Kiedy na przełomie roku przez social media a zaraz potem media przetoczyła się fala fascynacji „Gorącą Rywalizacją” wiele osób zadawało sobie pytanie – co dalej czeka młodych aktorów, którzy jeszcze kilka miesięcy wcześniej byli praktycznie nieznani. Pytania i plotki dotyczące tego kto pierwszy „złowi” młodych odtwórców głównych ról do dużego filmowego projektu rozpalały wyobraźnię. Teoretycznie – nie ma w tym nic dziwnego. Aktor czy aktorka, którzy zwrócą na siebie uwagę w serialu mają szansę na prawdziwy „awans” czyli przejście do świata kina. Ten mechanizm działał od dekad – można było zaczynać czy zwrócić na siebie uwagę w telewizji, ale naturalne było kibicowanie aktorom by powtórzyli manewr chociażby Georga Clooney’a czyli przeszli z telewizji do hollywoodzkiej czołówki. Pytanie tylko, czy w 2026 roku rzeczywiście powinniśmy życzyć aktorom by dostrzegło ich kino? Zwłaszcza jeśli jesteśmy fanami ich aktorstwa?
Przejście aktorów z telewizji do kina zawsze kojarzyło się z większymi wyzwaniami. Telewizja przez dekady oferowała role, które wymagały oczywiście talentu i zdolności, ale też pewnej powtarzalności. Choć doceniano popularność jaką cieszyli się aktorzy serialowi i telewizyjni to zawsze na piedestale stawiano aktorstwo filmowe. Na przestrzeni dekad mieliśmy mnóstwo udanych transferów ze świata telewizji do świata kina. W telewizji zaczynał Clint Eastwood, Robin Williams, Bruce Willis, Denzel Washington, Johnny Depp, Helen Hunt, Michelle Williams czy Steve Carell – by wymienić tylko kilka nazwisk, które natychmiast przychodzą mi do głowy. W rzeczywistości niemal każdy aktor na początku swojej kariery przechodził przez jakieś serialowe odcinki czy sezony. To naturalny postęp od mniejszych ról, mniejszej skali do prawdziwego, prestiżowego aktorstwa filmowego, które stanowi ostateczny cel.

Nawet w świecie nagród nie ma wątpliwości, że prestiż Oscarów, nagród festiwalowych i wyróżnień filmowych wielokrotnie przewyższa prestiż dostania nagrody Emmy czy nawet serialowego Złotego Globa, o mniejszych wyróżnieniach nie mówiąc. Oczywiście, pojawienie się jakościowej telewizji zmieniło nieco podejście do tego czym jest dobre aktorstwo serialowe i jakie zadania może postawić przed aktorami – ale wciąż – żeby prawdziwie dowieść swoich zdolności, trzeba zgarnąć wysokie wyróżnienie za film. Można przeczytać dziesiątki analiz, kto w danym roku zgarnie Oscara, ale refleksje nad nominacjami np. do Emmys takich emocji nie budzą. Mimo, że często nagradzają bez porównania lepsze i bardziej wymagające aktorsko role niż te filmowe.
Jestem w stanie zrozumieć argument, że aktor serialowy ma dużo więcej czasu i przestrzeni na zbudowanie swojej postaci, dostaje więcej wyzwań, ale też ma więcej możliwości by pokazać nam różne oblicza swojego bohatera. Ale o tym jak bardzo nie docenia się aktorów serialowych świadczy też to jakie role dostają, kiedy przychodzi do obsadzania filmów. Weźmy na przykład Lee Pace’a. Aktora, który ma na swoim koncie trochę projektów filmowych i serialowych. Jest czymś niesamowitym jak bardzo (z nielicznymi wyjątkami – nie zapominam o „The Fall”) jego role i projekty filmowe odstają od serialowych. W zeszłym roku widzowie mogli go oglądać w nudnej i schematycznej roli w filmie „Uciekinier” (gdzie pojawia się przez 90% czasu w masce) ale też w kolejnej odsłonie „Fundacji” gdzie aktor w każdym sezonie musi grać nieco inną wersję tej samej postaci. Przyglądanie się jak drastycznie różne są wymagania odnośnie tych dwóch ról to jeden z przykładów, że nie tylko Hollywood nie ma ciekawszych ról dla aktorów, ale też często nie umie wykorzystać w pełni ich potencjału.
