11
Obrodziło ostatnio premierami od A24 bo obok „Dramy” do kin trafił też „Przepis na morderstwo”. Oto film o spadkobiercy fortuny którego od majątku dzieli tylko kilku koszmarnych krewnych. Nie pozostaje nam więc nic innego jak wybić koszmarną, uprzywilejowaną bandę i sięgnąć po swój majątek.Jeśli macie wrażenie, że skądś to znacie to nie jest to przypadek, bo przecież to nic innego jak wariacja na temat „Szlachectwo zobowiązuje” wybitnej brytyjskiej komedii, w której Alec Guinness zagrał osiem różnych ról.
Współczesna wersja obywa się bez przebieranek, co jest o tyle ciekawe, że grający główną rolę Glenn Powell jest przecież wielbicielem i mistrzem filmowej przebieranki. Ale czasy są inne, widownia bardziej przywiązana do realizmu i ten pomysł do nowej wersji nie trafił. Szkoda bo mam wrażenie, że akurat ten zabieg był w filmie najciekawszy i pozwalałby też wprowadzić pewien element być może głębszej refleksji nad tym jak z każdą popełnioną zbrodnią nasz bohater staje się coraz bardziej bezwzględny. Wiecie, taki prosty zabieg „zabijania samego siebie” mógłby się sprawdzić.
Co pozostało ? Sprawny choć mało porywający film, w którym refleksje i nauki moralne dotyczące pieniądza i jego korumpującej siły pozostają bliskie obecnemu dyskursowi gdzie łatwo i przyjemnie śmiać się nam z bogaczy ale w bezpiecznych ramach satyrycznej narracji. Mam wrażenie, że ten kierunek wybaczony przez „Biały Lotos” unosi się nad amerykańską krytyką klasową, nie pozwalając jej wgrać się ku czemuś dużo mroczniejszemu. A szkoda bo mam wrażenie, że trochę za łatwo przyszło nam filmowe i serialowe obłaskawienie tych sentymentów. Nie mówię by popierać zabijanie miliarderów, raczej fakt, że znaleźliśmy dla narracji o zamożnych ramę bardziej komediową niż realistyczną. Tymczasem w ich wpływie na nasze życie, politykę i media nie ma nic zabawnego.
No właśnie, w tej czarnej komedii trochę za mało jest tego co czarne i chciałoby się dokręcić śrubę. Tam jest pomysł i potencjał na dużo lepszy film ale twórcy zatrzymują się gdzieś w pół drogi dając nam coś letniego. Szkoda bo potencjał tam jest. Zwłaszcza Margaret Qualley jako kuszący diabeł doskonale się sprawdza. Miałam nadzieję, że w pewnym momencie okaże się tylko projekcją naszego bohatera, bo to byłoby ciekawe fabularnie zagranie. Nieco słabej wypada Glenn Powell – cały czas zastanawiam się czy na pewno ma aż tak wielki potencjał na aktora pierwszego planu, jak wydaje się producentom z Hollywood. Widać że bardzo by chcieli, żeby się sprawdził ale nie zawsze to wychodzi. Pisałam już o tym, że Hollywood bardzo potrzebuje takiego przystojnego blondyna by im grał role, których nie zagra żaden z „Chrisów” ale jakoś nie wydaje się by Powell nim był.
„Przepis na morderstwo” to film letni. Nie tak zły by ciskać gromy ale też nie tak ciekawy by wchodzić w głębsze dyskusje. Szkoda. Daliby Powellowi trzy peruki i wszyscy byliby dużo szczęśliwsi. Rewolucji na pewno by z tego nie było ale może jakaś głębsza refleksja nad tym dlaczego ktokolwiek miałby dziedziczyć tyle jachtów, wysp i miliardów jak te, po które chce siegnąć nasz bohater.
