Home FilmPokoje na strychu i grzmoty za oknem czyli „Pomoc Domowa”

Pokoje na strychu i grzmoty za oknem czyli „Pomoc Domowa”

autor Zwierz

Pięć lat temu Raquel S. Benedict napisała artykuł pod tytułem „Everyone is beautiful and no one is horny” co w wolnym tłumaczeniu można czytać „Wszyscy są pięknie i nikt nie jest napalony”. Tekst dziennikarki dotyczył filmów Marvela, które choć fetyszyzowały ciała bohaterów to jednocześnie bardzo unikały ich seksualizacji. Jeśli obejrzycie filmy Marvela nie zajmie wam długo by dostrzec, że to filmowe uniwersum lubi seksowność, ale nie przepada za seksem. Jednocześnie zaproponowany przez autorkę tytuł doskonale oddaje to co stało się z Hollywood w ciągu ostatnich kilku lat.

Podczas gdy w telewizji nagie ciała przetaczały się przez kolejne łóżka i powierzchnie płaskie a hokeiści zamiast stygnąć płonęli, hollywoodzkie kino zaczęło się seksu bać. A właściwie, seks przestał się Hollywood opłacać – filmy, sprzedawane na liczne, w tym bardziej konserwatywne terytoria miały większą szasnę sukcesu, gdy wszyscy pozostawali w spodniach a szczytem namiętności był pocałunek. Ostatecznie, wszyscy powoli doszliśmy do wniosku, że seks nie jest aż tak zabawny – wymaga znalezienia drugiej osoby, a żeby to zrobić trzeba najczęściej wyjść z domu. Kto ma na to czas. A jednocześnie, żeby seks nie był creepy i nie był obarczony poczuciem, że kryją się za nim brzydkie nierówności społeczne, ekonomiczne i genderowe – kto by chciał się tym zajmować.

 

 

Ofiarami takiego myślenia padły całe gatunki filmowe. Jednym z nich jest thriller erotyczny. Nigdy nie nakręcono ich bardzo wiele, ale w latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych był to gatunek dostarczający całej masy grzesznej przyjemności. Jeśli się nad tym zastanowić, thriller erotyczne też mają swoje korzenie w skomplikowanej relacji społeczeństwa i seksu. Rzekłabym, nie jest przypadkiem, że ich rozkwit przypada na czas epidemii AIDS, kiedy seks nagle stał się niebezpieczny i to nie tylko dlatego, że można było zajść w ciążę. Sam gatunek nigdy nie był szczególnie mądry i nie raz wykorzystywał nierówności płci oraz tworzył w nas przekonanie, że kobiety nie są zrównoważone psychicznie. Był głupi, przesadzony, często obraźliwy. I dawał całe mnóstwo radości. Może nie wynikającej z najwyższych pobudek i emocji, ale raczej z podsłuchiwania tego co zrobili sąsiedzi pod których domem któregoś dnia pojawił się policyjny samochód. Tylko, żeby ten gatunek mógł funkcjonować potrzebne było zupełnie inne założenie niż to, które zaczęło obowiązywać niemal dekadę temu. Aby thiller erotyczny mógł zadziałać ważne jest by wszyscy byli piękni i wszyscy byli napaleni. Oraz by ktoś miał niepokolei w głowie. Ten ostatni element jest kluczowy.

 

Ten długi wstęp wydaje mi się konieczny by zrozumieć, dlaczego widzowie z niekłamaną przyjemnością obejrzeli „Pomoc Domową” – film z początku roku, który spotkał się z cieplejszym przyjęciem niż można się było spodziewać, a teraz kiedy trafił do wypożyczalni VOD przynajmniej w Polsce szybko trafił na szczyty najchętniej wypożyczanych tytułów. „Pomoc Domowa” podąża klasycznymi tropami historii, która dzieje się za zamkniętymi drzwiami w zamożnym domu. Nasza bohaterka Millie jest zdesperowana, potrzebuje pracy – inaczej zostaje jej spanie w samochodzie. Udaje jej się nakłamać w CV i dzięki temu dostaje pracę w domu Niny. Pierwsze spotkanie wydaje się idealne. Nina jest trochę roztrzepana, ale niesamowicie sympatyczna. Praca też nie wydaje się szczególnie trudna. Sprzątanie, gotowanie i pokój na poddaszu, gdzie Millie może zamieszkać. Oprócz Niny jest jeszcze jej mąż Andrew i córeczka, która do nowej pomocy domowej odnosi się z dystansem. Wydaje się, że Millie nareszcie ułoży sobie życie.