Innym przykładem, który zawsze przychodzi mi do głowy jest Jon Hamm. Po jego niesamowitej roli w „Mad Men” Hollywood zabijało się by go w czymś obsadzić. Ale nigdy nie udało się w pełni wykorzystać jego talentu i aktorskich możliwości. Dopiero kiedy wrócił do telewizji – zwłaszcza do „Przyjaciele i Sąsiedzi” i do „Fargo” nagle zaproponowano mu role, które bez porównania lepiej pasowały do jego możliwości, ale też po prostu były ciekawsze od tego co kiedykolwiek przyszło mu grać w kinie. W jego przypadku zawsze miałam wrażenie, że twórcy pragnęli go obsadzić w jak najbardziej stereotypowych rolach – niekoniecznie (z niewielkimi wyjątkami) dostrzegając, że najlepiej grał nie mężczyznę twardego tylko złamanego. Kiedy nie tak dawno Jonathan Bailey przykuł uwagę wielkich studio swoją rolą w „Bridgertonach” (oraz idącą za nią popularnością) wszystko co miano mu do zaoferowania, to kolejna odsłona „Jurassic Park” czy drugoplanowa rola w „Wicked”. Obie produkcje z wysokim budżetem i przynoszące sporo pieniędzy, ale aktorsko – leżące daleko od wybitnych „Towarzyszy Podróży”, w których zagrał tuż przed tym aż oba filmy pojawiły się w kinach. Zresztą partnerujący mu w tym filmie Matt Bomer to kolejny przykład aktora, którego filmowcy zwykle obsadzali wyłącznie po warunkach (w jego przypadku – twarzy jak księcia z bajki) i właściwie tylko w serialach telewizyjnych mógł pokazać, że zdecydowanie ma więcej do zaoferowania. Tu można zresztą zwrócić uwagę, że jakikolwiek aktor zainteresowany tym by opowiadać wielowarstwowe queerowe opowieści musi się od Hollywood zdystansować (nie mówię o kinie niezależnym) bo tam miejsca sobie nie znajdzie.

Skoro wspomniałam o Clooney’u to warto też wspomnieć o tym, że czasem aktor może być doskonały, ale nikt poza telewizją nie ma na niego żadnego pomysłu. Noach Wyle najpewniej znów dostanie w tym roku Emmy, za swoją rolę w „The Pitt”. Nie ma wątpliwości, że nikt lepiej od niego na przestrzeni ostatnich kilku dekad nie grał lekarza pracującego na Izbie Przyjęć. Jest to bez wątpienia dobry aktor, ale poza telewizyjną bańką seriali medycznych niewiele go czekało, poza serią o „Bibliotekarzu”. Czy jednak to jakkolwiek czyni z niego słabszego aktora? Więcej, czy nie wybicie się w kinie można tu traktować jako porażkę, skoro kinematografia nie pozwala zbudować takich relacji z widzem jaką nie raz Wyle zbudował z widzami w serialach, w których się pojawiał. Nie znajdziecie go nigdzie na liście najwybitniejszych aktorów ostatnich lat, choć niewątpliwie posiada unikalny talent. Być może mógłby go pokazać też w kinie, ale mam wrażenie, że tego typu ról w kinie po prostu nie ma. To jest trochę tak, że granie rozwiniętej postaci specjalisty – lekarza, policjanta i detektywa jest łatwiejsze kiedy ma się więcej czasu na budowanie swojej postaci. Ale też rzadko aktorzy, którzy okazują się wybitni w tych rolach mogą je powtórzyć – nawet w nieco innym wymiarze, w kinie.
