie zawiera spoilerów. Specjalnie tak go napisałam, żeby nie wyjawić głównego punktu zapalnego filmu.

 

Po premierze „Dramy” w Stanach było widać jak bardzo rozjechały się oczekiwania widzów i kampania promocyjna. Motyw przewodni ślubu, oraz fakt, że w głównych rolach można zobaczyć Zendayę i Roberta Pattinsona, sprawił, że wiele osób było przekonanych, że nawet jeśli nie czeka ich komedia romantyczna, to dostaną obyczajową historię skupioną na ślubie. I choć mnie można „Dramie” odmówić dotykania tematów ślubnych (widzimy bohaterów w ostatnim tygodniu przed tym jak staną na ślubnym kobiercu) to są one punktem wyjścia do głębszej refleksji. Refleksji, która tylko częściowo ma coś wspólnego z związkami i relacjami, a bardziej skupia się na tym – co uznajemy za rzeczy niewybaczalne i dlaczego.

 

 

To jeden z tych filmów, który moim zdaniem spokojnie poradziłby sobie na scenie jako jedna z tych sztuk, które wymagają czterech krzeseł i stołu i można je zagrać w teatrze przed widownią, która potem rozejdzie się po okolicznych restauracjach omówić postępowanie i postawy bohaterów. Więcej, mam wrażenie, że ta fabuła działaby lepiej w teatralnej ramie, bo poza nią wydaje się dość sztuczna, miejscami bohaterowie są za bardzo jednowymiarowi i wyjęci z rzeczywistości społecznej. Cały czas przyglądając się filmowi miałam poczucie, że oto oglądam coś „napisanego”. Autor scenariusza nie chce stworzyć realnych bohaterów, żyjących w prawdziwym świecie a bardziej – skonfrontować widza z pewnym moralnym problemem. Dlatego są oni wyjęci z właściwie wszystkich szerszych społecznych ram – właściwie nie rozmawiamy tu o rasie, klasie, ale też nawet o rodzinie. Wszystko dzieje się obok tych czynników, które nieco komplikują spojrzenie na rzeczywistość.

Sama mam, wobec tego filmu dość mieszane uczucia. Z jednej strony – jest tu kilka scen, które dość dobrze ilustrują, że tak właściwie nigdy do końca nie znamy osoby, z którą jesteśmy w związku. Więcej, że będąc z kimś w związku chcemy na siebie patrzeć także przez pryzmat tego z kim się umawiamy. Im lepsza jest nasza partnerka czy partner tym lepiej możemy o sobie myśleć. Kiedy jednak pojawiają się wady, problemy czy wątpliwości – wtedy rzutuje to nie tylko na związek, ale też na nas. Jak mogliśmy coś przegapić, jak mogliśmy nie wiedzieć – czy to, że ciągnęło nas do kogoś nieidealnego świadczy też o nas? Nic dziwnego, że przeżywa się wtedy prawdziwy kryzys egzystencjalny, bo paradoksalnie nie chodzi jedynie o to jak dobrze znamy drugą osobę, ale też o to jak dobrze znamy samych siebie. Odkrycie z kim jesteśmy w stanie się związać, co nam przeszkadza a co nie przeszkadza, co jesteśmy w stanie pominąć i obśmiać a co uznać za kluczowe – mówi przede wszystkim o nas.

 

Z drugiej strony, są w tym filmie elementy, które wytrącały mnie z tego toku myślenia i refleksji. Kilka postaci, zostało napisanych tak, by budzić jednoznaczne emocje, co wymusza ich reakcje napisane tak, że aż czujesz aż szeleści kartka scenariusza. Mam wrażenie, że w kilku miejscach reakcje bohaterów, są tak przerysowane czy tak specjalnie jednoznaczne, że ocierają się o śmieszność. Rozumiem, że twórca chciał zaznaczyć różne punkty widzenia, wytknąć części bohaterów hipokryzję, ale przyznam, że cały czas się zastanawiałam, dlaczego w tym tak bardzo brakuje niuansu. A właściwie, o ile ciekawsza byłby całość, gdyby owe niuanse się jednak pojawiły, gdyby nasze sympatie i antypatie rozkładały się zupełnie inaczej.

 

 

Mam też problem z tym, że w fabuła skupia się na refleksji czy bohater grany przez Roberta Pattinsona powinien zdecydować się na ślub po tym jak dowiedział się najgorszej rzeczy jaką jego narzeczona kiedykolwiek zrobiła. Tylko im dłużej myślę nad tym filmem tym bardziej zastanawiam się – dlaczego film nigdzie nie stawia pytania i nie pozwala rozwinąć się myśli – czy Zendaya powinna z nim być po jego wyznaniu. Bo jego wyznanie, choć pozornie mniej szokujące, jest z perspektywy wszystkiego czego się dowiadujemy – zdecydowanie bardziej zniechęcające do związku. To, że ten wątek nigdzie nie zostaje rozwinięty bardzo mnie zaskoczyło, bo idealnie wpisywało się to w dyskusję – co tak naprawdę jest tą niewybaczalną rzeczą i jakie zachowanie z przeszłości realnie może wpłynąć na to jak pomyślimy o życiu z kimś w związku. Był to ten element, który bardzo wyrzucał mnie z tej opowieści i ponownie – pokazywał, że autora scenariusza interesuje bardziej PROBLEM niż jakakolwiek realna życiowa sytuacja. I jasne, jest pewna przyjemność w stawianiu sobie takich pytań, ale chyba wolę, kiedy narracja jest nieco bardziej zakorzeniona w rzeczywistości. Zwłaszcza, że choć reżyser zapewnia, że chce opowiadać przede wszystkim o miłości to mam poczucie, że film owej miłości poświęca stosunkowo mało czasu. Sporo się jej tu wyznaje, ale niekoniecznie się ją czuje.

