204
Wracam do filmów obejrzanych na Nowe Horyzonty bo tak się zdarzyło, że zobaczyłam dwa rumuńskie filmy, które w pewien sposób ze sobą korespondują. Pierwszy to nagrodzony w Cannes „Fjord”Cristiana Mungiu a drugi to „Dziennik Panny Służącej” Radu Jude.
Oba te filmy dość jednoznacznie wskazują, na napięcie jakie znajdziemy pomiędzy zachowaniem i wartościami Europy Zachodniej a tymi, które przychodzą z Europy Wschodniej. To temat, który nam Polakom też jest bliski. Choć od pewnego czasu jesteśmy emigracyjnymi pupilkami zachodu (bo inne grupy wyznaczono jako podmiot niechęci i zagrożenia) to doskonale pamiętamy kiedy straszono Europę imigrantem ze wschodu. Jednocześnie, wojna w Ukrainie pokazała, że być może jest jakaś wiedza o rzeczywistości politycznej i społecznej, którą tu na wschodzie mamy, a której zachodni intelektualista nigdy nie zrozumie, bo mu historia nigdy nie wlazła tak z butami w wiek XX.
W „Fjordzie” znajdziemy narrację, która w Polsce bardzo dobrze jest znana – mamy wątek odebrania dzieciom mieszanej rumuńsko- norweskiej rodzinie mieszkającej w niewielkim miasteczku w Norwegii. Dzieci zostają odebrane bo stosowana jest wobec nich przemoc (jak rozumiemy dostawały klapsy) ale pojawia się sugestia, że tym co przyśpiesza całe postępowanie, jest głęboka religijność rodziny. Choć urzędnicy działają dla dobra dzieci, to pod tym wszystkim skrywa się ich własny światopogląd, który premiuje jedne wartości nad innymi. A nad wszystkim unosi się atmosfera uprzedzenia wobec rumuńskiego ojca.
Nie mam jednoznacznej opinii na temat tego filmu, są momenty i sceny bardzo dobre, są takie gdzie cały czas się zastanawiałam – jaki jest tu głos dzieci, które na większość fabuły zupełnie nikną z opowieści. To jest tak, że wciąż opowiadamy sobie o odbieraniu dzieci rodzicom przez pryzmat dorosłych spierających się o ich dobro, a dużo mniej miejsca poświęcamy, często niejednoznacznym, dziecięcym narracjom. Inna sprawa, że mam wrażenie iż podejście do tego filmu bardzo zależy od tego czy spotkało nas bardzo religijne wychowanie. Mam podejrzenie, że wiele osób, które przez nie przeszło ma bez porównania mniej zrozumienia, niż ktokolwiek rozważający wolność sumienia.
Nie uważam by „Fjord” był filmem na główną nagrodę w Cannes, ale moim zdaniem, jest dokładnie taką refleksją nad potencjalną hipokryzją postępowości zachodu na jaką jest gotowe zgodzić się jury wielkiego festiwalu. Niejednoznaczną i wciąż kłującą ale z szacunkiem do obu stron.
O ile Mungiu zdaje się pracować nad tym by uważnie rozłożyć akcenty tak Radu Jude w „Dzienniku Panny Służącej” jeńców nie bierze. Wiem, że nie wszystkim jego film się podoba, ale dał mi mnóstwo satysfkacji. Patrzymy tu na młodą rumunkę, która pracuje jako służąca w domu francuskich intelektualistów. W domu w rumuńskiej części Mołdawii zostawiła córkę, która niezwykle za nią tęskni. Jednocześnie obok opieki nad dzieckiem swoich pracodawców i sprzątania zagraconego mieszkania, bierze udział w próbach do studenckiego przedstawienia na podstawie „Dziennika Panny służącej”.
Radu Jude nie gryzie się w język pokazując jak bardzo francuzi pod pozorem uprzejmości i cywilizowania albo mało wiedzą o świecie, albo też są tak skoncentrowani na sobie, że nie przychodzi im do głowy zrozumieć cudzą perspektywę. Sporo tu uprzejmości i podniosłych słów, ale kiedy francuscy intelektualiści spierają się przy stole, że wojna w Ukrainie jest zbędna, a babcia staruszka wspomina, że w 68 chcieli być maoistami, to nie sposób poczuć pewnej satysfakcji ze złośliwości Jude, który patrzy na to zachodnie społeczeństwo bez żadnych złudzeń, że cokolwiek rozumieją.
Jednocześnie tym czym filmy reżysera bronią to brak złudzeń także odnośnie społeczeństwa rumuńskiego, tego w jakiej kondycji jest kraj i jak bardzo łatwo zrozumieć dlaczego ktoś wymienia rozpadającą się rumuńską wieś na francuskie możliwości. Ale jest w tym też jakieś przekonanie, że Rumuni przynajmniej nie mają żadnych złudzeń, czego nie da się powiedzieć o ludziach zachodu, którzy właściwie to mają jedynie wyobrażenia świata. I jest w tym co piszę trochę uproszczenia – bo Radu Jude jest za dobrym reżyserem, by nie dodać tam kilku doskonałych scen, ale unosi się nad tym takie głębokie przekonanie, że oni nas tam na zachodzie nigdy w pełni nie pojmą a jednocześnie wciąż będą nas trzymać w garści swoją niewątpliwą ekonomiczną przewagą.
Przy czym ja bardzo lubię styl Radu Jude więc jego film zdecydowanie przemówił do mnie bardziej niż „Fjord” ale też podejrzewam, nie taki film chciał oglądać francuski producent. Zaś oba wydają mi się ciekawą cegiełką dokładaną do dyskusji o Europie, w której naprawdę bardzo wyraźnie widać, nie ma wspólnoty spojrzenia na rzeczywistość. I odejścia od założenia, że racja zawsze stoi po zachodniej stronie.