Wymieniam aktorów, ale przecież dotyczy to też aktorek. Spójrzmy na Jennifer Aniston, która po sukcesie „Przyjaciół” zaczęła pojawiać się w filmach. Naturalny postęp. Ale trzeba było dopiero „The Morning Show” by przypomnieć, że Aniston zawsze umiała grać, tylko Hollywood miało dla niej tylko wąską przestrzeń w komediach i komediach romantycznych. Choć można narzekać na niektóre aspekty „The Morning Show” to wciąż – dał on aktorce przestrzeń na przypomnienie i pokazanie, że ma spory talent dramatyczny i jak najbardziej jest się w stanie w takich rolach odnaleźć. Czasem to nawet nie jest kwestia tego, że nikt nie proponuje aktorom dobrych filmów, ale też tego, że pewnych rzeczy nigdy się w kinie nie zagra. Przychodzi mi tu do głowy Sarah Paulson, która ma na swoim koncie kilka dobrych filmów, ale nigdy nie dostała w żadnym z nich szansy na takie aktorskie wyzwania i szaleństwa jak te, które proponuje jej regularnie Ryan Murphy w swoich kolejnych serialach. W kinie popularnym takich eksperymentów po prostu się nie robi. Jednak chyba najciekawsze było oglądanie jak kinematografia zupełnie nie wiedziała co zrobić z Emilą Clarke, po niesamowitym sukcesie „Gry o Tron”. Wiedzieli, że absolutnie nie mogą przejść obojętnie wobec młodej, zdolnej i pięknej aktorki. Ale autentycznie ich pomysł był tylko taki, że albo będzie grać pogodną szeroko uśmiechającą się dziewczynę, albo zagra napisaną na pół gwizdka postać w produkcji z elementami sf jak „Terminator”. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby napisać jej po prostu tak dobrą rolę jak ta, która przyniosła jej sławę (mowa oczywiście o pierwszych sezonach). To jest fascynujące, że aby znów zagrać kogoś ciekawego Clarke musiała wrócić do telewizji. Zresztą właściwie to samo można napisać o Kicie Harringtonie -po sukcesie Jona Snowa, naprawdę podsuwano mu bardzo średnie role, aż do momentu kiedy w „Branży” mógł przypomnieć dlaczego w pewny momencie wszyscy byli przekonani, że okaże się nową gwiazdą kina.

Przy czym, żeby było jasne, nie sugeruję, że już nie ma udanych transferów z telewizji do świata kina, że żaden aktor filmowy nie dostaje ciekawszych ról w kinie a słabszych w telewizji. Ale im dłużej się przyglądam temu zjawisku tym częściej dochodzę do wniosku, że naprawdę skończyły się czasy, kiedy będąc wielbicielem talentu jakiegoś aktora czy aktorki powinno się trzymać kciuki za jego karierę filmową. Skończyły się też czasy, kiedy granie w telewizji można było uznać za bezpieczne czy mniej wymagające. Więcej – dziś nawet uznani aktorzy filmowi mogą odkryć, że dopiero ktoś w telewizji przypomniał sobie co mogą. Doskonałym przykładem jest Harrison Ford i jego rola w „Terapii bez trzymanki”. Po prawie dekadzie powracania do bohaterów, których już odgrywał wcześniej i graniu ich na pół gwizdka nagle Harrison Ford dostał doskonale napisaną – dramatyczno/komiediową rolę i przypomniał sobie, że w filmach może grać a nie tylko bywać. Podobnym przypadkiem jest Michael Fassbender, który po świetnym momencie w swojej karierze jakąś dekadę temu nagle jakby zupełnie stracił oko do dobrych ról i często zawodził. Dopiero serialowa „Agencja” przypomina jaki w nim jest olbrzymi potencjał i że absolutnie nie należy go aktorsko spisywać na straty. To jest coś co oczywiście zdarzało się wcześniej, ale dziś w dobie kryzysu ciekawych i oryginalnych filmów w Hollywood wybrzmiewa coraz mocniej.