 

 

Jak zwykle bywa w przypadku takich historii, wszystko okazuje się bardziej skomplikowane. Już chwilę po rozpoczęciu pracy Nina pokazuje swoją prawdziwą twarz. Jest histeryczna, psychopatyczna i wyraźnie pragnie zniszczyć młodą dziewczynę, która nie do końca rozumie czemu pani domu tak bardzo jej nienawidzi. Im więcej Millie dowiaduje się o swojej pracodawczyni tym bardziej jest przerażona. Jednocześnie – jest w potrzasku, bo sytuacja życiowa nie pozwala jej zmienić pracy. Musi więc znosić kolejne większe i mniejsze upokorzenia. Jedyne pocieszenie to fakt, że mąż Niny Andrew – przystojny i zamożny właściciel firmy technologicznej nie daje się zwieść działaniom swojej żony. Wręcz przeciwnie – zamiast odwrócić się od Millie nawiązuje z nią nić porozumienia. A właściwie więcej niż nić, bo dość szybko zaczynamy przewidywać, że na wymianie spojrzeń się raczej nie skończy.

 

Nie trzeba być widzem doświadczonym by od początku zdawać sobie sprawę, że coś w tym układzie nie pasuje. To produkcja, w której w pokoju dziecięcym jest niepokojący domek dla lalek, ciągle ktoś pojawia się za plecami bohaterki (dostrzega twarz dopiero w lustrze) a podejrzanie przystojny ogrodnik co chwilę przygląda się jej z zaniepokojonym wyrazem twarzy. No kurczę nawet jej pokój jest na strychu. Tu nic się nie może ułożyć normalnie.  Ktoś tu musi mieć sekretne zamiary, inną perspektywę, bardziej skomplikowaną historię do opowiedzenia czy mroczną tajemnicę. Przyglądamy się więc naszym bohaterom cały czas zastanawiając się, kiedy w końcu poznamy prawdę i opowieść obyczajowa zamieni się w thriller z prawdziwego zdarzenia, w którym koniecznie ktoś gania za kimś z nożem kuchennym. To trochę jak oglądanie kryminału ale zamiast pytania – kto zabił pojawia się pytanie – kto z całej ferajny jest naprawdę szalony. A że w takich historiach niczego nie można być pewnym to człowiek obstawia nawet najbardziej absurdalne rozwiązania, jednocześnie cicho kibicując by wprowadzono je do fabuły. Tego typu filmy to jedyny gatunek poza operami mydlanymi, w których wprowadzenie złego brata bliniaka wydaje się nie tyle dopuszczalne co nawet satysfakcjonujące (to nie spoiler, w filmie nie ma złego brata bliźniaka).

 

 

Jak wspomniałam – jednym z ważnych elementów takiej opowieści jest też element erotyczny. Co prawda „Pomoc Domowa” nie jest filmem, który opiera się głównie na seksie i pożądaniu, ale bez niego nie ma fabuły. I tu mamy do czynienia z ciekawym zjawiskiem. Aby je opisać muszę zrobić lekki spoiler, ale plusem omawiania filmu wiele miesięcy po premierze jest nadzieja, że nie zaboli tak bardzo. Otóż niezwykle ciekawa jest kluczowa scena seksu, w której Millie i Andrew w końcu trafiają do łóżka. To, że mamy w obsadzie dwie bardzo seksowne osoby (Millie gra Sidney Sweeney, Andrew – Brandon Sklenar) to jakby nie dziwi. Ciekawsze są natomiast dwa zabiegi, na które decydują się twórcy. Pierwszy to rozebranie swoich aktorów. Przyznam szczerze, że nie pamiętam, kiedy ostatnim razem, film amerykański nakręcony w głównym nurcie pokazał mi dwa rozebrane ciała bez uciekania się do bardzo skomplikowanego montażu. Nie mniej, tym co wydaje mi się ciekawsze, to fakt, że cała scena rozgrywa się w czasie burzy. Podczas kiedy nasza para ochoczo konsumuje swój związek, za oknem pada i grzmi, a lekko niebieskie światło wpada do pokoju.

