Rok temu miałam wyjątkowo słaby dzień. Niby nic się nie stało, ale moja chęć do życia wynosiła jakieś 2/10, nic mnie nie bawiło, a wśród moich myśli dominowały głównie te, w których moje życie się rozpada i pozostają z niego smutne zgliszcza. Być może to był jakiś mały psychiczny kryzys, może był wtorek. Nigdy nie wiesz. Natomiast moim tymczasowym lekarstwem było wyjście z domu i usadowienie się na ławce niedaleko mojego bloku.
Dwadzieścia minut. Tyle czasu byłam pogrążona z smutnych myślach. Potem podbiegł do mnie wyprowadzany przez kogoś pies i entuzjastycznie polizał mnie po dłoni, chwilę potem zauważyłam, że na osiatkowanym balkonie w bloku naprzeciwko siedzą dwa koty i oczyma łowcy śledzą każdy krok gołębia na parapecie obok. Jednocześnie wrony, miały jakieś ważne sprawy i gadały nad moją głową z jednego drzewa na drugie. Cały ten spektakl miejskiej natury sprawił, że przestało mi być tak źle. Nie żeby odeszła z ławki z pieśnią na ustach, ale spirala myśli o mojej ludzkiej egzystencji na chwilę się zatrzymała. To wspomnienie towarzyszyło mi przez cały seans „Hopniętych” animacji Pixara, która próbuje młodszym i starszym widzom przypomnieć, że tylko gdy postrzegamy się jako część większej całości możemy odnaleźć spokój.

Główna bohaterka filmu – Mabel, jest młodą osobą, która niekoniecznie radzi sobie w świecie. Od dziecka czuje złość i sprzeciw, wobec tego jak ludzie traktują zwierzęta i naturę. Jedyne miejsce, w którym udaje się jej odnaleźć spokój to niewielki staw niedaleko domu babci. To właśnie babcia uczy ją, że człowiek nie ma w sobie tyle złości i frustracji, jeśli poczuje się częścią czegoś większego. Przez lata szukanie ukojenia w naturze było dla Mabel prostym sposobem by nie przegryźć wszystkim tętnic. Ale jej małe sanktuarium właśnie znika. Wszystko za sprawą obwodnicy, którą władze miasta chcą przeprowadzić przez sam środek zielonego zakątka. Co więcej mogą to zrobić, bo w miejscu, które kiedyś tętniło zwierzęcym życiem, teraz nie ma nikogo. Zdesperowana Mabel stoi przed zadaniem – jeśli uda się jej sprowadzić jakiegoś bobra na miejsce dawnego stawu, to za nim przyjdą kolejne zwierzęta. A żeby sprowadzić gdzieś bobra trzeba samemu się nim stać. Na całe szczęście na uczelni, na której studiuje dziewczyna, pewna pani profesor prowadzi badania nad przenoszeniem ludzkiej jaźni do ciał robotów nieodróżnialnych od zwierząt. Trochę jak Avatar – niezależnie od tego co mówią bohaterowie filmu (którzy mają podobne skojarzenia).
Przygodny Mabel w świecie zwierząt szybko ujawniają przed dziewczyną, że otaczająca ją przyroda rządzi się nieco innymi prawami niż mogłabym przypuszczać. Twórcy filmu puścili wodze wyobraźni, dając nam bobrzego króla, latającego rekina i naprawdę mordercze owady. Akcja toczy się niezwykle szybko, nie dając nam zbyt wiele czasu by zastanowić się dogłębnie nad tym czy logika filmu jakkolwiek spina się z logiką świata zwierząt, który znamy. Osobiście mam z tym wątkiem chyba największy problem, bo widać, że jest tu milion pomysłów na minutę i próba wypełnienia wszystkich scen akcją, co prowadzi do sytuacji, w której niekoniecznie mamy czas rozejrzeć się po tej nowej – dla nas i bohaterki, przestrzeni. To jest jednak powszechny problem tego typu filmów – opartych o błyskotliwe i nieoczywiste pomysły – nie ma czasu by przystanąć na chwilę i eksplorować świat, bo już goni nas kolejna scena akcji czy kolejny dowcip. Na całe szczęście – film jest rzeczywiście dowcipny, często w absurdalny sposób i przypomina trochę czasy, kiedy człowiek miał wrażenie, że niemal każdą produkcją Pixara rządzi magia.