Moje rozważania mogłabym ciągnąć jeszcze długo, bo przynajmniej z moich refleksji wynika, że coraz częściej, jeśli aktor chce sięgać po ciekawą i wymagającą rolę powinien zwrócić się ku telewizji. Nie mówię, że to stuprocentowa zasada i rozumiem, jeśli aktorzy wybierają tylko kino (to też kwestia pensji, prestiżu i czasu) ale wciąż fascynuje mnie, jak inaczej wciąż pisze się i mówi o aktorstwie filmowym i telewizyjnym. Wciąż aktorstwo telewizyjne wydaje się kwalifikowane głównie jako rozrywkowe (może poza nielicznymi wyjątkami) zaś filmowe – stanowi przedmiot długich dyskusji dotyczących sztuki i ludzkiej ekspresji. Co jest tym bardziej ciekawe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że gros aktorów telewizyjnych, to w istocie wykształceni aktorzy teatralni, którzy albo jak w Stanach – grają w serialach między teatralnymi sezonami, albo jak np. w Wielkiej Brytanii grają w teatrze pomiędzy serialowymi sezonami (bo tyle się na nie czeka). Dziś poszukując wykształconego aktora łatwiej go znaleźć w telewizji niż w kinie. Jednocześnie aktorzy czysto filmowi często zdają się wybierać wraz z postępem kariery role coraz bezpieczniejsze. Nawet jeśli są na szczycie swoich możliwości, czy wypłat – często grają w podobnych projektach. Bo w Hollywood często – gdy aktor sprawdził się w jednej roli dostaje takich dziesiątki.

Zresztą jest ciekawe jak dużo się mówi o treningu czy poświęceniu aktorów filmowych i jak czyni się z tego jakiś obraz zaangażowanego aktorstwa, podczas gdy podobnego poświęcenia wymaga często też występowanie w serialach. Jasne, też jestem pod wrażeniem, że Timothee Chalamet nauczył się grać w ping ponga do roli w „Wielkim Martym” – jestem pewna, że gdyby cokolwiek w mojej karierze zależało od tego jak dobrze gram w ping ponga, to bym poległa. Ale nie da się ukryć, że w tym roku do roli w „Wampirze Lestacie” Sam Reid po prostu nagrał przed początkiem zdjęć kilkanaście piosenek składających się na potrzebny serialowi rockowy album. Co biorąc pod uwagę, że jest aktorem śpiewającym, ale nie piosenkarzem czy aktorem stricte musicalowym jest sporym osiągnięciem. A to tylko dwa przykłady, które przyszły mi na szybko do głowy. Czasy kiedy aktorstwo serialowe nie wymagało od aktorów poszerzania swoich umiejętności na potrzeby roli, dawno odeszły do przeszłości.
Wracając do pragnienia aktorskiego „awansu” naszych ulubionych aktorów – pamiętam jak ponad dekadę temu po sukcesie „Sherlocka” Hollywood łapczywie rzuciło się na Benedicta Cumberbatcha. I co? I choć dostał nominację do Oscara za rolę Turninga i miał kilka niezłych występów, to kłóciłabym się, że od chwili odkrycia go przez wielkie kino najlepiej sprawdził się w … serialu „Patrick Melrose” gdzie grał postać, której współczesne Hollywood by nie udźwignęło. Mogłabym też zwrócić uwagę, że wybijający się do sławy Tom Hiddleston w ostatnich latach nawet swoją dużą filmową postać jaką był Loki, najlepiej zagrał w serialu. Nie mówiąc już o „Nocnym Recepcjoniście”, a zwłaszcza jego drugim sezonie, gdzie ponownie, jego rola jest tak zagrana i ma takie ramy, że chyba by tego żaden hollywoodzki film nie wytrzymał. Nie mówię, że żaden z tych aktorów nie ma na koncie ciekawych ról, ale widać o ile lepiej widzieli ich możliwości producenci telewizyjni. Zresztą gdybym miała znaleźć taki świeższy przykład to moim zdaniem pasuje tu Pedero Pascal. W ostatnich latach jego role serialowe były dużo ciekawsze i bardziej zróżnicowane niż to co proponowało aktorowi Hollywoodzkie kino.