 

Tym co mnie w tej scenie zaintrygowało, to takie poczucie, jakby twórcy z jednej strony chcieli nawiązać do estetyki tego typu filmów z lat osiemdziesiątych (gdzie wszystko było przesadzone) z drugiej, niekoniecznie pamiętali jak to się robi. Jakby kino musiało się nauczyć tej dramaturgii, która choć przesadzona i często dość prymitywnie symboliczna potrafi być dla widza satysfakcjonująca. Bo widzicie, uważam, że kino hollywoodzkie głównego nurtu zagubiło gdzieś tą umiejętność balansowania na granicy dramaturgii rodem z „Dynastii” i estetyki z „Nagiego Instynktu” czy „Fatalnego Zauroczenia”. Cierpiąc na chorobę dosłowności kinematografia zagubiła to wspaniałe uczucie, w którym oglądamy coś tak przesadzonego, tak emocjonalnego i tak niedorzecznego, że rodzi to w nas prawdziwe uczucie. To powinny być nasze „guilty pleasure” a nie kolejny sezon „Emily w Paryżu”. Mam wrażenie, że pierwsze dekady lat dwutysięcznych to uznawanie każdego emocjonalnego nadmiaru za „cringe” co prowadzi do tego, że robimy z łatwością rzeczy głupiutkie, ale wszystko inne nas przerasta.

 

 

Przy czym, żeby było jasne – nie przypisuję „Pomocy Domowej” jakiegoś szczególnie ważnego miejsca w kinematografii. To wciąż jest po prostu film z cyklu „Bogaci ludzie i ich problemy psychiczne”. Ale pojawienie się takiej produkcji, jej próba nawiązania, emocjonalnie i estetycznie do klasyki gatunku – wydaje mi się ciekawym zjawiskiem. Więcej – przyjemność jaką wiele osób wyniosła z oglądania tego nomen omen głupiego filmu – przypomina, że jednak nie umarła w nas potrzeba oglądania w kinie filmów być może nie najmądrzejszych, ale emocjonalnie przesadzonych, miejscami histerycznych a miejscami dziko satysfakcjonujących. I osobiście uważam, że to dobrze. Macki nowego purytanizmu oplatają nas coraz mocniej i powinniśmy sobie przypomnieć, że wszyscy jesteśmy napaleni choć nie wszyscy jesteśmy piękni. Inaczej może być niebezpiecznie.

 

PS: Tu czuję się w obowiązku dopowiedzieć jedno zdanie – odnośnie do purytańskich tendencji w kinie. Otóż choć może się wydawać, że pozornie dotyczą tylko kwestii seksu, to jest to tylko element tego trendu. Szybko okazuje się, że niepokojący jest seks, a za nim mniejszości, a potem każdy kto nie jest białym chrześcijaninem. Zawsze zaczyna się od seksu, nagości i hasła „pomyślcie o dzieciach” a kończy się na jakieś sztuce zdegenerowanej.

 

PS2: Jeszcze w kontekście różnic pomiędzy pokoleniami – mam wrażenie, że pragnienie Gen Z by pokazywać coraz więcej relacji opartych na przyjaźni nie wiąże się być może z czystej niechęci do seksu, ale raczej z tego, że seks jest dziś łatwiej dostępny (choćby wizualnie) dla ludzi z pokolenia pandemii niż głęboka przyjaźń. A chcemy na ekranie oglądać nasze marzenia. Dlatego Millenialsi tak namiętnie oglądali filmy kończące się ślubem.

Powiązane wpisy