Tym co moim zdaniem wypada lepiej, to zestawienie problemów Mabel z realnym światem. Szybko okazuje się, że dynamiczny rozwój miasta jest możliwy tylko wtedy, kiedy narusza się prawa natury, ale też – łamie prawo, które powstałoby je chronić. Startujący po kolejną kadencję burmistrz miasta, nie cofnie się przed niczym by wygrać wybory. I tu pojawia się coś co moim zdaniem – jest najlepszym elementem filmu. Otóż burmistrz sam w sobie nie jest typowym czarnym charakterem. Kiedy zaglądamy do jego życia, wydaje się człowiekiem całkiem sympatycznym, opiekującym się starszą matką, naprawdę pragnącym zdobyć popularność wśród wyborców. Postępuje źle, ale film pozwala mu dostrzec jakie są konsekwencje jego działań. Co więcej – daje też Mabel szansę by wypracować z nim jakieś rozwiązanie. Patrząc jak działa współcześnie władza, jest to być może nieco utopijne, ale nadal uważam, że to dużo ciekawszy narracyjnie zabieg niż założenie, że oponent na pewno jest złym człowiekiem. A przynajmniej nie jest nim w każdym aspekcie swojego życia.
Co jednak najbardziej mi się podoba to temat, który pojawia się gdzieś na marginesie całego ekologicznego przekazu. Otóż Mabel jest zła, sfrustrowana, wściekła. Ale film nigdzie nie mówi, że te emocje są złe same w sobie. To nie jest film o tym, że tych emocji nie można czuć, że one nigdzie nie prowadzą, że trzeba się z nich wyleczyć. Złość bohaterki, jest uzasadniona, jej frustracja – zrozumiała, jej wściekłość – wynikająca z bezradności. Tak, film pokazuje jakie konsekwencje potrafi mieć działanie w złości, ale jednocześnie – nie mówi, że tej emocji nie ma, że nie przystoi dziewczynie, że w ogóle należy ją odrzucić. Teza jest inna – jesteśmy źli, bo czujemy się bezradni, jesteśmy sfrustrowani, bo nikt nas nie słucha. Ale te emocje mogą się też przydać, Mabel odnosi sukces, bo ma w sobie energię do działania, niezgodę, której nie wycisza. Nie godzi się z brakiem możliwości. Co więcej – energia jaka wynika z jej niezgody – zostaje uznana jako przydatna – także po tym jak uda się już zażegnać główny kryzys. Przyszłość Mabel będzie oparta nie o to, że nie czuje, ale właśnie, że jest w stanie wlać pasję we wszystko co robi.

A jednocześnie film mówi – jeśli czujesz się częścią całości – trudno być złym. Ta myśl rezonuje nie tylko w kontekście naszego miejsca w przyrodzie, tego jak ona nas osadza, pozwala oderwać się od naszych myśli, przypomina, że na tej planecie jest coś więcej niż tylko sfrustrowany homo sapies. To też nauka dotycząca naszych społecznych frustracji. Im bardziej odizolowani jesteśmy, im mniej czujemy się częścią większej całości, im mniej mamy ludzi, wokół siebie tym bardziej jesteśmy sfrustrowani. To jest mechanizm, który obserwujemy, zarówno wśród młodszych i starszych. Mabel jest jednostką niezwykle samotną – mieszkającą bez rodziców (wyjechali na drugi koniec kraju), jej babcia nie żyje, ona sama słabo odnajduje się w życiu akademickim. Potrzeba przynależności jest tu kluczowa – bo trzeba być częścią czegoś większego by odnaleźć spokój.
Przy czym wszystkie pozytywne słowa pod adresem „Hopniętych” nie są w stanie przykryć elementu, który jednak pozostaje w głowie dorosłego widza, po wyjściu z kina. Oto film sugeruje młodym ludziom, że ich niezgoda na korporacyjny świat, nieufność wobec władzy i walka o przyrodę jest słuszną i godną postawą. Postawą, którą jak można podejrzewać twórcy filmu powielają. Proekologiczne przesłanie (nawet jeśli bardzo cukierkowe) kłóci się jednak z tym co wiemy o mechanizmie działania wielkich amerykańskich korporacji. W tym Disneya. Film mówi młodym ludziom „buntujcie się” ale jednocześnie – wychodzi od grup, które przecież ten bunt będą tłumić. Proekologiczne przesłanie rozbija się o fakt, że dziś wielkie korporacje, w tym Disney, współpracują z firmami AI, których ślad ekologiczny jest większy niż jakakolwiek filmowa autostrada. Dbajmy o przyrodę brzmi dobrze, tak długo jak nie jesteś jednym z tych „chuliganów” którzy protestują przeciwko powstawaniu nowych centrów danych. Także wizja, że władze będą chciały układać się z ekologicznymi aktywistami, nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości, zwłaszcza amerykańskiej (choć w sumie każdej – w Polsce też wizja ułożenia się z lokalnymi władzami rzadko zdaje egzamin). To nie jest problem wyłącznie tego filmu, ale właśnie w przypadku tej produkcji, poczułam wyjątkowo mocno jak rozchodzi się to co Disney mówi poprzez swoje filmy i to jak zachowuje się w rzeczywistości. Dla młodego widza nie ma to większego znaczenia, ale warto o tym pamiętać.

Na koniec mam taką małą refleksję już niezależną od smutnych konstatacji na temat rozbieżności pomiędzy rzeczywistością i światem fikcji. Otóż chciałam zobaczyć „Hopniętych” w kinie i już się zbierałam by załapać się na obecne jeszcze seanse, gdy film trafił na streaming. Tak szybko, że jest na Disney+ w momencie, kiedy jeszcze nie wyszedł z kin. Wiem, że wiele osób cieszy się z takiego obrotu sprawy, ale to nieźle pokazuje jak bardzo streamingi podcinają własną dystrybucję kinową – nie pozwalając już produkcji wybrzmieć do końca w kinach. To nie jest pierwszy raz, ale jest w tym coś smutnego, chociażby dlatego, że wyjście do kina na animację jest dla wielu młodych ludzi pierwszym spotkaniem z salą kinową. Spotkaniem, którego nie da się łatwo wymienić na seans przed telewizorem.
PS: Niedaleko domu moich teściów na rozrzuconych między torami nieużytkach pojawiły się jakiś czas temu bobry. Zbudowały swoje tamy. Po nich przybyły ptaki, które zaczęły gniazdować. Wiosną jest to miejsce naprawdę magiczne. To jest rzeczywiście prawda, że bobry są niesamowitymi architektami natury i potrafią przemienić pozornie pustą przestrzeń w żyjącą oazę. Obserwowanie tego jest fascynujące i naprawdę się nie nudzi.
