Home FilmBez awansów czyli „Biurowy romans”

Bez awansów czyli „Biurowy romans”

autor Zwierz

O kryzysie komedii romantycznej słyszy się od co najmniej kilkunastu lat. Niektórzy twierdzą, że gatunek ostatecznie skończył się na przełomie wieków i wydaje teraz swoje ostatnie podrygi, z rzadka oferując nam coś naprawdę ciekawego. Winnych wskazuje się w wielu miejscach – w naszym coraz bardziej cynicznym podejściu do miłości romantycznej, w naszych coraz bardziej skomplikowanych relacjach płci, ostatecznie – w odwrocie od uznawania ślubu czy wyznania miłości jako ostatecznego happy endu. W świecie pełnym „red flag” każda historia romantyczna może się wydać podejrzana, każdy kandydat do ręki przemocowy, a kandydatka poświęcająca zbyt wiele w imię uczucia.  Mam jednak wrażenie, że w tym wszystkim umyka nam przede wszystkim to, że sami twórcy komedii romantycznych zachowują się tak jakby zapomnieli jakie są kluczowe składowe tego gatunku.  Wychodzą wtedy takie koszmarki jak „Biurowy Romans”, film, który właśnie pojawił się na Netflix i dowodzi, że być może to nie my jesteśmy problemem. Aby w pełni omówić problem filmu będą spoilery, ale przyznam wam szczerze – lepiej się o tym filmie czyta niż go ogląda.

 

"A man and a woman discuss beside an aircraft with its engine exposed inside a hangar, suggesting a maintenance or technical check setting."

Office Romance. (L-R) Edward James Olmos as Captain Jack Cruz and Jennifer Lopez as Jackie Cruz in Office Romance. Cr. Ana Carballosa/Netflix © 2026.

 

Punkt wyjścia filmu „Biurowy romans” jest banalny. Oto nasz bohater, brytyjski prawnik, który przeniósł się do Stanów, zostaje poproszony by zastąpił  w  szefa działu prawnego i pomógł prezesce linii lotniczych. No i od pierwszego spotkania oboje zaczynają się sobie podobać i jasne jest, że chętnie wdaliby się romans. Problem w tym, że firma zakazuje jakichkolwiek relacji pomiędzy pracownikami. Co więcej, wobec prezeski toczy się postępowanie, w którym kluczowa jest jej profesjonalna postawa wobec współpracowników. Innymi słowy – nie ważne czy iskry się sypią – do romansu dojść nie może. Sam pomysł, jest banalny, ale ma służyć temu by stworzyć między bohaterami jakąkolwiek barierę, której nie mogą po prostu przekroczyć. Tak może się przynajmniej wydawać na początku. Te pół godziny filmu, w czasie których nasza para nie może być razem jest całkiem przyjemny. Trochę napięcia, trochę flirtu. Nic wielkiego, ale można uznać – coś na kształt pomysłu jest. Gdyby to pociągnąć dalej, kto wie, może byłaby to banalna ale strawna produckja.

Problem w tym, że potem twórcy tracą zainteresowanie własną przeszkodą i nasza para się w ów romans dość szybko i radośnie wdaje. Co więcej, scenarzyści decydują się na najbardziej schematyczną narrację. Oboje lecą na egzotyczną wyspę, idą na kolację, mają wypić tylko jednego drinka, mają zatańczyć tylko jeden taniec i oczywiście lądują w łóżku. Cała ta sekwencja jest tak schematyczna, że mogłabym ją napisać z pamięci zanim obejrzałam film. No ale dobrze – skoro już wdali się w romans to co dalej? Tu film wpada na mieliznę. Dwie osoby, które się lubią szanują i rozumieją romansują w pracy i właściwie jedyna rzecz, która im grozi to, że ktoś się dowie. Postanawiają zerwać, ale na to zerwanie to już też trochę nie ma czasu w fabule, bo trzeba się spieszyć i film kończyć. On więc odchodzi ze swojego stanowiska a ona – pod groźbą szantażu – chce zrezygnować ze swojej pozycji. Kiedy jednak on wyznaje jej publicznie miłość ona z pozycji nie rezygnuje, okazuje się, że w sumie cały ich romans nie ma większych konsekwencji dla ich życia zawodowego, wszyscy są szczęśliwi można się rozejść do domu.