 

Wiele się naczytałam o świetnej chemii między Pattinsonem a Znedayą ale przyznam – nie poczułam jej na ekranie. Wręcz przeciwnie – im dłużej się im przyglądałam tym bardziej zastanawiałam się czy rzeczywiście – powinnam wierzyć we wszystkie ich zapewnienia o łączącym parę głębokim uczuciu, które jest w stanie się zmierzyć z nawet najbardziej niepokojącymi wyznaniami. Przy czym postrzeganie chemii pomiędzy bohaterami jest rzeczą bardzo subiektywną, co nie znaczy, że realnie jej tam nie ma, jeśli ja jej nie widzę. Z pewnością jednak widziałam Pattinsona grającego lepiej i swobodniej i jestem nieco zaskoczona, tym jak bardzo w tej roli wydał mi się przygaszony – jakby nie włączył w pełni swoich umiejętności. Zendaya jest bardzo dobra, choć uważam, że jej bohaterka jest niedopisana, albo inaczej – ma dobrze zarysowaną przeszłość, ale jej teraźniejszość wymaga od niej głównie reagowania na świat zamiast podejmowania własnych decyzji. Być może to interpretacyjne nadużycie, ale oglądając film nie mogłam się pozbyć wrażenia, że oglądam film napisany przez faceta, który wyobraża sobie co musiałoby się stać, żeby facet nie chciał kobiety, ale nie umie sobie wyobrazić, żeby to ona nie chciała jego.

 

Zresztą mam poczucie, że bardzo w tym filmie widać, że autorowi scenariusza bliżej wiekiem i wspomnieniami z lat nastoletnich do millenialsów niż do Gen Z. Choć bohaterów filmu dzieli dziesięć lat różnicy, to przyglądając się pewnym elementom opowieści o czasach szkolnych bohaterki granej przez Zendayę, miałam wrażenie, że widzę elementy bliskie komuś – dekadę starszemu. Co nie powinno dziwić, bo autor scenariusza i reżyser Kristoffer Borgli ma czterdzieści jeden lat. I miałam takie wrażenie jakby rozjeżdżał się wiek bohaterki a pewne rzeczy obecne w jej szkolnym życiu. Inna sprawa – cały czas się zastanawiam, czy ta jego norweska perspektywa to plus czy właśnie główny powód, dla którego ten film tak często wydawał mi się bardziej wymyślony niż organiczny.

 

 

„Drama” ma swoje plusy – jako film, o którym dobrze się rozmawia, a nawet można się pokłócić, zarzucając komuś, że nic nie zrozumiał (można potem rzucić w niego krzesłem na poparcie argumentu). Właściwie mam wrażenie, że ten film jest bardziej pod tą rozmowę niż sam dla siebie. Przedstawia problem moralny, związkowy, społeczny, ale to nam zostawia lwią część pracy nad tym – jak do niego podejdziemy i go zinterpretujemy, jak wyjmiemy go z kategorii problemów fikcyjnych i przeniesiemy do życiowych realiów, gdzie ludzie są może nieco brzydsi, za to mamy większy społeczny kontekst naszych ocen. I jasne – współcześnie każdy film pozwalający na szerszą dyskusję jest pożądany. Ale jednocześnie – mam wrażenie, że sama „Drama” jest na swój sposób niedopracowana. Ten scenariusz mógłby być dużo lepszy, ciekawszy – bardziej intrygujący a ostatecznie czegoś mu brakuje. Chyba odwagi w niuansowaniu kwestii, jakiejś większej niepewności, może – mniejszego samozadowolenia, że się dotknęło tak kontrowersyjnej sprawy.

 

Choć moja recenzja jest dość krytyczna, to nie nazwałabym siebie hejterką „Dramy” (wiem, że każda krytyczna opinia dziś brzmi jakby człowiek miał umrzeć na wzgórzu dyskusji o jakimś filmie). Raczej wydaje mi się, że to jeden z tych niezależnych filmów jakich wiele się kręci. Taki na który zwróciliśmy uwagę, bo mamy dwie bardzo popularne osoby w obsadzie i bardzo spawane marketingowo studio odpowiadające za dystrybucję.  Sam film zaś nie jest ani tak szokujący jak mogłyby sugerować niektóre reakcje, ani tak przehajpowany jak mogłyby sugerować inne. Jest niezły by pogadać o nim ze znajomymi, może zaryzykować i zagrać w tą samą grę co filmowi bohaterowie. Ale wciąż mam wrażenie, że można byłoby z tego teatru zrobić lepsze kino.

PS: Chwalę za to film za długość – lekko ponad półtorej godziny to idealny czas na film i więcej takich produkcji potrzebujemy.

PS2: Nie wiem co mi się ostatnio włączyło ale zaczęłam widzieć ile alkoholu konsumują bohaterowie w filmach i zdałam sobie sprawę, że chyba ta zmiana, która sprawia, że alkoholu w kinematografii jest mniej rozkłada się bardzo nierówno pomiędzy krajami.

Powiązane wpisy