Aktorzy telewizyjni nigdy nie będą tak znani jak ci filmowi. To oczywiste – rynek jest bardziej podzielony, aktor, którego nazwisko może wywoływać szybsze bicie serca u jednych widzów, może być absolutnie anonimowy dla innych. Występ, który dla kogoś może być szczytem aktorskich możliwości, z dużym prawdopodobieństwem, może pozostać jedynie w pamięci konkretnego fandomu. Jednocześnie nie da się ukryć, że budowanie jednego bohatera na przestrzeni kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu odcinków daje aktorom serialowym bez porównania więcej miejsca by przekonać nas do swojej interpretacji postaci. Ale być może w tym jest klucz do wszystkiego o czym tu piszę. Nie chodzi o to, że aktorzy serialowi są bardziej utalentowani od filmowych, ale że mają często ciekawsze postaci do zagrania. A to przekłada się na to co muszą nam pokazać na ekranie. Telewizja jest dziś w swoim popularnym wydaniu bez porównania odważniejsza, bardziej zróżnicowana i stawiająca widzowi większe wymagania niż popularne kino. Jasne, w kinie niezależnym mamy sporo ciekawych pomysłów, ale zwróciłabym uwagę, że wciąż – są rzeczy, które prędzej łączą seriale telewizyjne z filmową alternatywą niż seriale z tym co obecnie dzieje się w Hollywood.

Nie ma tu prostej puenty – Connor Storrie, grający w „Gorącej rywalizacji” pięknego hokeistę jak donoszą plotki zagra w ekranizacji „Szklanego Klosza” Sylvi Plath. Pod względem aktorskim zapowiada się pewnie coś nieco bardziej pogłębionego niż granie zakochanego hokeisty, choć pytanie co będzie potem i czy kolejne role okażą się równie ciekawe. Hudson Williams ma zagrać w filmie „Tyran” czyli kulinarnym thrillerze. Pytanie czy będą to role ciekawe – pozostaje na razie otwarte. Nie zmienia to faktu, że dziś, gdy patrzę na wielu aktorów telewizyjnych, których talent budzi we mnie podziw myślę sobie „mam nadzieję, że dostaną kolejny ciekawy serial” a nie „mam nadzieję, że dostrzeże ich przemysł filmowy”. Bo po prostu chcę ich oglądać w jak najciekawszych rolach. A tych w Hollywood obecnie mniej niż w serialach.
PS: Chciałabym podkreślić, że moje rozważania dotyczą kinematografii amerykańskiej i amerykańskiej telewizji z lekką wycieczką do podbierania z angielskich i kanadyjskich hitów aktorów do Hollywood. Nie da się tego schematu przełożyć na każde środowisko, bo np. w Polsce czy nawet w UK po prostu nie ma aż tylu aktorów by można było jasno podzielić kto jest aktorem filmowym a kto telewizyjnym. Wciąż jednak wydaje mi się, że wielu aktorom a zwłaszcza aktorkom proponuje się w telewizji bez porównania ciekawsze role niż w kinie. Po prostu pisze się też ich więcej, co daje więcej szans by się pokazać. Niemniej – uważam, że nie da się tego przekładać w prosty sposób na przestrzenie, gdzie trudno nawet najwybitniejszym aktorom nie pojawiać się co pewien czas w telewizji, bo po prostu rynek jest tak mały.
PS2: Na koniec mam też taką refleksję, której nie rozwijam tutaj, bo mam poczucie, że musiałabym zrobić większy reserach ale jestem niemal pewna, że dla aktorów o innym niż biały kolorze skóry kinematografia głównego nurtu ma zdecydowanie mniej do zaoferowania niż telewizja. Zwłaszcza gdy chodzi o granie postaci niestandardowych, nie osadzonych w klasycznych przypisanych mniejszościom narracjach. Ale tu musiałabym nieco bardziej przysiąść, bo pomiędzy intuicją a stawianiem większej tezy jest pewna przepaść.
PS3: To ważne by na samym końcu podkreślić, że nie próbuję w tym wpisie wymienić wszystkich przypadków aktorów z rolami filmowymi i telewizyjnymi, bo to jest nie możliwe. Po prostu wymieniłam te, nad którymi się zastanawiałam ostatnio.