 

Office Romance. (L-R) Jennifer Lopez as Jackie Cruz and Brett Goldstein as Daniel Blanchflower in Office Romance. Cr. Ana Carballosa/Netflix © 2026.

 

Ktoś mógłby powiedzieć, że nie jest to aż tak zły scenariusz jak na komedię romantyczną, ale streszczenie fabuły to tylko wierzchołek góry lodowej. Scenarzyści zdają sobie bowiem sprawę, że właściwie nie mają tu historii. Nie jest to bowiem ani jakaś wybitna opowieść o miłości, ani głęboka (czy jakakolwiek) refleksja nad relacjami zawodowymi i romantycznymi. Nie stać ich na zadanie sobie dość poważnego pytania – czy można zakazać ludziom odczuwania pewnych emocji tylko dlatego, że razem pracują. Twórcy traktują biurowy romans bohaterów jako element fabuły, który w sumie nie ma nic do powiedzenia ani o miłości, ani o pracy. I to jest błąd pierwszy, bo jeśli się nad tym zastanowimy, to komedie romantyczne, zwłaszcza te, które lubimy choć są lekkie i przyjemne, często mówią całkiem sporo o koncepcji miłości. Zwłaszcza miłości romantycznej. O tym jak chcemy kochać. Kogo chcemy kochać. Dlaczego się dla miłości poświęcamy. Dlaczego w ogóle jest to dla nas uczucie ważne. Scenarzyści mieli w ręku punkt wyjścia, który mógł posłużyć do całkiem aktualnej refleksji nad tym jak współcześnie wciąż czujemy wszystkie emocje, ale mamy dużo problemów jak to połączyć z miejscem pracy.  Zwłaszcza gdy uczucia pojawiają się pomiędzy kimś postawionym wyżej w hierarchii a podwładnym. Film ma jednak te pytania w nosie, więc nie jest w stanie przebić się przez naszą lekką obojętność. Bo skoro nie możemy patrząc na bohaterów odpowiedzieć sobie na pytania, które sami w sobie nosimy, to ich historia nie jest niczym nas nie poruszy.

 

Drugi problem jest dużo większy. Widać wyraźnie, że postanowiono, iż grający rolę prawnika Brett Goldstein, nie tylko będzie współscenarzystą, ale ma też powtórzyć przynajmniej niektóre cechy Roya Kenta (bohatera, którego grał i napisał na potrzeby serialu „Ted Lasso”). To sprawia, że do świata komedii romantycznej wchodzi dużo wulgarnego języka, często sztubackiego humoru i odrobina brytyjskiej ironii, która niekoniecznie osadza się w tego typu produkcji. Jednocześnie partnerkę filmową Goldsteina gra Jennifer Lopez, której komedie romantyczne są raczej z tych purytańskich i rodzinnych. Co oznacza, że dostajemy przedziwną mieszankę – film jest jednocześnie grubiański i purytański. Bohaterowie mogą gadać o przypadkowej erekcji, ale absolutnie nie zobaczymy żadnej sceny seksu. Jest to połączenie zupełnie bezsensowne, ale wynikające właśnie z tego dość przypadkowego połączenia aktorów i komediowych tradycji. Gdyby ktoś zdecydował się na coś nieco bardziej pikantnego to byłaby to przynajmniej jakaś odmiana. A tak poszczególne sceny filmu słabo się ze sobą kleją.

 

Office Romance. (L-R) Jennifer Lopez as Jackie Cruz and Brett Goldstein as Daniel Blanchflower in Office Romance. Cr. Ana Carballosa/Netflix © 2026.

 

Muszę też powiedzieć, że przy całej mojej sympatii dla Bretta Goldsetina, zupełnie nie nadaje się on do tego typu komedii romantycznej. Jego postać w „Tedzie Lasso” była urocza, bo jego wciąż wściekły bohater wywodził się z tradycji twardych zawodników sportowych, ludzi ukształtowanych przez określone okoliczności i klasę społeczną. Tu wyjęty z tego wszystkiego – pokazany nam jako nieprzyjemny i wciąż wściekły na Amerykanów prawnik, zdaje się być postacią, która została przeszczepiona z zupełnie innej fabuły i innego sposobu myślenia o bohaterach i ich emocjach. Myślę, że ten bohater sprawdziłby się w jakiej brytyjskiej produkcji, tu zaś wygląda jak „kopiuj/wklej” z innej tradycji filmowej. Jednocześnie nie nadrabia tego chemia między nim a Jennifer Lopez, bo aktorsko i emocjonalnie oboje się rozmijają. On gra Roya Kenta a ona w sumie trochę nie wiadomo kogo gra, bo nie za bardzo zmienia minę. A jeśli w komedii romantycznej nie ma chemii i nici porozumienia to tym bardziej trudno zrozumieć – po co mamy śledzić bohaterów. Ostatecznie to, że dwie osoby się kochają to jeszcze nie jest opowieść, która nas porwie.

 

Jednocześnie film mnoży wątki i postacie, tak jakby miał nadzieję, że im więcej się będzie działo tym bardziej nie zwrócimy uwagi na to, że kluczowe założenia komedii romantycznej nie zostały spełnione. To z kolei wydłuża film do prawie dwóch godzin, mimo że cała historia dałaby się spokojnie zamknąć w dziewięćdziesięciu minutach z pożytkiem dla wszystkich (przywróćmy 90 minutowe filmy!). Zwłaszcza, że film pomimo gwiazdy w obsadzie (bo chyba wciąż liczymy Jennifer Lopez jako gwiazdę) ma zdecydowanie telewizyjną a nie filmową skalę i ładnie by się wpasował w historię, której bliżej formatu Hallmarku. Zwłaszcza, że przecież i tak twórcy bez refleksyjnie korzystają z tych samych zbiegów narracyjnych – wspominany „służbowy” wyjazd, rozstanie w 2/3 filmu czy konieczność pościgu za ukochaną i publiczna deklaracja uczuć. Nawet pod względem podejścia do seksu filmowi jest bliżej do Hallmarku, gdzie maksymalnie można się pocałować.

 

Office Romance. Betty Gilpin as Sydney Bloom in Office Romance. Cr. Ana Carballosa/Netflix © 2026.

 

Kiedy zastanawiam się nad kryzysem komedii romantycznej, myślę przede wszystkim o tym jak często twórcy są przekonani, że wystarczy pretekstowa fabuła, kilka tych samych scen i wszyscy będą zadowoleni. I choć komedie romantyczne są filmami gatunkowymi i pewne rzeczy są konieczne (jak urocze spotkanie, flirt jakieś przeciwności losu, czy w końcu deklaracja wiary w miłość) to nie znaczy, że nie wymagają od twórców jakiegokolwiek myślenia czy refleksji nad tym co chcą powiedzieć. Trzeba mieć jakieś spójne podejście i do komedii o do romansu. Gdyby scenarzyści „Biurowego romansu” skupili się na relacjach w biurze, na komizmie jaki może łączyć się z próbą udawania, że nic nas nie łączy, to wtedy – mogliby dostać coś niezłego. Gdyby uznali, że romans będzie przypisem do niegrzecznej komedii – wtedy być może wyszłoby bardziej grubiańsko, ale za to z jakimś charakterem. Na coś się trzeba było zdecydować. Zdecydowano się na wszystko i wyszła rzecz porażająco słaba.

 

Mamy więc kryzys nie wynikający z braku zainteresowania czy braku tematów. Na temat miłości nie powiedziano jeszcze wszystkiego. Ludzie wciąż go łakną – o czym świadczy chociażby niesłabnąca popularność powieści romansowych. Ludzie wciąż chcą by bohaterowie się zakochiwali, walczyli z losem i okolicznościami i ostatecznie wyznawali sobie miłość. Wiemy, że tego chcą, bo ilekroć jakiś serial czy film zrobi to dobrze – opanowuje serca i dusze tłumów. Komedia romantyczna przeżywa kryzys, bo zaczyna się wstydzić tego czym jest. Nie jest w stanie sięgnąć po prawdziwe emocje, sięga po klisze zamiast je przepracowywać. Nie umie znaleźć komizmu, który wynika z przeżywania uczuć wielkich w codziennym świecie. No i rzeczywiście przeżywa kryzys, ale na własne życzenie.

 

PS: Czy ktoś może mi wyjaśnić, skąd ostatnio w popkulturze tyle ciężarnych kobiet, które są śmieszne. Takie, że nie zdają sobie sprawy z własnej fizjologii czy ograniczeń jakie daje ciąża, czy nie potrafią pogodzić życia zawodowego z macierzyństwem. Mam wrażenie, że ciężarne w amerykańskich filmach i serialach zaskakująco często są podmiotem głupich żartów nie mających wiele wspólnego z codziennością.

Powiązane wpisy